Im częściej okazujemy dzieciom pobłażliwość i czułość, tym gorzej dla nich. Przynajmniej tak uważa wielu Francuzów.
W pogodne popołudnie jadłam obiad w eleganckiej restauracji na francuskim wybrzeżu Atlantyku. Białe obrusy, przystojni kelnerzy, w menu głównie owoce morza. Przy stoliku obok siedziała para z dzieckiem, około 2,5-letnią dziewczynką. Dziecko nie tylko nie korzystało ze specjalnego krzesełka dla maluchów, lecz także uczestniczyło w ciągnącej się przez prawie dwie godziny uczcie. Dziewczynka nie radziła sobie jedynie z krojeniem półkrwistego steku. Resztę obiadu zjadła samodzielnie. Żadnego marudzenia, rzucania frytkami w innych gości czy prób włożenia lalki Barbie do akwarium z homarami.
We Francji dobre maniery nie tylko przy stole to u przedszkolaków norma. Cudzoziemcy często się śmieją, że małych Francuzów widać, ale nie słychać (chyba że na placu zabaw, gdzie rodzice pozwalają pociechom się wyszaleć). Mało kto tam uznaje – inaczej niż w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy także w Polsce – że dzieci muszą odkrywać świat po swojemu i na przykład jeść rękoma, sprawdzając przy okazji, czy spaghetti dobrze przykleja się do stołu. Podstawą tradycyjnego francuskiego wychowania jest tzw. zimny wychów. I to być może jeden z najważniejszych powodów, dla których rodzi się tam najwięcej dzieci w Europie.
W pupę albo w twarz
W okolicach Ogrodu Luksemburskiego, ulubionego miejsca spacerów paryżan, widziałam matki albo opiekunki dające klapsy albo policzkujące niesforne szkraby. Nikt wokół się nie oburza ani nie protestuje. W dzielnicy Montmartre na stromych schodach prowadzących do bazyliki Sacré Coeur można zobaczyć dorosłych idących przodem, a za nimi gramolące się z trudem dwulatki, którym rodzicielka w ogóle nie pomaga, jedynie od czasu do czasu pokrzykuje: „Dépêche-toi!” – pospiesz się.
Wielu Francuzów uważa, że oschłe traktowanie i utrzymywanie dyscypliny to najlepszy sposób okazania dziecku miłości, a nawet rodzaj cywilizacyjnej misji. – Niestety, wraz z ekspansją społeczeństwa konsumpcyjnego ta tradycja znika. Dzieci – jak w innych krajach – stają się królewiątkami, wokół których kręci się życie rodziców. Kiedyś dzieci wiedziały, że nie można mieć wszystkiego; dziś uważają, że do wszystkiego mają prawo, i to natychmiast – mówi w rozmowie z „Newsweekiem” dr Aldo Naouri, pediatra i psycholog, którego książki o wychowaniu są nad Loarą bestsellerami. Jego ostatni poradnik „Wychowujecie dzieci. Od dzisiaj” sprzedał się w 150 tysiącach egzemplarzy. Naouri każe rodzicom zapomnieć o radach z amerykańskich seriali o partnerskim i bezstresowym wychowaniu. – Frustrujcie swoje dzieci – radzi, twierdząc, że niedobory, braki, zakazy są motorami działania dziecka nieodzownymi dla jego rozwoju.
Tato ma zawsze rację
Zalecenia dr. Naouriego można uznać za kwintesencję tradycyjnego wychowania à la française. Na używanie smoczka, butelki i zabieranie ze sobą ukochanej przytulanki można dziecku pozwolić najwyżej do 2,5 roku. Inaczej nie będzie się rozwijać, tylko mentalnie tkwić w niemowlęctwie. Co więcej – wbrew zasadom głoszonym przez wielu innych psychologów – Naouri zakazuje wyjaśniania maluchowi motywów naszego postępowania. – Zbyt często „tłumaczenie” zmienia się w „tłumaczenie się” – twierdzi Francuz. – Rodzic powinien być przewodnikiem dziecka, a nie jego wyrośniętym kumplem.
Zdaniem Naouriego, żeby dziecko naprawdę mogło na rodzicach polegać i ufać im jako autorytetom, musi wiedzieć, że w rodzinnej hierarchii znajduje się na dole. Ma wówczas motywację, by się starać, by się wspinać, pokonywać progi i dorastać. – Rodzice dziś są zbyt niepewni siebie – dodaje Naouri. – Nie wymagają, bo się boją, że zostaną znienawidzeni. To bzdura. Bez względu na to, co robią rodzice, dzieci i tak będą ich kochać. Nie mają wyboru.
Brzmi to dość szokująco, szczególnie dla Polaków, którzy przyzwyczaili się już do myślenia typu: od kiedy jesteś na świecie, wszystko kręci się wokół ciebie, wszystko, o czym myślę, wszystko, co czuję, pragnę dać ci wszystko, co najlepsze. To wyznanie mamy z reklamówki firmy Hipp, która sprzedaje produkty „dla najważniejszych na świecie”. – Jesteśmy dziś przesiąknięci ideologią miłości. Są nawet psychologowie, którzy uważają, że wystarczy dzieci kochać, nie trzeba wychowywać. To bardzo szkodliwe przekonanie. Dzieci potrzebują ograniczeń, czasem ostrych reguł, które pozwolą im zrozumieć świat – mówi „Newsweekowi” Caroline Thompson, francuska psycholog i autorka książki „Przemoc miłości”.
