niedziela, 30 maja 2010
Co z tymi teściowymi?? - temat z maila
CO Z TYMI TEŚCIOWYMI?? ANIOŁ CZY DIABEŁ???
Już od jakiegoś czasu co niektóre Panie zamieszczając komentarze na blogu wspominają: bo moja teściowa...
I tu na myśl przychodzi mi moja - kiedyś osoba z którą można było porozmawiać, usiąść przy kawie i atmosfera była przyjazna - na dzień dzisiejszy kobieta, która działa na mnie jak płachta na byka a czytając książkę o toksycznych ludziach to tak jakbym czytała o niej - książkę odłożyłam.
Zaczęło się od tego, że pochwaliliśmy się rodzicom, że zostaną dziadkami - u męża w domu (jest 5 lat starszy) wiadomość przyjęta z uśmiechem na twarzy, byłam zadowolona. U mnie niestety troszkę gorzej - miałam 17 lat i moim rodzicom ta wiadomość sprawiła wiele znaków zapytania i na początku okazała się tematem tabu - jednak życie pisze scenariusze i odrobina optymizmu, małego szczęścia jakim stał się maluch, który zawitał na świecie - moi rodzice oszaleli, nasze relacje się poprawiły, a teściowa..... ześwirowała w dosłownym tego słowa znaczeniu i wcale nie tak do końca ze szczęścia. Zakupy wszystkie chciała kontrolować oraz masę porad "dobrej babci" i oczywiście mamy, która poświęciła się dla czwórki dzieci i została "dla nich w domu". Myślałam, że oszaleje, kiedy za każdym razem wyrywała mi dziecko z ręki bo robiłam coś nie tak jak powinno być, że te i te rzeczy są najlepsze, bo jej dzieci już jadły zupki od 4 miesiąca - mój syn też powinien, bo jej dzieci nocnik oglądały już od 6 miesiąca - to na co ja czekam, a bo zaczyna smarkać więc daj te i te lekarstwa, a ciemieniucha jeszcze jest - to starym sposobem jej matki masło i worek na głowie!!!!!!!!!!!!!!!! nie było końca - można by wymieniać godzinami...
Chciałam uciekać, zwiewać jak najdalej, aby nie dogonił mnie nikt inny - schować się z dzieckiem i jako młoda mama uczyć się wszystkiego sama i móc sama podejmować wszystkie decyzje i popełniać moje błędy. Najgorsze było to, że mój jeszcze niedoszły mąż na początku mamusi słuchał jakby go zaczarowała. Przeszło mu - i nauczył się wielu rzeczy - ale palcem pokazać musiałam nie raz co on robi i jak jego mama wpływa na nasz związek, który nie doczekałby ślubu.
Trwało to dłuuuuugi czas, ale na dziś dzień już wiem, że nie można się poddać i trzeba niekiedy walczyć o swoje. Stałam się osobą, która na głos wypowiada co jej się podoba a co nie, co uważa za słuszne i sama podejmuje decyzje odnośnie mego życia i wychowania dziecka - już dzieci :)
A teściowa??? no cóż... nie przychodzi do mnie, ja do niej w skowronkach nie idę, wręcz przeciwnie - bywam tyle aby nie zapomniała jak wnuki wyglądają - bo sprzeciwiłam się, bo powiedziałam, że chcę po swojemu żyć i nie mieć ciągle wytykanych moim potknięć.... i jestem beee! Na szczęście ma córkę, która urodziła dwójkę dzieci a całe zainteresowanie moja teściowa przelała na nie. I to jej udziela "złotych porad" od życia rodzinnego zaczynając - jak to za chłopa nie warto wychodzić, bo darmozjad - na wychowaniu dzieci kończąc - jak to jej babcia i babcia jej babci......
Dzięki temu mogę się przyznać szczerze, moje relacje z moją mamą się poprawiły :) Podziękowałam jej już nie raz, że szanuje moje decyzje, że nie podważa mojego autorytetu u dzieci i że jest najwspanialszą babcią dla moich dzieci pełną tych naprawdę dobrych porad i ciepłego uśmiechu.
