Witam Was,
chciałabym byśmy porozmawiały o naszych mężach, chłopakach, partnerach, którzy jako ojcowie doprowadzają nas czasem do szału..Czym? Miganiem się. Wiadomo, kochają i nas i nasze wspólne pociechy, ale chyba nie tak bardzo jak samych siebie...;) Poświęcenie się jest chyba wpisane w kobiecą naturę, a szczególnie w macierzyństwo.
Myślę, że większość z nas zdaje sobie sprawę, że odkąd pojawiło się dziecko nasze potrzeby niestety schodzą na dalszy plan czy to nam się podoba czy nie. Wiadomo, że szuka się chociaż chwili w ciągu dnia na ulubioną rozrywkę i kiedy dzieciak śpi, ogląda bajkę albo sam się bawi można odetchnąć przed TV, książka czy kawie z koleżanką. Która z Was zaprzeczy że są to najprzyjemniejsze chwile w ciągu dna?? ;)
No ale wracając do naszych tatusiów. Mam wrażenie, że oni nie godzą się z faktem, że ich wolny czas jest nieco ograniczony, że ważniejsze jest to, że dziecko trzeba uśpić czy wykąpać niż to czy w telewizji jest mecz albo sensacyjny hit tego lata..:/
Kiedy odrywasz go od jego zajęć, którym się z namaszczeniem oddaje każdego popołudnia on szczerze zdziwiony, zaskoczony i zniesmaczony patrzy na Ciebie nie wierząc własnym uszom;) I wstaje, z miną męczennika, zły albo smutny (to zależy od cech charakteru) i z łaską wykonuje polecenie, na które sam niestety nie wpadnie.
A w Tobie się gotuje i zastanawiasz się czy aby na pewno on chce być ojcem? czy nie wolałby uciec z tego waszego rodzinnego gniazdka? czy jest szczęśliwy?
K.
wtorek, 28 grudnia 2010
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Depresja po odstawieniu dziecka od piersi?? - temat z maila
Witajcie wszystkie Niegrzeczne Mamuśki. Czytam tego bloga codziennie zawsze z zapartym tchem i mogę z dumą powiedzieć, że też do Was należę. No właśnie..
Kiedy byłam w ciąży nie czytałam zbyt dużo o karmieniu dziecka, bo założyłam, że będę karmić piersią. Czasem tylko wpadał mi w ręce jakiś poradnik i wtedy ze zdziwieniem odkrywałam "terror laktacyjny" i wszechobecne potępienie dla karmienia butelką. Myślałam wtedy, że gdybym była mamą zakładająca karmienie mm, to na pewno nabawiłabym się depresji
i współczułam kobietą, które muszą zmagać się tą nagonką:/
Moje karmienie odbyło się bez żadnych problemów i wiem, że jestem pod tym względem szczęściarą. Nie popękały mi brodawki, mała ładnie ssała, żadnych zastojów i zapaleń, jeden nawał przezwyciężony w ciągu jednego dnia, a dodatkowo córek mój przybierał tak, że śmiali się, że mam śmietanę w piersiach.
Wszystko pięknie, ale ja sobie założyłam, że karmię małą do 6 miesięcy i koniec. Nie będę tu wymyślać, że musiałam wrócić do pracy czy tym podobne - po prostu uznałam, że tyle wystarczy. Chciałam odzyskać swoje piersi i siebie, a wszystko co najlepsze jej dałam. Dodatkowo okazało się, że mała ma jakąś alergię i to nie wiadomo na co. Kazano mi odstawić nabiał, a ją ciągle wysypywało i nie można było określić od czego. A ja już przestawałam jeść cokolwiek ze strachu, a ona nadal miała czerwone suche place na ciele.
Nigdy nie traktowałam karmienia piersią jako sposobu na wytwarzanie więzi z dzieckiem (uważam, że jest wiele innych sposobów na to), piersi nie służyły do usypiania ani uspokajania, to było po prostu dawanie jej jedzenia i tyle.
I przyszedł czas na odstawienie, które też obyło się bez większych problemów dla małej. Zaakceptowała butelkę po 3 podaniu(obecnie aż trzęsie się na jej widok), ja eliminowałam kolejne karmienia dzienne i... tutaj pojawił się problem WE MNIE!! Zaczęło mi być smutno, byłam przygnębiona i rozdrażniona. Chciało mi się płakać i nie potrafiłam zrobić ostatniego kroku-skończyć karmić w nocy. Było mi przykro, że córka już mnie tak nie potrzebuje, że równie chętnie zasypia z tatą. Złapałam strasznego doła. Byłam w szoku, że pojawiły się we mnie takie emocje. Widziałam, że stan skóry córki jest rewelacyjny(pije preparat mlekozastępczy), że jest zadowolona, najedzona.