Ten tytuł to esencja jej poglądów: Thompson uważa, że ślepa miłość rodzicielska jest formą przemocy wobec dziecka, odbierającą mu bodziec do rozwoju i dorastania. – Miłość i nienawiść są blisko powiązane, często jedno przechodzi w drugie. To są uczucia, które każdy człowiek musi umieć przeżywać. Tymczasem dzisiejsi nowocześni rodzice nie chcą się nawet przyznać, że czasem są na dzieci zwyczajnie wściekli. Próbują tylko kochać, kochać coraz mocniej: rozsądek znika w natłoku emocji, a rodzicielska miłość przypomina namiętność – mówi Thompson. Taki zakochany rodzic nie może oczywiście wychowywać dziecka, besztać go i przywoływać do porządku. Zostaje jego przyjacielem, zaciera różnice między pokoleniami i pozbawia dziecko oparcia. Bo surowy rodzic jest oparciem. Jest dorosłym, tym, który wie i rządzi. Do takiego dziecko przychodzi po radę, przy takim czuje się bezpiecznie.
Matki psychopatki?
Czy jednak kontrrewolucja ogłaszana przez Naouriego i Thompson jest we Francji potrzebna? Francuskie matki w przeciwieństwie do Polek nie mają poczucia winy z powodu niepoświęcania dziecku wystarczającej ilości czasu, bo wracają do pracy najczęściej po trzech miesiącach po porodzie. Odsetek kobiet karmiących piersią należy do najniższych w Europie. Według danych zebranych przez Komisję Europejską tylko 62 proc. francuskich noworodków otrzymuje mleko matki (w Polsce – 90 proc.). W trzecim miesiącu życia przeciętne niemowlę trafia do żłobka, 93 proc. trzylatków i spory procent dwulatków chodzi do tzw. écoles maternelles (przedszkoli), a po zajęciach odbierają je niańki, często zagraniczne studentki bez referencji.
Ale dopiero przypadek Rachidy Dati, do niedawna minister sprawiedliwości, dziś eurodeputowanej, wywołał dyskusję nad Sekwaną. Znana z urody i zamiłowania do kreacji Diora 43-letnia pani minister urodziła córkę Zohrę (poród odbył się przez cesarskie cięcie), a pięć dni później w eleganckiej sukience i szpilkach pojawiła się w pracy. Zamiast maleństwa zaprezentowała dziennikarzom nienaganną figurę, fryzurę oraz makijaż. – Bogini wyzwolonych kobiet – pisały na forach internetowych jedne Francuzki. Inne krytykowały ją, ale nie tyle z uwagi na ciężki los maleńkiej Zohry, ile raczej własny, przewidując, że z powodu postępowania pani minister ich szefowie zaczną wymagać powrotu do pracy nie po 2-3 miesiącach od rozwiązania, ale tuż po opuszczeniu porodówki. Na polskich forach zawrzało. „Na gilotynę z tą pracoholiczką!” – brzmiał jeden z wpisów.
Przypadek Dati to oczywiście skrajność, ale pewne jest, że we Francji życie zawodowe i prywatne rodziców jest co najmniej równie ważne jak potrzeby dziecka. Świeżo upieczeni rodzice nie rezygnują z wieczornych wyjść ani z wakacji. Ufają też publicznym instytucjom, dlatego nie wahają się zostawiać maluchów na cały dzień w żłobkach, przedszkolach i świetlicach.
Dziecko to nie inwestycja
Być może ta francuska nieczułość to jeden z powodów, dla których przyrost naturalny we Francji jest najwyższy w Europie (ex aequo z Irlandią). We Francji na jedną kobietę przypada średnio dwoje dzieci (w Polsce 1,27). Demografowie chętnie tłumaczą dużą skłonność Francuzów do rozmnażania jedną z najhojniejszych na Starym Kontynencie polityk rodzinnych. Na przykład becikowe wynosi we Francji prawie 900 euro (w Polsce – cztery razy mniej), comiesięczny dodatek na dwoje dzieci sięga 124 euro, za troje – wynosi 282 euro. Wielodzietne rodziny (z co najmniej trójką dzieci) oprócz zasiłków mają wiele przywilejów, np. prawo do ulg za przejazdy środkami transportu publicznego.
Podobnie hojna polityka rodzinna nie zadziałała jednak ani w Niemczech, ani na Węgrzech. Wysoki przyrost naturalny odnotowuje Irlandia, ale tam szczodrość świeżo wzbogaconego państwa wobec młodych rodziców zbiegła się z tradycyjnym, katolickim podejściem do kwestii rodzinnych. Natomiast Francja od wieków jest laicka, ma liberalne przepisy aborcyjne, prawie co druga kobieta używa pigułek hormonalnych. Ale to tutaj posiadanie dzieci jest częścią uznanego stylu życia i miarą sukcesu. Francuzi dzieci nie uwielbiają – oni je lubią, a ich pojawienie się uważają za naturalną część życia, a nie rewolucję.