A jak jest u wam kochane mamy??? Czy też macie takie przeboje ze swoimi teściowymi? Czy okazały się super wsparciem pomocą, której niewątpliwie mogę zazdrościć? Czy okazały się okropnymi diablicami, które sieją w was niepokój?
Iwona
Pomyłka :)
Przepraszam za zamieszanie :))
magda
Kwestia szczepień - temat z maila
Oglądając DDTVN, strasznie się ucieszyłam że jest wreszcie jakaś sensowna strona w necie, gdzie można poczytać o PRAWDZIWYM macierzyństwie i urokach życia codziennego Matki Polki. Bo szczerze, mam dość stron redagowanych na współ z poradnikami parentigowymi, gdzie na wszystkie problemy wychowawczo-żywieniowe są gotowe recepty i złote standardy. Które w większości nie działają. Przynajmniej na moją Polindę.
Jak ja się cieszę, że jest nas więcej!!! Że nie jestem osamotniona! Mi też się czasem (często) nie chce, od urodzenia dziecka jestem w permanentnym stanie niedospania, i że entuzjazm z upływem godzin na zegarku spada do pozycji 'flat'. I wkurza mnie, że zamiast uprawiać seks z mężem, musimy stawać na głowie żeby panna Pola zechciała łaskawie usnąć o 22.
Ale przejdę do rzeczy. Chodzi mi o Wasze zdanie na temat szczepień nieobowiązkowych (pneumokoki, meningokoki, rotawirusy etc.). Notabene, te obowiązkowe są też odpłatne jak chcesz dziecku zaoszczędzić przy jednej wizycie 3 wkłuć!!! Moja córka ledwo zniosła smak szczepionki rotawirusowej (darła się w przychodni tak, że na parterze w aptece było ją słychać), po pneumokokach przez 5 h darła się w domu. I nie było sposobu aby ją uspokoić. Potem okazało się, że odczyn był nieprawidłowy, więc trzeba do neurologa. Następnie na USG ciemiączka. I diagnoza, żeby nie podawać drugiej dawki szczepionki. Odkrycie! A 350 zł jak psu w mordę! Nie licząc opłat za prywatną wizytę u neurologa (państwowo czeka się najmniej 2 miesiące, w Warszawie), no i USG (też prywatnie). O stresie nie wspomnę. Moim, męża i panny Poli.
Ale co mnie najbardziej zaskoczyło, to skrajnie różne opinie lekarzy na temat szczepień dodatkowych.
Neurolog mnie zapytała "po co mi ta szczepionka?", bo ona uważa że szczepień obowiązkowych i tak nadto w pierwszym roku życia dziecka. Wręcz stwierdziła, że te całe nowe zagrożenia są wymysłem koncernów farmaceutycznych które opracowując nowe szczepionki, zbierają żniwo na ich sprzedaży. I że to kolejny chwyt marketingowych, na który się łapią niedoświadczone matki.
Pediatra nr 1, wytłumaczyła mi co to są te pneumokoki, jak dziecko może się nimi zarazić i jakie zagrożenia są z nimi powiązane. Na pytanie czy warto szczepić, odpowiedziała mi pokrętnie że jeśli mnie stać to powinnam się zastanowić. Pediatra nr 2, kazała poczekać do 2-3 roku życia dziecka, i wtedy szczepić bo taniej. A dziecko i tak prawie nie ma kontaktu z innymi dziećmi, więc ryzyko zakażenia jest minimalne, i żeby oszczędzić dziecku stresu z kłuciem.
A o meningokokach dowiedziałam się od..... mojego ginekologa. Wspomniał, przy okazji omawiania kwestii innej szczepionki (tej chroniącej przed wirusem HPV).