W końcu to mała podjęła za mnie tę decyzję i zaczęła przesypiać całe noce. Ja w końcu przy wsparciu męża wygrzebałam się z mojego stanu psychicznego, ale odkryłam ważną rzecz- TO BYŁO NASZE PIERWSZE ROZSTANIE i to mnie było trudno pożegnać córcię i pozwolić jej na pierwszy etap samodzielności. A rozstanie z bliską osobą nawet, kiedy jesteśmy o tym przekonani zawsze jest trudne i wiąże się z poczuciem straty.
Długość karmienia bywa różna-kilka dni, tygodni, miesięcy, lat-jestem ciekawa czy wygląda to tak samo??
I jeszcze jedno-dlaczego do cholery w żadnym poradniku nie wyczytałam, że odstawianie dziecka może być trudne dla MNIE??
Pozdrawiam Was!!
Agnieszka
Kiedy byłam w ciąży nie czytałam zbyt dużo o karmieniu dziecka, bo założyłam, że będę karmić piersią. Czasem tylko wpadał mi w ręce jakiś poradnik i wtedy ze zdziwieniem odkrywałam "terror laktacyjny" i wszechobecne potępienie dla karmienia butelką. Myślałam wtedy, że gdybym była mamą zakładająca karmienie mm, to na pewno nabawiłabym się depresji
i współczułam kobietą, które muszą zmagać się tą nagonką:/
Moje karmienie odbyło się bez żadnych problemów i wiem, że jestem pod tym względem szczęściarą. Nie popękały mi brodawki, mała ładnie ssała, żadnych zastojów i zapaleń, jeden nawał przezwyciężony w ciągu jednego dnia, a dodatkowo córek mój przybierał tak, że śmiali się, że mam śmietanę w piersiach.
Wszystko pięknie, ale ja sobie założyłam, że karmię małą do 6 miesięcy i koniec. Nie będę tu wymyślać, że musiałam wrócić do pracy czy tym podobne - po prostu uznałam, że tyle wystarczy. Chciałam odzyskać swoje piersi i siebie, a wszystko co najlepsze jej dałam. Dodatkowo okazało się, że mała ma jakąś alergię i to nie wiadomo na co. Kazano mi odstawić nabiał, a ją ciągle wysypywało i nie można było określić od czego. A ja już przestawałam jeść cokolwiek ze strachu, a ona nadal miała czerwone suche place na ciele.
Nigdy nie traktowałam karmienia piersią jako sposobu na wytwarzanie więzi z dzieckiem (uważam, że jest wiele innych sposobów na to), piersi nie służyły do usypiania ani uspokajania, to było po prostu dawanie jej jedzenia i tyle.
I przyszedł czas na odstawienie, które też obyło się bez większych problemów dla małej. Zaakceptowała butelkę po 3 podaniu(obecnie aż trzęsie się na jej widok), ja eliminowałam kolejne karmienia dzienne i... tutaj pojawił się problem WE MNIE!! Zaczęło mi być smutno, byłam przygnębiona i rozdrażniona. Chciało mi się płakać i nie potrafiłam zrobić ostatniego kroku-skończyć karmić w nocy. Było mi przykro, że córka już mnie tak nie potrzebuje, że równie chętnie zasypia z tatą. Złapałam strasznego doła. Byłam w szoku, że pojawiły się we mnie takie emocje. Widziałam, że stan skóry córki jest rewelacyjny(pije preparat mlekozastępczy), że jest zadowolona, najedzona.
W końcu to mała podjęła za mnie tę decyzję i zaczęła przesypiać całe noce. Ja w końcu przy wsparciu męża wygrzebałam się z mojego stanu psychicznego, ale odkryłam ważną rzecz- TO BYŁO NASZE PIERWSZE ROZSTANIE i to mnie było trudno pożegnać córcię i pozwolić jej na pierwszy etap samodzielności. A rozstanie z bliską osobą nawet, kiedy jesteśmy o tym przekonani zawsze jest trudne i wiąże się z poczuciem straty.
