niegrzecznemamuski.blogspot.com

środa, 30 czerwca 2010

gdziekolwiek będziesz

8 komentarze

Niegrzeczna Mamusko! Weź dzieciaka pod pache i pójdz w niedziele postawić swój krzyżyk!

Wybory nie przekreslają twoich planów na weekend... www.gdziekolwiek-bedziesz.pl

niedziela, 27 czerwca 2010

Chick trip

11 komentarze
Nieludzka godzina (5:40), ale co mi tam.

Okulary przeciwsłoneczne raz? Są.
Aparat z naładowaną baterią raz? Jest.
Fundusz zakupowo-knajpiany? Nieograniczony za błogosławieństwem małżonka.

Za dwie godziny z kawałkiem powinnam się już przechadzać nad amsterdamskimi kanałami.

Zaraz, zaraz, krzyknie ktoś - przecież Filippo jeszcze śpi, jego tatuś również...

A niech śpią, przecież ze mną nie jadą! Za pięć minut powinny przyjechać kolezianki - na tę wyprawę wybierają się same jajniki.

Słońce, wyprzedaże plus muzeum Van Gogha minus dziecko - to będzie piękny dzień.

piątek, 25 czerwca 2010

czwartek, 24 czerwca 2010

rodzina wielodzietna ;)

4 komentarze

anything for the shot!

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Łapać chwile...:) - temat z maila

18 komentarze
Od pewnego czasu czytam wszystkie wpisy na blogu, zaczęłam śledzić przeżycia innych kobiet... i to było cudowne kiedy w końcu dotarło do mnie, że nie jestem sama! Że nie muszę być idealną żoną, matką... a raczej, żeby nią być potrzeba tak niewiele... własnego szczęścia! Zaraz tłumacze o
co mi chodzi. Przypuszczam, że wiele z Was tak miało!
Jestem młodą mamą, mam dwójkę wspaniałych dzieciaczków (2,5 latka i miesiąc)! Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu, ale... no właśnie zawsze musi być jakieś ale... Każdy dzień jest podobny do poprzedniego, wszystko kręci się wokół dzieci, no bo w sumie jak mogło by być inaczej? Sami się sobą nie zajmą ;)
Ale czy życie musi stać się nagle nudne? Nie! Przecież pomimo tego, że narodziny dziecka wywracają nasze dotychczasowe życie do góry nogami, że wydaje nam się, że tak już musi być... Kobieta zamknięta w domu przy zupkach, kupkach i tego typu sprawach!!!! Czasem mamy ochotę rzucić to wszystko i po prostu wyjść!
Uświadomiłam sobie, że to wcale nie musi być dla nas udręka... Wystarczy, że w tym całym zawirowaniu znajdziemy coś dla siebie... Tak tak, pewnie myślicie sobie teraz, że gadam głupoty, bo ledwo starcza czasu na domowe obowiązki a tu pisze o czasie dla SIEBIE! Ale wiem co pisze, mam w końcu dwójkę dzieci, które pochłaniają ooooogromne ilości czasu, do tego pranie, sprzątanie, gotowanie (mieszkam sama bez teściów i rodziców)!
A jednak po czytaniu tych wszystkich wpisów na blogu doszłam do wniosku, że muszę zacząć działać... Zaczęłam od pisania tego posta, to już daje mi ogromną przyjemność, robię coś dla siebie, może nie jest to jakaś super rewolucja, ale mi naprawdę sprawia przyjemność!
Po całym dniu jestem padnięta, jest 24, a ja zamiast korzystać z okazji i iść spać... pisze... pisze... i pisze i jestem szczęśliwa! Moja radość na pewno udzieli się dzieciakom, bo zamiast matki, która lata zestresowana bo obiad nie gotowy... bo pranie nie wrzucone... bo któryś raz przebieram lub
karmie dziecko...itd postanowiłam odrobinę wyluzować. Przecież nikt nie stoi nad nami, to same narzucamy sobie tempo w jakim żyjemy! Przecież ani dzieci ani mąż nie wymagają od nas żebyśmy były IDEALNE! (no chyba że jakiś mąż wymaga... ale wtedy najlepiej go zostawić na jeden dzień z dwójką dzieci i listą obowiązków!;))
Musimy wyjść z domu nawet jeśli to miałby być spacer na pół godziny koło domu... tylko nie zabierajmy dzieci! Niech nasze pociechy zostaną z tatusiem! To co, że oni nie myślą tak jak
my... na pewno nie pozwolą, aby dziecku stała się krzywda!!
Dlatego proszę, nie zamykajcie się w domu, a jeśli już to robicie to może właśnie w nim trzeba znaleźć coś co dotyczy tylko nas... mieć swój malutki świat!
To mój pierwszy wpis, mam nadzieje, że zda egzamin;)

pozdrawiam

Mysza ;)

sobota, 19 czerwca 2010

Matka domowa - leń, upośledzona? - temat z maila

9 komentarze
Witam wszystkie Niegrzeczne Mamuśki.

