niegrzecznemamuski.blogspot.com

poniedziałek, 29 marca 2010

blokada psychiczna... - temat z maila

40 komentarze
Zaczęłam czytać Wasz blog, drogie mamuśki, kiedy natrafiłam na adres e-mail.. Nie czytając dalej, piszę..

Mam już 30 lat i pierwsze dziecko. Dziecko, którego według lekarzy miało nie być, bo mama nie może mieć dzieci.. a jednak ma!! Mam świetną pracę - spełniłam marzenia z dzieciństwa, zostałam nauczycielką. mam cudownego męża - spełnienie marzeń z dzieciństwa, miał być wyskoki i przystojny blondyn z pięknymi oczami, wykształcony, mądry... JEST! Mam własne mieszkanie z którego niedługo się wyprowadzę, ponieważ kupiliśmy dom. Mam mamę i babcię, które chętnie pomagają mi w opiece nad moim 6 miesięcznym synkiem. Mam wszystko...

A mimo to, czuję się jak małe dziecko, które chyba nie dojrzało do roli mamy. Nagle okazało się, że nie posiedzę sobie wieczorem z mężem, nie pojadę do kina kiedy mam ochotę, nie pójdę na zakupy, do koleżanki... Leżąc w szpitalu po ciężkim porodzie, zastanawiałam się, czy tego chciałam. CHCIAŁAM!!! Marzyłam o dziecku, płakałam godzinami kiedy okazywało się po kolejnych badaniach, że są coraz mniejsze szanse na ciąże...

Teraz zastanawiam się czy to depresja poporodowa? Pewien mądry człowiek powiedział, że jestem po prostu zablokowana psychicznie, ze to minie. Kiedy zbliża się noc, ja nie mogę zasnąć kiedy jest ze mną moje ukochane dziecko. Serce bije mi mocno, mam wrażenie, że wyskoczy z klatki piersiowej.. Czuję ucisk w klatce piersiowej...denerwuję się. Nie wiem czym, nie wiem dlaczego.. Często płaczę, mama zabiera maluszka do siebie na noc...nie mogą z moim mężem patrzeć jak cierpię. W ciągu dnia jest wszystko dobrze....najgorsze są wspólne noce....

A najgorsze jest to,że nie spotkałam drugiej takiej jak ja.

Erin

wtorek, 23 marca 2010

Place zabaw - konieczność?

43 komentarze
Czy ktoś jeszcze nie lubi placów zabaw? Czy ktoś jeszcze unika ich jak ognia?
Moje dzieci lubią, więc chodzę. Ale chodzę z nimi i bawię się z nimi. Na tym to polega.
Ostatnio, gdy robi się ciepło, wybywam z murów na plac i tak sobie kątem oka obserwuje co się dzieje...
A dzieje się tak: siedzi sobie grupa matek, plotki, papieros (grrr) i ubaw po pachy.
I jedyna ich aktywnośc, to jest wydarcie się na całe gardło: "Michał! Zejdź stamtąd", "Michał! Zostaw go!", "Michał! Bo zaraz pójdziemy do domu!":..
Wrrr,. W nieidzielę byłam jedyną matką, która zjeżdzała na zjezdzalni z dziecmi. Jedyna, która raczyła podnieść tyłek i wejść by się pobawić.
Mam wrażenie, ze patrzyli jak na dziwoląga.
Bo inni siedzieli z paczką jakis chipsów dla dziecka, ktoro podbiegało co chwile zjesc.
Zeby nie było..zabrałam sobie czasopismo i usiadłam na moment by się zrelaksować.

Generalnie powinnam miec to gdzieś, kto jak wychowuje, bo na co dzien mam. Ale ten temat jakos mi siedzi i mam ochotę podejsc do rodzica i powiedziec: zamiast się drzeć co chwilę, wejdź paniusiu do dziecka i zobacz jaki ma problem.\

Bo to co ci rodzice robią nie jest niegrzeczne, tylko olewające ;).
Howk!



poniedziałek, 22 marca 2010

Etat MAMA

51 komentarze
Chyba przestalam ogarniac. Chyba powoli sie zalamuje. Chyba musze isc do pracy. Chyba przerasta mnie etat Mamy.

A moze dokladniej nie etat Mamy co etat Mamy w domu.

Byc moze to przesilenie wiosenne, byc moze zmeczenie materialu, byc moze musze odpoczac, albo powaznie pomyslec nad zmiana swojego trybu zycia.

W innych przypadkach moze byc kiepsko.

Jest 12:40, zeby napisac tego posta dala Oli bule, bo tylko ona jest w stanie wyciszyc moje hiperaktywne dziecko na 5 min.

Moj dzien wyglada mniej wiecej tak:

