Witam Was Niegrzeczne Mamuśki!
Czytając niektóre historie czułam się jakbym czytała siebie! Nie jest lekko. Nawet czasami myślę ze jestem najgorsza, że nie jestem idealna, że do ideału brakuje mi o ho ho i jeszcze trochę.
Zaszłam w ciążę mając 18 lat. Dziecko było jak najbardziej planowane. Niestety. Ludzie wokół uważają ze to wpadka, a mnie tak strasznie to dobija. Bo dlaczego mając 18 lat nie można mieć męża, dziecka? Dlaczego nie można stworzyć rodziny? Ludzie są okropni...
Opowiem Wam moją historię.
Ciąża była dla mnie zaskoczeniem! Przestaliśmy dbać o zabezpieczenie, dużo rozmawialiśmy o dziecku. I przyszedł czas, kiedy zaczęliśmy kombinować "co by tu zrobić żeby się udało?" Na weekend pojechaliśmy na Mazury do mojej rodziny. Jeszcze w samochodzie rozmawialiśmy o dziecku. Mi spóźniała się miesiączka. Nie przejęłam się tym bo od dwóch miesięcy tak miałam także totalnie to olałam.
Wróciliśmy po weekendzie. Ja dostałam jakiegoś dziwnego plamienia. To
nie był okres. Znam swoje ciało i to na pewno nie było to. Mąż poszedł do pracy, ja miałam na 10. Przed wyjściem do pracy pobiegłam po test - pozytywny. Szok, ciemność w oczach.
Później powiadomienie męża, radość, powiadomienie rodziny - szok. Wizyta u ginekologa - ciąża zagrożona poronieniem - szpital...
Byłam u 4 lekarzy. Z czego dopiero ten 4 wydał mi się najbardziej sensowny - Boże jak ja bym chciała cofnąć czas!!!
Od zawsze nie lubiłam lekarzy, unikałam ich jak ognia. A w ciąży - wiadomo - chciałam mieć fachową opiekę. Płaciłam za każdą wizytę! Ślepo ufałam mu, to co powiedział było święte! Pierwszy i ostatni raz w życiu...
30 tc dziecko wazy 1180 g.Stanowczo za mało. On mówi ze jest OK, jak lekarz mówi to znaczy ze tak jest. Od tego czasu byłam jeszcze 2 razy u ginekologa. Prosiłam o USG, mówiłam o nieregularnych skurczach, mówiłam o odchodzącym czopie śluzowym. On nie miał czasu żeby zrobić USG, kazał obserwować, liczyć skurcze, mówił że jest OK. A gdyby zrobił USG
mogliśmy uniknąć tego wszystkiego.
38 tc urodziłam maleńką dziewczynkę. Po 8 godzinach porodu poczułam cieplutkie ciałko na moim obolałym ciele. Mała miała 1915 wagi i 46 cm długa.
Później obolała po porodzie, wykończona fizycznie i psychicznie musiałam słuchać ich pytań. Czy paliłam, czy piłam... Tak! I jeszcze w żyłę sobie dawałam a jak nie miałam sił to mąż mi dawał! W złości mówiłam rzeczy których normalnie bym nie powiedziała.
Po porodzie - odział poporodowy. Miałam tyle pokarmu ze samo się lało, mała ślicznie ssała pierś. Dostałam ją dopiero na drugą dobę. Od momentu porodu dokarmiali ją! Ja mówiłam że kategorycznie tego zabraniam - oni swoje - bo mała nie umie ssać, bo mała jest i dlatego! No opieka że pożal się Boże! Powiedziałam ze sama będę ją dokarmiać z butli. Mąż przywiózł butlę, ja ją ubrudziłam żeby staruchy myślały że ją dokarmiam i nie dokarmiały jej MM :)Mała do tej pory gardzi butelką, krztusi się, wypluwa...
smoka też nie chce. Nie daję, mimo, ze teściowa kupiła i powiedziała ze bez smoka nie dam rady, bo jej dzieci miały smoka... ale o tym później. Także ze szpitala wyszłam po tygodniu. Mała ważyła wtedy 1890 g. dzisiaj po 63 dniach waży 3800 g. Już nie muszę szukać jej w ubrankach o
rozmiarze 50 :)
Nigdy nie ufałam lekarzom, raz zaufałam - żałuję - więcej tego nie powtórzę.
