Jak w tytule... zdrowych i wesolych zycze wszystkim, tym niegrzecznym i tym troche bardziej grzecznym :)
Ten post jest moim APELem... apelem do WAS -kobiet. Nie tylko MAM.
I nie bez kozery ZDROWYCH napisalam wielkimi literami. Bo bez zdrowia, slabo o radosc i o to by bylo wesolo :) A kazda z nas przeciez wesola byc chce :)
A teraz do meritum:
Ile z Was w ostatnim czasie wykonalo badanie cytologiczne?
Ile z Was czytajac ten post zastanawia sie jak wyglada gabinet ginekologiczny, bo nie odwiedzala go dlluugi czas?
Ile z Was regularnie robi sobie podstawowe badania m in. morfologia,mocz itp?
A moze sa takie z Was ktore badaja sie regularnie i wydaje im sie ze robia wszystko?
Pochodzicie z duzych miast? Czy moze z terenow wiejskich?
Czy sa takie z Was, ktore nie wykonuja badan ze wzgledow finasowych?
Pytan nasuwa mi sie cala masa...
Odpowiedzcie sobie na nie same.
Ja sobie pluje w brode...i pytam how come? Ja? jak moglam byc tak glupia?
Wyksztalcona, mieszkajaca w duzym miescie, z darmowym dostepem do lekarzy wszelkiej masci w prywatnej klinice...
To do K..!@#$%^&* nędzy czemu TAK DLUGO nie robilam tej cholernej cytologii????
Zawsze cos... Ole wychowuje sama wiec zawsze usprawiedliwiam sie brakiem czasu, na wszystko.. moze i fakt... nie zawsze jest nadmiar wolnych minut, bo doba jak na zlosc ma wciaz tylko 24 godziny, ale...
Wlasnie ale... zapisywac do lekarza zapisywalam sie wielokrotnie, ale potem, albo duzo pracy, albo pospiech, albo nie do konca mi sie chcialo.. w koncu klinike medyczna mam AŻ 10 min od Fabryki ;/ Przejezdzam kolo niej JEDYNIE 10 razy tygodniowo...
Dotarlam... wreszcie... jakos 2 miesiace temu...
No i sie zaczelo: zly wynik badania cytologicznego, powtarzanie, znow zle, milion badan, biopsje sropsjie i inne malo przyjemne spotkania 3 stopnia z lekarzami roznej masci...
na wynikach badan jakies dziwnie zaszyfrowane lacinskie nazwy...
Po kolejnych wizytach diagnoza - rak szyjki macicy...
No bosko... jeszcze kurna tego mi brakowalo.
Zeby jednak nie bylo patetycznie i nudno - w koncu Wielkanoc i mowia zeby sie radowac ;)
Rak szyjki macicy to nie wyrok!!! Ja jestem mloda, stadium bardzo wczesne, operacja we wtorek... bedzie dobrze. Innego scenariusza nie przewiduje, ale...
Blagam Was z calego serce: badajmy sie wszystkie!!! Regularnie i TYLKO i wylacznie w profesjonalnych gabinetach!!!!
Ok, ja dalam ciala, zeby nie powiedziec gorzej, ale przez ostatnie kilka tygodni poznalam kobiety ktore naprawde regularnie sie badaly.... Co z tego???? jak sie okazalo badanie cytologiczne nie bylo przeprowadzone we wlasciwy sposob, albo bylo oceniane przez niekompetentnego lekarza...
Spotkalam tez takie, ktore nigdy w zyciu nie mialy robionej cytologii grrr... a byly w moim wieku...masakra jakas!
pamietajmy jedno: rak szyjki macicy wykryty we wczesnym stadium - jest w 100% wyleczalny i tak wlasnie bedzie u mnie :)
Post z serii podaj dalej - czyli pytamy mamy, siostry, przyjaciolki, kolezanki w pracy: Kiedy ostatnio robilas cytologie?
Nie zebym sprzedawala jakis produkt, ale jesli mozemy ocalic zycie chociaz jednej kobiety, mamy, zony, corki...WARTO!!!!
Ustawmy sobie przypomnienie w telefonie o obowiazkowym zadawaniu pytania o cytologie...I ustalmy ze przynajmniej raz w roku nie wiem w urodziny, boze narodzenie, wielkanoc czy inna latwa do zapamietania date, robimy przeglad organizmu: cytologia, morfologia itp.. i nie ma przepros.
Promise?
Buziaki wielkie i wciaz Wesolych :)
Aha i niesmialo o kciuki we wtorek poprosze :)
PS. A czy ktos z Was myslal o szczepionce przeciwko HPV? Dla siebie badz dla swojej/swoich corek? Jakie macie zdanie na ten temat?