wstaje ok 6:30 - albo Ola mnie budzi, albo P. jak wychodzi do pracy. Ogarniam sie (na prysznic szansy juz nie mam, bo dziecie zaraz wyje ze nie wyjelam jej z lozeczka - prysznic w czasie drzemki)
kasza dla Oli, kawa dla mnie. Wyglupy na ziemi - ot taka moja szansa na fitness - mioesnie brzucha przy tym niezle pracuja, na prawdziwy fitness od pewniego czasu niestety nie mam kiedy sie wybrac. Scielenie lozek, puszczenie prania, ogarniecie Oli, ktora wlasnie pozarla dzisiejsza wyborcza i rozlala moja kawe, sprzatam, zmywam, Ola przyczepiona do nogi zjada gabke znaleziona w szufladzie, wyciagam gabke z paszczy - kupa. Przewijam kupe, sprzatam pieluchy. Daje Oli chrupki kukurydziane i pacyfikuje w foteliku, a sama z prwedkoscia swiatla mkne do osiedlowego po kjefir i bulki. wracam, oczyszczam Ole obklejana maczka kukurydziana. Bierzemy ksiazki, czytamy, tarzamy sie po ziemi, pokazujemy noski, oczki i inne czesci ciala zabawek. Rozpracowujemy sorter, wrzucamy klocki, cwiczymy "komende" DAJ. Ola upada. Glowka boli, pokazuje jej tysiac innych gadzetow by odwrocic uwage od przerazenia wywolanego upadkiem, w tym czasie pralka wyje ze skonczyla prac. Idziemy - tzn ja ide, ssak pedzi za mna - wylaczyc owa pralke - Ola po drodze rozwala pol paczki proszku do prania, zamiast wyjac pranie myje, przebieram, przewijam ssaka. Przy okazji zostalam obsikana wiec przewijanie przedluzone. Proszek w lazience rozsypany, pranie nie wyjete - lazienke zamykam, bo nie mam jak sprzatnac teraz. Ola to tornado, jest wszedzie i w miejscu nie wysiedzi. Oooo juz 9:30 - czas na II sniadanko - no to trzask prask kanapeczki dzis z bieluchem bo na paste czasu zabraklo, kanapeczek nie je sie w foteliku, bo przeciez to nadpobudliwe dziecie nie wysiedzi, wiec talerzyk na lawie, a bieluch wszedzie...zaje...fajnie. No ale ze ja czas z dzieckiem wole spedzac niz na sprzataniu, to tym co pod reka wytarlam, i dalej bawimy sie z Ola. Ubieramy sie przebieramy idziemy spac bo to pora drzemki. Ja w tym czasie doczyszczam lazienke, wygrzebuje kawalki zaschnietej bulki z fotelika, pedze wywalic smieci i oprozniam kosz z pieluchami. Przy dobrym wietrze uda mi sie zmyc i wziac prysznic, a luksusem jest dla mnie peeling czy doprowadzenie stop do stanu uzywalnosci. A...wyciagam tez to zalegle pranie, bo jak nie wyciagne to zgnije jak to w zeszlym tygodniu ktore musialam prac 2 razy bo wczesniej nie zdazylam rozwiesic. Dzis sie udalo. Pranie powiesilam i nawet doprowadzilam tuje balkonowe do lepszego stanu z uwagi na kalendarzowa juz wiosne i koszmarny ich wyglad po zimie. Zerkam na zegarek, mam jeszcze 15 min do konca drzemki co robic? Moze sniadanie? Moze zmycie podlogi? Nie... blogi... chba jestem silnie uzalezniona od tego co na nich. No wiec tak dobiega koniec moich 90min wolnych od Oli :D A potem abarot to samo, przewijanie, mizianie, spacer, powrot do domu. Wstawiam warzywa, bedzie krem z cukinii dla Oli. w tym samym czasie Mloda wywala z szuflad wszystko... ja juz nawet nie zbieram bo sil mi brak. Caly czas otaczam Ole kapiela slowna, by jak najlepiej wzbogacac jej slownik jezykowy, licze ze moze chociaz to zaprocentuje. A no i kupa. znow. znow sie przewijamy, cukinia kipi, pedze do niej z gola Ola, sika na mnie znow...a ile ma tego radochy...Ok. Mloda okielznana laduje na podlodze. O dziwo zajmuje sie soba, a ja koncze ten nieszczesny krem z cukinii. Zrobilam wiecej z mysla ze i dla nas bedzie. I w sumie dobrze bo Ola zjadla 3-4 lyzki i koniec. SUPER!!! Dobrze ze sloiki w zapasie, bedzie chociaz pozadne drugie danie, o ile Kasiezna zechce jesc, bo cos ostatnio mamy bunt jedzeniowy. II danie dla nas niestety bedzie musialo poczekac do wieczora - czyt. zamowimy cos z pobliskiej knajpy, bo nie ogarne juz obiadu. AAAA... Ola pozera metke od nowej bluzeczki...na szczescie udalo mi sie wyjac z buzi ten plastikowy sznureczek, i tym samym uniknac zadlawienia corki...w miedzyczasie bawila sie tez koszem na brudna bielizne, a ze kosz wiklinowy to teraz mam "dywan" z wikliny w calym mieszkaniu.

Do konca dnia zostalo jeszcze sporo, przede mna drugi spacer na ktorym poczta, skarbowy, moze zus jak dojde i zakupy, podwieczorek, zabawy edukacyjne (naprawde sie staram), cwiczenia zalecane przez rehabilitantke, wieczorne czytanie bajek, kolacja, kapiel, ogarniecie mieszkania, a w zasadzie pobojowiska tudziez tego co kiedys bylo mieszkaniem, zmywanie, latanie na szmacie zeby podloga na jutro nadawala sie do zlizywania z niej roznosci, prasowanie gory ktora powieszona rano juz pewnie wyschla...no i jak sie uda to przed powrotem P. czyli przed 21 bede "po robocie" no i nawt zostalo troche czasu na zamowienie bidonow z allegro czy umowienie online wizyty do alergologa i nawet kaszki z ekosklepu zamowilam wiec czego ja chce. Cod miod malina...zastanawiam sie tylko jeszcze nad jednym...apropos wieczorow...czy to libido mi spadlo ze padam jak kawka przed 22 czy sa jakies inne powody ;)

KU POKRZEPIENIU!!!

Tak tak, ten post ma byc ku pokrzepieniu serc "siedzacych" w domu Mam w podobnej sytuacji do mnie. Serio dziewczyny nie wiem jak wy to robicie. Jak wszystko ogarniacie i jestescie jesczze usmiechniete i jak dajecie rade te dwudaniowe obiady gotowac i zacerowac spodnie starszaka czy piec ciasta na niedziele itp. Mnie to juz powoli przerasta. Ba Ja sobie po prostu nie radze ze wszystkim. Pracujac mialam pania do sprzatania Teraz na nianie, pomoc domowa czy pania do prasowania szans nie mam z uwagi na tak zwany domowy cost cutting spowodowany brakiem mojej pensji i proba zycia z jednej ;/

MUSZE WROCIC DO PRACY!!! Zdecydowanie. Nie jestem w stanie funkcjonowac na 200% normy. W pracy, tak - w domu nie daje rady. Gdyby to bylo tylko zajmowanie sie dzieckiem to luz bluz ale to co sie dzieje teraz to jakas MASAKRA.

A i jeszcze super ze w naszym prorodzinnym Panstwie kobieta na wychowawczym to jakis wynaturzony waglik spoleczny ktorej nie nalezy sie nic, no chyba ze dochody w rodzinie nie przekraczaja 504zl na osobe, to zaszaleli i zasilek przyznaja nie wiem ile ale chyba cos kolo 47,60zl na dziecko :D MALINA!!!

Aha zapomnialam dodac ze ja matka siedzaca polowicznie, bo oprocz powyzszego mam jeszcze 18h lekcji tygodniowo, pisze artykuly, staram sie byc na biezaco z kulturalnym repertuarem i realizuje swoja pasje a no i...mam meksyk w domu z tego tytulu :D

niedziela, 21 marca 2010

Syndrom czapki

51 komentarze
Wytłumaczcie mi, bo może jestem niedouczona - dlaczego TRZEBA dzieciom ZAWSZE zakładać czapki?

Powiało wiosną, jest 14 stopni, a dzieci nadal w czapkach. A jak zdarzy się dziecko bez to natychmiast znajdzie się ktoś kto zapyta: a gdzie to dziecko ma czapke?? W piwnicy, zakopałam, razem z kurtkami puchowymi i butami narciarskimi. Zima=czapka. Wiosna=koniec czapki ;)

Wychodze z zalozenia, ze dziecko ubieram tak jak siebie, jak pogoda jest na t-shirt i sweter to tak samo ubieram Mrówkę.

Wczoraj uległam presji i poszłam na kompromis z mężem - chusteczka na głowie zamiast czapki.

