niegrzecznemamuski.blogspot.com

piątek, 29 października 2010

... i nie opuści cię aż do śmierci...

16 komentarze
- Jestem w ciąży! - usłyszałam w słuchawce i z radości aż pisnęłam - Boję się o tym mówić. Boję się, że coś się stanie.

- Aaa! To normalne. Od teraz zawsze będzie ci towarzyszyć to uczucie. - walnęłam jak ostatni głupek, trochę zbyt niedelikatnie.

Ale przecież lęk o dziecko jest zupełnie naturalny. Boimy się, czy poród przebiegnie bez komplikacji. Czy przypadkiem nie straciło oddechu podczas snu. Że się zakrztusi, przeziębi, przewróci niefortunnie i nabije sobie wielką śliwę, albo co gorsze, złamie nogę. 

Później przyjdzie czas na lęki z serii - czy ma przyjaciół, czy nie czuje się odrzucony, czy zaliczy semestr, czy nie wpadnie w tarapaty, czy wybierze właściwy zawód, który da mu satysfakcję i zadowolenie z wykonywanej pracy. Czy nie wejdzie w trudny związek, a może z nikim się nie zwiąże i będzie samotny. 

W międzyczasie boimy się, czy nasze lęki nie zatrują życia dziecku, czy nie zamkniemy go w złotej klatce przywiązując kryształową kulę do nogi. 

I można tak w kółko. Tylko czy macierzyństwo bez lęku byłoby czymkolwiek więcej niż zwykłą relacją międzyludzką?

czwartek, 28 października 2010

"Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko" - czy aby napewno?? - temat z maila

17 komentarze
Witam,

Chciałam podzielić się z Wami moją refleksją na temat tego, jakże często wykorzystywanego powiedzonka. Kwestia ta zastanawiała mnie jeszcze na długo przed tym jak sama zostałam mamą (mam siedmiomiesięcznego Synka). Od bardzo dawna odnoszę nieodparte wrażenie, że stwierdzenie to bardzo często wykorzystywane jest przez matki do usprawiedliwienia swojego
chronicznego braku czasu dla dziecka lub chęci zajęcia się swoją Latoroślą. Teraz pewnie wiele z Was się obruszy, więc już spieszę z wyjaśnieniami.

Zgadzam się w 100%, że kobieta zaniedbana i sfrustrowana przenosi swój zły nastrój na dziecko. Nie obdarza Go również taką uwagą jak powinna. Ja też muszę/chcę od czasu do czasu naładować akumulatory. Zostawiam wtedy moje Słonko z jego tatą (nawet na parę godzin), a sama idę np. do kosmetyczki, koleżanki czy rzucam się w wir zakupów. I nie ma w tym nic złego - wręcz przeciwnie - uważam, że nie należy za bardzo uzależniać ani siebie od dziecka ani Szkraba od nas. Nie widzę też nic złego w powrocie do pracy (sama zostanę w domu jeszcze tylko przez 3 miesiące). Mam na myśli zupełnie o coś innego - traktowanie dziecka jak przeszkody. Najlepiej będzie jak pokażę to na przykładach z mojego otoczenia.

1. 3-letni Synek mojej koleżanki ma grypę. Zbiegło się to w czasie z naszym wspólnym wyjazdem na kilkudniową zagraniczną delegację. Cóż, sprawa zaplanowana dosyć dawno, dziecko zostaje pod opieką swojego ojca, więc jedziemy. Gdy lądujemy z powrotem w Polsce, ja nie marzę o niczym innym jak tylko o powrocie do domu, do męża (w drodze z lotniska nie było korków, więc jesteśmy w domu wcześniej niż zakładałyśmy - zrobię mu niespodziankę). A co robi moja koleżanka?? Zamiast do domu, do dziecka jedzie do pracy, żeby zobaczyć co słychać i zostaje tam do...19!!!!!

