środa, 6 października 2010
Znieczulica masowa
***
Jestem przerażona tym jak ludzie są bezduszni.
Stałam dziś w okolicach 17.30 w kolejce w markecie.
Kolejka duża, przy każdej kasie taka sama.
Kas uprzywilejowanych brak. Nie żeby były zamknięte. Ich po prostu nie ma.
Stoję jako powiedzmy 8 w kolejce. Z Kubą w wózku. Przede mną osoby albo bardzo młode (18l) albo Panie około 40. Za mną chłopak w okolicach 30 przegląda płyty (kolejka sięgała półek z płytami).
Idzie matka z dzieckiem na oko miesięcznym w gondoli.
Staje na końcu kolejki.
Czekam minutę aż ktoś (ktokolwiek!!!) ustąpi jej miejca.
Najzwyczajniej w świecie nie przyszło mi do głowy że mając 18 lat można nie pomyśleć o tym że może możnaby cholera przepuścić kobietę z dzieckiem która ma w koszyku na boga 5 produktów!! No dobrze, może oni, ci 18-latkowie nie wiedzą nic o macierzyństwie. Ale Panie koło 40 rozmawiające przez telefon ze swoim wnuczkiem (akurat się złożyło) ?? Nie, nikt sie nie odezwał.
Każdy jakoś nie zauważał bardzo widocznie wlepiając wzrok w jakiś punkt, najczęściej podłogę.
Pani było głupio.
Widać było.
Bardzo.
Na moją propozycję żeby przeszła na początek kolejki odpowiedziała że nikt jej tam nie przepuści. Że jak ona była w ciąży to przepuszczała małe dzieci ale ludzie niestety nie potrafią. Na moją prośbę przepuszczenia przede mnie broniła się że mała nie płacze. I co z tego!!??!! W końcu musiałam jej właściwie uprzejmie rozkazać żeby przede mnie weszłą bo ja przepraszam nie byłabym w stanie w lustro spojrzeć gdyby nie przeszła. Kiedy ja ją przepuściłam chłopak za mną zrobił głęboko urażoną minę, natomiast dwie panie przede mną nagle zauważyły małe dziecko i poprosiły żeby przeszła przed nie. Czyli że jeszcze 6 osób przed nią. Za 5 minut (tak, pani wolno skanowała produkty) kolejna Pani bardzo widocznie przestała udawać że nie widzi. W ciągu tych 5 minut Pani z małym dzieckiem pogawędziła sobie z dwiema Paniami przede mną o tym że kolejka wolno idzie i brak kas dla dzieci. Potem okazało się jakoś dziwnie że dwie kolejne osoby przepuściły Panią z małym dzieckiem i udało się jej wyjść zanim dziecko zażądało natychmiastowego karmienia.
Czemu tak ciężko powiedzieć te parę słów. Czemu ludzie reagują dopiero kiedy dziecko już płacze. Czy nie lepiej to zrobić ZANIM zacznie płakać? Czy nie lepiej okazać trochę serca? Nie chce współczucia. Nie chcę zrozumienia. Nie chcę cholera jasna padania na kolana przed matki z małymi dziećmi i modlenia się do nich. To tylko cholerna kolejka w sklepie. I naprawde te matki potem śpieszą się żeby ci którzy je przepuścili nie zauważyli nawet że ktoś przed nimi stanął.
piątek, 1 października 2010
Newsweek - Francuska miłość
Im częściej okazujemy dzieciom pobłażliwość i czułość, tym gorzej dla nich. Przynajmniej tak uważa wielu Francuzów.
W pogodne popołudnie jadłam obiad w eleganckiej restauracji na francuskim wybrzeżu Atlantyku. Białe obrusy, przystojni kelnerzy, w menu głównie owoce morza. Przy stoliku obok siedziała para z dzieckiem, około 2,5-letnią dziewczynką. Dziecko nie tylko nie korzystało ze specjalnego krzesełka dla maluchów, lecz także uczestniczyło w ciągnącej się przez prawie dwie godziny uczcie. Dziewczynka nie radziła sobie jedynie z krojeniem półkrwistego steku. Resztę obiadu zjadła samodzielnie. Żadnego marudzenia, rzucania frytkami w innych gości czy prób włożenia lalki Barbie do akwarium z homarami.
We Francji dobre maniery nie tylko przy stole to u przedszkolaków norma. Cudzoziemcy często się śmieją, że małych Francuzów widać, ale nie słychać (chyba że na placu zabaw, gdzie rodzice pozwalają pociechom się wyszaleć). Mało kto tam uznaje – inaczej niż w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy także w Polsce – że dzieci muszą odkrywać świat po swojemu i na przykład jeść rękoma, sprawdzając przy okazji, czy spaghetti dobrze przykleja się do stołu. Podstawą tradycyjnego francuskiego wychowania jest tzw. zimny wychów. I to być może jeden z najważniejszych powodów, dla których rodzi się tam najwięcej dzieci w Europie.
W pupę albo w twarz
W okolicach Ogrodu Luksemburskiego, ulubionego miejsca spacerów paryżan, widziałam matki albo opiekunki dające klapsy albo policzkujące niesforne szkraby. Nikt wokół się nie oburza ani nie protestuje. W dzielnicy Montmartre na stromych schodach prowadzących do bazyliki Sacré Coeur można zobaczyć dorosłych idących przodem, a za nimi gramolące się z trudem dwulatki, którym rodzicielka w ogóle nie pomaga, jedynie od czasu do czasu pokrzykuje: „Dépêche-toi!” – pospiesz się.
Wielu Francuzów uważa, że oschłe traktowanie i utrzymywanie dyscypliny to najlepszy sposób okazania dziecku miłości, a nawet rodzaj cywilizacyjnej misji. – Niestety, wraz z ekspansją społeczeństwa konsumpcyjnego ta tradycja znika. Dzieci – jak w innych krajach – stają się królewiątkami, wokół których kręci się życie rodziców. Kiedyś dzieci wiedziały, że nie można mieć wszystkiego; dziś uważają, że do wszystkiego mają prawo, i to natychmiast – mówi w rozmowie z „Newsweekiem” dr Aldo Naouri, pediatra i psycholog, którego książki o wychowaniu są nad Loarą bestsellerami. Jego ostatni poradnik „Wychowujecie dzieci. Od dzisiaj” sprzedał się w 150 tysiącach egzemplarzy. Naouri każe rodzicom zapomnieć o radach z amerykańskich seriali o partnerskim i bezstresowym wychowaniu. – Frustrujcie swoje dzieci – radzi, twierdząc, że niedobory, braki, zakazy są motorami działania dziecka nieodzownymi dla jego rozwoju.