Czy syndrom czapki obowiazuje tez w innych krajach o podobnym klimacie?

peace

ps. dziś jest pierwszy dzień WIOSNY, oficjalnie :))

piątek, 19 marca 2010

Fiona wiodąca lud na barykady

16 komentarze
Tytułem wstępu:

Mam sześciomiesięcznego synka. Półtora miesiąca temu wróciłam do pracy na pięć godzin dziennie. Znaleźliśmy Nianię Idealną, ale niestety po tygodniu opiekowania się Robakiem rozchorowała się (znaleźli jej coś w mózgu, dziś rano mieli jej otwierać czachę, żeby zobaczyć, co to takiego – niefajnie :/). W tej chwili jest z nami mój Teść, który będzie nam pomagał do Wielkanocy. Szukamy następnej niani, która zajęłaby się Młodym po świętach, abym nie musiała rezygnować z pracy.





Fiona: Szukam niani dla Robaka na pięć godzin dziennie od poniedziałku do piątku, począwszy od powielkanocnego wtorku. Jeśli znacie kogoś w okolicy, kto mógłby się zająć naszym maluchem, dajcie mi znać.

Jen: Jeśli tylko ktoś będzie zainteresowany, od razu Ci napiszę.
Samantha: Nikt nie przychodzi mi do głowy, ale się popytam.
Amanda: Hehe, dojazd by mnie dobił.
Fiona: @ Amanda – No co ty, naprawdę wydaje Ci się, że 200 km rano i ta sama odległość po południu to tak dużo?
Nancy: A po co w ogóle wracałaś do pracy? Nie lepiej siedzieć w domu? Po co się codziennie stresować, a potem całą swoją pensję oddawać niani?

Nosz kurrrna! Odezwała się paniusia Bo-Ja-Wiem-Wszystko-Najlepiej! A co jej do tego? Jak nie chce pomóc, to niech siedzi cicho! Co ona może wiedzieć o moim życiu???

Grrr!!!

OK, teraz najważniejszy jest spokój. Nie ma co się denerwować. Trzy oddechy (raz... dwa... trzy...) – dam jej jedną szansę.


Fiona: @ Nancy – Po co? Mam potrzebę poprzebywania codziennie z ludźmi, którzy znają więcej niż dwie samogłoski i potrafią łączyć sylaby w tak piękne słowa jak RA-PORT FI-NAN-SO-WY. Mam szczęście, że mogę pracować pięć godzin dziennie i na dodatek w bezstresowym otoczeniu. A co do zapłaty za opiekę nad Filipem – naprawdę myślisz, że gdybym musiała całą pensję wydawać na nianię, to wciąż siedziałabym za biurkiem?
Nancy: Przecież nie chcesz sobie sprowadzić niani z Europy Wschodniej, gdzie wymagania finansowe są o wiele niższe. Poza tym pracowałyśmy razem, więc mniej więcej wiem, ile zarabiasz. ;) Uwielbiam być z Luca w domu. Nie przeoczę pierwszego uśmiechu, pierwszego kroku – mój syn jest tego wart. Stres związany z pracą to dla mnie przeszłość. Teraz chodze sobie na zakupy, spotykam się z przyjaciółmi, podróżuję.

O mój nędzny żywocie, jestem absolutną kretynką, że tak mi odpowiadasz, bo powinnam przecież żyć jak Nancy, myśleć jak Nancy, dokonywać takich samych wyborów, jak Nancy! Wtedy z pewnością byłabym Kobietą Spełnioną! Albo jeszcze lepiej – zamieniłabym się w Nancy! Rewelacja! Niczego bardziej nie pragnę.

Spokój, zen, oczyszczenie umysłu... Złość piękności szkodzi... Zamiast się wkurzać, pomyśl o czymś przyjemnym.

Poranny uśmiech Robaka... Wycieczki skuterem po okolicy... Buszowanie po ulubionej księgarni... Nowe buty... Sardyńskie plaże....

Cholera jasna – NANCY mieszka teraz na Sardynii!!!

Trzy oddechy (raz... dwa... trzy...) – trzeba to załatwić raz na zawsze. Drugiej szansy nie będzie.

Fiona: @ Nancy – Bardzo się cieszę, że masz w tym momencie takie życie, jakie sobie wymarzyłaś. Natomiast wydaje Ci się, że wszyscy wokół powini myśleć tak samo. Tobie odpowiada siedzenie z maluchem w domu, jak lubię chodzić do pracy. Nie kwestionuj moich decyzji, bo nie masz prawa tego robić. Ja szanuję Twoje wybory i oczekuję od Ciebie tego samego.

No proszę, postawiłam sprawę jasno i już mi lepiej.

Amanda (wiadomość prywatna): Właśnie przeczytałam, co odpisałaś Nancy i jestem pod wrażeniem. Wydaje jej się, że zjadła wszystkie rozumy, bo urodziła dziecko rok wcześniej, niż my. Teraz przynajmniej będziesz miała spokój. You go girl!
Jen (wiadomość prywatna): Fiona, you rock! Teraz nikt z buciorami w Twoje życie nie wejdzie.
Samantha (wiadomość prywatna): Hehe, nigdy nie lubiłam Nancy. :P

Jeszcze ze trzy takie sytuacje i postawią mi pomnik.


Sama zaintersowana zadała sobie trud wykasowania wszystkich postów z mojego fejsbukowego profilu oraz (co zauważyłam dwa dni później) komentarzy pod moimi zdjęciami. Była bardzo aktywnym opiniodawcą, więc usuwanie wszystkiego musiało jej zająć dobrą chwilę. Do tej pory się dziwię, że nie dostałam bana.

Miałam się poryczeć i rozpamiętywać tą stratę przez co najmniej trzy dni, ale nie miałam czasu. Może w przyszłym tygodniu.

wtorek, 16 marca 2010

presja drugiego dziecka o odmiennej płci... - temat z maila

29 komentarze
Matko z jaką ulgą patrzyłam w TVN na kobiety, które po prostu są normalne, a nie fanatycznie zaprogramowane jak roboty. Jeśli można, chciałabym się podzielić z Wami wszystkimi, moim niedawnym doświadczeniem.

Mam synka Marcinka cudownego, mądrego i wiedzącego czego chce :) Wczoraj skończył 4 latka mój zuch!

Od października jestem w ciąży i początkiem lipca narodzi się, jak już wiemy, drugi synek. Otoczenie w pracy i w rodzinie już zaklepało fakt, że to na pewno będzie dziewczynka. Fakty, które miały niby to potwierdzić to to, że wymiotowałam przez ponad 3 miesiące, cera mi robiła takie psikusy, jak nigdy wcześniej nawet przy dojrzewaniu. Z resztą teraz jestem w szóstym miesiącu i nic w tej materii się nie zmieniło. Ale wracając do sedna.