Jestem zachwycona tą stroną, zachwycona głównie tym iż nie lansuje żadnego schematu bycia Mamą.
Zwłaszcza, że współczesne oczekiwania jakie się stawia Matkom to zbiór sprzeczności.
Jesteś w domu - cudownie, dziecko będzie miało fajne dzieciństwo, ale z drugiej strony "nic nie robisz - siedzisz w domu". Pracujesz - fajnie że realizujesz się zawodowo, ale z drugiej strony "zostawiasz takie maleństwo z nianią, ono Ciebie potrzebuje".
Mnie również nie ominęło kilka nieprzyjemnych sytuacji/komentarzy niestety głównie ze strony innych kobiet.
Tytułem wstępu: zaszłam w ciążę na ostatnim roku studiów, dziecko nieplanowane, ale pokochane od razu i oczekiwane z wielką radością.
W dziewiątym miesiącu obroniłam się i skończyłam dodatkowy kurs. W ciąży i przez ponad rok w domu, brałam zlecenia (rzadko i głównie dla satysfakcji zawodowej, nie finansowej), jednak moim etatem była praca w domu i zajmowanie się dzieckiem. Przez ten cudny czas, ważny zarówno dla dziecka jak i dla mnie miało miejsce kilka frustrujących sytuacji.

1. Matka Domowa - upośledzone zdolności poznawczo - prawne.
Dwa tygodnie przed porodem musimy wynająć inne mieszkanie. Zajmuję się tym ja, mąż pracuje i nie ma czasu. Pomijam szereg obejrzanych ruder, ogłoszeń "z dziećmi i psami dziękujemy" itp. W końcu udaje mi się znaleźć coś odpowiedniego. Od momentu podpisania umowy Pani z biura nieruchomości kontaktuje się wyłącznie z mężem. Na jego sugestie, by dzwoniła do mnie, bo on nie ma czasu, nie ma przy sobie papierów, które są w domu itp. proponuje, że zadzwoni do niego później. Jeśli mogła przekazać coś wyłącznie jemu, było w porządku. W momencie, w którym przychodziła, a mąż jeszcze nie wrócił z pracy, dzielnie czekała choć zapewniałam że wszystko mu przekażę. Pani najwyraźniej uznała, że wraz z urodzeniem dziecka straciłam poznawcze moce i nie rozumiem co jest napisane na rachunku za czynsz, a poza tym skoro z męża wypłaty będzie on płacony to najwyraźniej nie jestem godna potrzymać go w ręku.
Sytuacja powtórzyła się w momencie kupowania mieszkania, inne biuro, inna kobieta, podejście to samo. Do absurdu doszło w dzień podpisywania końcowej umowy. Mąż zjawił się wcześniej:
Pani: O jak dobrze że Pan jest, to możemy zaczynać.
Mąż: Chciałbym poczekać na żonę.
Pani: Ale po co?
Mąż: Chociażby dlatego, że ona wiezie wszystkie dokumenty.
Pani: To nieważne, najważniejsze że Pan już przyjechał.

2. Matka Domowa - leń bez ambicji.
Z trzymiesięcznym Dzieciem na spacerze spotykam młodszą koleżankę ze studiów. Jakieś tam ble, ble, urodziłaś, obroniłaś się, w końcu pada pytanie.
Koleżanka: A co w ogóle robisz?
Ja (w myślach yyyyy nie widać?): Zajmuję się dzieckiem.
Koleżanka (zszokowana): Ale nie robisz Nic zawodowo!?
Sylwester, Mąż zostaje z Dzieciem w domu, ja idę się pobawić ze znajomymi ze studiów, niektórych nie widziałam już od dłuższego czasu. Bawię się świetnie jest miło, ktoś pyta?
Ktoś: Czy żyjecie z tego co lubicie robić?
Cóż, ludzie 1,5 roku po studiach, pierwsza praca nie zawsze jest tą wymarzoną, większość smutnie zaprzecza.
Ja (wesoło): Zajmuję się domem, żyję z pensji męża i bardzo go lubię.
Ogólna radość.
Koleżanka: No tak. Dopóki mu się nie znudzi i nie powie: do roboty leniu.
Nie chcę psuć atmosfery, nie komentuję. Przypominają mi się te wszystkie leniwe poranki z Dzieciem zaczynające się o 5 - 6 nad ranem i te leniwe dni spędzone na praniu, prasowaniu, gotowaniu i przebieraniu kup.