W Polsce czy we Włoszech, gdzie przyjście na świat dziecka najczęściej oznacza całkowitą zmianę stylu życia, kilkuletnią przerwę w karierze, podróżach i życiu towarzyskim, przyrost naturalny należy do najniższych w Europie. – Jeśli chcemy dziecko wychować perfekcyjnie i zaspokoić wszystkie jego potrzeby, najczęściej możemy mieć tylko jedno – tłumaczy psycholog Caroline Thompson. To z powodu podejścia do dziecka jak do wielkiej inwestycji mamy ich coraz mniej.
Ale dzieci kosztują naprawdę – powie ktoś. Owszem. Jednak sami napędzamy ten system, chcąc dać im wszystko. Naouri krytykuje huczne urodziny dla maluchów, góry prezentów i natychmiastowe spełnianie marzeń. – Wśród moich pacjentów – mówi – coraz więcej jest małych obsesjonatów. Nie zasną bez cukierka, nie przeżyją dnia bez nowej zabawki, nie potrafią czekać, znieść nieprzyjemności. Koszmar – pediatra kręci głową.
Cóż, jeśli Francuzi oprą się trendowi rozpieszczania dzieci i dalej będą rozmnażać się tak chętnie jak dotąd, w 2050 roku czeka ich nagroda. Zdaniem wielu demografów staną się najliczniejszym narodem Europy.
Artykuł znaleziony tu.








Policzkowanie maluchów to przegięcie - ale reszta jest warta przemysleń.
OdpowiedzUsuńNp. Czytałam już kiedyś że zakazy i nakazy są dzieciom niezbedne. Nie tylko dlatego że uczą je funkcjonowania w świecie i chronią przed niebezpieczeństwem (np. nie wolno odkrecać kurków przy kuchence gazowej, nie rozmawiaj z obcymi..). Podobno ograniczenia wprowadzane przez rodziców dzieci podświadomie odczuwają jako dowód ich zainteresowania i miłości.
Wydaje mi się, że żadna skrajność nie jest dobra. Ani dla rodziców ani dla dzieci. Można dziecku pomóc wejść po schodach, co nie znaczy, ze trzeba go za każdym razem wnosić. Nie uważam, żeby z tego powodu dziecko rozwijało się wolniej. Zagłaskiwanie dziecka na śmierć też nie jest dobre, bo rezultat takiego wychowania jest do przewidzenia.
OdpowiedzUsuńAle można dziecku okazywać miłość, szacunek, czułość i można go karcić za złe zachowanie. To się przecież nie wyklucza. Wydaje mi się, że wtedy właśnie dziecko wie, że czegoś zabraniamy mu z miłości. Sama nie jestem za tym, żeby być przyjaciółką dla swojej córki, ale mamą. Co nie znaczy, że jak ją przytulę, pomogę, to okażę jej słabość i ona przestanie czuć się bezpiecznie. A bicie, policzkowania, klapsy... Przemoc rodzi przemoc. Nigdy tego nie poprę. Innych metod na egzekwowanie tego czego chcę od dziecka lub kar, jeśli uparcie dziecko odmawia jest wiele. Umiar i złoty środek. We wszystkim.
Jakoś szkoda mi się zrobiło tych francuskich dzieciaczków:)
Drogie Mamuski(jakolwiek to zabrzmialo)jak czytałam tan artykul z wielkiem zaciekwieniem i jakos mi sie tak lepej zrobilo na duszy...nie jestem za policzkowaniam dzieci ale klapsa kilka razy dostał moj syn. Nie powiem bo czuje presje kochania nad wszystko, poswiecania sie usmiechania 24/h do dziecka etc. do tej pory mialam wyrzuty sumienia, ze krzyknelam na swojego syna a on biedulek plakal albo zamiast poczytac mu bajke ja wolałam pogadac i wypic winko z przyjaciółka- dodam ze nie pracuje i od 3,5 roku prowadze dom i male domowe przedszkole...ale jestem jak najbardziej za wychowaniem zdyscyplinowanym tzn. dziecko czy ma 1 czy4 lata powinno wiedziec jak sie zachowac w miejscach publicznych, moj syn teraz to zauwazam ze wykorzystuje wiele sytuacji np jak byl malutki znosilam go z gory jak sie obudzil- jak byla malutki- terz ma 3,5 roku i przez 2 dni krzyczal po 1,5 h az sie nauczyl i schodzi sam, leniwy jest, nie chce mu sie np siadac samemu na kibelek ale ja go nie posadze bo uwazam ze juz powinien to umikec i nie ma przebacz w najgorzsym razie zrobi kupe w majtki i bedzie musial to wyczyscic,jestes chory to nie znaczy, ze wszstko Ci wolno, nie wlozysz butow pojdziesz na bosaka nie zjesz sam bedziesz glodny itd, itd
OdpowiedzUsuńNie zrozumcie mnie zle ale ja mojego syna bardzol kocham i czasami nienawidze.... i nie chcialam miec dziecka dlatego aby poswiecic mu sie na calego ale dlatego zeby stal sie czescia Naszego zycia i wnim uczestniczył... i uważam, ze wychowaywanie dziecka pod kloszem w milosci i udawanie, ze mamusia zawsze jest zadowolona i swiat jest codinnie piekny i ludzie sa cudowni a pieniadze sypia sie z ieba to nic innego jak krzywdzenie dziecka
Kocham i nienawidze- to taka moja miłość...