Tato ma zawsze rację
Zalecenia dr. Naouriego można uznać za kwintesencję tradycyjnego wychowania à la française. Na używanie smoczka, butelki i zabieranie ze sobą ukochanej przytulanki można dziecku pozwolić najwyżej do 2,5 roku. Inaczej nie będzie się rozwijać, tylko mentalnie tkwić w niemowlęctwie. Co więcej – wbrew zasadom głoszonym przez wielu innych psychologów – Naouri zakazuje wyjaśniania maluchowi motywów naszego postępowania. – Zbyt często „tłumaczenie” zmienia się w „tłumaczenie się” – twierdzi Francuz. – Rodzic powinien być przewodnikiem dziecka, a nie jego wyrośniętym kumplem.
Zdaniem Naouriego, żeby dziecko naprawdę mogło na rodzicach polegać i ufać im jako autorytetom, musi wiedzieć, że w rodzinnej hierarchii znajduje się na dole. Ma wówczas motywację, by się starać, by się wspinać, pokonywać progi i dorastać. – Rodzice dziś są zbyt niepewni siebie – dodaje Naouri. – Nie wymagają, bo się boją, że zostaną znienawidzeni. To bzdura. Bez względu na to, co robią rodzice, dzieci i tak będą ich kochać. Nie mają wyboru.
Brzmi to dość szokująco, szczególnie dla Polaków, którzy przyzwyczaili się już do myślenia typu: od kiedy jesteś na świecie, wszystko kręci się wokół ciebie, wszystko, o czym myślę, wszystko, co czuję, pragnę dać ci wszystko, co najlepsze. To wyznanie mamy z reklamówki firmy Hipp, która sprzedaje produkty „dla najważniejszych na świecie”. – Jesteśmy dziś przesiąknięci ideologią miłości. Są nawet psychologowie, którzy uważają, że wystarczy dzieci kochać, nie trzeba wychowywać. To bardzo szkodliwe przekonanie. Dzieci potrzebują ograniczeń, czasem ostrych reguł, które pozwolą im zrozumieć świat – mówi „Newsweekowi” Caroline Thompson, francuska psycholog i autorka książki „Przemoc miłości”.
Ten tytuł to esencja jej poglądów: Thompson uważa, że ślepa miłość rodzicielska jest formą przemocy wobec dziecka, odbierającą mu bodziec do rozwoju i dorastania. – Miłość i nienawiść są blisko powiązane, często jedno przechodzi w drugie. To są uczucia, które każdy człowiek musi umieć przeżywać. Tymczasem dzisiejsi nowocześni rodzice nie chcą się nawet przyznać, że czasem są na dzieci zwyczajnie wściekli. Próbują tylko kochać, kochać coraz mocniej: rozsądek znika w natłoku emocji, a rodzicielska miłość przypomina namiętność – mówi Thompson. Taki zakochany rodzic nie może oczywiście wychowywać dziecka, besztać go i przywoływać do porządku. Zostaje jego przyjacielem, zaciera różnice między pokoleniami i pozbawia dziecko oparcia. Bo surowy rodzic jest oparciem. Jest dorosłym, tym, który wie i rządzi. Do takiego dziecko przychodzi po radę, przy takim czuje się bezpiecznie.
Matki psychopatki?
Czy jednak kontrrewolucja ogłaszana przez Naouriego i Thompson jest we Francji potrzebna? Francuskie matki w przeciwieństwie do Polek nie mają poczucia winy z powodu niepoświęcania dziecku wystarczającej ilości czasu, bo wracają do pracy najczęściej po trzech miesiącach po porodzie. Odsetek kobiet karmiących piersią należy do najniższych w Europie. Według danych zebranych przez Komisję Europejską tylko 62 proc. francuskich noworodków otrzymuje mleko matki (w Polsce – 90 proc.). W trzecim miesiącu życia przeciętne niemowlę trafia do żłobka, 93 proc. trzylatków i spory procent dwulatków chodzi do tzw. écoles maternelles (przedszkoli), a po zajęciach odbierają je niańki, często zagraniczne studentki bez referencji.
Ale dopiero przypadek Rachidy Dati, do niedawna minister sprawiedliwości, dziś eurodeputowanej, wywołał dyskusję nad Sekwaną. Znana z urody i zamiłowania do kreacji Diora 43-letnia pani minister urodziła córkę Zohrę (poród odbył się przez cesarskie cięcie), a pięć dni później w eleganckiej sukience i szpilkach pojawiła się w pracy. Zamiast maleństwa zaprezentowała dziennikarzom nienaganną figurę, fryzurę oraz makijaż. – Bogini wyzwolonych kobiet – pisały na forach internetowych jedne Francuzki. Inne krytykowały ją, ale nie tyle z uwagi na ciężki los maleńkiej Zohry, ile raczej własny, przewidując, że z powodu postępowania pani minister ich szefowie zaczną wymagać powrotu do pracy nie po 2-3 miesiącach od rozwiązania, ale tuż po opuszczeniu porodówki. Na polskich forach zawrzało. „Na gilotynę z tą pracoholiczką!” – brzmiał jeden z wpisów.
Przypadek Dati to oczywiście skrajność, ale pewne jest, że we Francji życie zawodowe i prywatne rodziców jest co najmniej równie ważne jak potrzeby dziecka. Świeżo upieczeni rodzice nie rezygnują z wieczornych wyjść ani z wakacji. Ufają też publicznym instytucjom, dlatego nie wahają się zostawiać maluchów na cały dzień w żłobkach, przedszkolach i świetlicach.
Dziecko to nie inwestycja
Być może ta francuska nieczułość to jeden z powodów, dla których przyrost naturalny we Francji jest najwyższy w Europie (ex aequo z Irlandią). We Francji na jedną kobietę przypada średnio dwoje dzieci (w Polsce 1,27). Demografowie chętnie tłumaczą dużą skłonność Francuzów do rozmnażania jedną z najhojniejszych na Starym Kontynencie polityk rodzinnych. Na przykład becikowe wynosi we Francji prawie 900 euro (w Polsce – cztery razy mniej), comiesięczny dodatek na dwoje dzieci sięga 124 euro, za troje – wynosi 282 euro. Wielodzietne rodziny (z co najmniej trójką dzieci) oprócz zasiłków mają wiele przywilejów, np. prawo do ulg za przejazdy środkami transportu publicznego.