Epilog: Od trzech miesięcy pracuję na etat. Lubię moją pracę choć nie jest to wymarzone zajęcie, traktuję ją jako wstęp do czegoś poważniejszego. Podoba mi się, choć prawie całą pensję oddaję Niani i czasem jej zazdroszczę spacerów z Dzieciem. Ale wiem, że jeśli przestanę się w niej rozwijać, bez żalu ją zostawię by zostać Etatową Mamą Domową bez względu na to, że mogę być postrzegana jako nieambitna kwoka domowa.

Pozdrawiam serdecznie wszystkie Pracujące i Niepracujące Mamy. I życzę dużo odporności na opinie innych.

J.

środa, 16 czerwca 2010

Jak być lepszą matką? - temat z maila

19 komentarze
Nie wiem jak zacząć.... W ogóle wahałam się, nie byłam pewna.... Nie czuje się wystarczająco dobrą matką dla mojego dziecka!!! Ale od początku: Ostatnio spotykają mnie w życiu same trudności, z którymi coraz ciężej mi walczyć. Lawinę rozpoczął mój bezmyślny romans parę lat temu, przez który chciałam skończyć swój trwający kilka lat związek. Kiedy podjęłam właściwą decyzję i ostatecznie rozstałam się z tym "drugim" myślałam, że teraz juz wszystko będzie dobrze...jakże się myliłam. Zaszłam w ciąże, którą poroniłam, potem czekał mnie szpital i obsesyjna chęć zajścia w ciąże. Robiłam najróżniejsze badania, byle tym drugim razem się udało.

Drugie zdarzenie- nasz ukochany pies wpadł pod samochód, moja mama zaczęła chorować, ja zaszłam w ciąże. Cały okres ciąży to był wieczny stres. Bałam się każdej wizyty, bałam się usłyszeć po raz kolejny, ze serduszko nie bije... Jakby tego było mało, to mój mąż tak pokłócił się z moim ojcem, że się pobili. Musieliśmy się szybko wyprowadzać i w ostatnich miesiącach ciąży myśleć co dalej....... W 8 miesiącu mój ojciec zgodził się, byśmy się wprowadzili, ale na jego warunkach. Mieliśmy co prawda osobne wejście osobną kuchnię, ale warunki i tak były sztywno ustalone.

Ponieważ panicznie bałam się czy dojadę do szpitala na czas ustaliłyśmy z moją lekarką, że przyjmie mnie do szpitala 3 dni przed terminem porodu. Leżałam tydzień, po czym wywołano poród...Poród to był koszmar- mimo, iż już na samy początku jeden z lekarzy powiedział mi, że nie wie czy uda mi się urodzić naturalnie w związku z moim niskim sklepieniem, to rodziłam blisko 12 godzin. Na maxa wykorzystano czas skurczów partych. Mogą trwać godzinę i też tak do oporu czekano... W końcu zrobili mi cięcie... Kiedy wyjęli mi z brzucha tego małego człowieka nie poczułam tej magii o której pisali. Poczułam się winna....Winna poczułam się, kiedy okazało się, że nie mogę karmić piersią, kiedy synek zaczął mieć kolki i płakał całymi dniami i nocami.....

Miesiąc po narodzinach synka zmarła moja mama- tego było już za wiele. Choć miałam męża , tatę, czułam się i czuje nadal bardzo samotna w wychowywaniu dziecka...Czuje się samotna, mam depresje, lęki, że nie podołam. Synek ma pół roku. Ciągle łapie jakieś przeziębienia, teraz ząbkuje i płacze, a ja nie mogę mu pomóc. Kocham go nad życie, chcę mu dać wszystko, ale kiedy kolejny raz zaczyna płakać czuje się winna, że nie robię wszystkiego tak jak powinnam, że gdybym robiła wszystko jak trzeba dziecko byłoby spokojne.To trudne, ale nie wyobrażam sobie życia bez synka, ale i ciężko żyć mi razem z nim.... Kocham go bardziej niż kogokolwiek, a jednocześnie wkurza mnie swoim marudzeniem, płakaniem.... jestem złą matką, egoistką, która chciałaby mieć święty spokój .......