Rodzina kciuki trzymała, bo jak już macie synka to PRZYDAŁABY się wam dziewcznynka. Znajomi też pełne "parcie" na płeć piękną. A bo jak się teraz tak czujesz to na pewno dziewczyna, wcześniej przecież inaczej było, a dziewczyny się buntują (?) Hmmm najgorsze jest to, że zachodząc w ciążę też czułam, że to będzie córcia, bo przy dwóch braciach, czterech (!) do tej pory chrześniakach chłopcach, czułam wewnętrznie potrzebę takiej solidarności płci. Z przyjaciółkami jest różnie, w ogóle boję się nazywać tak kogokolwiek. Nawet mój synek był przekonany, że będzie miał siostrę i na usg genetycznym powiedział do taty "tautsiu, ale ja przecież chciałem mieć siostrzyczkę". Ryczałam cały wieczór jak bóbr, czułam się jak wyrodna matka. Wszystko w porządku mówiła lekarka, dziecko rozwija się prawidłowo, a dla mnie w tej minucie w ogóle to nie było ważne.

Drugiego dnia mój synek w ogóle nie poruszał tematu, że niby ma to być siostra tylko pogodzony oznajmił, że będzie miał braciszka (babci). A babcia na pocieszenie dla mnie "no ja jestem za młoda na babcię, więc mam jeszcze czas...", albo "lubię chłopców nie dramatyzuj". O matko jakby mi ktoś w twarz dał. Było to wszystko parę tygodni temu, teraz nie wyobrażam sobie, że to ma jakieś znaczenie, jak tylko to żebym ten poród jakoś "przeżyła", żeby dziecko było zdrowe. No jeden problem pozostaje... imię, ale to przyjdzie z czasem, może w chwili gdy zobaczę mojego drugiego smyka. Na pewno wtedy pokocham go jeszcze bardziej. A oczywiście komentarze jednej koleżanki, która urodziła drugą córeczkę "no to teraz będziesz mieć dwóch takich zbójów (co ona wie o moim dziecku?) Zaszufladkowała dziecko, bo jest chłopcem do rozbrykanych i "trudnych wychowawczo". Ona się cieszy, że ma drugą córeczkę. Boże jak ja miałam ochotę strzelić jej w ten ... łeb. Już podzieliłam się swoimi przeżyciami z jedną koleżanką, której drugi synek kończy roczek właśnie i zdecydowanie pomogło! Piszę do Was, bo pewnie będzie jeszcze lepiej :)


amelia_z

poniedziałek, 15 marca 2010

trędowaci - temat z maila

33 komentarze
Od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad czymś co nie daje mi spokojnie spać.

Mam czworo dzieci 11 lat,10 lat ,5 lat i cztery miesiące dla mnie to ogromne szczęście chociaż nie raz mam ochotę płakać. Od kiedy byłam w ciąży z czwartym dzieckiem ludzie patrzyli na mnie i na męża jak na trędowatych, od niektórych słyszałam że mamy małe Zoo w domu i nierówno pod sufitem ,,BO JAK MOŻNA MIEĆ TYLE DZIECI". Nawet teściowa po porodzie z ironią spytała kiedy będzie następne ,a ja myślałam, że się popłaczę bo zamiast gratulacji i ciepłych słów na które każda świeżo upieczona mama czeka znowu wbito mi szpilę.

Najbardziej boli mnie to ,że wytykają nas ludzie jakbyśmy byli trędowaci "BO DUŻA RODZINA TO PRZECIEŻ PATOLOGIA". Jesteśmy zupełnie normalni, nasze dzieci bardzo dobrze się uczą a jedynie co nas może różnić od innych mniejszych rodzin to więcej kanapek na kolację .

Cieszę się, że Was MAMUŚKI znalazłam, że mogę się z kimś podzielić moimi myślami, i już nigdy nie dam sobie w mówić, że jestem wyrodną matką tylko dlatego, że puszczę dziecku bajkę i piję spokojnie kawkę.

Sylwia

sobota, 13 marca 2010

szczepienia - temat z maila

53 komentarze
Kochane Niegrzeczne i Niedobre Mamuśki!
Oglądając wczoraj DDTVN, strasznie się ucieszyłam że jest wreszcie jakaś sensowna strona w necie, gdzie można poczytać o PRAWDZIWYM macierzyństwie i urokach życia codziennego Matki Polki. Bo szczerze, mam dość stron redagowanych na współ z poradnikami parentigowymi, gdzie na wszystkie problemy wychowawczo-żywieniowe są gotowe recepty i złote standardy. Które w większości nie działają. Przynajmniej na moją Polindę.
Jak ja się cieszę, że jest nas więcej!!! Że nie jestem osamotniona! Mi też się czasem (często) nie chce, od urodzenia dziecka jestem w permanentym stanie niedospania, i że entuzjazm z upływem godzin na zegarku spada do pozycji 'flat'. I wkurza mnie, że zamiast uprawiać seks z mężem, musimy stawać na głowie żeby panna Pola zechciała łaskawie usnąć o 22.

Ale przejdę do rzeczy. Chodzi mi o Wasze zdanie na temat szczepień nieobowiązkowych (pneumokoki, meningokoki, rotawirusy etc.). Notabene, te obowiązkowe są też odpłatne jak chcesz dziecku zaoszczędzić przy jednej wizycie 3 wkłuć!!! Moja córka ledwo zniosła smak szczepionki rotawirusowej (darła się w przychodni tak, że na parterze w aptece było ją słychać), po pneumokokach przez 5 h darła się w domu. I nie było sposobu aby ją uspokoić. Potem okazało się, że odczyn był nieprawidłowy, więc trzeba do neurologa. Następnie na USG ciemiączka. I diagnoza, żeby nie podawać drugiej dawki szczepionki. Odkrycie! A 350 zł jak psu w mordę! Nie licząc opłat za prywatną wizytę u neurologa (państwowo czeka się najmniej 2 miesiące, w Warszawie), no i USG (też prywatnie). O stresie nie wspomnę. Moim, męża i panny Poli.

Ale co mnie najbardziej zaskoczyło, to skrajnie różne opinie lekarzy na temat szczepień dodatkowych.
Neurolog mnie zapytała "po co mi ta szczepionka?", bo ona uważa że szczepień obowiązkowych i tak nadto w pierwszym roku życia dziecka. Wręcz stwierdziła, że te całe nowe zagrożenia są wymysłem koncernów farmaceutycznych które opracowując nowe szczepionki, zbierają żniwo na ich sprzedaży. I że to kolejny chwyt marketingowych, na który się łapią niedoświadczone matki.
Pediatra nr 1, wytłumaczyła mi co to są te pneumokoki, jak dziecko może się nimi zarazić i jakie zagrożenia są z nimi powiązane. Na pytanie czy warto szczepić, odpowiedziała mi pokrętnie że jeśli mnie stać to powinnam się zastanowić. Pediatra nr 2, kazała poczekać do 2-3 roku życia dziecka, i wtedy szczepić bo taniej. A dziecko i tak prawie nie ma kontaktu z innymi dziećmi, więc ryzyko zakażenia jest minimalne, i żeby oszczędzić dziecku stresu z kłuciem.
A o meningokokach dowiedziałam się od..... mojego ginekologa. Wspomniał, przy okazji omawiania kwestii innej szczepionki (tej chroniącej przed wirusem HPV).