Podobnie hojna polityka rodzinna nie zadziałała jednak ani w Niemczech, ani na Węgrzech. Wysoki przyrost naturalny odnotowuje Irlandia, ale tam szczodrość świeżo wzbogaconego państwa wobec młodych rodziców zbiegła się z tradycyjnym, katolickim podejściem do kwestii rodzinnych. Natomiast Francja od wieków jest laicka, ma liberalne przepisy aborcyjne, prawie co druga kobieta używa pigułek hormonalnych. Ale to tutaj posiadanie dzieci jest częścią uznanego stylu życia i miarą sukcesu. Francuzi dzieci nie uwielbiają – oni je lubią, a ich pojawienie się uważają za naturalną część życia, a nie rewolucję.
W Polsce czy we Włoszech, gdzie przyjście na świat dziecka najczęściej oznacza całkowitą zmianę stylu życia, kilkuletnią przerwę w karierze, podróżach i życiu towarzyskim, przyrost naturalny należy do najniższych w Europie. – Jeśli chcemy dziecko wychować perfekcyjnie i zaspokoić wszystkie jego potrzeby, najczęściej możemy mieć tylko jedno – tłumaczy psycholog Caroline Thompson. To z powodu podejścia do dziecka jak do wielkiej inwestycji mamy ich coraz mniej.
Ale dzieci kosztują naprawdę – powie ktoś. Owszem. Jednak sami napędzamy ten system, chcąc dać im wszystko. Naouri krytykuje huczne urodziny dla maluchów, góry prezentów i natychmiastowe spełnianie marzeń. – Wśród moich pacjentów – mówi – coraz więcej jest małych obsesjonatów. Nie zasną bez cukierka, nie przeżyją dnia bez nowej zabawki, nie potrafią czekać, znieść nieprzyjemności. Koszmar – pediatra kręci głową.
Cóż, jeśli Francuzi oprą się trendowi rozpieszczania dzieci i dalej będą rozmnażać się tak chętnie jak dotąd, w 2050 roku czeka ich nagroda. Zdaniem wielu demografów staną się najliczniejszym narodem Europy.
Artykuł znaleziony tu.
poniedziałek, 27 września 2010
Toys for boys
Ale nie o tym miało być.
Chciałam pisać o bólu istnienia w reakcji na skomplikowany problem życiowy.
Już wyłuszczam, o co mnie chodzi.
Zapragnęłam nabyć drogą kupna zabawkę dla Syna. Skończył już roczek, więc myślałam o czymś stumulującym intelekt, równowagę, ogólny rozwój motoryczny, wrażliwość muzyczną, uczącym czterech języków, ćwiczącym chwyt pęsetowy i wspomagającym apetyt. Bez durnych melodyjek. W miarę tanim.
Udałam się więc do wielkiego salonu z zabawkami i już na progu zamarłam.
Wielki wybór, piętnaście rzędów półek, feeria kolorów, dziesiątki symboli wskazujących jaką to cenną umiejętność nabędzie moje dziecko, kiedy naciśnie zielony guzik albo pociągnie za żółtą wajchę.
To za dużo dla dziecka komunizmu. Nie dałam rady. Wyszłam.
Problem może dotyczy zabawek, ale zabawny wcale nie jest - ja naprawdę nie potrafię nic dziecku kupić! Większość zabawek wydaje się absolutnie kretyńska, a gdy patrzę na te w miarę normalne, to mam wrażenie, że wcale Filipa nie zainteresują. Zupełnie nie potrafię się wczuć w rozrywkowe potrzeby roczniaka.
Owszem, zdarzają mi się przebłyski pragmatycznego geniuszu i bawimy się tym, co akurat znajdzie się pod ręką (już o dawna). Wczoraj na przykład przekładaliśmy makaron z garnka do garnka, a dziś ciągałam Młodego po podłodze na zabranym z suszarki ręczniku. Jednak czasami nic nie działa tak dobrze jak zabawka ZE SKLEPU. Taka made in China, a nie in Italia (penne).
To właśnie zamachanie przed nosem zabawką najskuteczniej kończy inspekcję toalety (sprawdźmy, jak głęboko uda mi się włożyć rękę...) lub sedesowy mord rytualny przez podtopienie (sprawdźmy, ile gumowych zwierzątek uda się zmieścić w kibelku...).
Wiem, mogłabym przeszukać czeluści internetu i znaleźć coś fajnego, ale czasu ostatnio brak. Zwracam sie więc z uprzejmą prośbą do mam z blogosfery - Czy możecie coś polecić? Co było/jest hitem wśród Waszych roczniaków? Co Wasze dzieci zajmuje na dłuższą chwilę na tyle skutecznie, że możecie nie tylko wziąć przysznic, ale nawet jeszcze po nim skorzystać z toalety (najpierw, rzecz jasna, opróżniwszy ją z gumowego ogrodu zoologicznego)?
Zainspirujcie mnie, drogie Mamy. Jest szansa, że dzięki Wam Filippo poszerzy swoje horyzonty o tematy pozasedesowe.
piątek, 24 września 2010
Terror laktacyjny raz jeszcze
http://dziendobrytvn.plejada.pl/26,37760,news,,1,,laktacyjny_terror,aktualnosci_detal.html#autoplay
Nie powiedzialam wiele, nie bylo czasu/zzarl mnie stres(jestem totalnie niemedialna, a majac obok siebie biegajaca wokol corcie - stres murowany :D)
Nie poruszylam wielu kwestii.
Nie powiedzialam o OLBRZYMIEJ roli partnera
Nie powiedzialam o kulcie stwierdzenia 'KAZDA MATKA WYKARMI SWOJE DZIECKO',
Nie powiedzialam o tym ile szczescia dala Tacie Oli mozliwosc karmienia jej, o wiezi ktora miedzy nimi sie stworzyla
Nie powiedzialam tez ze Ola to zdrowa, silna i madra dziewczynka, mimo oslawionych opinii o nizszym ilorazie inteligencji dzieci karmionych sztucznie.
Nie powiedzialam tez ze minely jej nietolerancje na bialko, nie jest na nic uczulona, je zdrowo i zdrowo rosnie :)
Nie powiedzialam tez o tym ze sa tez i takie osoby ktore nekaja nas - kobiety ktorym to karmienie naturalne nie wyszlo, a pozniej siedza z dziecmi w knajpach typu mocny fast food objadajac sie hamburgerami. Czy to jest zdrowe? Gdzie tym razem pojawia sie ich wspanialomyslnosc dot. karmienia?????
A tak nawiasem mowiac? Sa jeszcze ludzie ktorzy wierza w to ze mleko sztuczne obniza poziom inteligencji?Jakim miernikiem mozna okreslic iloraz inteligencji majac podana jedynie jedna skladowa jaka jest karmienie????