Komercjalizacja i propaganda zdrowia jest już tak szeroko okrojonym zjawiskiem, że zastanawiam się gdzie leży granica? Widziałyście reklamy z serii "obejmij mnie szczepieniem"? Te dzieci w szarych szpitalach, z wenflonem upiętym w łapce, w łóżeczku z metalowymi prętami! Koszmar! Jestem wściekła na twórców takiej komunikacji i na to że tego rodzaju reklamy są dopuszczane do emisji! Ciekawe co na to rodzice, których najzwyklej nie stać na szczepionkę po 350 zeta za jednorazową dawkę (gdzie ukłuć jest zazwyczaj trzy)?
Mam wrażenie, że te nowe szczepionki (koszmarnie drogie) to nabijanie pacjenta w butelkę. Jak masz to wydaj, przecież zdrowie twojego dziecka jest bezcenne! Czy znacie jakieś dziecko, które zachorowało bo nie dostało szczepionki na pneumokoki?
Abstrahując, od nowych zagrożeń czyhających na nasze dzieciaki. Kilka miesięcy temu, bratanek Polindy, Oskar przechodził ospę. Tak, tak! Tę starą, zapomnianą i niezwykle wkurzającą chorobę, bo jak dzieciakowi wytłumaczyć żeby nie drapał bo na zawsze zostaną dzioby po krostach. Podczas gdy on zamienił się w biedronkę (dzieciaki cały czas miały ze sobą kontakt), Poluś pozostała niewzruszona. Żadne z nich nie miało szczepionki na ospę...
ściskam mocno
Licho
czwartek, 27 maja 2010
Smoczek: szkodliwy czy potrzebny - temat z maila
No więc pod presją rodziny pomyślałam, "będę twarda i nie będę dziecku dawać smoka". Ku mojemu zaskoczeniu ordynator oddziału neonatologicznego przy obchodzie powiedział mi, że dziecko ma silnie rozwinięty instynkt ssania i lepiej jest dać mu smoczka niż żebym miała poranione sutki. Ale sobie pomyślałam: 'co ten facet może wiedzieć" i pomna przestróg rodziny dalej trzymałam się twardo postanowienia: smokowi mówimy NIE.
W 6 tygodniu życia mój synek dostał strasznej biegunki i zaczęło mu się ulewać na potęgę, więc poszłam do pediatry. Skończyło się na antybiotyku i przyjmowaniu probiotyków, ale podczas kontroli po wybraniu dawki antybiotyku mój synek wkłada kciuka do buzi i zaczyna niesamowicie głośno go ssać, aż Pani doktor tak na niego patrzy... potem na mnie i się pyta:
'Masz smoczek?",
A ja na to, że mam. Ale małemu nie daje, co by się nie przyzwyczaił, poza tym jak mu próbowałam dać to się dławi, a tak w ogóle to on głodny jest. To jak wrócę do domu to przystawię go do cyca i po sprawie.
A Pani doktor na to: "To że paluchy ma w buzi wcale nie znaczy, że jest głodny. Może tak być ale za każdym razem to tego nie oznacza. Dzieci mają silnie rozwinięty instynkt ssania i stąd paluchy w buzi. -ze śmiechem dodała: Nie martw się jak będzie głodny to głośno ci to zakomunikuje i nie dziwię się teraz, że tak mocno mu się ulewa, bo do piersi go tak często przystawiasz. Dawaj mu smoczka."
A ja na to dalej swoje: ale on nie chce, dławi się.
To moja Pani pediatra mówi: "Podławi się i przestanie. A przychodzą do mnie dzieci co mają 5 - 6 lat z kciukiem w buzi. Raz, że wygląda to nieładnie, to po drugie dzieci takie mają wadę zgryzu i niewyraźnie mówią. Muszą chodzić do logopedy bo nie idzie je zrozumieć. Dawaj mu smoczek, bo od smoczka to go odzwyczaisz, zwyczajnie zabierzesz, nie prześpisz może kilku nocy, ale go odzwyczaisz, a rękę co, odrąbiesz mu?"