Komercjalizacja i propaganda zdrowia jest już tak szeroko okrojonym zjawiskiem, że zastanawiam się gdzie leży granica? Widziałyście reklamy z serii "obejmij mnie szczepieniem"? Te dzieci w szarych szpitalach, z welfronem upiętym w łapce, w łóżeczku z metalowymi prętami! Koszmar! Jestem wściekła na twórców takiej komunikacji i na to że tego rodzaju reklamy są dopuszczane do emisji! Ciekawe co na to rodzice, których najzwyklej nie stać na szczepionkę po 350 zeta za jednorazową dawkę (gdzie ukłuć jest zazwyczaj trzy)?

Mam wrażenie, że te nowe szczepionki (koszmarnie drogie) to nabijanie pacjenta w butelkę. Jak masz to wydaj, przecież zdrowie twojego dziecka jest bezcenne! Czy znacie jakieś dziecko, które zachorowało bo nie dostało szczepionki na pneumokoki?

Abstrahując, od nowych zagrożeń czyhających na nasze dzieciaki. Kilka miesięcy temu, bratanek Polindy, Oskar przechodził ospę. Tak, tak! Tę starą, zapomnianą i niezwykle wkurzającą chorobę, bo jak dzieciakowi wytłumaczyć żeby nie drapał bo na zawsze zostaną dzioby po krostach. Podczas gdy on zamienił się w biedronkę (dzieciaki cały czas miały ze sobą kontakt), Poluś pozostała niewzruszona. Żadne z nich nie miało szczepionki na ospę...

ściskam mocno
Licho

czwartek, 11 marca 2010

wizja

36 komentarze





















by Anna Moderska
podoba się? :)

Pracująca matka bez wyrzutów sumienia

84 komentarze
Jestem matką pracującą. Wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim, najpierw na 2/3 a po kolejnych 3 miesiącach na pełen etat.
Pracuje w korporacji - pełen etat znaczy naprawdę pełen :)
Swoją córeczkę widzę wieczorem max tylko przez godzinę (jak zdążę), do tego dochodzą wyjazdy służbowe prawie co tydzień na dwa/trzy dni.

Gryzie mnie oczywiście to, że moje dziecko większość dnia spędza z niania (kochaną panią ale jednak niania:) Martwi mnie to, jaki będzie to miało na nią wpływ. Bo to ja chcę ją uczyć, wychowywać i pokazywać świat.

Ale - nie chcę zrezygnować z pracy i zostać w domu. Potrzebuję własnego życia, nie jestem typem matki gotowej poświęcić wszystko dla dziecka. Chcę być pełnoprawnym partnerem dla mojego męża. Macierzyński był pięknym czasem ale były momenty gdy się po prostu nudziłam. Męczyła mnie codzienna rutyna. Lubie być w pracy, mieć własne projekty, które daja mi mnóstwo satysfakcji i pewności siebie. Lubie mieć znajomych, z którymi rozmawiam nie tylko o dzieciach.

Przeczytałam ostatnio wywiad z Magdaleną Środą, która powiedziała:
"...większy autorytet ma matka czynna zawodowo, nie ta która ceruje skarpety, których nie trzeba już cerować, ani ta, która codziennie gotuje obiadki. Jest pralka, lodówka i mama ma coraz mniej do robienia w domu. Co innego mama, która pracuje, ma pasje, zna się na komputerze, jest w Sejmie, rozumie współczesny świat.
Tymczasem kobietom w Polsce wmawia się, że najważniejsze jest siedzenie w domu. Oskarża się pracujące matki, że nie sa dobrymi mamami. Więc kobiety mają wyrzuty sumienia. A ja nigdy nie uwierzę w to, że wykształcona kobieta może w pełni realizować sie tylko w macierzyństwie! Kobietom wmawia się wiele rzeczy, byle tylko nie naruszały struktury świata , która jest wygodna dla mężczyzn. Nie ma bowiem lepszej rzeczy na świecie, niż mieć w domu tradycyjną żonę, która sprząta, rodzi, kocha, o nic nie pyta i wierzy, że ta bezpłatna praca jest jej naturalnym powołaniem."

Spodobało mi sie to co przeczytałam. Szanuję matki, które podjęły świadomie decyzje o pozostaniu w domu. Ale to nie dla mnie :)

peace

UPDATE: ponieważ dyskusja jest gorąca to przytoczę cd wywiadu z Magdaleną Środą (etyk, filozof, publicystka, feministka)

GALA: Macierzyństwo to był przełom w Pani życiu?

MAGDALENA ŚRODA: Nie. Fajnie jest mieć dziecko, ale nie dorabiajmy do tego pompatycznych mitologii. Lubię dzieci. Pewno mogłabym ich mieć więcej, ale wiem, że żyję w kraju, w którym władzy na dzieciach nie zależy. Nikt kobietom nie pomaga. W komunizmie było okropnie, bo nic nie można było dostać. Teraz, w wolnej Polsce, pozamykano żłobki i przedszkola, bo polityków interesuje przede wszystkim granie w piłkę. Nie można ściągnąć alimentów, nikt nie interesuje się matkami, które wychowują niepełnosprawne dzieci. Żyjemy w kraju nieprzychylnym macierzyństwu i to trzeba zmienić. Ale już wiem, że bez posiadania władzy nie da się tego zrobić. Dlatego tak ważne są parytety.
(...)
GALA: Kobiety się nie wspierają. Potępiają te, które wypracowały sobie niezależność. Często matki uczą córki niepotrzebnej uległości wobec mężów.

MAGDALENA ŚRODA: Tak, kobiety nie umieją się wspierać, ale gdzie miały się tego nauczyć? Przez stulecia były zamknięte w domu, skupione na dzieciach, zależne wyłącznie od mężczyzn. Ci zaś uczyli się wspólnych działań, dochodzenia do konsensusu, solidarności, przyjaźni, braterstwa. Słowo „siostrzeństwo” w słownikach nie istnieje. Dopiero teraz przechodzimy trudny proces uczenia się działań wspólnotowych, ale na razie kiepsko nam to wychodzi. Kobiety, które robią kariery, są zazdrosne o inne, nie pomagają sobie wzajem.

caly wywiad tu: http://gala.onet.pl/0,1601846,1,1,magdalena_sroda,tematy.html

ps1. Z mojej strony jeszcze - tata nie przestaje byc dobrym tata tylko dlatego, ze pracuje. inni ojcowie go nie potępiają. okazało się, że jestem jednak feministką i wierzę w równouprawnienie :)
ps2. I jeszcze - jestem szczęśliwą i spełnioną kobietą, mam kochającego i wspierającego mnie męża, wiecznie zadowolone i uśmiechnięte dziecko.
i póki tak będzie nie zamierzam nic zmieniać :)
ps3. W filozofii Niegrzecznych Matek chodzi o uwolnienie się od terroru Być Dobra Matka przez duze D, odrzucenie wartosciowania - dobry albo zły rodzic. Chodzi tylko o to, żeby kochac swoje dzieci i dbac o nie – z radością, bez cisnienia.

miłego - spokojnego weekendu.