2. W kilkuosobowym zespole opracowujemy ważny projekt. To zadanie wymaga od nas wielkiego zaangażowania i przedłużonych godzin pracy. Udział w zespole jest proponowany przez kierownictwo. Nasz przełożony to osoba bardzo wyrozumiała, więc z oczywistych względów nie proponuje tej pracy dziewczynie mającej ośmiomiesięczne dziecko. Ta jest oburzona i zgłasza
się do projektu na ochotnika... Zaznaczam, że takich "akcji" już troszkę było i dziewczyna miała już szansę się wykazać.

3. Mamy zaplanowane serie szkoleń z zakresu naszej pracy prowadzone przez firmę zewnętrzną. Osoby z tej firmy mogą nas szkolić tylko w czwartki (w godzinach naszej pracy) bądź w soboty. Oczywiście prawie wszyscy jesteśmy za czwartkami. Wyjątek stanowią 2 osoby, które chcą się
spotykać w soboty. Jedną z nich jest matka małej dziewczynki...

Przykłady mogłabym mnożyć. Wszystkie te dziewczyny twierdzą, że "nie liczy się ilość, ale jakość czasu spędzona z dzieckiem". I oczywiście poniekąd jest to racja. Ale tylko poniekąd. Ja nie potrafię zrozumieć przejawów "nadgorliwości". Pomimo, iż sama jestem osobą ambitną, mam za
sobą kilka awansów, to teraz dziecko jest bardzo ważne! I na pewno nie będzie mnie tam gdzie nie będę niezbędna, na delegację nie zgodzę się jeszcze przez jakiś czas, gdy dziecko będzie chore to będę robić swoje i w te pędy wracać do niego. Wcale nie trzeba popadać w skrajności. W
macierzyństwie, jak w całym życiu, potrzebny jest zdrowy rozsądek i równowaga.

pozdrawiam wszystkie Mamy,

mama Robaka

niedziela, 24 października 2010

Adopcyjna niegrzeczna mamuśka ;) - temat z maila

12 komentarze
Od kilku tygodni wiem o Waszym istnieniu i bardzo chętnie zaglądam na stronkę.

Jestem mama dwóch skarbów. Dzieci nie urodziłam sama, ale są moje, moje i tylko moje (no i męża ;)) Wyczekane, wymarzone, kochane, najpiękniejsze, najsłodsze, naj... Ale mam to samo co Wy... (choć w mniemaniu niektórych ludzi nie powinnam tak mieć, bo przecież decyzja o dziecku była tak przemyślana, że bardziej się nie da) ;))
Nawet nie wiecie jak zrobiło mi się lżej na sercu, jak poczytałam Wasze wypowiedzi, że macie czasem dość, że jesteście zmęczone, że nie macie czasu na swoje przyjemności itp, itd... Ale chodzi mi o to, że mnie nigdy nie wypadało narzekać, bo przecież - jak kiedyś usłyszałam po jakimś tam moim marudzeniu, że jestem zmęczona - że ..."po co brałam dzieci, jak teraz narzekam".
Ale teraz już wiem, że mam prawo czasem mieć wszystkiego dosyć (łącznie z dziećmi ).

A tak chwaląc się już moimi skarbami to mają teraz 7 i 3 latka, ale każde z nich trafiło do nas gdy mieli kilka tygodni i czasem leżąc wieczorem i myśląc o życiu muszę sobie przypominać, że są adoptowane, bo na co dzień są po prostu NASZE ( choć wiedzą, że nie ja ich urodziłam )

Pozdrawiam wszystkie mamy ;)

aiw11

piątek, 22 października 2010

(NIE)kazda matka wykarmi - temat z maila

17 komentarze

Kochane niegrzeczne mamuśki

Z całego serca dziękuje wam za posty o terrorze laktacyjnym I historie, ze nie każda matka wykarmi swoje dziecko. Poryczałam się jak bóbr. Mój synal ma już ponad rok, oczywiście jak większość byłam zdecydowana na karmienie piersią, butelkę miałam jakaś tam na wszelki wypadek.