Czy my idac ulica jestesmy w stanie stwierdzic ktora osoba byla karmiona mlekiem matki, a ktora mlekiem modyfikowanym? Czy w Waszych zakladach pracy/szkolach/srodowisku jestescie w stanie okreslic kto jak byl karmiony? Bo ja tego nie potrafie,
Pokarm Matki niewatpliwie jest bardzo wartosciowy, ale inteligencja to tez geny, to wychowanie, wyksztalcenie etc. Nie dajmy sie zwariowac!!!!
A.
wtorek, 21 września 2010
Fascynująca kupa - temat z maila
niedziela, 12 września 2010
:) - temat z maila
A teraz parę słów o mnie
Może nie jestem za młoda, córę urodziłam mając 26 lat, ale na pewno czuje się bardzo młodą mamą. Długo staraliśmy się o dziecko więc jest ona wyczekana, wychuchana i wyprzytulana. Było też trochę komplikacji i strach o życie małej. Pewnie dlatego teraz każdą chwilę chcę spędzać przy małej, wszędzie ją zabieram i ciężko mi jest patrzeć jak jest choćby na rękach u babci lub nawet taty. A już na pewno nie wyobrażam sobie zostawić córy pod opieką osób trzecich przez pewnie najbliższy rok ;)
No i czemu każdy uważa mnie za wariatkę?? Że nie wykorzystam okazji iż mieszkamy z rodzicami żeby wyjść do kina lub na piwo.
Może to i dziwactwo, ale wole obejrzeć film na dvd niż myśleć czy coś się złego nie dzieje.
Popełniam pewnie wszelkie możliwe błędy, ale jest mi z tym dobrze :) Córa śpi z nami w nocy - zauważyłam że śpi wtedy 5 godzin, a w łóżeczku najwyżej dwie. Ma mnóstwo niepotrzebnych zabawek i ubranek. Przestałam karmić piersią i dzięki temu przeszły kolki, a ja jestem też szczęśliwa, że jem coś więcej niż kurczaka i marchewkę. Córa jest ciągle noszona, kołysana i przytulana. Nie boję się, że się przyzwyczai bo obie to lubimy. Używamy chusteczek do wycierania pupy, bo to oszczędza czas i nie bawimy się w mycie mydłem i wodą. Polubiłyśmy smoczek... i pewnie jeszcze dużo innych rzeczy mało wychowawczych :D
No a że czasem mam ochotę zaszyć się w koncie i płakać godzinami to nie znaczy, że nie jestem najbardziej szczęśliwą mamą na świecie :D
Pozdrawiamy inne zwariowane mamy
Joanna z Gabrysią
środa, 8 września 2010
Zła matka - temat z maila
Kluska ma 9 m-cy i przez tez czas jej mamunia przeszła przez wszystkie możliwe atrakcje związane z macierzyństwem w Polsce. Dobra nie wszystkie - poród miałam lekki, wesoły, za darmo, z mężem, który był przy porodzie i potem mógł być ze mną w szpitalu przez 3 dni w pokoju (bezpłatnie) i cudowną położną (tak się trafiło).
Ale następnie - dziecko na OIOMie, terror laktacyjny (pielęgniarki szarpiące sutki, ściągające mi koszulę w szpitalnym pokoju, każda z nich z innym podejściem i wykluczającymi się radami), depresja poporodowa przez 6 m-cy, setki "dobrych rad".
Szczerze mówiąc to chciałam wydrukować ulotkę i rozdawać przy każdej próbie głupiego komentarza. Podstawowa wersja wyglądałaby mniej więcej tak:
1. Nie karmiłam piersią, bo
a) moje dziecko nie umiało chwycić piersi
b) było to dla mnie bardzo nieprzyjemne,
c) nie uważam aby moje łzy były konieczne dla Kluski dobrego rozwoju
2. Pomimo, że nie karmiłam piersią:
a) moje dziecko jest zdrowe (ani mini katarku przez 9 m-cy)
b) moja więź z dzieckiem jest prawidłowa
c) dziecię cudownie się rozwija
3. Dzięki temu, że nie karmiłam piersią:
a) mój mąż czuł się bardziej zaangażowany (uwielbia ją karmić)
b) mieliśmy przespane noce (spała całą noc mając miesiąc)
c) byłam spokojna i miałam czas na dojście do siebie (w tym na zapalenie papierosa na balkonie jak już czułam że nie wyrabiam - szczerze mówiąc pierwszy papieros po porodzie był jak powrót do życia, nektar i ambrozja). A co. Tak było i już.
4. Nie przegrzewam mojego dziecka. Nie zakładam jej skarpet w domu, nie zakładam czapki kiedy jest ciepło. W sierpniu podczas spacerku pewna pani zaczęła na mnie krzyczeć "dziecko nie ma czapki!!! Co pani sobie myśli!!" Było 27C. Zapytałam "czemu Pani nie ma czapki?" Dzięki temu patrz pkt 2a i 2c.
5. Daję jej do jedzenia słoiczki, bo nie umiem i nie lubię gotować. Nie trzymam się sztywno zaleceń z żadnych tabelek - znam zalecenia, ale modyfikuję je bo tylko ja znam moje dziecko i wiem na co jest gotowe.
6. Od początku jak potrzebowałam wtryniałam dziecię tatusiowi - dzięki temu mają cudowną więź a ja czas dla siebie. I mogę wyjść wiedząc, że mój mąż wie co ma jej dać jeść, w co ubrać i gdzie to leży, jak się z nią bawić, zawsze to on ją kąpie i usypia - to są ich wyjątkowe chwile.
7. Niczego nie prasuję. Nienawidzę, nie mam żelazka, nie zamierzam go kupić.
8. Piorę Kluski ciuszki w tym samym proszku i płynie co nasze. Nie ma alergii więc nie będę wydawać 2x tyle.
9. Pozwalam jej nabijać sobie siniaki przy próbach eksploracji najbliższej przestrzeni a nie trzymam jej w kasku i kombinezonie z folii z bąbelkami.
10. Nie czuję się winna, gdy mówię, że mam jej czasem dość i chciałabym chwilę oddychnąć. Nie czuję się winna, że nie jestem idealna.
11. Kocham moją córkę straszliwie. Ale też kocham mojego męża i będę zawsze dbała aby nasz związek był silny, bo uważam, że Kluska nauczy się więcej o miłości patrząc na szczęśliwych, zakochanych w sobie rodziców niż na kwoczącą nad nią matkę.
Buziaki Niegrzeczne matki.