Długość karmienia bywa różna-kilka dni, tygodni, miesięcy, lat-jestem ciekawa czy wygląda to tak samo??
I jeszcze jedno-dlaczego do cholery w żadnym poradniku nie wyczytałam, że odstawianie dziecka może być trudne dla MNIE??
Pozdrawiam Was!!
Agnieszka
niedziela, 12 grudnia 2010
YES WE CAN!!!
Matki są niesamowite!!
Nie wiem czy to kwestia wydzielania się jakiegoś hormonu, czy dodatkowego zwoju na mózgu, pojawiającego się po porodzie. Czy po prostu te małe Bąki tak na nas wpływają. W każdym razie tysiące rzeczy, które wcześniej były dla mnie nie do ogarnięcia, czy w ogóle niewykonalne, teraz robią się automatycznie, z rozpędu, jakby same z siebie. I okazuje się, że mogę i potrafię pamiętać o wszystkim i wszystkich, z samą sobą włącznie. I jak widzie dookoła co robią i jak radzą sobie inne mamy to na prawdę jestem pełna podziwu!!
Bo np.
Tak więc drogie Mamy jesteście niesamowite!! Wielki R-E-S-P-E-C-T!!
i wesołych świąt :)))
magda
Nie wiem czy to kwestia wydzielania się jakiegoś hormonu, czy dodatkowego zwoju na mózgu, pojawiającego się po porodzie. Czy po prostu te małe Bąki tak na nas wpływają. W każdym razie tysiące rzeczy, które wcześniej były dla mnie nie do ogarnięcia, czy w ogóle niewykonalne, teraz robią się automatycznie, z rozpędu, jakby same z siebie. I okazuje się, że mogę i potrafię pamiętać o wszystkim i wszystkich, z samą sobą włącznie. I jak widzie dookoła co robią i jak radzą sobie inne mamy to na prawdę jestem pełna podziwu!!
Bo np.
- odkurzyć mieszkania z bojącym się odkurzacza dzieckiem, zawieszonym na chuście - yes we can!!
- wynieść dwa worki śmieci z dzieckiem na rękach, taszcząc przy tym w ręku sanki (bo jak na złość TYM RAZEM odśnieżyli chodnik) - yes we can!!
- umyć zęby przed 13:00 - yes we can!! :)
- wnieść na drugie piętro zakupy (ze zgrzewką wody włącznie), torebkę, torbę dziecka ze żłobka i dziecko (12kg) - yes we can!!!
- zaplanować bitwę pod Gettysburgiem - yes we can!!
- zapamiętać 30-sto punktową listę zakupów, bez spisywania jej na kartkę - yes we can!!
- pościerać i "zdezynfekować" właśnie obsikany przez kota kawałek podłogi, zanim dziecko do niego doraczkuje (a szybki jest!!) - yes we can!!
- i na wiele więcej - yes we can!!
Tak więc drogie Mamy jesteście niesamowite!! Wielki R-E-S-P-E-C-T!!
i wesołych świąt :)))
magda
czwartek, 9 grudnia 2010
Poród w Polsce, czy może wyglądać tak jak w Holandii - wyzwanie dla nowo wybranego prezydenta
Siedząc w domu z racji urlopu macierzyńskiego, mam możliwość oglądania bardziej lub mniej mądrych programów telewizyjnych. Ostatnio np. podejmowany był temat porodu w dwóch programach na TVN i TVN Style mianowicie w „Rozmowach w toku” i w „Między nami rodzicami”.
Doznałam szoku, jak usłyszałam że kobiety w Polsce biorą kredyty na poród, aby móc urodzić w prywatnej klinice „po ludzku”. Inne natomiast mają po porodzie w państwowym szpitalu tak traumatyczne przeżycia, że posiadanie kolejnego dziecka uzależniają jedynie od adopcji. Przytoczę tu przykład kobiety, która kilka godzin leżała na sali operacyjnej kompletnie goła w oczekiwaniu na anestezjologa, który zrobi znieczulenie do cięcia cesarskiego. Inna kobieta wypowiadała się na temat bzdurnych procedur typu golenie krocza do cesarki czy też niepochlebnych komentarzy położnych na temat obecności męża podczas porodu lub nadużywania dzwonka przywołującego położną w razie trudności. Można by wymieniać i wymieniać, lecz ja pozwolę sobie na opis mojego porodu za który nie zapłaciłam ani centa. Nie robię tego po to aby się chwalić, jak to miałam dobrze… po prostu znalazłam się na odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Jednak chciała bym aby przy porodzie mojego drugiego dziecka za kilka lat takie same warunki i opieka była również w Polsce.