Pierwsze przystawienie do piersi tuz po prawie 24godzinnym porodzie i szok!!! To boli! To jest nieprzyjemne, czuje dreszcze na całym ciele i mam gęsia skorka. Dziecko nie ma zębów, ale dziąsła twarde jakby było ich co najmniej po sześć z każdej strony.

Teoretycznie położna pokazuje i jak przystawiać, teoretycznie wszystko gra i jest w porządku i przystawiamy się super, mleka jest dużo (?), a synal super ciągnie. Co z tego jeśli mnie boli dalej, piersi mam poharatane, krwawiące, a przy każdym karmieniu dreszcze z bólu i dreszcze na sama myśl o kolejnym karmieniu za dwie trzy godziny. Czuje się chora, płacze z bólu, frustracji i bezsilności. Dziecko pluje krwią po karmieniu.

Mój mąż nie wytrzymuje, pewnej nocy o godz 24 jedzie do Tesco po butelki, mleko modyfikowane i kapturki na piersi.

Kapturki nieco pomagają, już tak nie boli, piersi się goja.

"I co z tego" powtarza się po raz kolejny. Dziecko jest karmione przez ok 45 minut za każdym razem, co około 3 godziny. "To niemożliwe żeby tyle ciągnął, dziecko najada się w 10 minut" wyrokuje moja przyjaciółka. Ja oglądam po kolei cala serie Twin Peaks, Przystanek Alaska, Ally McBeal itd...... pól dnia schodzi mi na karmienie, a z każdą wizytą i ważeniem synal jest na coraz niższym centylu.

W końcu jak w 8 tygodniu z centyla 50 w dniu urodzenia dobijamy do 3, buntuje się i mowie ze coś jest nie tak i co to tu kurde chodzi?! Mam dokarmiać sztucznie. Po każdym jedzeniu dostaje butle, wypija dodatkowo około 120ml (!!!!!). w końcu nie płacze w każdej minucie w jakiej nie śpi, zaczyna przybierać na wadze, w rekordowym tygodniu 440g!!! W kilka tygodni wracamy na centyl 50 - 75 i tak jest do dzisiaj. Dziecko szybko odmawia cyca, butelka się wreszcie najada.

Ja rzygam teoriami na temat jakie to „niezbędne, absolutnie konieczne do rozwoju i szczęśliwego dzieciństwa” jest karmienie piersią i, że „każda matka swoje dziecko wykarmi”. To najgłupsze frazesy jakie słyszałam.

Długo miałam wyrzuty sumienia, ze nie dałam rady, ze nie będzie tej bliskości, ze na pewno będzie alergikiem, astmatykiem i chorował co 5 minut.

Dziś ma 14 miesięcy, raz było zapalenie oskrzeli w wieku 13 miesięcy i 4 dni antybiotyku – moim zdaniem ze zbagatelizowanego i niedoleczonego kataru (usłyszeliśmy ze to wirus i sam przejdzie) .

Dziękuję wam za te posty, bo wciąż jeszcze potrzeba mi wsparcia, ze jestem normalna matka a mojemu dziecku nie wyrządziłam nieodwracalnej krzywdy, bo nie karmiłam piersią.

Ciesze się ze nie doszło do sytuacji, o jakiej piszecie w swoim poście „każda matka wykarmi swoje dziecko”, ciesze się, ze zaprotestowałam wcześniej.

Pozdrawiam

Iza

wtorek, 19 października 2010

Złamane serce matki - temat z maila

17 komentarze

Koszmarny tydzień zaczął się ohydnym poniedziałkiem , trwał fatalnym wtorkiem, żeby osiągnąć apogeum jako odrażająca środa, która jest odrażająca z założenia, jako że nastąpi jutro. Dlaczego ? Nie mam gdzie posłać dziecka . Wypowiedziano mi umowę w przedszkolu z natychmiastową klauzulą wykonalności . Kazano zabierać swoje rzeczy (kapcie, dziecko, skarpetki, rzeczy na zmianę). Kazano się wynosić, cyt. ''proszę się wynosić z mojego terenu i zabierać swojego dzieciaka'', (mojemu synkowi i mi) podczas, gdy on stał z boku i słuchał, a jest poniekąd dość wrażliwym czteroletnim chłopczykiem.