środa, 10 marca 2010

48 komentarze
Piszę w imieniu własnym jedynie. Stąd wszelkimi gromami proszę uderzać ad personam, we mnie;)

W mojej ocenie ten blog powstał trochę jako "grupa wsparcia" dla matek. Które mają swoje zasady i wizję na wychowanie dziecka, ale z jakiegoś powodu, z wyboru własnego lub nie, nie stapiają się z wzorcem matki idealnej forsowanym przez media, książki, Internet, etc. Które chcą zachować rozsądek w świecie określanych odgórnie kanonów, wzorców, akceptowania tylko tego co naj, i odrzucania tego co mniej naj. Nie chowam TV w piwnicy przed dzieckiem, czasem nie mam siły na zabawę, nie daję się zwariować, żeby wszystko było naj, a każda zabawa wg według scenariusza z mądrych książek, i daję dziecku żelki.

Ale proszę nie róbmy tutaj konkursu na to ile parówek dziennie dajemy własnemu dziecku, ile dni go nie myjemy i ile godzin dziennie może oglądać TV, etc. Chyba nie o to chodzi, i tutaj, i tak ogólnie. Moim zdaniem.

PS Parówka to przykład. Nie ideologia.

Witam serdecznie .

54 komentarze
Po pierwsze - nie widziałam Was "na żywo" w DDTVN, gdyż byłam w pracy. Żałuję... I w ogóle, szkoda że nie wiedziałam o takiej akcji - przyznaję, sama bym chętnie wystąpiła i opowiedziała o swoim zdecydowanie nieidealnym macierzyństwie;-)

Regularnie czytuję bloga Sylwii Wesołowskiej i jestem nim zauroczona (o ile można być zauroczonym "takimi" wpisami hehe;-)) Tak wiele wspólnych skojarzeń myśli wyjętych z ust...A tak poważnie - już jakiś czas temu trafiłam na zagraniczne blogi bad mums i od zawsze twierdziłam,że do matki idealnej to mi baaaardzo daleeeeko. Ale co dziwne - zawsze byłam z tego dumna. Moja córka ma teraz niespełna 3 lata i jest mega urwisem, rozwydrzonym do granic możliwości przez dziadków gałganem. Nie da się więc postępować zgodnie z idealistycznymi zasadami wychowania, wpajanymi nam przez durne poradniki. Ale kocham ją oczywiście nieprzyzwoitą miłością i jak tylko wlepia we mnie te swoje wielkie błękitne gały, to mięknne cała i wszystkie dobre rady superniani biorą w łeb;-) Oto lista kilku tylko moich grzechów głównych:

- moje dziecko ogląda TV

- moje dziecko od ZAWSZE ogląda TV

- moje dziecko je przed TV

- moje dziecko jest fanem Teletubiesiów -bez nich nie rusza się z domu;

- moje dziecko ogląda youtube'a i gra na ciufcia.pl

- moje dziecko w wieku 4 miesięcy dostawało do gryzienia chrupki kukurydziane i skórkę od chleba (O zgrozo!!!- GLUTEN!!!)

- moje dziecko je chipsy, lizaki, frytki, ketchup, herbatniki, wafelki...

- moje dziecko je zupy gotowane na kostkach rosołowych

- moje dziecko ma już za sobą także i inne debiuty kulinarne: kiełbasa śląska z grilla, tatar, ogórki konserwowe z chili, uwielbia oliwki

- moje dziecko nadal pije z butelki

- moje dziecko nigdy nie miało wyparzanych butelek, naczyń, smoczków...

- moje dziecko śpi z nami

- moje dziecko samo się myje. Przy okazji, tą samą szczoteczką do mycia zębów myje sobie ręce, nogi, brzuch, wszystkie zabawki kąpielowe i na koniec umyje jeszcze wannę

- moje dziecko kąpane jest zdecydowanie nieregularnie

- o włosach - nie wspomnę - ma trzy kilo włosów na głowie, więc mycie tej szopy to wyczyn godny ekspedycji na Kilimandżaro

- moje dziecko chodzi w niewyprasowanych ubraniach

- czasem nawet chodzi w brudnych (ileż razy dziennie można się przebierać?! Jeśli szpinak z obiadu spadł na bluzkę - TO CO Z TEGO??!!)

- moje dziecko całuje się z kotem

- nie sprzątam trzy razy dziennie - jeśli nie jest uczulona na kurz, to nie umrze od tego

- nie myję jej zabawek; od czasu do czasu wrzucam do pralki wszystkie pluszaki i tyle

- moje dziecko samo decyduje w co się ubrać - co z tego,że czerwony i różowy się gryzą?

- moje dziecko ma mnie w totalnych ryzach - KOCHAM JĄ PONAD ŻYCIE i całkowicie jej ulegam!

Pozdrawiam serdeczenie i bardzo, ale to bardzo chciałabym się aktywnie włączyć w Wasz blog!

Oliwia Madrak-Budzińska

razem raźniej

11 komentarze
Wczoraj w Dzień Dobry tvn wystąpiły nasze dzielne reprezentantki (po prawej link do filmiku z nagraniem slicznych mamusiek:)). Od momentu ukazania się na wizji odwiedziło nas na blogu ponad 13 tyś osób... zdaje się, że w tym całkiem sporo niegrzecznych mamusiek :)
Witamy Was i bardzo cieszymy się, że jest nas więcej! Dziękujemy za wszystkie komentarze na blogu i na facebooku! A wszystkie mamuśki/tatusiów chcących opublikować jakiś nowy istotny wątek (lub mających silną potrzebę twórczą:)) prosimy o maila na niegrzecznemamuski@gmail.com

Let the sunshine in!

ECH



ps. Organizacyjnie :)

Na prawdę cieszy Nas tak duży odzew ze strony Matek i Ojców. I dużo chęci i dużo pomysłów na posty. W związku z tym nadmiarem i ogromem jesteśmy zmuszone wprowadzić pewne ograniczenia dotyczące ilości postów w ciągu dnia. Postaramy się aby wszystkie Wasze słowa znalazły się na blogu, ale z czasem. Zbyt duża ilość nie pozwoli na spokojną dyskusję w komentarzach. Zresztą jesteśmy niegrzeczne, nie wyrodne i niekiedy pracujące i niekiedy bez czasu po prostu. Więc na spokojnie. Powolutku.
Cieszymy się, że jesteście z nami.

kala.

wtorek, 9 marca 2010

The Shape of a Mother

31 komentarze
Pisalam juz o tym na moim blogu. Napisze i tu w ramach mojego publikacyjnego debiutu.