Jagoda
środa, 1 września 2010
Nie dla Schabowego!
Jestem na bieżąco - szukac przedszkola dla 1,5 rocznej Mrówki. Mam kilka rzeczy na których mi zależy - blisko domu, miłe panie, sprawdzone, angielski itd. Po researchu dopisuje kolejne wymaganie: zdrowe jedzenie! I wcale nie mam jazdy na eko - wręcz przeciwnie chce żeby jadła marchewkę z supermarketu - ale nie zgadzam się na schabowego, paluszki rybne (czytaj panierowane oraz smażone), pączki, słodycze itd itp. Przecież to najgorsze co można dzieciom dawać do jedzenia - niezdrowe, tłuste, przetworzone, bez wartości odżywczych. Dietetycy zalecaja gotowane na parze, pieczone, duzo warzyw, kasze a nie nalesniki z serkiem waniliowym z cukrem.
Czy ktoś te placówki kontroluje? Czy rodzicom nie przeszkadza, że dzieci karmione sa junk foodem w wersji PL? Gdzie wiedza na temat żywienia?
Nie dla Schabowego. Sorry.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Samodzielna Mama
Patrzę na Nią i już nie widzę w niej mojej zwariowanej przyjaciółki ze szkolnej ławki. Widzę dojrzałą, mądrą, odpowiedzialną i silną kobietę. Przy tym kobietę pełną seksapilu i energii. Równą babkę i chętną do pomocy kumpelkę. Kobietę sukcesu i duszę towarzystwa. Kochającą mamę rocznej Oliwki.
piątek, 20 sierpnia 2010
Dzieci rodzą dzieci - temat z maila
Chciałam się Wami podzielić pewną historią, która mnie spotkała i tym samym może trochę podtrzymać niektóre z Was na duchu :)
Wszystko było jak w bajce, znalazłam przystojnego mężczyznę, zakochałam się na zabój Bardzo szybko zamieszkaliśmy razem, było cudownie. Niedługo potem mi się oświadczył… ależ byłam szczęśliwa. Planowaliśmy wspólną przyszłość, ja na trzecim roku studiów, planująca zrobić karierę naukową.. dostać dobrą pracę, urządzić się, pozwiedzać świat i dopiero później stać się mamą :) Wszystko układało się po mojej myśli, kupiliśmy własne mieszkanko, zaczęliśmy się urządzać :) Radość, miłość i idylla :) i zaczął mi się okres spóźniać, ale nie przejmowałam się, bo często tak było.. minęły 4 tygodnie, okresu nie było ale za to na teście ciążowym pojawiły się dwie niebieskie kreski !! WYROK !! Przepłakałam pół nocy zadając sobie pytanie: „co teraz będzie?”, a mój ukochany przytulił mnie i powiedział: „ tak bardzo Cię kocham, poradzimy sobie”- przestałam się bać, chciałam ogłosić całemu światu dobrą nowinę … no i się zaczęło…najpierw rodzina przeżyła załamanie nerwowe zamiast wsparcia słyszałam tylko „ jak mogłaś być taka głupia, zmarnowałaś sobie życie, teraz będziesz już tylko kurą domową, nic nie osiągniesz, studiów nie skończysz” Nawet znajomi ku mojemu zaskoczeniu stwierdzili, że już teraz nie mam na co liczyć i o swoich marzeniach mogę zapomnieć.. Najgorsze były starsze sąsiadki „ no ile ona ma lat 23, taka młoda matka, co ona temu dziecku może przekazać, przecież sama jest jeszcze dzieckiem !!” Nigdy nie wyglądałam na swoje lata, zawsze dawano mi więcej, więc chociaż obcy ludzie nie traktowali mnie jak patologię! Trochę się podłamałam, zamiast cieszyć się z czegoś tak pięknego jak ciąża, macierzyństwo ja wolałam o tym nie mówić, wstydziłam się, czułam się naprawdę gorsza, wręcz trędowata.. to było straszne .. Wybrałam się jak zwykle na wizytę kontrolną do swojego ginekologa, wcześniej był na urlopie, więc teraz czekał na niego cały łańcuszek kobiet. Jedna z nich, siedząca obok mnie była wyraźnie załamana. Nie wiem czemu ale od razu do niej zagadałam.. Znalazłyśmy wspólną nić porozumienia, opowiedziała mi historię swojego życia.. tak bardzo pragnęła teraz mieć dziecko.. ale nie mogła, bo jako nastolatka zaszła w ciążę, rodzina się jej wyrzekła, przyjaciele zostawili, nie poradziła sobie z tym i niestety usunęła dziecko!! Wszyscy byli szczęśliwi, wszystko wróciło do normy .. ale nie dla niej .. czuła się jak morderca, który płaci najwyższą karę, nie mogąc już mieć dzieci. To wydarzenie naprawdę mną wstrząsnęło i postanowiłam, iż już nigdy nawet nie pomyślę, że mam się wstydzić swojej ciąży! Postanowiłam, że im wszystkim pokażę, będę dalej uczęszczać na studia i dam sobie radę!!! Nasłuchałam się przy okazji, że tylko się ośmieszę! Było ciężko, ale zaliczyłam 4 rok, całą sesję w pierwszym terminie. W lipcu urodziło się moje szczęście, rodzina wybaczyła mi moją „głupotę” i skakali z radości na widok małego Mateuszka. W szpitalu też przeżyłam traumatyczną sytuację. Leżała z nami na sali 16 letnia mama, zagubiona, zastraszona, nigdy nie przytuliła swojej córeczki, nawet jak ta płakała, nie potrafiła do niej wstać, ukochać i uspokoić.. Matki leżące razem z nami szeptały między sobą, widziałam, że dziewczynie było głupio, wstyd ją paraliżował. Ktoś powie, że 16 lat to już zdecydowanie za wcześnie na podjęcie takiej odpowiedzialności za inną osobę, może i tak, ale zamiast krytykować i wyśmiewać, postarajmy się wspierać taką dziewczynę, niech nie myśli, że jej dziecko to kara czy początek jej własnej klęski.
Opisuję tę historię, ponieważ tak bardzo mnie boli podejście niektórych ludzi.. wchodzenie z butami w czyjeś życie, bezwzględne ocenianie. A ja naprawdę jestem szczęśliwa, mam pięknego syna, kochanego męża, kończę studia. Dałam radę. Kochane młode mamy, nie wstydźcie się swoich brzuszków, cieszcie się, bo spotkało Was naprawdę coś najpiękniejszego, a ludzie zawsze będą gadać, taki już ten nasz naród jest... niedelikatny...