12.04.2010 godz 7.30 – szpital akademicki Maastricht / Holandia.
- dzień dobry, ja do porodu…(poród wywoływany tydz po terminie)
- dzień dobry, czekamy właśnie na panią proszę za mną, oto pani pokój, proszę się rozgościć, ma pani może ochotę na kawę lub herbatę, za jakieś 30 min przyjdzie do pani lekarz. Wszystko odbywało się w języku angielskim i nikomu nie przeszkadzało że nie znam holenderskiego.
Pokój około 40m2, na środku łóżko do porodu, z boku tapczanik dla męża jak by chciał się zdrzemnąć, z drugiego boku biurko z komputerem i dostępem do internetu, naprzeciwko mojego łóżka pod sufitem telewizor, pilot na szafce koło łóżka. Stoliczek na obiad przystawiany do łóżka, łazienka z prysznicem w pokoju oraz całe oporządzenie do obsłużenia maleństwa po wyjęcia z brzucha typu, waga, wanienka, pampersy, czapeczki śpioszki, ręczniki itp…
godz 8.00
przychodzi lekarz, bada, aplikuje prostagladyne, omawia co się będzie ze mną działo, … i tak KTG i mierzenie ciśnienia co 2 godz. Hormon nie działa aż do 16.00, więc oglądam TV, śpię i przyjmuję odwiedziny koleżanki, która była w okolicy
godz.9.30 – przychodzi salowa z menu, żebym sobie wybrała co chcę jeść na śniadanie obiad i kolację następnego dnia…. (szok był tak ogromny że stwierdziłam – ah… hmmm – wszystko jedno, zaznaczyłam krzyżykiem raz dwa, a potem piłam kurcze kawę bez mleka nawet na kolację )
godz.15.00 – przychodzi położna porozmawiać o tym jak się czuję, jakie mam oczekiwania wobec porodu itp… składa mi kondolencje z powodu katastrofy smoleńskiej, ponieważ dowiedziała się że jestem z Polski.
godz. 16.00 – hormon zaczyna działać, czuję lekkie bóle, jak podczas miesiączki, położna proponuje wziąć prysznic i pospacerować
godz.19.00 – przychodzi lekarka wyjąc tampon z hormonem, mówi że mogę zrobić to sama w toalecie, jeśli obawiam się że będzie bolało… poszłam, zrobiłam sama…spoko luz…
bóle są już tak bolesne, że proponują mi coś na ich uśmierzenie, niestety na razie tylko paracetamol, ponieważ na znieczulenie jest za wcześnie…
godz. 22.00 bóle nie do wytrzymania, położna radzi jak oddychać i obiecuje że zaraz przyjdzie anestezjolog i da mi znieczulenie
godz. 23.00 położna przeprasza za opóźnienie, ale anestezjolog ma akurat ważną niespodziewaną operację
godz.1.00 przychodzi anestezjolog – po znieczuleniu na kilka godzin zasypiam, mój zmęczony od masowania mi pleców i przykładania termofora z gorącą wodą mąż również.
godz. 7.00 przychodzi lekarz, bada rozwarcie – hurra 10 cm… tylko główka za daleko, podłączają oksytocyne i odłączają znieczulenie.
godz. 11.00 znów czuje okropne bóle, w między czasie przychodzi nowy lekarz, pyta czy zgadzam się na obecność studenta, po nim położna z inna studentką, też się zgadzam… zaczyna się, położne dopingują jak na meczu piłkarskim, proszą o jeszcze jeden skurcz, mówią – Yes, you can
do it, you are doing graet, one again, !!!
godz.12.36 nasz SKARB przychodzi na świat
Wiktoria dostała czapeczkę szpitalną i wylądowała u mnie na piersi gdzie spędziła pierwszą godzinę życia. Położne gratulowały, zaraz przyniosły mi kanapki na wzmocnienie. Pomogły mi doczłapać się pod prysznic po około 2 godzinach. Podczas gdy mąż robił zdjęcia naszej córeczce, ja zmęczona zasnęłam na kilka godz. w przekonaniu, że po tej drzemce na noc już będę musiała wrócić do domu. (W Holandii jeśli wszystko jest w porządku opuszcza się szpital kilka godz po porodzie).
godz 18.00 – przychodzi położna i mówi że zostaję na noc, bo chcą poobserwować jeszcze moje ciśnienie.