Czy kiedyś będzie normalnie???????

L.

Propozycja udziału w cyklu oFeminin.pl - temat z maila

0 komentarze
Witam serdecznie,
jestem dziennikarką kobiecego portalu oFeminin.pl. Na naszym serwisie prowadzimy cykliczną akcję "Polska mama pracująca", w której prezentujemy sylwetki kobiet i ich sposoby na godzenie macierzyństwa z pracą zawodową.
Bardzo zależałoby mi na tym, aby również reprezentacja Niegrzecznych Mamusiek pojawiła się w jednej z odsłon (jedna z pań, lub kilka - każda z innym spojrzeniem na kwestię łączenia bycia mamą z byciem pracownikiem). Możemy przeprowadzić rozmowę-wywiad telefonicznie, mailowo, jak Paniom pasuje.

Proszę o odpowiedź i liczę na współpracę:)
Dotychczasowe odcinki cyklu można obejrzeć tu:

Pozdrawiam,
Gabriela Rapiej
redaktor ofeminin.pl
889452665, 022 2320024

środa, 9 czerwca 2010

KIEDY DRUGIE? - Nigdy!!!

45 komentarze
Chodzi ten temat za mna juz od dawna. Pewnie zostane zlinczowana za brak ciepla, egoizm itp, ale po to jest ten blog, by pisac. O watpliwosciach takze.

A ze bedzie drugie (cioteczne;) ) zebralam sie by skrobnac pare zdan.

Wielokrotnie slyszalam pytania: "Kiedy drugie?", "Po co czekasz?" "Chcesz wypasc z rytmu pieluch?"

W zasadzie juz od czasu kiedy Ola skonczyla jakies 6 miesiecy mnostwo osob zalewalo mnie zlotymi radami na temat powiekszenia rodziny. I ja osoba badz co badz juz zdystansowana do tego typu porad, osoba ktora wie czego chce - znow zaczelam sie miotac. Moze rzeczywiscie, moze powinnam, bo przeciez chyba nie chce by Ola byla jedynaczka, bo przeciez sama mam siostre i wiem jak fajnie jest moc miec w kims tak bliskim oparcie (przemilcze fakt, iz przez lata tzw "dojrzewania" bylysmy zupelnie obcymi sobie osobami), bo moze pozniej bedzie trudniej, albo ze dzieci sie nie dogadaja itp...

NAGLE cos mnie olsnilo... Ale czy drugie dziecko to jest WLASNIE to czego ja chce?

I myslcie sobie o mnie co chcecie, ale ja naprawde nie chce drugiego dziecka. Nie teraz, nie za rok, nie za dwa...nie wiem, moze dojrzeje, moze sie zmienie. Teraz wiem ze nie chce.

Kocham Ole nad zycie, daje jej siebie w 120% kazdego dnia, robie wszystko by byla szczesliwa, by jak najczesciej sie usmiechala i by czas spedzany z nia byl najlepszym dla nas obu :)

Z wlasnej nieprzymuszonej woli zrezygnowalam z pracy, by moc byc z Ola. Jest nam ciezko pod wieloma wzgledami. Zycie z jednej pensji jest beznadziejne, przynajmniej w naszym przypadku. Wymaga od nas wielu wyrzeczeń, pewnych poswiecen. Bo wakacje w Dubaju, narty w Alpach czy szalone weekendy w Paryzu, Sztokholmie czy Londynie musza zostac skanselowane. Bo zdjecia samolotow w Nowym Jorku czy Moskwie, tez w tym roku nie wypala. Ba nawet nasze knajpowe zycie ostatnio mocno wyhamowalo.

Ale nie zamienilabym za nic w swiecie czasu spedzanego z Ola na wakacje na Karaibach - Nigdy. Chcemy dla Oli jak najlepiej, zamiast na drogi zabieg kosmetyczny - wole wydac pieniadze na kurs bobomigow, basen czy inna forme rozrywki dla Oli. Zamiast toreb z ciuchami dla siebie, wychodze zawsze z ubraniami dla Oli. Nawet w spozywczym zmienilam kierunek "zwiedzania" i zamiast szbkiego kupowania najpotrzebniejszych produktow do domu zastanawiam sie czy kupic kasze z amarantusa, przekaske gryczana czy moze jogurt sojowy. Nawet gotowac sie musialam i chcialam nauczyc. Kiedys zjadlam salatke w fabrykowej stolowce, popilam zimnym latte ktore stalo pol dnia na biurku a wracajac do domu zamowilam sushi z dostawa by nie marnowac czasu, ktorego wracjac o 20:00 duzo nie zostaje. Teraz gotuje owsianke, klopsiki drobiowe, rybe na parze itp. Zreszta kazda mama siedzaca w domu z dzieckiem, wie o czym mowie.