Pozdrawiam, mama Mateuszka
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Wierzę intuicji - temat z maila
Jak dobrze, że mogę wpaść tu na chwilę i poczytać ciekawe teksty. Jestem bardzo młodą mamuśką, nigdy wcześniej nie miałam kontaktu z takim maleństwem, jakim teraz jest mój synek. Bardzo się bałam, czytałam mnóstwo gazet itp. o karmieniu (tylko piersią!), pielęgnacji itd... ale starałam się myśleć pozytywnie, że dam sobie radę, że urodzę, wszystkiego się nauczę. Gdy tylko zobaczyłam małego, poczułam, że to jednak nie jest istota ze szkła, że nie muszę czuwać i sprawdzać w nocy, czy oddycha. Poczułam też, że nie podołam najważniejszemu zadaniu jakie stawia przede mną całe grono pediatrów, psychologów, rodziny - że karmienie piersią nie jest proste. Udało mi się jednak zacisnąć zęby (wszystko dla dobra pierworodnego, w imię jego inteligencji i odporności) i karmić piersią do 3 miesiąca, co było raczej zabawą i chwilą relaksu dla małej krzykliwej istoty, a momentem bólu dla mnie. I tak po takim "karmieniu" niezbędne było mleko modyfikowane dla Małego, a mało skuteczny krem na spękane brodawki - dla mnie. W końcu pokarm, którego nawału nigdy nie doświadczyłam, sam zaniknął. Nie zaprzeczę, że byłam z tego powodu zadowolona. Jak najbardziej właściwe przykładanie do piersi i szczere chęci nic nie dały, ale nie sądzę, żeby Mały miał z tego powodu jakieś problemy z nauką (bardziej z lenistwa). Bo już jako sześciomiesięczny, niezbyt filigranowy dżentelmen, jest niezłym leniem. Jak przewrócić się na brzuszek - to tylko z gołą pupą, siąść - owszem, ale jak mnie posadzisz (nie sadzam na siłę, Mały chce, żeby chwycić go za rączki i podnosi się sam). I choć jest trochę rozpieszczony, to nie czuję się "lewa" z tego powodu, że to moje pierwsze dziecko i że jestem młoda.
Inaczej jest z moją cudowną, znerwicowaną nieco teściową, która wychowawszy czwórkę własnych dzieci, zachowuje się jakby to był jej pierwszy kontakt z tak małym dzieckiem. Bo noworodka w foteliku to ona jeszcze nie widziała, przecież to za małe dziecko, fotelik z pewnością niewygodny, niebezpieczny (!!!). Czy te spodenki to mają lycrę... przecież może spaść z łóżka (czterotygodniowe dziecko, które rusza tylko rączkami). Myślałam, że wyjdę z siebie, gdy podczas karmienia podeszła i trzymała swój palec na MOJEJ piersi, przy nosku Małego, żeby się nie udusił!!! Że po chrzcinach to się dziecka nie kąpie (pierwszy raz coś takiego usłyszałam - ale wykąpałam), że uszko i woda - absolutnie nie! Dodam, że nie biorę lejka i nie leję Małemu wody do ucha, ale przy kąpaniu co nie co się zamoczy, ale zawsze potem wycieram dokładnie pieluszką i nie narażam na zimno. Do tej pory drżę, gdy mamy jechać do kochanej babci w odwiedziny. A woda morska do noska - musiałam na głos czytać jej ulotkę, że to dla niemowląt! Każdy członek rodziny wszystko wie wszystko o naszym dziecku. Że ząbek krzywo rośnie, że troszkę za gruby, że płacze (cóż, tak ma w obcym, do tego gwarnym miejscu), że to, siamto i tamto. Każda informacja, którą kochana mamusia na nasz temat uzyska, jest dokładnie filtrowana, przetłumaczona, utrwalona i przeniesiona na każdy inny grunt, z którym kochana mamusia ma styczność. A wszystko dlatego, bo przecież ja jestem taka młoda, na pewno popełniam wiele błędów, które też za plecami muszą być wytknięte i przedyskutowanie. Jestem matką, młodą, ale bardzo kocham swoje dziecko i nigdy krzywdy bym nie zrobiła, nie udusiłabym piersią... Czy to tak trudno starszemu człowiekowi zrozumieć, że my naprawdę nie chcemy mu robić na złość, nie chcemy też źle dla swoich dzieci - robimy wszystko najlepiej jak potrafimy, nie lecimy może od razu z rękami gdy płacze. Czasem czuję, że starsi ludzie nie traktują nas, młodych rodziców poważnie. Przecież jesteśmy tacy młodzi, co my możemy wiedzieć, ale co oni wiedzieli, gdy mieli pierwsze dziecko?? Czy te wszystkie kochane mamusie i ciocie były takimi supermatkami, gdy same miały 20 lat i płaczące wiecznie dziecko? I przede wszystkim, czy lubiły wysłuchiwać wtedy uwag na temat ich sposobu wychowywania? Chcę tylko szacunku, wiary w mój rozsądek, a przede wszystkim w intuicję - którą przecież wszystkie posiadamy. To dzięki niej nie bałam się wziąć Małego na ręce, to ona dyktuje nam, co powinnyśmy robić. Mały rośnie na mleku modyfikowanym jak na drożdżach. Uwielbia chlebek i jabłka. Ani razu nie miał nawet kataru, odpukać. Jak jest gorąco to nie ubieram mu wełnianej czapki i kombinezonu ("to Ty tak z nim wyjdziesz
na pole?"), i choć czuję urazę gdy słucham tych wszystkich komentarzy, to zaciskam zęby i robię swoje, tak jak czuję, jak uważam za słuszne i dobre dla małego. A on w nagrodę przesypia caluteńkie noce! (odpukać!!!)
Jesteście cudowne, niegrzeczne i grzeczne Mamuśki! Te młodsze i te starsze, mamy jedynaków i siedmiorga dzieci. Robicie wszystko najlepiej, jak potraficie, odpoczywacie - bo są momenty gdy dziecku trzeba włączyć Fakty i napić się kawy. Dać kawałek chleba i pogadać z koleżanką na skype. Nikt nie jest supermamą, superczłowiekiem, ale każda z nas jest najlepszą mamą dla swojego dziecka. Wierzcie, wasze dzieciątka nie mogły trafić lepiej!
Trzymajcie się!!!
Ragga
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
NAD- MAMA - temat z maila
Próbując sprostać niemałym wymaganiom i podreperować jakoś moje chyboczące się poczucie własnej wartości, zaczęłam szukać inspiracji, wskazówek, warsztatów, wszystkiego tego, co sprawi, że zamiast UPIORNIE ZMĘCZONEJ MATKI, pojawi się na chwilę, na krótko nawet, obraz MATKI SPEŁNIONEJ.