Nasz skarb śpi pięknie w szklanym łóżeczku koło mnie więc i ja zasypiam, położna mówi, żebym się nie martwiła, obudzi mnie za 3 godz na kolejne karmienie. Mówi że w razie czego mam dzwonić to zaraz przyjdą i pomogą…
Rano nawet wyspana pakuję się z mężem do domu, położna przychodzi jeszcze pouczyć mnie o antykoncepcji. Dostaję numer tel, na jaki mogę zadzwonić jak tylko coś się będzie z maleństwem działo.
W godzinę po przybyciu do domu przychodzi pielęgniarka/położna, która będzie ze mną 6 dni po 8 godzin, pomaga w domu, sprząta, radzi jak przystawiać dziecko do piersi, kąpać, przewijać nosić, odpowiada na wszelkie pytania, sprawdza codziennie jak się rana po nacięciu krocza goi, sprawdza mi temp. i ciśnienie, ogromna pomoc w pierwszych dniach. (Jedynie za ta usługę zapłaciłam 41 Euro)
Po całym doświadczeniu porodu i tego co mnie po nim spotkało, nie mam obaw co do ponownego zajścia w ciąże. Oczywiście chcę to trochę odłożyć w czasie. Ból był oczywiście nie do zniesienie, jednak cała ta otoczka i miłe słowa osób koło mnie sprawiły, że nie ból pozostał w mojej pamięci, a przyjaźni i mili ludzie oraz atmosfera i nad wyraz ludzkie warunki.
Bardzo bym chciała, żeby każda kobieta miała tak samo miłe wspomnienia z porodu. Aby żadna z nas nie doświadczyła ironicznych uwag ze strony położnych typu „drzyj się drzyj, to i tak nic nie pomoże”, albo „jak dawałaś to nie bolało, a teraz ile musisz cierpieć co …” już nie wspominając o takich, które są złe bo je wzywamy podczas oglądania 15896 odcinka „Szansy na sukces”…. Jeśli któraś z was ma podobne doświadczenia z porodu w Polsce, to proszę o podzielenie się opinia, może z podaniem miasta, będzie to zapewne wielka reklama dla danego szpitala. W głębi duszy ufam, że gdzieś tak jest i że również nie trzeba za to nic zapłacić.
Chylę głowy tym, którzy czytając te moje wypociny dotrwali do końca…
Pozdrawiam
Aischa
Doznałam szoku, jak usłyszałam że kobiety w Polsce biorą kredyty na poród, aby móc urodzić w prywatnej klinice „po ludzku”. Inne natomiast mają po porodzie w państwowym szpitalu tak traumatyczne przeżycia, że posiadanie kolejnego dziecka uzależniają jedynie od adopcji. Przytoczę tu przykład kobiety, która kilka godzin leżała na sali operacyjnej kompletnie goła w oczekiwaniu na anestezjologa, który zrobi znieczulenie do cięcia cesarskiego. Inna kobieta wypowiadała się na temat bzdurnych procedur typu golenie krocza do cesarki czy też niepochlebnych komentarzy położnych na temat obecności męża podczas porodu lub nadużywania dzwonka przywołującego położną w razie trudności. Można by wymieniać i wymieniać, lecz ja pozwolę sobie na opis mojego porodu za który nie zapłaciłam ani centa. Nie robię tego po to aby się chwalić, jak to miałam dobrze… po prostu znalazłam się na odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Jednak chciała bym aby przy porodzie mojego drugiego dziecka za kilka lat takie same warunki i opieka była również w Polsce.
12.04.2010 godz 7.30 – szpital akademicki Maastricht / Holandia.
- dzień dobry, ja do porodu…(poród wywoływany tydz po terminie)
- dzień dobry, czekamy właśnie na panią proszę za mną, oto pani pokój, proszę się rozgościć, ma pani może ochotę na kawę lub herbatę, za jakieś 30 min przyjdzie do pani lekarz. Wszystko odbywało się w języku angielskim i nikomu nie przeszkadzało że nie znam holenderskiego.