Przeraza mnie bowiem dajacy sie zauwazyc ped, zeby ciaza nie zostawiala zadnego sladu na naszych cialach. Alicja Bachleda-Corus, ktora skadinad lubie, pojawia sie niedawno na premierze filmu w moim obecnie miescie Dublinie, wygladajac 4 miesiace po porodzie jakby w ciazy nie byla nigdy, po czym mowi irlandzkiej prasie, ze "Nigdy w zyciu nie bylam na diecie. Do wagi sprzed ciazy wrocilam wlasciwie nastepnego dnia po porodzie". Komentarze w internecie byly w guscie "So much for the sisterhood, girl..."

W tym kontekscie, blog The Shape of a Mother czasami boli, ale ja w tych kobietach widzę piękno. Jeszcze nie tak dawno trzęsłabym się z przerażenia, że jezuss po ciąży są rozstępy! A teraz mysle, ze Nie! Po ciąży jest dziecko. Lub dwoje dzieci naraz jak w co poniektórych przypadkach, np moim. ;) A reszta to nieważne efekty uboczne.

Są przypadki cudów, nie przecze. Na ten przykład dwie kobiety, ktore sa matkami chrzestnymi moich dzieci, sa piękne, mają po 175 cm wzrostu i nie wiem czy ważą po 55 kilo. Jedna ma 3 letnia coreczke, druga dwoch synow - 4 letniego i 7 letniego. Do formy doszły błyskawicznie i teraz z miejsca najęłaby je do pracy każda agencja modelek.

Ale wiekszosc z nas nie ma takiego szczescia. Ja przytylam w ciąży 30 kilo, ktore zrzucalam rowno 9 miesiecy wedlug zasady 9 miesiecy IN - 9 miesiecy OUT. Nic specjalnego w celu zrzucania nie robilam - w momencie, gdy blizniaki RUSZYLY a ja za nimi, waga zaczela leciec bardzo szybko. Ale po moim ciele WIDAĆ, ze wiele przeszlo. Dlugo mialam lineę negrę, skóra na brzuchu wyglada jak pomieta bibula a biust, cytujac Lynette z "Desperate Housewives", jak "dwa balony znalezione za sofa po tygodniu od imprezy". I rzecz jasna rana po cieciu już na zawsze. Ale ja to moje cialo za to wszystko szanuję. Patrzę i myślę "Mój biedny brzuch, tyle przeszedl. Wspolczuje ci brzuchu. Ale warto bylo!" Pan Mąż mowi, ze teraz podobam mu się bardziej, POMIMO tych zmian, bo widzi tą ranę i tą skórę naciagnietą i wie, że dzięki temu ma dwoje cudownych dzieci. A rana? No coż, moje ciało się "uśmiecha". ;)

Myślałam, że będę z moim ciałem pociążowym walczyć, ze bede sie go wstydzic, a tymczasem je pokochałam. Za to, że dało radę. Za to, że nie zawiodło. Że walczyło o każdy dzień. Że się tak szybko zregenerowalo. I że dopieściło mi takich dwoje niezastąpionych Malych Diablow.

Na pierwsza wyprawe na plaze w maju w zeszlym roku zabralam koszulke. I na lezaku obok zobaczylam PIEKNA zgrabna kobiete, na oko Kubanke lub Hiszpanke, z brzuchem plaskim jak deska, ale pomarszczonym jak moj. W przeciwienstwie do mojego jej pomarszczony brzuch byl dumni odkryty. Nie ujmowalo jej to urody nawet o milimetr. Wokol niej biegalo dwoje malych dzieci. Usmiechnelam sie do niej z wdziecznoscia i zdjelam koszulke.

Buzka kochane.

PS. Wlasnie zobaczylam, ze maxfrau opublikowala niedawno post na podobny temat. O tu. Umknelo mi, wybaczcie - duzo rzeczy mi ostatnio umyka. Ale tematu chyba nigdy za duzo nie? ;)


26 lat..za młoda na Matkę?

95 komentarze
W czasie ciąży nie raz musiałam się tłumaczyć z tego, że zdecydowałam się tak wcześnie na dziecko… Miałam 26 lat, a czułam się czasami jak nieletnia ciężarna!
Jedno wyjaśnienie: mieszkam w Warszawie i pracuję w korporacji.
Zawsze chciałam mieć dziecko dość wcześnie. Kiedy zaszłam w ciążę znaliśmy się już 2,5roku. Ślub i wielkie weselicho planowaliśmy od dawna na maj 2009 i liczyłam, że już na ślubie będę w ciąży. No i byłam. Planowałam, że będę tak w trzecim miesiącu no ale ciąży nie da się tak dokładnie zaplanować. Byłam w szóstym miesiącu. Ale czułam się świetnie, podobno wyglądałam ślicznie i tańczyłam do 3 nad ranem!
Jak powiedziałam o ciąży w pracy to nikt mi tego wprost nie powiedział ale wszyscy chyba byli przekonani, że to była wpadka. Dodatkowym zaskoczeniem było, że przyszły Tatuś ma też 26lat! Widziałam w oczach koleżanek jakieś totalne niezrozumienie. W końcu nie dawno zaczęłam pracę w marketingu, byłam dopiero asystentką, miałam przed sobą jeszcze długą drogę awansów by być „ustawioną” i móc sobie pozwolić na myślenie o dziecku. Przecież nie miałam nawet jeszcze nawet służbowego samochodu!?! Mieliśmy tylko rozpadającego się Forda Fiestę na spółkę z mężem. Nie zwiedziliśmy jeszcze pół świata, nie jadaliśmy co weekend w knajpkach i nie mieliśmy jeszcze 120metrowego mieszkanka. Już i tak zaskoczyłam koleżanki w pracy, komunikując im pół roku wcześniej, że wychodzę za mąż. Ale po co? Tak wcześnie? Bez wpadki? I on taki młody?
A nasza decyzja o dziecku była przemyślana, nie była naszą fanaberią. Mieliśmy małe mieszkanie, ale swoje i bez kredytu (z pomocą kochanych rodziców). Oboje pracowaliśmy i chcieliśmy mieć dziecko. Ja zostaje z Zosią aż skończy rok. Oczywiście jest to decyzja obciążona pewnymi wyrzeczeniami ale coś za coś. Dla nas ważniejszy był ten nasz wspólny rok a nie markowy wózek czy wakacje w tropikach. A ja jestem szczęśliwą młodą Mamą i planuję drugie dziecko najpóźniej za 3 lata!.
Niczego nie żałujemy. Nie czujemy jakby nam się życie skończyło. Szalejemy w trójkę! A do tego Zosia ma młodych Rodziców i Dziadków (jedni nawet przed 50-tką), którzy mają masę energii na zabawę z nią. A my jeszcze zdążymy się nacieszyć życiem w dwójkę po 30-tce kiedy będziemy mieli już odchowane dzieci i spokojne noce.
Obecnie jest silna tendencja, szczególnie w dużych miastach by wychodzić za mąż i rodzić pierwsze dziecko po 30-tce kiedyś kobieta się spełni w pracy, wyszaleje. I ja absolutnie tego nie krytykuję. Ale ja chciałam być młoda mamą i denerwuje mnie, że muszę się z tego tłumaczyć.

poniedziałek, 8 marca 2010

Dzieci niszczą małżeństwo?