Pani Agnieszka, dyrektorka przedszkola, 1,50 cm urosła zapewne w swoich oczach takim zachowaniem . Tak się kończą rozmowy rodziców z nauczycielami. Cierpią dzieci.

Wrotek jest dość kreatywnym dzieciakiem, umówmy się - trudnym, ponad przeciętnie inteligentnym bachorem. Praca wychowawcza nad nim jest trudna, gdyż azali moje dziecię jest bytem dominującym. Najbardziej smuci go fakt, że nie ma władzy nad światem, panią w przedszkolu, mamą w domu, panią na ''kulkach ''. Jest dobrym negocjatorem i zjada przedszkolanki na śniadanie . Klasycznie współczuje słabszym, ma w sobie wysokogatunkowy zalążek kultury osobistej.

I teraz ja się pytam, jak u diabła babiszon ''peda-gog '' może deprymować moje dziecko tylko dlatego, że nienawidzi jego matki od pierwszego wejrzenia. I to z nią ma zatarg, nie z dzieckiem. Jak może obniżać poczucie własnej wartości małego chłopca, który po całej sytuacji płacze przez tydzień i nie rozumie, że nie pójdzie do (fikcyjna nazwa ''ślimaczków'') jak co dzień się bawić. Wrotek budzi się w kilka razy w nocy i pyta dlaczego kazali mu wyjść, skoro najpierw pozwolili mu się bawić zabawkami, a potem nagle w atmosferze totalnej psychozy wywalili. No nie pyta ''tak'', ale taki jest sens ogólny. A ja całuję jego idealne bose stopy, śmierdzące od dreptania i nie wiem co mu odpowiedzieć.

Swoją droga nie wiecie czy anty reklama tej pożal się Boże placówki przedszkolnej jest legalna? Czy uważacie że trzeba ostrzegać inne kobiety przed konkretnym przedszkolem? Czy siedzieć cicho, nie jątrzyć i przełknąć gorzką pigułkę?


Złamane serce matki .


Ps. zaznaczam, że chodzi o małe przedszkole prywatne i kwintesencją konfliktu jest to, że rozmawiałam z mamą innego dziecka, która poinformowała mnie, że jej córa wracała do domu z przedszkola poobijana. I istniało ryzyko, że przedszkolanki nie pilnują dzieci, więc grzecznie poszłam to wyjaśnić z Panią A., której odwaliło w wyżej wymieniony sposób i uznała to jako obrazę godności przedszkola i jego dobrego wizerunku. Pomówiła mnie i mamę tej dziewczynki o spisek mający na celu zniszczenie reputacji przedszkola. Opisana sytuacja miała miejsce o 7:15 rano, tuż przed moim wyjściem do pracy.

czwartek, 14 października 2010

O tym co każdy rodzic wiedzieć powinien

11 komentarze
Wczoraj na swoim blogu pisałam o tym, że mój synek zadławił się kawałkiem nektarynki. Niestety, nie był to pierwszy raz, co napawa mnie obawą, że nie ostatni. :/

Mam szansę świętować drugie, trzecie i kolejne urodziny mojego dziecka, bo już przed jego przyjściem na świat przeczytałam dokładnie w książce o rozwoju rozdział o pierwszej pomocy niemowlętom i dzieciom w nagłych wypadkach.

Jeśli nie omawiałyście tego z położną w szkole rodzenia, nie byłyście na kursie pierwszej pomocy ani nie znacie schematu postępowania w przypadku zakrztuszenia, zajrzyjcie tu:
Pierwsza pomoc przy zakrztuszeniu - niemowlę
Pierwsza pomoc przy zakrztuszeniu - dziecko powyżej pierwszego roku życia

Nikomu nie życzę, żeby musiał z tej wiedzy korzystać, ale te informacje mogą uratować życie Waszego dziecka albo jakiegokolwiek innego, które w Waszej obecności będzie potrzebować pomocy.