Ale by wrocic do tematu, dodam, ze to wszystko uswiadamia mnie, ze jednak przy drugim dziecku nie moglabym tak funkcjonowac niestety. I wcale nie dlatego ze bym nie chciala, ale niestety wzgledy finansowe usilnie wypychaja mnie do pracy, bo wlasnie te same wzgledy finansowe, pewnie nie pozwolilyby nam na obdarowywanie kolejnej Malej istotki nowymi ubrankami, zabawkami, moze nie byloby nas stac na zajecia, na ktore chodzimy z Ola. Nie mialabym tez tyle czasu by wszystko moc ogarnac przynajmniej tak jak teraz. A jeszcze wizja mieszkania "pod" Warszawa, czyli dwugodzinne korki i powrot Taty po 21 do domu dobily by mnie strasznie. Nie wiem nawet czy potrafilabym z takim zaangazowaniem kochac drugie dziecko.

Czy to egoizm? Nie wiem. Byc moze.

Ale czy to naprawde cos zlego, ze chce sie w 100% byc dobrym rodzicem i w 100% moc zapewnic dziecku to co najlepsze?

Byc moze to glupie ale ja naprawde nie wiem nawet czy bylabym w stanie dac TYLE MILOSCI drugiemu dziecku ile daje Oli.

O przechodzeniu depresji poporodowej drugi raz nie chce nawet wspominac.

Fakt, dzieci ktore maja rodzenstwo rozwijaja sie inaczej, moze lepiej, ale... coz najwyzej bede miala rozpieszczona jedynaczke ;)

Cioteczne to tez rodzenstwo :)

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Podróże, empatia i wąsaty Hiszpan

21 komentarze
Oto ja, Fiona, matka dziecięcia mobilnego jak najnowszy ajfon.

Robaczek od początku swego żywota był przyzwyczajany do tego, że domy są dwa: jeden ma kuchnię, salon i trzy sypialnie, a drugi ma cztery koła i zwie się SA-MO-CHÓD.

Do perfekcji opanowaliśmy zasady pakowania wiktu, opierunku i zestawu rozrywkowego Robaka do torby o rozmiarach ajpada (wpis sponsoruje firma Apple Computers), więc zamiast biadolić, że z dzieckiem nic zrobić nie można, my pakujemy się do foteli i fotelików, i wyruszamy przed siebie. Czasami nawet nie czekamy na Tatusia, tylko jedziemy do ulubionej księgarni albo na spotkanie z jedną czy drugą ciocią i jej narybkiem w przytulnej knajpce.

Podróżowanie z dzieckiem, dyscyplinę wymagającą, acz przynoszącą sporo satysfakcji, ułatwiają spotykani na każdym roku życzliwi ludzie.

Wózek pomogą wnieść, jeśli jest taka potrzeba. Dziecko zabawią przy przymierzalni w sklepie. Jeśli jestem sama w kafeterii, nieznoszącym sprzeciwu ruchem ręki każą iść do stolika, a sami doniosą tacę z kawą i ciachem. Drzwi do windy przytrzymają. W kolejkach do kasy w spożywczaku chcą przepuszczać. A ja nawet nie muszę o nic prosić, oni wyrastają spod ziemi w najbardziej odpowiednim do tego momencie i oferują swoją pomoc.

Czasami skwapliwie z niej korzystam, a czasami szybko oceniam sytuację (Filip z uśmiechem robi sobie masaż dużego palca lewej stopy, prawdopodobieństwo ataku wyjca bliskie zeru) i dziękuję serdecznie, mówiąc, że "My mamy naprawdę dużo czasu, a pan/pani pewnie nie".

Zdarzają się jednak chwile, kiedy czasu może i mamy sporo, ale napięcie jest takie jak w filmach Hitchcocka i trzeba zrobić wszystko, żeby zapobiec wielkiemu wybuchowi.

Kilka dni temu w H&M. Sytuacja-klasyk: jednak kasa otwarta, kolejka się powiększa, przy ladzie babeczka z toną ciuchów, w tym piętnastoma bez metek, których numery trzeba wyszukać na trzech piętrach sklepu.