Te słowa podziałały na mnie jak kubeł zimnej wody. Nie powiem, że teraz nie rozstaję się ze smoczkiem, bo pilnuje by synek nie trzymał go w buzi tak bez sensu, niech gada sobie i popiskuje jak ma ochotę. Ale odkryłam uroki zapchania dziecka smokiem :) zwłaszcza kiedy się drze i nie wiadomo dlaczego, bo jest najedzony, ma sucho, kolki też nie ma (bo jak go coś boli to zupełnie inaczej krzyczy) więc jak się drze mały terrorysta to zapycham go smokiem i mam chwilę spokoju. No i nie ssie już kciuka mój maluch tylko pcha wszystko co popadnie do buzi, ale to normalne - w końcu tak poznaje swoje otoczenie :)
Wniosek: nie popadajmy ze skrajności w skrajność i nie dajmy się zwariować :) Smoczek w racjonalny sposób wykorzystywany i w odpowiednim czasie zabrany to nie trucizna.
pozdrawiam Was serdecznie
Kasica
niedziela, 23 maja 2010
Matka-Polka bez wyrzutów - temat z maila
piątek, 14 maja 2010
Młoda mama tez ma glos ! - temat z maila
jestem młodą mamą, mam 20 lat i 16 mies synka Wiktora. Chciałabym się z Wami podzielić swoim niezbyt przyjemnymi doświadczeniami z tego, iż w młodym wieku zaszłam w ciążę, która była wpadką.
Pobyt w szpitalu, poród to były najgorsze chwile w moim życiu. Pielęgniarki, położne oraz ginekolodzy traktowali mnie tak jakbym była trędowata. Na moje pytania odpowiadali pól słówkami lub wcale, ale to nie było najgorsze.
Kiedy zaczął się poród już leżałam w szpitalu ponieważ byłam 7 dni po terminie i ustalono że rodzę w obecności narzeczonego, który jest straszy o 5 lat. Najpierw położna kazała mu wejść osobnym wejściem na porodówkę, jakby nie mógł zjechać windą. Tam natknął się na inny problem - ponieważ była 22 pani nie chciała go wpuścić. Kiedy już ubłagał ją był przy mnie jakieś 2 godz po czym położna, która się mną opiekowała kazała mu iść do domu, nie bacząc na moje prośby żeby został. I w ten sposób zostałam sama, przerażona na sali.
Chodzić też mi nie pozwoliła, wiec od godziny 24 byłam przykuta do łóżka porodowego, a położna co jakiś czas przychodziła i wzdychała czemu ja tak długo rodzę. Najgorsze było jednak to kiedy około godziny 4 przyszła i powiedziała do mnie, że pani na pewno sama nie urodzi. Wtedy zaczęło się zamieszanie - kroplówki, ukłucia igieł i poród zakończony kleszczami, o którym oczywiście nikt nie raczył mnie poinformować. Dostałam znieczulenie, ginekolog wsadził kleszcze i po paru sekundach Wiktor był już na świecie.
Pamiętam, że kiedy lekarz mnie zszywał powiedział wtedy " I widzisz parę chwil przyjemności, a potem godziny cierpienia ". Przysięgam, że gdyby nie to, że byłam strasznie zmęczona, wstałabym i strzeliła mu w twarz.
Nie myślcie, że potem było już różowo. Nikt mi nie powiedział jak przystawić dziecko do piersi, jak przewijać i jak dbać o kikut po pępowinie. A każda moja prośba o butelkę kończyła się komentarzem na temat jaka to zła i wyrodna matka ze mnie i gdyby nie to że jednej nocy Wiktor darł się na cały oddział, pewnie bym tej butelki nie dostała.
A no i mojemu partnerowi oczywiście też się dostało: za to że źle nosił dziecko i źle je karmi.