I nie łudźcie się, że możecie ustrzec swoje dziecko przed każdym wypadkiem. Mój synek zadławił się kawałkiem jedzenia, które dostał z mojej ręki, kiedy ja byłam nie dalej niż trzydzieści centymetrów od niego.

środa, 6 października 2010

Znieczulica masowa

57 komentarze
Tekst z mojego bloga z 4 października. Za namową ECH i tutaj.

***

Jestem przerażona tym jak ludzie są bezduszni.

Stałam dziś w okolicach 17.30 w kolejce w markecie.
Kolejka duża, przy każdej kasie taka sama.
Kas uprzywilejowanych brak. Nie żeby były zamknięte. Ich po prostu nie ma.

Stoję jako powiedzmy 8 w kolejce. Z Kubą w wózku. Przede mną osoby albo bardzo młode (18l) albo Panie około 40. Za mną chłopak w okolicach 30 przegląda płyty (kolejka sięgała półek z płytami).

Idzie matka z dzieckiem na oko miesięcznym w gondoli.
Staje na końcu kolejki.
Czekam minutę aż ktoś (ktokolwiek!!!) ustąpi jej miejca.

Najzwyczajniej w świecie nie przyszło mi do głowy że mając 18 lat można nie pomyśleć o tym że może możnaby cholera przepuścić kobietę z dzieckiem która ma w koszyku na boga 5 produktów!! No dobrze, może oni, ci 18-latkowie nie wiedzą nic o macierzyństwie. Ale Panie koło 40 rozmawiające przez telefon ze swoim wnuczkiem (akurat się złożyło) ?? Nie, nikt sie nie odezwał.
Każdy jakoś nie zauważał bardzo widocznie wlepiając wzrok w jakiś punkt, najczęściej podłogę.
Pani było głupio.
Widać było.
Bardzo.

Na moją propozycję żeby przeszła na początek kolejki odpowiedziała że nikt jej tam nie przepuści. Że jak ona była w ciąży to przepuszczała małe dzieci ale ludzie niestety nie potrafią. Na moją prośbę przepuszczenia przede mnie broniła się że mała nie płacze. I co z tego!!??!! W końcu musiałam jej właściwie uprzejmie rozkazać żeby przede mnie weszłą bo ja przepraszam nie byłabym w stanie w lustro spojrzeć gdyby nie przeszła. Kiedy ja ją przepuściłam chłopak za mną zrobił głęboko urażoną minę, natomiast dwie panie przede mną nagle zauważyły małe dziecko i poprosiły żeby przeszła przed nie. Czyli że jeszcze 6 osób przed nią. Za 5 minut (tak, pani wolno skanowała produkty) kolejna Pani bardzo widocznie przestała udawać że nie widzi. W ciągu tych 5 minut Pani z małym dzieckiem pogawędziła sobie z dwiema Paniami przede mną o tym że kolejka wolno idzie i brak kas dla dzieci. Potem okazało się jakoś dziwnie że dwie kolejne osoby przepuściły Panią z małym dzieckiem i udało się jej wyjść zanim dziecko zażądało natychmiastowego karmienia.

Czemu tak ciężko powiedzieć te parę słów. Czemu ludzie reagują dopiero kiedy dziecko już płacze. Czy nie lepiej to zrobić ZANIM zacznie płakać? Czy nie lepiej okazać trochę serca? Nie chce współczucia. Nie chcę zrozumienia. Nie chcę cholera jasna padania na kolana przed matki z małymi dziećmi i modlenia się do nich. To tylko cholerna kolejka w sklepie. I naprawde te matki potem śpieszą się żeby ci którzy je przepuścili nie zauważyli nawet że ktoś przed nimi stanął.

piątek, 1 października 2010

Newsweek - Francuska miłość

28 komentarze
W komentarzach pod poprzednim postem lenn zalinkowała ciekawy artykuł z Newsweeka o podejściu do wychowania dzieci we Francji. Co o tym myślicie?

