niegrzecznemamuski.blogspot.com

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Podróże, empatia i wąsaty Hiszpan

21 komentarze
Oto ja, Fiona, matka dziecięcia mobilnego jak najnowszy ajfon.

Robaczek od początku swego żywota był przyzwyczajany do tego, że domy są dwa: jeden ma kuchnię, salon i trzy sypialnie, a drugi ma cztery koła i zwie się SA-MO-CHÓD.

Do perfekcji opanowaliśmy zasady pakowania wiktu, opierunku i zestawu rozrywkowego Robaka do torby o rozmiarach ajpada (wpis sponsoruje firma Apple Computers), więc zamiast biadolić, że z dzieckiem nic zrobić nie można, my pakujemy się do foteli i fotelików, i wyruszamy przed siebie. Czasami nawet nie czekamy na Tatusia, tylko jedziemy do ulubionej księgarni albo na spotkanie z jedną czy drugą ciocią i jej narybkiem w przytulnej knajpce.

Podróżowanie z dzieckiem, dyscyplinę wymagającą, acz przynoszącą sporo satysfakcji, ułatwiają spotykani na każdym roku życzliwi ludzie.

Wózek pomogą wnieść, jeśli jest taka potrzeba. Dziecko zabawią przy przymierzalni w sklepie. Jeśli jestem sama w kafeterii, nieznoszącym sprzeciwu ruchem ręki każą iść do stolika, a sami doniosą tacę z kawą i ciachem. Drzwi do windy przytrzymają. W kolejkach do kasy w spożywczaku chcą przepuszczać. A ja nawet nie muszę o nic prosić, oni wyrastają spod ziemi w najbardziej odpowiednim do tego momencie i oferują swoją pomoc.

Czasami skwapliwie z niej korzystam, a czasami szybko oceniam sytuację (Filip z uśmiechem robi sobie masaż dużego palca lewej stopy, prawdopodobieństwo ataku wyjca bliskie zeru) i dziękuję serdecznie, mówiąc, że "My mamy naprawdę dużo czasu, a pan/pani pewnie nie".

Zdarzają się jednak chwile, kiedy czasu może i mamy sporo, ale napięcie jest takie jak w filmach Hitchcocka i trzeba zrobić wszystko, żeby zapobiec wielkiemu wybuchowi.

Kilka dni temu w H&M. Sytuacja-klasyk: jednak kasa otwarta, kolejka się powiększa, przy ladzie babeczka z toną ciuchów, w tym piętnastoma bez metek, których numery trzeba wyszukać na trzech piętrach sklepu.

Robak zaczyna jęczeć. Ja chwilę się miotam - nie po to wykorzystałam jego drzemkę na przymiarkę ślicznej spódnicy, dwóch sukienek i bluzki, żeby się teraz wycofać. Zaczynam śpiewać piosenki: Kolorowe kredki, Witaminki, Mydło wszystko umyje, i tak dalej. W kolejce narasta napięcie - nie wiem, czy ludziom bardziej przeszkadzają jęki Robaka czy moje śpiewy.

Nagle pojawia się zbawicielka, piękna ciemnoskóra dziewczyna, i otwiera kasę.

Nie mam szans z tłumem ludzi BEZ WÓZKÓW. Chociaż w pierwszej kolejce byłam trzecia, w drugiej w ogóle nie załapałam się na podium.

- Przepraszam, czy mogłabym zostać obsłużona pierwsza? Mój syn zaraz zrobi nam tu Saigon, jeśli postoję z nim o sekundę za długo.

Kolejkowicze robią mi miejsce (Niemcy rozumieją jednak angielski!) i kroczymy z Robakiem dumnie pomiędzy naręczami spodni, sukienek i bielizny (po co facetowi dwa staniki???). Jak dobrze jest mieć język, który nie usycha w podobnych sytuacjach.

Czasami bywa jednak mniej przyjemnie.

Tydzień temu kończyliśmy wakacje w upalnej Hiszpanii. Lot powrotny wieczorem, budżetowa linia lotnicza, priorytetowego wejścia na pokład dla rodziców niemowląt brak. Jednak uprzejmie wpuszczono nas w kolejkę (Międzynarodowa Federacja Życzliwych rządzi). Niestety, zanim przyjechała po nas winda, wielki tłum zdążył zbiec po schodach i na dole byliśmy daleeeeeko za peletonem.

Pomimo wczesnowieczornej pory na lotnisku przypiekało słońce. Szybka kalkulacja: właśnie wyniosłam Robaka z chłodnego (mocna klima) lotniska, teraz będzie się ostro grzał, a potem znów klimatyzacja w samolocie. Niezły przepis na gluta po kolana. Cóż, kolejka będzie musiała znieść moją bezczelność. I z wielkim uśmiechem udałam się pod same schody.

Parę osób widząc mnie zrobiło krok w tył. Uff, rozumieją – kiwnęłam głową w ich stronę i szepnęłam Thank you. Gracias.

Ale nie wszyscy. Niemłody Hiszpan w ze złowrogo wyglądającym wąsem rzucił mi mordercze spojrzenie. Kiedy byłam dwa kroki od pierwszego stopnia, wyprzedził dwie stojące przed nim kobiety i dopadł schodów równo ze mną. Postawił prawą nogę na stopniu i wycedził przez zęby coś, co chyba miało znaczyć: Jessssst kolejjjjjka!

Jakby we mnie piorun trzasnął.

Że co? Może dla zabawy tu podeszłam? Żeby pokazać całemu tłumowi, że potrafię? Żeby się pochwalić opalenizną??? Bożenku, dlaczego nie mówię po hiszpańsku???

Odwróciłam się i z najlepszym uśmiechem, na jaki było mnie stać, powiedziałam w języku Szekspira:

- Jestem z dzieckiem. Proszę wierzyć, jest mi wystarczająco ciężko nawet bez tych komentarzy.

Jednocześnie postawiłam nogę na DRUGIM stopniu (dzięki niebiosom za długie nogi!) i chwilę później byłam już w samolocie.

Podróż minęła spokojnie.

Drodzy Wąsaci Hiszpanie tego świata!

Jestem matką małego dziecka. Nie oczekuję z tej okazji czerwonych dywanów, wielkich przywilejów ani całowania po rączkach za wysiłki w zakresie przedłużania gatunku. Naprawdę nie urodziłam dziecka po to, żeby wpychać się we wszystkie możliwe kolejki ani po to, aby mi wszystko podawano pod nos. Proszę jedynie o odrobinę empatii i zrozumienia, że czasami jest mi po prostu ciężko. Drobny gest, coś, co Was nic nie będzie kosztować, może w takiej sytuacji ułatwić życie i Wam, i mi. Chyba że perwersyjnie uwielbiacie ryk niemowlęcia. Taką rozrywkę na długie godziny mogę zapewnić w sekundę lub dwie.

Tekst zamieściłam też u siebie na Bloxie. Żeby nie było, że to plagiat jakiś. :)