Pokój około 40m2, na środku łóżko do porodu, z boku tapczanik dla męża jak by chciał się zdrzemnąć, z drugiego boku biurko z komputerem i dostępem do internetu, naprzeciwko mojego łóżka pod sufitem telewizor, pilot na szafce koło łóżka. Stoliczek na obiad przystawiany do łóżka, łazienka z prysznicem w pokoju oraz całe oporządzenie do obsłużenia maleństwa po wyjęcia z brzucha typu, waga, wanienka, pampersy, czapeczki śpioszki, ręczniki itp…
godz 8.00
przychodzi lekarz, bada, aplikuje prostagladyne, omawia co się będzie ze mną działo, … i tak KTG i mierzenie ciśnienia co 2 godz. Hormon nie działa aż do 16.00, więc oglądam TV, śpię i przyjmuję odwiedziny koleżanki, która była w okolicy
godz.9.30 – przychodzi salowa z menu, żebym sobie wybrała co chcę jeść na śniadanie obiad i kolację następnego dnia…. (szok był tak ogromny że stwierdziłam – ah… hmmm – wszystko jedno, zaznaczyłam krzyżykiem raz dwa, a potem piłam kurcze kawę bez mleka nawet na kolację )
godz.15.00 – przychodzi położna porozmawiać o tym jak się czuję, jakie mam oczekiwania wobec porodu itp… składa mi kondolencje z powodu katastrofy smoleńskiej, ponieważ dowiedziała się że jestem z Polski.
godz. 16.00 – hormon zaczyna działać, czuję lekkie bóle, jak podczas miesiączki, położna proponuje wziąć prysznic i pospacerować
godz.19.00 – przychodzi lekarka wyjąc tampon z hormonem, mówi że mogę zrobić to sama w toalecie, jeśli obawiam się że będzie bolało… poszłam, zrobiłam sama…spoko luz…
bóle są już tak bolesne, że proponują mi coś na ich uśmierzenie, niestety na razie tylko paracetamol, ponieważ na znieczulenie jest za wcześnie…
godz. 22.00 bóle nie do wytrzymania, położna radzi jak oddychać i obiecuje że zaraz przyjdzie anestezjolog i da mi znieczulenie
godz. 23.00 położna przeprasza za opóźnienie, ale anestezjolog ma akurat ważną niespodziewaną operację
godz.1.00 przychodzi anestezjolog – po znieczuleniu na kilka godzin zasypiam, mój zmęczony od masowania mi pleców i przykładania termofora z gorącą wodą mąż również.
godz. 7.00 przychodzi lekarz, bada rozwarcie – hurra 10 cm… tylko główka za daleko, podłączają oksytocyne i odłączają znieczulenie.
godz. 11.00 znów czuje okropne bóle, w między czasie przychodzi nowy lekarz, pyta czy zgadzam się na obecność studenta, po nim położna z inna studentką, też się zgadzam… zaczyna się, położne dopingują jak na meczu piłkarskim, proszą o jeszcze jeden skurcz, mówią – Yes, you can
do it, you are doing graet, one again, !!!
godz.12.36 nasz SKARB przychodzi na świat
Wiktoria dostała czapeczkę szpitalną i wylądowała u mnie na piersi gdzie spędziła pierwszą godzinę życia. Położne gratulowały, zaraz przyniosły mi kanapki na wzmocnienie. Pomogły mi doczłapać się pod prysznic po około 2 godzinach. Podczas gdy mąż robił zdjęcia naszej córeczce, ja zmęczona zasnęłam na kilka godz. w przekonaniu, że po tej drzemce na noc już będę musiała wrócić do domu. (W Holandii jeśli wszystko jest w porządku opuszcza się szpital kilka godz po porodzie).
godz 18.00 – przychodzi położna i mówi że zostaję na noc, bo chcą poobserwować jeszcze moje ciśnienie.
Nasz skarb śpi pięknie w szklanym łóżeczku koło mnie więc i ja zasypiam, położna mówi, żebym się nie martwiła, obudzi mnie za 3 godz na kolejne karmienie. Mówi że w razie czego mam dzwonić to zaraz przyjdą i pomogą…
Rano nawet wyspana pakuję się z mężem do domu, położna przychodzi jeszcze pouczyć mnie o antykoncepcji. Dostaję numer tel, na jaki mogę zadzwonić jak tylko coś się będzie z maleństwem działo.