Im częściej okazujemy dzieciom pobłażliwość i czułość, tym gorzej dla nich. Przynajmniej tak uważa wielu Francuzów.

W pogodne popołudnie jadłam obiad w eleganckiej restauracji na francuskim wybrzeżu Atlantyku. Białe obrusy, przystojni kelnerzy, w menu głównie owoce morza. Przy stoliku obok siedziała para z dzieckiem, około 2,5-letnią dziewczynką. Dziecko nie tylko nie korzystało ze specjalnego krzesełka dla maluchów, lecz także uczestniczyło w ciągnącej się przez prawie dwie godziny uczcie. Dziewczynka nie radziła sobie jedynie z krojeniem półkrwistego steku. Resztę obiadu zjadła samodzielnie. Żadnego marudzenia, rzucania frytkami w innych gości czy prób włożenia lalki Barbie do akwarium z homarami.

We Francji dobre maniery nie tylko przy stole to u przedszkolaków norma. Cudzoziemcy często się śmieją, że małych Francuzów widać, ale nie słychać (chyba że na placu zabaw, gdzie rodzice pozwalają pociechom się wyszaleć). Mało kto tam uznaje – inaczej niż w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy także w Polsce – że dzieci muszą odkrywać świat po swojemu i na przykład jeść rękoma, sprawdzając przy okazji, czy spaghetti dobrze przykleja się do stołu. Podstawą tradycyjnego francuskiego wychowania jest tzw. zimny wychów. I to być może jeden z najważniejszych powodów, dla których rodzi się tam najwięcej dzieci w Europie.

W pupę albo w twarz

W okolicach Ogrodu Luksemburskiego, ulubionego miejsca spacerów paryżan, widziałam matki albo opiekunki dające klapsy albo policzkujące niesforne szkraby. Nikt wokół się nie oburza ani nie protestuje. W dzielnicy Montmartre na stromych schodach prowadzących do bazyliki Sacré Coeur można zobaczyć dorosłych idących przodem, a za nimi gramolące się z trudem dwulatki, którym rodzicielka w ogóle nie pomaga, jedynie od czasu do czasu pokrzykuje: „Dépêche-toi‎!” – pospiesz się.

Wielu Francuzów uważa, że oschłe traktowanie i utrzymywanie dyscypliny to najlepszy sposób okazania dziecku miłości, a nawet rodzaj cywilizacyjnej misji. – Niestety, wraz z ekspansją społeczeństwa konsumpcyjnego ta tradycja znika. Dzieci – jak w innych krajach – stają się królewiątkami, wokół których kręci się życie rodziców. Kiedyś dzieci wiedziały, że nie można mieć wszystkiego; dziś uważają, że do wszystkiego mają prawo, i to natychmiast – mówi w rozmowie z „Newsweekiem” dr Aldo Naouri, pediatra i psycholog, którego książki o wychowaniu są nad Loarą bestsellerami. Jego ostatni poradnik „Wychowujecie dzieci. Od dzisiaj” sprzedał się w 150 tysiącach egzemplarzy. Naouri każe rodzicom zapomnieć o radach z amerykańskich seriali o partnerskim i bezstresowym wychowaniu. – Frustrujcie swoje dzieci – radzi, twierdząc, że niedobory, braki, zakazy są motorami działania dziecka nieodzownymi dla jego rozwoju.

Tato ma zawsze rację

Zalecenia dr. Naouriego można uznać za kwintesencję tradycyjnego wychowania à la française. Na używanie smoczka, butelki i zabieranie ze sobą ukochanej przytulanki można dziecku pozwolić najwyżej do 2,5 roku. Inaczej nie będzie się rozwijać, tylko mentalnie tkwić w niemowlęctwie. Co więcej – wbrew zasadom głoszonym przez wielu innych psychologów – Naouri zakazuje wyjaśniania maluchowi motywów naszego postępowania. – Zbyt często „tłumaczenie” zmienia się w „tłumaczenie się” – twierdzi Francuz. – Rodzic powinien być przewodnikiem dziecka, a nie jego wyrośniętym kumplem.