Robak zaczyna jęczeć. Ja chwilę się miotam - nie po to wykorzystałam jego drzemkę na przymiarkę ślicznej spódnicy, dwóch sukienek i bluzki, żeby się teraz wycofać. Zaczynam śpiewać piosenki: Kolorowe kredki, Witaminki, Mydło wszystko umyje, i tak dalej. W kolejce narasta napięcie - nie wiem, czy ludziom bardziej przeszkadzają jęki Robaka czy moje śpiewy.

Nagle pojawia się zbawicielka, piękna ciemnoskóra dziewczyna, i otwiera kasę.

Nie mam szans z tłumem ludzi BEZ WÓZKÓW. Chociaż w pierwszej kolejce byłam trzecia, w drugiej w ogóle nie załapałam się na podium.

- Przepraszam, czy mogłabym zostać obsłużona pierwsza? Mój syn zaraz zrobi nam tu Saigon, jeśli postoję z nim o sekundę za długo.

Kolejkowicze robią mi miejsce (Niemcy rozumieją jednak angielski!) i kroczymy z Robakiem dumnie pomiędzy naręczami spodni, sukienek i bielizny (po co facetowi dwa staniki???). Jak dobrze jest mieć język, który nie usycha w podobnych sytuacjach.

Czasami bywa jednak mniej przyjemnie.

Tydzień temu kończyliśmy wakacje w upalnej Hiszpanii. Lot powrotny wieczorem, budżetowa linia lotnicza, priorytetowego wejścia na pokład dla rodziców niemowląt brak. Jednak uprzejmie wpuszczono nas w kolejkę (Międzynarodowa Federacja Życzliwych rządzi). Niestety, zanim przyjechała po nas winda, wielki tłum zdążył zbiec po schodach i na dole byliśmy daleeeeeko za peletonem.

Pomimo wczesnowieczornej pory na lotnisku przypiekało słońce. Szybka kalkulacja: właśnie wyniosłam Robaka z chłodnego (mocna klima) lotniska, teraz będzie się ostro grzał, a potem znów klimatyzacja w samolocie. Niezły przepis na gluta po kolana. Cóż, kolejka będzie musiała znieść moją bezczelność. I z wielkim uśmiechem udałam się pod same schody.

Parę osób widząc mnie zrobiło krok w tył. Uff, rozumieją – kiwnęłam głową w ich stronę i szepnęłam Thank you. Gracias.

Ale nie wszyscy. Niemłody Hiszpan w ze złowrogo wyglądającym wąsem rzucił mi mordercze spojrzenie. Kiedy byłam dwa kroki od pierwszego stopnia, wyprzedził dwie stojące przed nim kobiety i dopadł schodów równo ze mną. Postawił prawą nogę na stopniu i wycedził przez zęby coś, co chyba miało znaczyć: Jessssst kolejjjjjka!

Jakby we mnie piorun trzasnął.

Że co? Może dla zabawy tu podeszłam? Żeby pokazać całemu tłumowi, że potrafię? Żeby się pochwalić opalenizną??? Bożenku, dlaczego nie mówię po hiszpańsku???

Odwróciłam się i z najlepszym uśmiechem, na jaki było mnie stać, powiedziałam w języku Szekspira:

- Jestem z dzieckiem. Proszę wierzyć, jest mi wystarczająco ciężko nawet bez tych komentarzy.

Jednocześnie postawiłam nogę na DRUGIM stopniu (dzięki niebiosom za długie nogi!) i chwilę później byłam już w samolocie.

Podróż minęła spokojnie.

Drodzy Wąsaci Hiszpanie tego świata!

Jestem matką małego dziecka. Nie oczekuję z tej okazji czerwonych dywanów, wielkich przywilejów ani całowania po rączkach za wysiłki w zakresie przedłużania gatunku. Naprawdę nie urodziłam dziecka po to, żeby wpychać się we wszystkie możliwe kolejki ani po to, aby mi wszystko podawano pod nos. Proszę jedynie o odrobinę empatii i zrozumienia, że czasami jest mi po prostu ciężko. Drobny gest, coś, co Was nic nie będzie kosztować, może w takiej sytuacji ułatwić życie i Wam, i mi. Chyba że perwersyjnie uwielbiacie ryk niemowlęcia. Taką rozrywkę na długie godziny mogę zapewnić w sekundę lub dwie.

Tekst zamieściłam też u siebie na Bloxie. Żeby nie było, że to plagiat jakiś. :)

niedziela, 6 czerwca 2010

Poród po terminie, a zwolnienie lekarskie - temat z maila

13 komentarze
Witam:)

Nie wiem czy dobrą drogę wybrałam by podzielić się swoimi ostatnimi doświadczeniami, ale myślę, że tym sposobem same drogie niegrzeczne mamuśki zdecydujecie, czy jest to temat wart szerszej dyskusji.