Gospocha, masz rację. Ale ja ten artykuł trochę inaczej odebrałam. Tak jak ty będę wymagać od córki i nie będę robić za nią czegoś co sama umie, albo powinna umieć. Ale wymagać od dwulatka manier jak u dorosłego, nie pozwalać się wyszaleć czy wykrzyczeć /oczywiście tam gdzie jest to możliwe/, to dla mnie trochę za ostro. Nie wspomnę już o oddawaniu 3 miesięcznego dziecka do żłobka i odbieraniu go przez nianię...
OdpowiedzUsuńdla mnie ten artykuł był świetny - znaczy się pod tym względem, że mam nadzieję, że przeczyta go ileś mamusiek postrzelonych na punkcie swoich dzieci, zakochanych w nich. dla mnie najważniejszą rzeczą w tym artykule jest stwierdzenie, że dzieci nie są centrum świata tylko przez to, ze są dziećmi! i właśnie to jest tzw "niegrzeczne" mamusiowanie, bo uczysz dziecko, że też masz potrzeby jakieś i niech się samo sobą zajmie przez jakiś czas, bo nie jesteś po to, by miało idealnie. jesteś dla opieki, co nie znaczy, ze do wyręczania. a jeśli gdzieś wlazło, to samo zejdzie:)
OdpowiedzUsuńbył też ostatnio na "ratunku-co-robić" watek z forum o dawaniu dzieciom znajomych drobnych prezentów, gdy się przychodzi z wizytą. czy uwierzycie, ze niektóre matki tego wręcz wymagają? to jest właśnie dla mnie przykład tego zfisiowania, pokręcenia, przesterowania relacji dziecko-dorosły. kto tu rządzi?...
Gospocha też świetnie napisała o tych wymaganiach - u mnie jak Gaba wyleje coś na podłogę albo wysypie, to musi sprzątnąć. oczywiście nie stoję nad nią z ręką do klapsa, ale - ludzie - czy uwierzycie, że moja półtoraroczna córka ma więcej zamiłowania do porządku niż mój trzydziestoparoletni Niemąż? uczę ją od zupełnego maleńtasa co i jak i widzę naprawdę zadziwiające efekty, których, szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tak do końca na serio. to kolejny przykład na to, ze od dzieci, nawet tych maluteńkich, można i trzeba wymagać.
od tego są dziećmi, by nabałaganić. ale od tego są ludźmi, by po sobie umieć posprzątać i w razie czego umieć się zachować:)
nie wierzę w jednolitość zachowania tej dziewczynki z restauracji z początku artykułu, kluczowe w tym przypadku jest chyba to, że umie się zachować ładnie w pewnych sytuacjach. a kiedy trzeba, jest "zwykłym" dzieckiem. tylko gdzie indziej.
We wszystkim trzeba zachować umiar i nie popadać w skrajności, ale przemoc - NIGDY!!!
OdpowiedzUsuńHmmm... wydaje mi sie,ze nie chodzilo w tym artykule o przemoc. Spotkalam sie ze stwierdzeniem psychologow, ze klaps ma przywolac do porzadku, a nie sprawic bol. Osobiscie znam pare fracuzow, ktorzy maja w tej chwili juz 5 dziecko i chyba nie chca na tym poprzestac. To naprawde zalezy od podejscia - dziecko nie powinno przeslaniac calego swiata tylko jezeli matka nawklada sobie do glowy, ze jezeli nie bedzie sie dobrze zajomowac dziekiem to uznaja ja za wyrodna matke, a to nie do konca prawda. Ostatnio ogladalam Super Nianie, w ktorym super niania pomagala przy wprowadzeniu dyscyplinu u blizniakow. W tym domu matka nie umiala sobie inaczej z nimi radzic jak uzywajac przemocy, nie poswiecala czasu na ich rozwoj umyslowy i emocjonalny - a kiedy Super Niania zadala jej pytanie co wedlug niej znaczy "wychowanie" ta jej odpowiedziala ze to pilnowanie zeby dziecku nie stala sie krzywda, zapewnienie mu jedzenia i ubran i rzecz jasna dachu nad glowa. Powalila mnie ta kobieta na lopatki. Nie jestem specjalista w tej dziedzinie, ale w wychowaniu nie tylko o to chodzi. Jak rowniez nie chodzi o to aby dziecko "pochlonelo" nas do reszty. Kiedy czytam, ze mamy nie robia nic dla siebie - tylko gotuja, sprzataja, wychodza z dzieckiem na spacer, a potem bawia sie z nim w rozwijajace gry, az mi sie na glowie staje. Jestem mloda mama, nie do konca spelniona i procz tego, ze chce miec szczesliwa corke sama tez chce byc szczesliwa nie poswiecaja siebie calej. Chyba o to wlasnie chodzilo w tym portalu "Niegrzecznych Mamusiek" - o to, ze dziecko nie jest centrum swiata, a tylko jej czescia. Mialo to oswoic ludzi z nowym wizerunkiem matki, ktora procz tego, ze jestm rodzicielka jest tez kobieta.