Zdaniem Naouriego, żeby dziecko naprawdę mogło na rodzicach polegać i ufać im jako autorytetom, musi wiedzieć, że w rodzinnej hierarchii znajduje się na dole. Ma wówczas motywację, by się starać, by się wspinać, pokonywać progi i dorastać. – Rodzice dziś są zbyt niepewni siebie – dodaje Naouri. – Nie wymagają, bo się boją, że zostaną znienawidzeni. To bzdura. Bez względu na to, co robią rodzice, dzieci i tak będą ich kochać. Nie mają wyboru.

Brzmi to dość szokująco, szczególnie dla Polaków, którzy przyzwyczaili się już do myślenia typu: od kiedy jesteś na świecie, wszystko kręci się wokół ciebie, wszystko, o czym myślę, wszystko, co czuję, pragnę dać ci wszystko, co najlepsze. To wyznanie mamy z reklamówki firmy Hipp, która sprzedaje produkty „dla najważniejszych na świecie”. – Jesteśmy dziś przesiąknięci ideologią miłości. Są nawet psychologowie, którzy uważają, że wystarczy dzieci kochać, nie trzeba wychowywać. To bardzo szkodliwe przekonanie. Dzieci potrzebują ograniczeń, czasem ostrych reguł, które pozwolą im zrozumieć świat – mówi „Newsweekowi” Caroline Thompson, francuska psycholog i autorka książki „Przemoc miłości”.

Ten tytuł to esencja jej poglądów: Thompson uważa, że ślepa miłość rodzicielska jest formą przemocy wobec dziecka, odbierającą mu bodziec do rozwoju i dorastania. – Miłość i nienawiść są blisko powiązane, często jedno przechodzi w drugie. To są uczucia, które każdy człowiek musi umieć przeżywać. Tymczasem dzisiejsi nowocześni rodzice nie chcą się nawet przyznać, że czasem są na dzieci zwyczajnie wściekli. Próbują tylko kochać, kochać coraz mocniej: rozsądek znika w natłoku emocji, a rodzicielska miłość przypomina namiętność – mówi Thompson. Taki zakochany rodzic nie może oczywiście wychowywać dziecka, besztać go i przywoływać do porządku. Zostaje jego przyjacielem, zaciera różnice między pokoleniami i pozbawia dziecko oparcia. Bo surowy rodzic jest oparciem. Jest dorosłym, tym, który wie i rządzi. Do takiego dziecko przychodzi po radę, przy takim czuje się bezpiecznie.

Matki psychopatki?

Czy jednak kontrrewolucja ogłaszana przez Naouriego i Thompson jest we Francji potrzebna? Francuskie matki w przeciwieństwie do Polek nie mają poczucia winy z powodu niepoświęcania dziecku wystarczającej ilości czasu, bo wracają do pracy najczęściej po trzech miesiącach po porodzie. Odsetek kobiet karmiących piersią należy do najniższych w Europie. Według danych zebranych przez Komisję Europejską tylko 62 proc. francuskich noworodków otrzymuje mleko matki (w Polsce – 90 proc.). W trzecim miesiącu życia przeciętne niemowlę trafia do żłobka, 93 proc. trzylatków i spory procent dwulatków chodzi do tzw. écoles maternelles (przedszkoli), a po zajęciach odbierają je niańki, często zagraniczne studentki bez referencji.