Myślę, że dobry szpital i wsparcie położnych oraz lekarzy jest połową sukcesu do tego, aby łagodniej przechodzić tzw baby blues i łatwiej oswoić się ze swoim maleństwem. Ja tego nie doświadczyłam, wiec trwałam w tej depresji jakieś 3 mies.
To ze jestem młodą mama nie oznacza, że jestem gorsza i nic nie potrafię. A to ze czasem jestem niegrzeczną mamuśką i robię to co lubię to oznacza tylko jedno: gdy mama jest szczęśliwa to i dziecko jest szczęśliwe.
pozdrawiam wszystkie niegrzeczne mamuśki ;)
A.
niedziela, 9 maja 2010
temat z maila
wtorek, 4 maja 2010
Kolejne dziecko – teraz czy jeszcze nie? - temat z maila
Drogie mamuśki.
Zastanawiam się, kiedy jest najlepszy moment na kolejne dziecko?
Gdy urodził się mój synek (właśnie skończył 8 miesięcy), głośno deklarowałam, że ja więcej potomstwa mieć nie będę (teraz żałuje tych słów jak i wielu innych bzdur jakie mówiłam).
Fakt nie było łatwo: kryzys laktacyjny potem ropień (brrrr), mały do 3 miesięcy bardzo płaczliwi (nie dało się z nim iść nawet na spacer bo ryczał w niebogłosy), my z mężem totalnie w szoku, bez doświadczenia… Nie raz płakałam, że to mnie przerasta. Tłumaczyłam wtedy wszystkim, że mały będzie jedynakiem. Oczywiście wszyscy kiwali tylko głowami i twierdzili, że jeszcze zobaczymy… No i minęło kilka miesięcy, a ja zastanawiam się nad kolejnym dzieckiem! Czasem sama się sobie dziwię. Teraz jest już fajnie: mały jest bardzo radosny, ja wreszcie odnalazłam się w roli mamy, czuję z tego wielką satysfakcję. Kocham go nad życie. Oczywiście jak każda mama mam trudniejsze dni, kiedy nie mam na nic siły, denerwuje mnie mój mały i właściwie wszystko wokół. Musze wtedy odpocząć. Na szczęście mam fajnego męża, który wie kiedy wkroczyć do sytuacji.
Nie wiem tylko kiedy jest odpowiedni moment na kolejne dziecko? Czy dam sobie radę? Czy z drugim dzieckiem jest już chociaż trochę łatwiej?
Przed pojawieniem się na świecie naszego synka chcieliśmy z mężem dwójkę dzieci w podobnym wieku (w ciąży tak się fajnie czułam, że mówiłam, że mogę mieć nawet trójkę!). Żeby bawiły się razem, razem wychowywały, nawzajem wspierały. Sama mam rodzeństwo i wiem jakie to jest cenne. No i szczerze: by mieć „z głowy” te wszystkie porodowe horrory, kolki, ząbki ,butelki itp.
No bo mając małe dziecko i tak nie można m.in. wyjechać do upalnego Egiptu, wylegiwać się całą niedzielę przed tv, spać do 12.00. Trzeba ten trudny (ale i fajny) okres przeczekać. Kilkuletnie dziecko to już zupełnie inna historia: bardziej kontaktowe, samodzielne (wiem wiem, i tak jest dużo zajęć i mało odpoczynku ale chyba jest już trochę lżej… ). Jak pomyślę, że np. za 4 lata mam się znowu bawić w pieluchy, karmienie (czyli znowu brak wyjazdów, zero odpoczynku) to wydaje mi się, że ta decyzja będzie jeszcze trudniejsza. Z drugiej strony boję się mieć tak szybko kolejne dziecko, boje się że nie starczy mi siły i cierpliwości…
Wiem jedno, że jeśli dla własnej wygody nie zdecyduje się w ogóle na kolejne dziecko jak deklarowałam jeszcze 8 miesięcy temu będę tego żałowała do końca życia. A tego bardzo nie chcę.
Chętnie dowiem się, jakie macie zdanie na ten temat.
Marysia