A.
niedziela, 8 kwietnia 2012
sobota, 31 marca 2012
W drogę!
Zostałam poproszona o napisanie artykułu. O podróżowaniu,
bezpieczeństwie i zabawach w samochodzie. Myślałam, myślałam, myślałam.
Pisałam, skreślałam i edytowałam sto razy. Nagle zdałam sobie sprawę,
jak niewiele wiem o pokonywaniu kilometrów z małym dzieckiem.
Nie dlatego, że nie jeżdżę, ale dlatego, że Groszkowski uwielbia
samochody, a my nigdy nie musieliśmy się silić na zapewnienie mu
rozrywki podczas jazdy. Po prostu pomagamy się wgramolić do fotelika,
zatrzaskujemy drzwi i jazda!
Przede wszystkim fotelik.
Musi być dopasowany do wieku, musi zdać crash-testy na 5 i oczywiście
MUSI mieć ładny kolor :) Groszkowski uwielbia swój fotelik i za Chiny
Ludowe nie chce zamienić go na nowy. Niestety jeszcze chwila, a głową
będzie dotykać sufitu - większy fotelik to mus.
Nowe auta posiadają
system ISOFIX, który nie tylko zwiększa bezpieczeństwo, ale ułatwia
montaż fotelika. Właściciele "nastolatków" i starszych samochodów są
skazani na siłowanie się z pasami bezpieczeństwa.
Groszki wyjeżdżają...
I zazwyczaj wygląda to tak: Mama G. ma reisefieber. Lata, wścieka się,
denerwuje, że czegoś nie zabrała. Tata G. denerwuje się, że Mama G.
zabrała za dużo. Zazwyczaj za dużo butów. Groszkowi się udziela i
denerwuje się, że jeszcze nie jedziemy. Generalnie cyrk na kółkach... Do
czasu, aż nie wsiądziemy na nasze cztery kółka.
Przed wyjazdem napełniamy brzuchy i sprawdzamy, czy pęcherz Gronia jest pusty. Dla pewności nerwowy siczek.
Kiedy już wpakujemy niezbędne bagaże: ubrania, dużo ubrań, mnóstwo
ubrań, kosmetyki, tona kosmetyków, zbyt wiele kosmetyków, kilka mini
resoraków, kocyk, niezbędne siedem par szpilek Mamy G. - możemy ruszać. Nie potrzebujemy zabawek, krakersów, ani telewizora w aucie.
Zazwyczaj rodzice starają się wybierać porę podróży tak, aby wstrzelić
się w drzemkę dziecka. Większość moich znajomych wybiera późny wieczór i
noc na pokonywanie dłuższych tras. U nas zdecydowanie nie sprawdza się
taki system. Groszek lubi obserwować drogę, mijające nas samochody i
okolice. Lubi rozmawiać podczas jazdy, rozpoznaje marki mijanych przez
nas samochodów i chwali się, że zna się na samochodach. Nie da się
zaprzeczyć, czasami sama się zastanawiam, skąd on tyle wie. Uwielbia
traktory, koparki i sportowe cudeńka, ale też
terenówki i autobusy. Tiry raczej ignoruje. Patrzy przez okno i
komentuje, a że chłopak ma gadane (czyżby po mamusi?), to przez
większość czasu jesteśmy skazani na pytania, często retoryczne,
monologi, dłuuugie monologi i zupełnie obiektywną krytykę innych
kierowców: Mamusia, to nie sierota! To auto! Ups...
Poza tym, Groszek nie ma po drodze sensacji żołądkowych, a zdaję sobie
sprawę, że jazda pod groźbą puszczenia kolorowego pawia musi być nie
tylko stresująca, ale i niekoniecznie przyjemna.
W tym miesiącu Groszek pierwszy raz leciał samolotem. Zaopatrzyłam go w
syrop przeciw chorobie lokomocyjnej. Na szczęście i tym razem nie był
potrzebny. Co więcej, w trakcie trwającego trzy godziny lotu, Tata G.
kimał jak dzidzia, ja czytałam, a Groszek... a Groszek leciał samolotem.
Więc jak tu pisać o podróżach? Jak doradzać i rozwodzić się na temat
ułatwiania sobie wyjazdów z dzieckiem, skoro nasze dziecko ułatwia i
umila sobie wyjazdy samo.
A jak Wam udaje się przetrwać kilkugodzinną podróż? Czy też macie taki luz, czy może modlicie się w duchu: byleby się nie obudził!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