OdpowiedzUsuńPS. To jak dziecko sie zachowuje zalezy tez w duzym stopniu od genow. Ja i Niemaz jestesmy nerwusami, a nasza corka tego kumulacja. A przyuczenie jej do czegos wymaga OGROMNEJ cierpliwosci,a ja poprostu jej nie mam....
We wszystkim są plusy i minusy, więc sami wybieramy według siebie, co jest dobre dla nas i dziecka czy dzieci.
OdpowiedzUsuńAle nie zgodzę się pod żadnym pozorem na wejście w życie klapsów czy czegokolwiek. Kiedyś moja ciotka powiedziała że klaps to dobra rzecz, a i policzek, więc ja odpowiedziałam, że ją zaraz palnę bo mi się nie podoba jej zachowanie.....
jej mina .......bezcenna
bo kto dał nam jakiekolwiek prawo do uderzenia dziecka!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!???????????????????????????????????????????????????????????
Owszem mogę zrozumieć krzyk na dziecko, bo tym nie zrobi się krzywdy, ale co ma wspólnego złe zachowanie i klaps. Przecież ani jedno ani drugie nie ma ze sobą nic wspólnego.
Niestety albo stety gdzieś czytałam, że krzyk jest też przmocą i też robi dziecku krzywdę emocjonalną. Zastanuwmy się czy lubimy gdy ktoś na nas krzyczy i jak się wtedy czujemy?
OdpowiedzUsuńJesteśmy tylko ludzi i czasem puszczą nam nerwy i po prostu krzykniemy. Miałam okres że krzyczałam na swoje dziecko jak się źle zachowało itp., ale nie do końca dobrze się z tym czułam, postanowiłam, że będę stosowała karnego "jeżyka", ale bez krzyków i zbędnych emocji. Po prostu złe zachowanie i konsekwencje tego zachowania - zauważam że to lepiej skutkuje niż krzyk.
Krzyk jest w jakimś sensie uzasadniony, ale nie na dziecko bezpośrednio jeżeli np. dziecko zaczyna wybiegać na ulicę i chce się spowodować żeby się zatrzymało, lub kogoś chce uderzyć np. jakieś dziecko w piaskownicy, żeby uprzedzić jego zamiary. Ale zaraz potem spokojnie dziecku wytłumaczyć, że tak nie wolno itp. bez krzyku.
Ciekawe jak duzo mam zwrocilo uwage na to policzkowanie dzieci. Mysle ze autorka nieco przesadzila. Pewnie takie sytuacje sie zdarzaja, ale zeby twierdzic, ze to regula, to leciutka przesada. W kazdym razie przez 3 lata mieszkania we Francji nigdy nie zdarzylo mi sie widziec czegos takiego. A patologiczne zachowania zdarzaja sie wszedzie.
OdpowiedzUsuńNatomiast to, co mi sie bardzo spodobalo w artykule, to ta teoria dlaczego przyrost naturalny jest tak wysoki we Francji oraz zdanie "Francuzi dzieci nie uwielbiają – oni je lubią, a ich pojawienie się uważają za naturalną część życia, a nie rewolucję". Tutaj urodzenie dziecka nie oznacza automatycznie 3-letniej przerwy w karierze mlodej mamy, dlatego tez moze pracodawcy nie boja sie zatrudniac mlodych kobiet (ok, jak zajdzie w ciaze, to pojdzie na macierzynski 4 miesiace, ale wroci - bo nie bedzie miala problemow ze znalezieniem zlobka czy niani, a nie pozre jej to wszystkich dochodow), a kobiety nie boja sie posiadania dzieci (no dobra, nie boja sie, ale czekaja raczej na 30tke z decyzja o ich posiadaniu;-). Rozbudowany system instytucji opieki nad dziecmi i pomoc finansowa w tym wzgledzie graja tez niebagatelna role. Plus ulga podatkowa - kazde kolejne dziecko obniza kwote na podstawie ktorej liczy sie podatek, np przy trojce dzieci kwota ta dzieli sie przez 4. I oczywiscie roznego rodzaju zapomogi (na poczatek roku szkolnego, comiesieczna jesli rodzina nie przekracza jakiegos tam progu zarobkow i inne). Francuskie panstwo zrozumialo, ze dzieci to inwestycja na przyszlosc i to nie dla rodzicow, ale dla spoleczenstwa jako takiego (jakby nie bylo wychowujemy przeciez przyszlych podatnikow). I dlatego chyba wielu moich znajomych ma lub planuje 3 dzieci, nie slyszalam nigdy (tak jak czesto zdarza mi sie to w Polsce), ze para bedzie miala lub ma tylko jedno dziecko, bo dzieci tak duzo kosztuja. Moze system idealny nie jest, ale wraz z mentalnoscia (a w niej po czesci tym "zimnym" chowem) niedaleko mu do doskonalosci ;)
W artykule jest wiele prawdy, ale nigdy nie spotkałam żadnego Francuza czy Francuzki policzkującej czy bijącej dziecko (w każdym razie w miejscu publicznym). A bywam tam często.
OdpowiedzUsuńA to że przy wspólnych posiłkach przy stole siedzi długie godziny cała rodzina, w tym małe dzieci, to norma. Chyba nie kojarzę żadnej knajpy z kącikiem dla dzieci, w każdym razie z tych, których byłam.