Zapisałam się do waszego "klubu" choć jeszcze nie urodziłam mojej niuni, ale już teraz czytam opinie mam, a i pewnie po porodzie też będę czytać, ale do rzeczy.
Jestem w 41 tygodniu ciąży, dzidziuś się nie spieszy. Do końca 40 t.c., tzn. do dnia porodu byłam na zwolnieniu lekarskim. Kiedy minął termin pojawił się problem co dalej. Mój ginekolog poinformował mnie, że zgodnie z orzecznictwem ZUS zwolnienie lekarskie ze względu na ciążę ginekolog możne wystawić tylko do dnia porodu. A po tym terminie muszę iść na urlop wypoczynkowy lub macierzyński.
Zdziwiło mnie to: jak to, teraz kiedy jest najciężej i moja ciąża najbardziej mi doskwiera, nie można mi wystawić zwolnienia. Szkoda mi urlopu macierzyńskiego, poza tym jak sama nazwa wskazuję jest to urlop dla mamy by zajmowała się dzieckiem a nie dla ciężarnej by donosiła ciążę. Jak wiadomo dzidziuś może się urodzić dwa, trzy dni po terminie a może skończyć się wywoływaniem porodu po dwóch tygodniach. Nie rozumiem dlaczego szanowny ZUS zabiera mi 2 tygodnie urlopu macierzyńskiego.
Piszę to bo może Wy macie większą wiedzę w tym temacie i umiecie to w jakiś logiczny sposób wytłumaczyć, drugi powód jest taki, by uświadomić przyszłe mamy w jakiej sytuacji mogą się znaleźć. Mnie jeszcze miesiąc temu nie przeszło by przez myśl, że ktoś mógł wymyślić tak nielogiczny i krzywdzący przepis.

Serdecznie pozdrawiam

Magdalena

sobota, 5 czerwca 2010

Taki dzień

18 komentarze

Dziś mam dość. Nie mam siły, chęci, cierpliwości. Jest dopiero 11, a ja z wytęsknieniem patrzę na zegarek, odliczając godziny do 20, kiedy Syn pójdzie spać. Dziś chciałabym, żeby przespał cały dzień. I żebym ja też cały przespała. Potrzebuje paru godzin bez Niego, może całego dnia. Dziś denerwuje mnie, że czasem zamarudzi gdy zbliża się pora jedzenia, że macha nogami przy przewijaniu, że cofa mu się na mój podkoszulek (już drugi dzisiaj). Dziś nie chce iść na spacer, nie chce oglądać książeczek o zwierzątkach, nie chce przygotowywać kaszki. Nie chce myśleć, że jeszcze przez prawie kolejny tydzień będę z nim sama, bo dopiero wtedy wróci B. Nie chce, nie mam siły. Taki dzień!

I nie chce też mieć tych wyrzutów sumienia, że mi się nie chce. Że dziś nie cieszy mnie jego roześmiana, kochana buzia. Bo co ze mnie za matka? Czy mogę mieć dość? Bo przecież nie powinnam mieć! Bo tak naprawdę nic się nie dzieje. Jest zdrowy, grzeczny, nie-płaczliwy, je pięknie, potrafi się sam sobą zając. Więc o co mi chodzi?!? Nie wiem. Chyba taki dzień…

środa, 2 czerwca 2010

Karmię piersią, bo jestem SKNERUSKĄ :D - temat z maila

64 komentarze
Witajcie Niegrzeczne,

powiem to co chyba każda pisząca do Was... Jak dobrze, że jesteście! Czasem myślałam, że zwariuję, a tu proszę - nie ja jedna :) I szczerze mówiąc ulżyło mi, że jesteście :)