Jestem wyrodną matką, jestem złą matką, nie kocham mojej córki - tak stwierdziła matka mojego męża. Dlaczego? Bo nie szczepię dziecka, bo pozwalam oglądać TV, bo leży kilka minut bez pieluchy żeby tyłek odpoczął, bo nie ubieram na cebulkę jak jest 30 stopni, bo stwarzam jej
zagrożenie jeżdżąc z nią samochodem, bo nie daję smoka, bo nie dokarmiałam jak lekarz kazał, bo nie kąpię jej codziennie, bo mam za długie paznokcie, bo zabieram ją na Mazury gdzie (jak to ona i pani doktor powiedziały) są zarazki, bo nie wychodzę codziennie na spacery, bo nie wkładam jej termometru w tyłek jak nie robi kupy (mała robi kupę co dwa dni mniej więcej o tej samej porze) bo nie podaję leków na kolki (jakie kolki?), bo jestem młoda i g... znam się na życiu... To dosłownie tylko kilka przykładów. Ona ma zawsze najwięcej do powiedzenia... i wiecie co? Przed ślubem było jak najbardziej OK. Rozmawiałyśmy o wszystkim, jeździłyśmy razem na zakupy. Po ślubie
jeszcze dało się przeżyć, ale teraz jak urodziła się Zuza jest nie do wytrzymania.
Przykład. Kilka dni temu. Mała zaczęła ryczeć wniebogłosy dobre pół godziny. Wpadła i powiedziała a raczej darła się na mnie że co ja jej robię??!! Że dlaczego dziecko płacze. Uwierzcie mi że płakałam razem z nią. Nie wiedziałam o co chodzi. Teściowa chciała ją zabrać na odczynianie uroków. Wyobrażacie sobie??? Ludzie, żyjemy w XXI wieku! Kobieta chodzi do kościoła! Wierzy w takie zabobony... W każdym razie powiedziałam, ze nie będzie nikt odczyniał żadnych uroków na mojej córce! Tu ona z wrzaskiem, że ja ją nie obchodzę, ze chce pomóc dziecku a nie mi itd... no nic w każdym razie padły ostre sowa z jej strony że nie kocham mojej córki ze co ze mnie za matka bo pozwalam dziecku cierpieć. A dlaczego nie pomyślała że ona miała dużo wrażeń jak na jeden dzień? Dużo ludzi, lekarz... Wystraszyła się i płakała... Jaka to ja jestem zła. Uwierzcie mi, że jakbym mogła jej pomóc to nie płakałaby tak...
To zdarzyło się już drugi raz. Pierwszy raz też był po wizycie w szpitalu... może moja mała ma takie samo podejście do lekarzy jak ja. Kolejna sprawa szczepień. Nie szczepię. Jestem matką i to ja wiem co dla mojej córy jest najlepsze. Uwierzcie mi ze spędziłam wiele wiele wiele godzin na czytaniu każdego za i przeciw szczepionkom. niestety rozumie mnie tylko moja mama - pielęgniarka - która sama miała sanepid na karku za to ze nas nie szczepi.
Ja również nie zaszczepię. nie będę tu teraz wymieniać powodów - dlaczego - bo nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, ze każda matka wychowuje swoje dziecko według swoich upodobań... A to, ze ma 19 lat nie znaczy, ze jestem głupia. Ja nie chcę źle dla mojego dziecka. Nikt nie wmówi mi teraz że jestem zła.
Po ostatniej kłótni z teściową spakowałam się w nocy i chciałam uciec. Zdjęłam obrączkę, pokłóciłam się z mężem, zostawiłam ich - męża i dziecko - i po prostu wyszłam.