Hm, co kraj to obyczaj, dla mnie jednak urodzenie dziecka to rewolucja i tego nie zmienię. Ale moim zdaniem polscy rodzice zdecydowanie źle pojmują tzw. bezstresowe wychowanie i faktycznie warto zwrócić na to uwagę sobie i otoczeniu żeby potem nie musieć wzywać superniani na interwencję.
OdpowiedzUsuńJa mam przykład z mojego bardzo bliskiego otoczenia, który ostatnio przyprawił mnie o zgrzyty zębami.
Od niedawna mój synek (1rok) zaczął adaptację do "mini przedszkola" u babci. Jest tam również jego cioteczny braciszek -2lata i 3 miesiące. Młody wyrywa na siłę mojemu dziecku zabawki, popycha go, kopie mając na sobie buty i wjeżdża na niego autkiem. Jego mamusia spokojnym tonem coś tam mu tłumaczy, ale to g..wno daje. Jak na mój gust dwulatek ewidentnie testuje na ile sobie może pozwolić, więc gdy akurat zrobił to przy mnie a nie było obok jego mamusi - stanowczo go zbeształam (nie krzyczałam ani nie biłam) i zagroziłam, że zabiorę samochodzik jak nie umie sie nim bawić. Jakież było moje zdziwienie jak z pokoju obok przyleciała jego mamusia aby mnie z kolei zbesztać, że jej dziecko przecież nie rozumie że robi źle...
Tak więc moje drogie - ja mówię zdecydowane TAK trzymaniu dzieci krótko - szczególnie mówię tu o dzieciach tzw. temperamentnych. Bo są takie którym można spokojnie wytłumaczyć i same się zastosują do rodzicielskich zakazów.
Bardzo dobra rada. Tylko poradz mi jeszcze Daria co zrobic z takim temeramentnym dzieckiem kiedy zawodzi wszystko. Mozna na nie krzyczec, stawiac do na karnego "jeżyka", zabierac zabawki i wiele wiele innych metod, ktore nie skutkuja? Czasem mam ochote pojsc ze sznurkiem do lasu jak tak po mnie jezdzi jak po dzikiej krowie, ale nie umiem sobie poradzic z moim temeramentnym 2 latkiem.
OdpowiedzUsuńekaterinka, słuchaj to nie jest tak że ja Ci daje rade, tylko uważam, że trzeba reagować.
OdpowiedzUsuńTy próbujesz, reagujesz... więc szansa, że jako temperamentny 18latek będzie znał granice i nie skoczy na Ciebie z nożem...
Niestety są rodzice, którzy jak ich dziecko popchnie inne NIE REAGUJĄ w sposób zdecydowany tylko w stylu kochanie a może byś łaskawie był delikatniejszy wobec mniejszych dzieci...
Racja. Wychowanie malego czlowieka na porzadnego czlowieka to sztuka. Lot Jambo Jetem? To pestka w porownaniu z tym co moze zgotowac nam maluch siegajacy do kolana. Powodzenia Mamuski!
OdpowiedzUsuńA dla mnie mój syn teraz jest w centrum zainteresowania. Bo nie ma co ukrywać, wszystkie plany które robię muszą go w jakiś sposób uwzględniać - co wcale nie znaczy, że nie dostrzegam potrzeb mojego męża czy sowich własnych. Kwestia zachowania równowagi i umiaru.
OdpowiedzUsuńAle wyznaję również zasadę: kocham moje dziecko więc wytyczam mu granice choć ma dopiero 9 miesięcy, i o dziwo taki maluch już bardzo dużo kuma, więcej niż mi się na początku wydawało.
Kocham moje dziecko, dlatego w przyszłości będzie ponosiło konsekwencje swojego zachowania.
Kocham moje dziecko dlatego będę uczyć je kultury by w przyszłości nie musiało się wstydzić samo za siebie, i nie daj Boże wypomnieć mi że je źle wychowałam i nie nauczyłam jak radzić sobie w życiu.
Co do przemocy. Szkraba będę chciała wychować bez klapsów bo wierzę iż można wychować dziecko bez tego. Aczkolwiek ja będąc dzieckiem, dosłownie parę razy w d... dostałam i wcale krzywda mi się z tego powodu nie stała - rodzice woleli jako karę stosować pozbawianie przyjemności niż przysłowiowe klapsy, to była ostateczność i wystarczyło by palców jednej ręki by takie sytuacje policzyć.
Mnie dziwi, że większość dostrzegła tylko klapsy i policzkowanie, a artykuł jest dość długi i bardzo ciekawy.
OdpowiedzUsuńJa jestem za wyznaczaniem granic, w ogóle nie ma czegoś takiego jak bezstresowe wychowanie (skąd się wzięła ta absurdalna nazwa?)
Bo to jest własnie dla dzieciaka stres- brak granic.
Dziecko, które nie ma zasad i rodzice nie tłumaczą i nie uczą jak ma się zachować przed wyjśćiem z domu, np do restauracji nie wie jak ma się zachować i co robi? Otóż robi wszystko, bo samo nie wie co może. I wierzcie mi, że takich dzieciaków mi szkoda, bo są sfrustrowane zwyczajnie.