Niestety, poszukiwania jakiegokolwiek zajęcia dla rodzicielki osiemnastomiesięcznego dzikusa i Kopacza Brzusznego, który za jakiś czas przywita ten świat, okazały się porażką. Bo jak tu zająć się czymkolwiek, kiedy mamy do obrobienia siebie, stumetrowy lokal , męża, wspomnianego wcześniej nad podziw aktywnego półtoraroczniaka?
Nie wiem, jak Wy to robicie, drogie Mamy! Nie wiem, skąd macie czas na prowadzenie bloga, foto-bloga, zajmowanie się pichceniem wymyślnych dań, odbywaniem kursów, szkoleń i warsztatów...spotykaniem się z dziećmi i znajomymi w kawiarniach, pubach i na imprezach wszelkiego typu?
Skąd bierze się Wasza radość, co napędza Was do działania? Jak gospodarujecie czasem, skoro Wasze dzieci są najedzone, zadowolone, wybawione ,a Wy macie czas na obfotografowanie i obróbkę tego, co powyżej?
Jak to robicie, że Wasze relacje na blogach nie są nudne i nie zawsze temat, który poruszacie dotyczy tylko pieluch, zupek, kremów na odparzenia i wszystkich tych nudnych spraw, od których ja uciekłabym na koniec świata...albo i dalej?
Szukając rozwiązania nie raz podczytywałam historie innych matek, oglądałam ich uśmiechnięte buzie, chłonęłam wszystkie pasje. I wiecie co? Zazdrość mnie zżerała, że mając bliźnięta można wyrwać się na tygodniową podróż do Portugalii, nie zabierając ze sobą dzieci; da się robić bezpretensjonalne zdjęcia, wyszywać, gotować, malować , pisać wiersze albo zwyczajnie opowiadać o urokach tego, od czego ja staram się uciec- wszechogarniającego macierzyństwa...
Nie chcę się usprawiedliwiać, czy szukać w sobie wymówek, ale codziennie brakuje mi sił . Jest coś pokrzepiającego w tym, że nie jestem z tym wszystkim sama, że gdzieś w cybersieci siedzą równie sfrustrowane mamy. Tyle tylko, że wciąż wirtualne.
Drogie Panie- poradźcie, proszę, co ma zrobić kobieta w ciąży, z nadpobudliwym starszakiem, mieszkająca w obcym mieście, bez rodziców i rodzeństwa, którym co jakiś czas można na barki zwalić część kłopotu? Do tego bez pasji i wiary, że kiedyś będzie lepiej...
Kasia, mama Rocha
Wrocław
środa, 4 sierpnia 2010
Krótkie opowiadanie o Idealnej Mamie
* Bohaterowie opowiadania są fikcyjni. I są wśród nas. A także w każdym z nas.
piątek, 30 lipca 2010
Mama na obcasach
Może powinnam zacząć pisać w szpilach? A może przywitam w nich wypoczętą po wakacjach szarańczę, którą od września znów będę molestować gramatyką angielską?
czwartek, 22 lipca 2010
... - temat z maila
poniedziałek, 19 lipca 2010
Co dalej? - temat z maila
Chciałabym poruszyć temat, którego, moim zdaniem, nie ma jeszcze na blogu. Chodzi mi o pracę młodej mamy. Owszem są posty, które opowiadają jak to jest się tą złą i beznadziejną matką kiedy się pracuje, a dziecko wychowuje babcia lub niania.
Ja chciałam napisać o sobie, myślę że jest takich jak ja trochę. Poszłam na zwolnienie w 8 tyg ciąży, lekko nie było. Urodziłam jednak szczęśliwie Córeczkę. Teraz ma pół roku. A ja pytam się co dnia „Co dalej?”. Minął już prawie rok jak jestem w domu. Potrzebuje ludzi momentami bardziej niż powietrza. Siedzę z dzieckiem, za które oddałabym życie, ale potrzebuje pracy. Innego środowiska, odskoczni od codzienności w pieluchach, potrzebuje kasy po prostu też. Macierzyński się skończył, urlop zaległy wybrany i cóż pozostaje mi wychowawczy. Teoretycznie jestem zatrudniona w pewnej firmie. Tylko, że ja nie mam tak naprawdę gdzie wracać. ;( Firma nie nadaję się by tam pracować, nawet ktoś tak popsuty jak ja.
Szukam więc pracy. Idę na kilka rozmów o pracę. Oczywiście zawsze wystrojona jak trzeba, włosy ogarnięte. Niestety wszystkie te opowiastki jak to młode mamy są chętnie zatrudniane to bajka. To wymysł mediów. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Potencjalnemu pracodawcy włos się jeży na wiadomość że jesteś młodą matką. Nie chcą mnie nigdzie. Jestem mało dyspozycyjna, nie bardzo skora do wyjazdów. Do tego przecież należy mi się opieka ( dwa dni w roku, ale zawsze coś) no i nie daj boże żeby dziecko się rozchorowało to pójdzie na zwolnienie. I przecież nie może być 24 godziny w pracy. Nikt takiej mamy nie chce. Nie ma dla nas pracy i perspektyw na rozwój. Gnuśniejemy w domach. Lądujemy na wychowawczych bo nie mamy dokąd wracać, nie dostajemy od Państwa też nic. Bo dzięki Bogu dochód przekracza 500 zł na osobę w rodzinie i nie dostaniemy tych 400 zł zasiłku. Eh, szkoda gadać.
Więc nie jestem jeszcze gorszą matką bo jednak nie pracuję. Zostałam z dzieckiem. Mimo to nie mogę się oprzeć przed przeglądaniem ofert o pracę i wysyłaniem Cv. Moje dziecko nie jest łatwe w obsłudze, a instrukcji zapomnieli załączyć ;-) W domu mam bajzel a obiadem często się nie interesuję. Nie będę "Perfekcyjna", mam dość zajeżdżania się bo tak wypada. Kiedy ładna pogoda rzucam wszystko idę na spacer z Córką.
I co z tego, że w razie czego mam super opiekę do Córki. Głupia nie jestem, doświadczenia zawodowego trochę mam. Nie postawiłam w życiu na karierę a dopiero potem na rodzinę. Tylko dlaczego te co chcą mieć dzieci przed sukcesem zawodowym potem cierpią? Ostatnio słyszałam, że dla dzieci mama w domu to obciach. To chyba nowa moda, ale teraz wszystkim „bogatym gówniarzom” wydaje się, że jak mama w domu to tępa jest i nie potrafi pracy znaleźć. Nawet gdyby mój mąż zarabiał miliony potrzebowałabym jakiegoś etatu.