Mąż wyszedł za mną. Wróciłam. Po przespanej nocy zrozumiałam ze nie o to w tym chodzi. JA WZIĘŁAM ŚLUB Z MĘŻEM A NIE Z JEGO MATKĄ!!! A to, ze mieszkamy katem u nich nie znaczy ze muszę tańczyć jak oni mi zagrają! Jestem sobą, nikomu nie robię na złość, postępuję według swoich upodobań, wychowuję dziecko po swojemu, ucząc się na błędach, staram się jak mogę żeby było dobrze... Dlaczego nikt mi nie ufa? Dlaczego wszyscy dyktują mi jak mam postępować?
Teraz wiem, ze nikt nie zabierze mi mojego szczęścia. Nikt nie skłóci mnie z mężem a na pewno nie jego matka! Po ostatniej kłótni nie odzywa się do nas. A przecież mąż nic nie zawinił! A zaraz!!! A może myślała że on stanie po jej stronie??? Hmm...
Nie dam nikomu tego zniszczyć i może jestem słaba psychicznie, może nie mam doświadczenia, może jestem młoda, może inni są lepsi, ale ja nigdy nie skrzywdziłabym mojego dziecka. Kłócę się na temat szczepień, wszyscy uważają ze siedząc w internecie dobrze na tym nie wyjdę. A skąd niby mam wiedzieć wszystko jak nie z internetu??? Lekarzom teraz nie zależy na życiu i zdrowiu dzieci bo to nie ich dzieci, bo liczą się pieniądze. Skąd dowiem się o NOP jak nie z internetu? Skąd będę znała swoje prawa? Uważają że jestem niedoświadczona... hmm
Od kiedy urodziła się Zuzia jestem suką, która chroni swoich małych! Tygrysicą, która obroni małą przed każdym złem, walczę o to by miała jak najlepiej...
Rika
środa, 23 lutego 2011
poniedziałek, 14 lutego 2011
niegrzecznemamuski.blogspot.com
Uwaga Mamuski,
jak pewnie zauważylyscie nasza domena (niegrzecznenamuski.pl) zostala podkupiona przez firmę, która pod haslem "niegrzeczne" rozumie troche cos innego...
My jestemy ciągle obecne pod adresem niegrzecznemamuski.blogspot.com :)
jak pewnie zauważylyscie nasza domena (niegrzecznenamuski.pl) zostala podkupiona przez firmę, która pod haslem "niegrzeczne" rozumie troche cos innego...
My jestemy ciągle obecne pod adresem niegrzecznemamuski.blogspot.com :)
czwartek, 10 lutego 2011
karmienie w miejscach publicznych czyli "matka polka bezwstydnica" - temat z maila
Natknęłam się na artykuł na temat karmienia piersią w miejscach publicznych http://dziecko.onet.pl/50222,0,9,matka_polka_bezwstydnica,artykul.html .
Przyznam, że mię zaskoczył. Nigdy nie myślałam, że taki widok może kogokolwiek zgorszyć lub obrazić uczucia estetyczne. Sama kilkakrotnie zgrzeszyłam takim "bezwstydem", ale wydawało mi się, że jest to sytuacja krępująca głównie dla mnie.
Po przeczytaniu wybranych wypowiedzi na forum zgłupiałam zupełnie. Można by odnieść wrażenie iż parki, galerie handlowe i restauracje opanowały tłumy matek z gołymi "cyckami" przeszkadzając innym użytkownikom.
Ciekawa jestem Waszej opinii na temat artykułu, toczonej pod nim dyskusji (nagonki raczej).
To jak można czy nie można? Karmiąca to widok obrzydliwy czy miły dla oka ? Chodzą karmiące publicznie stadami czy może to zjawisko marginalne?
Zaszokował mnie zwłaszcza taki pomysł - matka karmiąca pokarmem swoim powinna przed wyjściem odciągnąć go w butelkę, by poza domem podawać go dzidzi zamiast piersi. Co Wy na to? Bo dla mnie to ani praktyczne ani higieniczne. Odciągnięte mleko powinno być chyba przechowywane w niskiej temperaturze, a może nie?
Pozdrawiam wszystkie matki niemowląt, bez względu na to gdzie i jakim mlekiem karmią swoje maleństwa.
Dorota
Subskrybuj:
Posty (Atom)