W godzinę po przybyciu do domu przychodzi pielęgniarka/położna, która będzie ze mną 6 dni po 8 godzin, pomaga w domu, sprząta, radzi jak przystawiać dziecko do piersi, kąpać, przewijać nosić, odpowiada na wszelkie pytania, sprawdza codziennie jak się rana po nacięciu krocza goi, sprawdza mi temp. i ciśnienie, ogromna pomoc w pierwszych dniach. (Jedynie za ta usługę zapłaciłam 41 Euro)
Po całym doświadczeniu porodu i tego co mnie po nim spotkało, nie mam obaw co do ponownego zajścia w ciąże. Oczywiście chcę to trochę odłożyć w czasie. Ból był oczywiście nie do zniesienie, jednak cała ta otoczka i miłe słowa osób koło mnie sprawiły, że nie ból pozostał w mojej pamięci, a przyjaźni i mili ludzie oraz atmosfera i nad wyraz ludzkie warunki.
Bardzo bym chciała, żeby każda kobieta miała tak samo miłe wspomnienia z porodu. Aby żadna z nas nie doświadczyła ironicznych uwag ze strony położnych typu „drzyj się drzyj, to i tak nic nie pomoże”, albo „jak dawałaś to nie bolało, a teraz ile musisz cierpieć co …” już nie wspominając o takich, które są złe bo je wzywamy podczas oglądania 15896 odcinka „Szansy na sukces”…. Jeśli któraś z was ma podobne doświadczenia z porodu w Polsce, to proszę o podzielenie się opinia, może z podaniem miasta, będzie to zapewne wielka reklama dla danego szpitala. W głębi duszy ufam, że gdzieś tak jest i że również nie trzeba za to nic zapłacić.
Chylę głowy tym, którzy czytając te moje wypociny dotrwali do końca…
Pozdrawiam
Aischa
środa, 1 grudnia 2010
Mężczyźni, a ich wychowanie - temat z maila
Myślę, że temat który chce poruszyć jest bardzo ciekawy i zmusza do refleksji, a wiec MĘŻCZYŹNI ;)
Osoby które doprowadzają nas nie kiedy do prawdziwej furii, do których trzeba mówić prostym, zrozumiałym językiem, bo inaczej nigdy nie domyślą się o co Nam kobietka chodzi :) Tak na nich nie kiedy narzekamy, a jednak nie możemy bez nich żyć :) Pomijając to, że oni bez nas bardziej :) Ale do czego zmierzam... prawda jest taka, że "Czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci", a wiec moje drogie Panie, Nasi mężowie,partnerzy, z którymi decydujemy się związać, już z domu przynoszą pewne nawyki. Prawda jest taka, że jeśli w domu dziecko napatrzy się jak to jest miedzy rodzicami, tak mniej więcej będzie funkcjonować w przyszłości.
Powiedzmy, że przykładowa mama gotuje, sprząta, pierze, prasuje, goni za mężem z obiadkiem, papuciami itd. Podobnie postępuje wobec swojego syna, bo na przykład uważa, że tak trzeba. Pokazuje mu jakie są priorytety, a on też będzie oczekiwał od swojej żony tego samego! Będzie myślał, że tak to jest poukładane w życiu. Najlepiej, gdy owa partnerka, z która właśnie się zwiąże uświadomi go, że tak nie jest... Ale czasem popełniamy ten błąd, że chcemy pokazać jakie jesteśmy dobre, uczynne i robimy wszystko, by się sprawdzić jako kochająca i przykładna żona.
Niestety pewnie wiele z was wie, że później jest gorzej, bo partner przyzwyczaja się do takiego stylu życia i jest mu najwygodniej. A my? Biedne zostajemy ze wszystkimi obowiązkami, a na dokładkę mamy problem jak zagonić męża do pomocy?!
Osoby które doprowadzają nas nie kiedy do prawdziwej furii, do których trzeba mówić prostym, zrozumiałym językiem, bo inaczej nigdy nie domyślą się o co Nam kobietka chodzi :) Tak na nich nie kiedy narzekamy, a jednak nie możemy bez nich żyć :) Pomijając to, że oni bez nas bardziej :) Ale do czego zmierzam... prawda jest taka, że "Czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci", a wiec moje drogie Panie, Nasi mężowie,partnerzy, z którymi decydujemy się związać, już z domu przynoszą pewne nawyki. Prawda jest taka, że jeśli w domu dziecko napatrzy się jak to jest miedzy rodzicami, tak mniej więcej będzie funkcjonować w przyszłości.