Dlaczego piszę? Zainspirowała mnie jedna wypowiedź na blogu dotycząca szczepionek zalecanych - szczepić, nie szczepić i do tego ich cena!!! I tak mnie ta "cena" natchnęła i przypomniałam sobie co mówiłam jeszcze będąc w ciąży: "Ja nie zamierzam karmić butelką, bo to za drogi biznes!". Odpowiedziałam tak zresztą na pytanie zadane znienacka. I tak pozostało. Nie zastanawiałam się nad karmieniem, po prostu wiedziałam, że będę karmić. Ania urodziła się i było różnie. Zewsząd słyszałam "daj butelkę", a ja nie, karmię, najada się, bo kupki robi (:D), a do tego znalazłam świetną książkę "Język niemowląt" i tam nie jest zalecane karmienie na żądanie czyli "wiś i karm!" na co naciskają zewsząd, tylko rozsądne podejście. Jesz śniadanie, to nie kładziesz się spać, tylko ruszasz w świat, a jak zasypiasz to nie jesz, tylko odpoczywasz po całym dniu aktywności. Tak w skrócie.
Teoria - piękna sprawa! Myślałam będąc w ciąży. Jednak rzeczywistość okazała się inna, trudna. Ciężko mi było i wielokrotnie myślałam, że jestem złą i wyrodną matką, bo nie karmię,ale jakoś to przeżyłyśmy. Dziś Ania ma 11 miesięcy, nie mam problemu z jedzeniem, zasypianiem. Generalnie udało nam się. Ale nie o tym.
Jestem sknera. Jak pomyślę ile musiałabym wydać kasy na to "najlepsze" mleko dla dziecka... Rynek! Podobnie jak przy szczepionkach, nakręcony, bo co, nie dasz dziecku tego co najlepsze? Niestety, z uwagi na - mam nadzieję okresowe problemy z tolerancją nabiału - kaszki dla córci muszę przygotowywać na mleku HA... I szlag mnie trafia jak widzę ile to kosztuje! Wiem, wiem... NAJLEPSZE! Ale czasem najchętniej dałabym dziecku mleko zwykłe... Ups! Zbrodnia :) Na razie tego nie zrobiłam, brak mi odwagi. Bo jeszcze zaszkodzi i okaże się, że ten cały rynek ma sens...?
Rynek... Nie tylko mleczko :) Ale i smaczne zupki,obiadki, deserki! Ale ile może kosztować słoik jedzenia? Malutki w dodatku :) Duży słoik sosu dla 4 osób kosztuje 5-6zł, a słoiczek dla Niuni? 4-5zł! Ludzie... Toż to zbankrutować można!
Ale nie, ja nie chcę zbankrutować i chcę być wspaniałą matką i gotuję :) zupki, obiadki, deserki... Ale co tu gotować, jak połowy składników z mądrych przepisów nie można dostać - patison, kabaczek, cukinia... Nie o tej porze roku!!! Więc urabiam się po pachy i gotuję z tego co jest, głowa mi paruje od myślenia, a moje dziecię np. krztusi się, bo jeden kawałeczek się nie do-miksował i zwróci cały zjedzony do tej pory posiłek... No to co? Nie ma co jeść, trzeba dać słoiczek! I szlag mnie też trafia, bo wszystkie potrawy w nich schowane smakują tak samo! A na opakowaniu jednego czy drugiego napisane jest: "podając dziecku różnorodne smaki uczysz dobrych nawyków"... czy coś w tym rodzaju. Różnorodne smaki.
Dziś znów ugotowałam pyszną zupkę. Z ekologicznych oczywiście warzywek. Bo przecież te sklepowe o tej porze roku są tak nafaszerowane nawozem... Czy ktoś z nas pamięta z dzieciństwa prościutką i równiutką marcheweczkę, zdrowiutką, że hoho?! Bo ja nie :) a teraz w środku zimy są takie, jak malowane! Więc chadzam do ekologicznego sklepiku... Eko produkty i eko kasa - ZIELONA np. 100złotowa... Rynek.
Gdzie by nie spojrzeć - płać i płacz. A mówią, że do wychowania dzieci potrzebna jest miłość?
Dlatego żałuję bardzo tego czasu, kiedy karmiłam córcię tylko piersią, nie było problemu... Portfel był pełniejszy, mogłam kupić coś dla siebie! I ewentualnie skarpetki dla dziecka ;)
A teraz...
Wspaniale jest być matką, ale jakim KOSZTEM?!
Zdaję sobie sprawę, że taki temat mógł być poruszany,ale tak we mnie to wszystko urosło, że musiałam się podzielić. Myśli było jeszcze więcej. Bo przecież dziecko trzeba i ubrać w świetne ciuchy - nie z lumpa! - i wozić w super wózku... Wydaje mi się, że większe "parcie" jest na "oprawę" macierzyństwa, niż na oprawę wesela hihi!
No ale to tak przy okazji.
Jestem skneruską. Oj, jak bardzo chciałabym zaoszczędzić tej kaski... Może udałoby się nam odłożyć wtedy na wspólne wakacje? Może bez dziecka... ;) a może Z :)

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie.

NM - Monika.