I ani Ono ani rodzice nie bawią się dobrze, tylko siebie nawzajem męczą. I wszystkich gości naokoło.
Moje dzieciaki mają 3 lata, posługują się nożem i widelcem. Nic w tym dziwnego.siedzą przy stole cały posiłek z nami.
Dzieci w tym wieku potrafią dużo, tylko rodzice często wolą to sami zrobić, bo tak jest szybciej i wygodniej...i znowu ta frustracja, bo matka sie denerwuje, ze dzieciak powoli to robi i zaczyna za niego..i takie kółko...
Sama nie jestem swieta i tego sie ucze, cierpliwość przy blizniakach jest nadwyręzona do granic, ale staram sie i codziennie sie tego ucze.
Chciałam jeszcze poruszyć kwestie poswiecania czasu dzieciom.
W Polsce czuję się ciągle winna, ze im poswiecam za mało tego czasu. Bo powinnam doslownie z nimi gotowac, z nimi prać, z nimi sprzątac, z nimi oglądac bajkę, z nimi zasypiac i spacerowac i jezdzic na rowerze.
A gdy tylko usiądę do komputera, to mam wyrzuty sumienia, któe w sobie tłamszę, bo akurat mam ochotę poczytać artykuł taki jak ten i podyskutować.
Nie chę się tak czuć. Ale mam wrażenie, że własnie u nas, w naszym kraju jest to niemożliwe, bo codziennie na mailu czy choćby na facebooku czytam jak to powinnam isc na jakies zajęcia z dziecmi, albo zbudować z nimi auto z kartonu, bo to bardzo sytumuluje dziecko.
Bycie egoistką i poświęcanie się pracy (ktora jest tez np pasją) uczy moje dzieci, ze kazdy ma swoje zycie i PRZEDE WSZYSTKIM uczy ich szacunku do swoich przyszlych partnerów, ktorzy pewnie tez będą mieli swoje pasje. I mam nadzieję, że patrząc na mnie będa tolerancyjni.
Przyklad idzie z góry.
Ja jeszcze chciałabym dorzucić jedną rzecz, być może ktoś już to napisał a ja to przeoczyłam. Ale wydaje mi się, że jeśli dziecko będzie widziało, że rodzice to też ludzie którym czasami też coś się nie chce, chcą odpocząć, albo realizują swoje pasje - to nauczą się szanować czas innych jak i samych rodziców.
OdpowiedzUsuńLila, czuje to samo co ty z tym, ze presja nie idzie z zewnatrz tylko z mojej glowy. Pamietam jak rodzice nie poswiecali mi czasu w ogole i obiecalam sobie, a raczej zakodowalam w glowie, ze ja swojemu dzicku bede poswiecac duzo wiecej czasu. Niestety kiedy skoncze juz wszystko co mialam do zrobienia w domu jedyne co bym chciala to troche sie wyluzowac, ale glosik w mojej glowie podpowiada mi, ze nie powinnam byc taka egoistka no i bawie sie z dzieckiem, ale nie jestem w pelni wyluzowana. Chyba poprostu nie mozna sie tak cisnieniowac. Trzeba sie wytrenowac :)
OdpowiedzUsuńZ mojego 3-letniego doświadczenia wiem,jak trudno jest czasem nie ulec emocjom,że czasem naprawdę wszystkie metody zawodzą ("ni prośbą, ni groźbą"). Ale zgadzam się,że największą krzywdą jest dla dziecka skrajność-jakakolwiek.To tzw "bezstresowe wychowanie" wychowuje terrorystów; "stresowe" z kolei - frustratów. A czytając Twój komentarz, Lilka, chciałam tylko dodać,że gotowanie z 3-latkiem może być naprawdę wspaniałe.Młoda pomaga mi absolutnie we wszystkim-podaje składniki,miesza je,formuje drożdżowe bułeczki,smaruje ciastka białkiem itd. Dla niej to ogromna przygoda,a dla mnie-dodatkowy wspólny czas.Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńhttp://countrygirl.blox.pl/html
Ależ ja to robię..chłopcy to lubią i świetnie im to wychodzi.
OdpowiedzUsuńChodziło mi głównie o to, że czuję presję otoczenia by robić dosłownie WSZYSTKO z nimi, dlatego wymieniłam rzeczy, które robimy na co dzień.
Bo to, że moje chłopaki będą świetnie gotować, to to wiem :), nie przepuszczę ;)
Powiem tak,
OdpowiedzUsuńja byłam tak wychowywana, duże wymagania, bez czułości, rozpieszczania, litowania się, kochania, głaskania, tylko maniery, twarda ręka, klaps najpierw w pupe z wiekiem w twarz... "zimny wychów"...
dziś ja jestem zimna, nienawidzę swoich rodziców, nie kocham ich, nie mam z nimi kontaktu i chodze do psychologa żeby móc poczuć w moim życiu troche prawdziwego ciepła i jedyne o czym dziś marzę ( mimo, że mam dobre wykształcenie, twardy charakter i nienaganne maniery) to mieć swoje dziecko, któremu dam tyle milości i ciepła ile tylko będę w stanie wykrzestać z tej swojej zamrażanej przez lata duszy...
Powodzenia wszystkim matkom, które nie daj Bóg wezma sobie ten artykuł do serca :/
Nie sądzę, by ktoś nagle wziął sobie do serca artukuł i zacząl to stosować.