Powiedzmy, że przykładowa mama gotuje, sprząta, pierze, prasuje, goni za mężem z obiadkiem, papuciami itd. Podobnie postępuje wobec swojego syna, bo na przykład uważa, że tak trzeba. Pokazuje mu jakie są priorytety, a on też będzie oczekiwał od swojej żony tego samego! Będzie myślał, że tak to jest poukładane w życiu. Najlepiej, gdy owa partnerka, z która właśnie się zwiąże uświadomi go, że tak nie jest... Ale czasem popełniamy ten błąd, że chcemy pokazać jakie jesteśmy dobre, uczynne i robimy wszystko, by się sprawdzić jako kochająca i przykładna żona.
Niestety pewnie wiele z was wie, że później jest gorzej, bo partner przyzwyczaja się do takiego stylu życia i jest mu najwygodniej. A my? Biedne zostajemy ze wszystkimi obowiązkami, a na dokładkę mamy problem jak zagonić męża do pomocy?!
Ja mam dwóch synów i chce, żeby wyrośli na porządnych facetów (pewnie tak jak każda mama), ale pstanowiłam ze oprócz miłości i czułości jaka ich obdarzam, chce żeby umieli docenić moja prace, a w szczególności przyszłą żonę! Są na razie na tyle mali, że nic wielkiego nie zdziałam, ale przynajmniej starszego synka(2,5l) mogę uczyć samodzielności w tym co robi, w jego malutkim
świecie. Wie, że trzeba odnieść buty, czy posprzątać zabawki (czasem to trwa nawet 1,5 godziny co jest meczące, ale wiem ze się opłaci)!
Wiecie dlaczego to pisze? Bo jadąc autobusem natknęłam się na taka sytuacje: Mama z synem (wiek ok 9-10 lat) wysiadają z autobusu (mama obładowana siatkami i plecakiem chłopca), a on jak gdyby nigdy nic bawi się telefonem. Przerażające!
Poza tym mam szerokie grono znajomych, którzy maja już nastoletnie dzieci (głównie chodzi o chłopców), którzy w domu nie potrafią nic zrobić. Mama jest od dosłownie wszystkiego! Ja postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby tak nie było. Nie mogę przewidzieć przyszłości, ale będę wiedzieć, że próbowałam!
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego jak dużą wartość ma wpajanie już od malutkiego pewnych norm i zasad, chociażby przy głupich sytuacjach, jak np mój syn coś zjadał i dawał mi papierek, a ja nie zwracając na to uwagi.Tup tup tup do kosza, a on sobie siedział na łóżeczku i zajadał! Zmieniłam to (chociaż łatwo nie było). Teraz to on, jak skończy, to wie gdzie trzeba iść, jak zapomni to mu po prostu przypominam.
Ciekawi mnie bardzo Wasz pogląd i opinia na ten temat!
Pozdrawiam Mysza
świecie. Wie, że trzeba odnieść buty, czy posprzątać zabawki (czasem to trwa nawet 1,5 godziny co jest meczące, ale wiem ze się opłaci)!
Wiecie dlaczego to pisze? Bo jadąc autobusem natknęłam się na taka sytuacje: Mama z synem (wiek ok 9-10 lat) wysiadają z autobusu (mama obładowana siatkami i plecakiem chłopca), a on jak gdyby nigdy nic bawi się telefonem. Przerażające!
Poza tym mam szerokie grono znajomych, którzy maja już nastoletnie dzieci (głównie chodzi o chłopców), którzy w domu nie potrafią nic zrobić. Mama jest od dosłownie wszystkiego! Ja postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby tak nie było. Nie mogę przewidzieć przyszłości, ale będę wiedzieć, że próbowałam!
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego jak dużą wartość ma wpajanie już od malutkiego pewnych norm i zasad, chociażby przy głupich sytuacjach, jak np mój syn coś zjadał i dawał mi papierek, a ja nie zwracając na to uwagi.Tup tup tup do kosza, a on sobie siedział na łóżeczku i zajadał! Zmieniłam to (chociaż łatwo nie było). Teraz to on, jak skończy, to wie gdzie trzeba iść, jak zapomni to mu po prostu przypominam.
Ciekawi mnie bardzo Wasz pogląd i opinia na ten temat!
Pozdrawiam Mysza
Subskrybuj:
Posty (Atom)