Ale dopiero przypadek Rachidy Dati, do niedawna minister sprawiedliwości, dziś eurodeputowanej, wywołał dyskusję nad Sekwaną. Znana z urody i zamiłowania do kreacji Diora 43-letnia pani minister urodziła córkę Zohrę (poród odbył się przez cesarskie cięcie), a pięć dni później w eleganckiej sukience i szpilkach pojawiła się w pracy. Zamiast maleństwa zaprezentowała dziennikarzom nienaganną figurę, fryzurę oraz makijaż. – Bogini wyzwolonych kobiet – pisały na forach internetowych jedne Francuzki. Inne krytykowały ją, ale nie tyle z uwagi na ciężki los maleńkiej Zohry, ile raczej własny, przewidując, że z powodu postępowania pani minister ich szefowie zaczną wymagać powrotu do pracy nie po 2-3 miesiącach od rozwiązania, ale tuż po opuszczeniu porodówki. Na polskich forach zawrzało. „Na gilotynę z tą pracoholiczką!” – brzmiał jeden z wpisów.

Przypadek Dati to oczywiście skrajność, ale pewne jest, że we Francji życie zawodowe i prywatne rodziców jest co najmniej równie ważne jak potrzeby dziecka. Świeżo upieczeni rodzice nie rezygnują z wieczornych wyjść ani z wakacji. Ufają też publicznym instytucjom, dlatego nie wahają się zostawiać maluchów na cały dzień w żłobkach, przedszkolach i świetlicach.

Dziecko to nie inwestycja

Być może ta francuska nieczułość to jeden z powodów, dla których przyrost naturalny we Francji jest najwyższy w Europie (ex aequo z Irlandią). We Francji na jedną kobietę przypada średnio dwoje dzieci (w Polsce 1,27). Demografowie chętnie tłumaczą dużą skłonność Francuzów do rozmnażania jedną z najhojniejszych na Starym Kontynencie polityk rodzinnych. Na przykład becikowe wynosi we Francji prawie 900 euro (w Polsce – cztery razy mniej), comiesięczny dodatek na dwoje dzieci sięga 124 euro, za troje – wynosi 282 euro. Wielodzietne rodziny (z co najmniej trójką dzieci) oprócz zasiłków mają wiele przywilejów, np. prawo do ulg za przejazdy środkami transportu publicznego.

Podobnie hojna polityka rodzinna nie zadziałała jednak ani w Niemczech, ani na Węgrzech. Wysoki przyrost naturalny odnotowuje Irlandia, ale tam szczodrość świeżo wzbogaconego państwa wobec młodych rodziców zbiegła się z tradycyjnym, katolickim podejściem do kwestii rodzinnych. Natomiast Francja od wieków jest laicka, ma liberalne przepisy aborcyjne, prawie co druga kobieta używa pigułek hormonalnych. Ale to tutaj posiadanie dzieci jest częścią uznanego stylu życia i miarą sukcesu. Francuzi dzieci nie uwielbiają – oni je lubią, a ich pojawienie się uważają za naturalną część życia, a nie rewolucję.

W Polsce czy we Włoszech, gdzie przyjście na świat dziecka najczęściej oznacza całkowitą zmianę stylu życia, kilkuletnią przerwę w karierze, podróżach i życiu towarzyskim, przyrost naturalny należy do najniższych w Europie. – Jeśli chcemy dziecko wychować perfekcyjnie i zaspokoić wszystkie jego potrzeby, najczęściej możemy mieć tylko jedno – tłumaczy psycholog Caroline Thompson. To z powodu podejścia do dziecka jak do wielkiej inwestycji mamy ich coraz mniej.

Ale dzieci kosztują naprawdę – powie ktoś. Owszem. Jednak sami napędzamy ten system, chcąc dać im wszystko. Naouri krytykuje huczne urodziny dla maluchów, góry prezentów i natychmiastowe spełnianie marzeń. – Wśród moich pacjentów – mówi – coraz więcej jest małych obsesjonatów. Nie zasną bez cukierka, nie przeżyją dnia bez nowej zabawki, nie potrafią czekać, znieść nieprzyjemności. Koszmar – pediatra kręci głową.
Cóż, jeśli Francuzi oprą się trendowi rozpieszczania dzieci i dalej będą rozmnażać się tak chętnie jak dotąd, w 2050 roku czeka ich nagroda. Zdaniem wielu demografów staną się najliczniejszym narodem Europy.


Artykuł znaleziony tu.