OdpowiedzUsuńBez przesady ;).
U Ciebie to skrajność. Przerażająca. Współczuję.
Bezstresowe wychowanie to bzdura, ale bicie to jeszcze większa bzdura. Ja jestem przeciwna takiem wychowaniu, dwulatka nie musi jeść nożem i widelcem w milczeniu przy stole. Litości.
OdpowiedzUsuńTak jak już ktoś wspomniał wyżej - nie wiem dlaczego większość postów pod tym artykułem dotyczy klapsów-bicia. Najwyraźniej zasada stuknij w stół a nożyce się odezwą ma tu swoje zastosowanie:) Artykuł dotyczył przecież szeroko rozumianego wychowania, które przeciwstawia się zasadom bezstresowego wychowania i traktowania dzieci jak "królewiątka", podporządkowania się im bez jakiejkolwiek dyskusji, przewrócenia swojego życia do góry nogami itd itp. Nikt w artykule nie powiedział, czy też nie napisał że bicie dzieci to podstawa w wychowaniu, a czytając wszystkie posty powyżej odnoszę takie wrażenie, że większość znalazła sobie w tym artykule tylko jeden akapit do komentowania (!!!)i zadaję sobie tylko pytanie dlaczego. Dlaczego nikt nie komentuje całej reszty.
OdpowiedzUsuńZimny wychów to nie wychowywanie bez serca w patologicznej rodzinie, bez miłości i czułości. To raczej określenie stylu wychowania, które stawia wymagania- a nie podporządkowuje wszystko i wszystkich dookoła dziecku.
Sama tez byłam wychowywana w takim domu o którym pisze Mazin, ale to nie był zimny wychów tylko raczej bark jakichkolwiek relacji między członkami rodziny.
Co do jedzenia, zachowania, czy wszelkich innych rzeczy dotyczących dzieci(a wspomnianych w artykule) - to dlaczego oburza Was fakt, że dziecko może siedzieć przy stole i nie rzucać jedzeniem dookoła, a zamiast tego używać sztućców(???)czy raczej nie powinien oburzać fakt, że dziecko robi co chce a jego rodzic na to nie reaguje. Sama mam przykład wśród znajomych i rodziny.
Ci którzy od początku stawiają swoim dzieciom wymagania, uczą ich co to znaczy przebywać wśród ludzi jakoś nie mają na co narzekać - ich dzieci są grzeczne, kulturalne, zadowolone i szczęśliwe. Ich mieszkania nie wyglądają jakby przeleciała tam trąba powietrzna - ściany są czyste a cała reszta nie zniszczona ( i nie zgodzę się z twierdzeniem że to nie możliwe, żeby dzieci niczego nie niszczyły). Dzieci same sprzątają po sobie od małego i jakoś im to nie wyrządza szkody na ich "malutkiej psychice". W odróżnieniu od innej części moich znajomych i rodziny, którzy podporządkowują całe życie dzieciom. Ich mieszkania są w opłakanym stanie, dzieci robią co chcą i kiedy chcą (bo to przecież "tylko dzieci"), jedzą kiedy chcą i idą spać kiedy chcą i już obecnie wykazują dużą nadpobudliwość (czy ktoś się kiedyś zastanawiał czemu w ostatnich latach wzrósł odsetek dzieci z ADHD i czy rzeczywiście wszystkie one maja ADHD czy po prostu część z nich jest rozbestwiona przez własnych rodziców).
Na własnym przykładzie wiem, że dla mojego dziecka zasady doskonale się sprawdzają i jakoś nie cierpi z ich powodu. Czas jedzenia to czas jedzenia, czas spania to czas spania. A w momencie kiedy jesteśmy u kogokolwiek nigdy nie musiałam przepraszać za własne dziecko.
Jednym słowem co kto woli...
Ja
Nie powiem nic odkrywczego ale uważam że warto zwrócić na to uwagę. Dzieci są różne tak jak dorośli i różne metody na nie działają (byle nie przemoc pod żadną postacią-fizyczną, psychiczną, emocjonalną, upokarzanie itp). Generalnie wiadomo jest, że bardzo dobre jest nagradzanie i wzmacnianie tzw. pożądanych zachowań, bo wtedy dzieci będą je powtarzać. Pytanie tylko gdzie rodzice stawiają granice?
OdpowiedzUsuńPrzykład z życia: moja mama wracała autobusem z pracy, w autobusie ojciec z kilkuletnim chłopcem. Chłopiec śpiewał (bardziej wydzierał się) piosenki przedszkolne. Dla innych pasażerów horror. Na oburzone spojrzenie ojciec powiedział "przecież to dziecko". Szkoda że nie pomyślał, że narusza granice zachowania się w przestrzeni publicznej i że nie uczy syna szacunka dla uszu innych ludzi.
Miało być szacunku nie szacunka
OdpowiedzUsuńDobry artykuł, przeczytałam z zainteresowaniem, dużo prawdy w nim odnalazłam. Przykrej dla mnie.
OdpowiedzUsuńSzczególnie w kwestii hierarchii w domu i autorytetów. Czy na pewno moje dziecko musi mieć wszystko? I dlaczego ciągle ją o coś proszę?