Mówią, że można pracować w domu. Ale jak? Biżuterii robić nie będę, zdolności lepienia z gliny też nie mam, innych talentów tego typu brak.
Nic pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że los się kiedyś nade mną zlituje i jakiś nienormalny szef mnie zatrudni. Tylko teraz wydaje mi się to tak realne jak wygrana w totolotka.
Pozdrawiam
Aska
środa, 14 lipca 2010
O okularach, tetrze i krowich plackach
poniedziałek, 12 lipca 2010
Cenna Rada - temat z maila
Wyobraźmy sobie pracę, w której spędzamy 24h na dobę. Nie przysługuje żaden urlop (nawet na żądanie), o chorobowym to można sobie pomarzyć, brak jakiejkolwiek przerwy na spokojne zjedzenie obiadu, rozmowy telefonicznej w ciszy, poszperaniu w internecie, a o siku to nawet wspomnę. W dzień można go udobruchać spacerem – jest szansa, że zaśnie i da nam czas na zrobienie szybkich zakupów i powrotem w te pędy do „biura” żeby zrobić niewyszukany obiad, ogarnąć chałupę itp. Do tego nasz SZEF permanentnie nawołuje kilkanaście razy w nocy i wrzeszczy ile sił w płucach i dzięki temu rano trzeba się ciut dłużej niż zazwyczaj doprowadzać do ludzkiego wyglądu coby np. męża przestać straszyć... I nie możesz zrobić z tym nic. Kompletnie nic. Nie ma nikogo, kto mógłby Ciebie zastąpić. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że w żaden sposób nie można złożyć wypowiedzenia... Fajna praca, co nie?:)
Ja pracuję na takim stanowisku od prawie 10 miesięcy. Nawet w najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie jak bardzo zmieni się moje życie po porodzie. I jak bardzo JA sama i MOJE POTRZEBY przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie. Nawet fakt, że chce mi się już tak sikać, że widzę na żółto ma niższy priorytet niż np. nagły atak głodu mojego niejadka...
Drogie Ciężarówki – jeśli macie taką możliwość to olejcie cały otaczający Was świat i poświęćcie ten czas tylko SOBIE! Nie na celebracji ciąży tylko SIEBIE. Wpadajcie do kina, oglądajcie seriale, czytajcie książki, trwońcie pieniądze na zabiegi kosmetyczne, pichćcie ulubione potrawy, wyskoczcie na spontaniczny weekend gdzieś tam, organizujcie szalone bibki dla znajomych, zapiszcie się na kursy o których zawsze marzyłyście ale zawsze stało coś na przeszkodzie. RÓBCIE COKOLWIEK!! Poświęćcie ten czas tylko sobie – to jest ostatni moment na wiele, wiele długich lat...
Po urodzeniu Heleny (nawet jeszcze teraz) w mojej głowie kołacze się jedna myśl: Dlaczego? Dlaczego wtedy, kiedy miałam OSTATNIĄ możliwość, żeby pomyśleć TYLKO o sobie, nie skorzystałam z niej?
Helasek
poniedziałek, 5 lipca 2010
z dzieckiem w kościele - temat z maila
Wybraliśmy naszą parafię blisko domu i mszę dla dzieci i wyruszyliśmy pełni zapału oraz pozytywnego nastawienia. Wchodząc do kościoła widziałam kilka wózków oraz małych dzieci, a więc nie spodziewałam się tego co się wydarzyło potem. Pomijam fakt, że już kiedy mój syn zaczął się wiercić w wózku, schodzić, wychodzić z niego, biegać, chodzić tam i tu czułam na sobie nieprzychylne spojrzenia osób w różnym wieku począwszy od osób w moim wieku, również z dziećmi (tylko spokojnymi :-o), a skończywszy na osobach starszych, które do kościołą przyszły same. Tylko jedna Pani ok. 50-tki uśmiechała się do mojego syna oraz do mnie.
A więc sytuacja rozwinęła się następująco. W czasie kazania podeszłam z moim synem przed ołtarz, gdyż tam wyszedł ksiądz i zawołał do siebie dzieci. Bardzo mu się tam spodobało, siadał sobie na schodkach przy ołtarzu itp., niestety dziecko jak to dziecko po skończonym kazaniu nadal chciało zostać przy ołtarzu, a nie wracać na swoje miejsce. Ja jako Niegrzeczna Mamuśka :-) oraz jeszcze jedna matka pozwoliłyśmy aby nasze dzieci kręciły się wokół ołtarza, za co:
a) tej drugiej matce jakaś starsza Pani zwróciła uwagę żeby zabrała stąd dziecko
b) a ja nagle słyszę głos księdza z ambony, żeby zabrać te dzieci z okolic ołtarza.
Nasze dzieci w ogóle nie hałasowały, nie płakały tylko po prostu były w ciągłym ruchu przy ołtarzu - tak naprawdę moje dziecko zaczęło płakać dopiero wtedy kiedy usiłowałam je zabrać spod tego ołtarza, wtedy dopiero naprawdę zaczęło przeszkadzać innym modlącym się. Ja chcąc uniknąć dalszego potoku łez i krzyku wyszłam z kościoła - i na tym skończyło się nasze uczestnictwo we mszy świętej. Na domiar złego na zewnątrz kościoła nie było głośnika, przez który można by było słuchać mszy.
Była to msza dla dzieci i osoby które przyszły bez dzieci powinny sobie z tego zdawać sprawę a ksiądz powinien na to uczulać ludzi. A z kolei ksiądz powinien sobie zdawać sprawę że dziecko jest tylko dzieckiem, jedno przesiedzi spokojnie w wózku całą mszę a inne nie - tak po prostu jest. Mam poczucie że my rodzice małych dzieci nie za bardzo mamy czego szukać w kościele jeżeli nasze dzieci nie zachowują się idealnie i zgodnie z zasadami - a przecież one dopiero uczą się tych zasad i odpowiedniego zachowania w kościele, sklepie, restauracji, urzędzie itd. Jeżeli z nim nie będę chodziła w te miejsca to przecież nie nauczy się odpowiedniego zachowania.
P.S. Byłam raz na mszy świętej dziecięcej u Dominikanów i nikt nie zwrócił mi uwagi że dziecko biega wokół ołtarza, a tym bardziej ksiądz. Moje dziecko było wtedy jeszcze mniejsze, miało około roku.
Peace
Dag