54 komentarze
Taki szokujący temat przyszedl mi dzis do glowy. Czytalam ten tekst jakis czas temu i postanowilam sie nim podzielic w ramach akcji 'macierzynstwo bez sciemy' - nie wszystko jest takie rozowe jak sie wydaje.

"Te badania są szokujące! W przypadku 90 procent związków urodzenie się pierwszego dziecka spowodowało zaburzenie małżeńskiej sielanki. Paradoksalnie największy wstrząs przeżywały małżeństwa, które przed pojawieniem się potomka były niemal idealne.

Kryzys po 9 miesiącach

Czekaliście na swoje ukochane maleństwo. Setki razy wyobrażaliście sobie te cudowanie chwile po narodzinach. Kiedy jednak dziecko pojawia się na świecie, często staje się powodem kryzysu w małżeństwie. Naukowcy z University of Denver na osiem lat pod lupę wzięli 134 pary, które miały dzieci i 86 bezdzietnych.
Wyniki badań okazały się zaskakujące: aż w przypadku 90 procent z nich urodzenie się pierwszego dziecka spowodowało zaburzenie małżeńskiej sielanki. Paradoksalnie największy wstrząs przeżywały małżeństwa, które przed pojawieniem się potomka były niemal idealne, kochające się i świetnie dogadujące.

Mężczyzna na drugim planie

Partnerzy, którym dziecko urodziło się zaraz po ślubie i mniej zamożni, również odczuli negatywne skutki narodzin dziecka. Narodziny dziecka to ogromne wyzwanie i nowe doświadczenie dla małżonków. Mężczyzna musi się pogodzić, że już nie jest na pierwszym planie, bo żona swój czas i energię koncentruje na malcu.

Koniec z kinem i spotkaniami

Obowiązków przybywa również świeżo upieczonemu tatusiowi. Dotychczas partnerzy mieli czas na wieczorne wyjścia do kina i spotkania z przyjaciółmi, a teraz nieprzespane noce. I chociaż oboje kochają swoje maleństwo, to o konflikt nie jest trudno, kiedy zmęczenie daje się we znaki.

Najtrudniejszy pierwszy rok

Mogłoby by się wydawać, ze wniosek płynący z tych badań jest prosty - chcesz mieć dobry związek, nie decyduj się na dziecko. Sytuacja nie jest jednak tak jednoznaczna. Okazuje się bowiem, że temperatura uczuć i zadowolenie z małżeństwa par, które pozostawały bezdzietne też spadało - stwierdzili naukowcy podczas wspomnianych już badań. Tyle, że działo się to bez gwałtownych rewolucji, wolniej, bardziej stopniowo.

Poza tym, jak twierdzą psychologowie, spadki satysfakcji w pewnym stopniu są czymś normalnym w małżeństwie. Jednocześnie, chociaż pojawienie się dziecka, na początku obciąża małżeństwo, to większość z czasem dzięki potomstwu udaje się zbudować głębsze, trwałe relacje. Na dłuższą metę dzieci scalają związek. Odsetek rozwodów par bezdzietnych jest wyższy w porównaniu z parami, które wychowują potomstwo."

Kobieta.wp.pl


Moje dziecko nie zniszczylo mojego malzenstwa ale byly ciezkie chwile, wcale nie dziwie sie, ze jest sporo zwiazkow, ktore rozpada sie gdy dzieci sa malutkie. Kiedy jest sie przemeczonym, zestresowanym, znerwicowanym naprawde trudno jednoczesnie byc kochajaca i dbajaca zona ;)

Kolejny powod, zeby byc matka wyluzowana i dzieki temu miec czas dla siebie, meza i znajomych.

peace.

piątek, 5 marca 2010

Rodzić po ludzku – Po mojemu ludzku czy po twojemu?

76 komentarze
Obejrzałam trzy części wywiadu z panią Otffinowską na gazecie.pl. Już wcześniej kojarzyłam jej nazwisko z akcją Rodzić Po Ludzku i ze skrajnymi opiniami na internetowych forach – od uwielbienia za początek wyzwalania porodu w Polsce z okowów medykalizacji, a rodzącej spod tyranii personelu medycznego, po skrajną niechęć za negatywny stosunek do interwencyjnego uśmierzania bólu podczas porodu.

W dużej mierze zgadzam się z panią O. – trzeba walczyć o zmianę podejścia do rodzenia w Polsce. Bardzo bym chciała, żeby następne pokolenie kobiet mogło usłyszeć od nas, matek, że poród to fantastyczna sprawa. Niesamowita, choć bolesna, momentami nieprzyjemna, wizualnie odstręczająca, ale pomimo tego piękna.

Jednak jeszcze ważniejsze jest dla mnie to, aby kobiety rodziły tak, jak chcą. Jeśli chcą rodzić w domu pod opieką położnej – niech tak rodzą. Jeśli chcą rodzić w szpitalu w kameralnej salce podpięte do znieczulenia – niech tak rodzą. Jeśli chcą mieć cesarskie cięcie na życzenie – niech je mają. Niech ktoś bez emocji wytłumaczy przyszłej matce, jakie są plusy, minusy i zagrożenia każdej z opcji, a potem zostawi jej i jej partnerowi podjęcie decyzji.

Niestety, w Polsce coś takiego jak zaufanie do ciężarnej nie istnieje. Po co zostawiać kobietom wybór, skoro na pewno wybierzemy źle? W rezultacie wygrywają idee, a często przegrywają matka i jej dziecko.

Pani O. wraz z zespołem opracowują projekt wprowadzający nowe standardy porodowe. Kobieta ma rodzić w wybranej przez siebie pozycji i w wybranym przez siebie otoczeniu. Ale czy będzie jej przysługiwać znieczulenie? Od tej sprawy pani O. umywa ręce – przecież to nie mieści się w definicji porodu fizjologicznego!

W kieszeni nie tyle otwiera mi się nóż, co materializuje się ogromna siekiera. Szczególnie że chwilę później pani O. przyznaje, że biorąc pod uwagę warunki, w jakich rodzą kobiety w Polsce, nie można się dziwić, że pragną znieczulenia. I dodaje, że trzeba to uregulować, bo jak na razie o uśmierzaniu bólu decyduje zawartość portfela, a to jest wątpliwe moralnie.

Kto więc ma to uregulować, droga Pani O.? Czy widzi Pani w Polsce kilkanaście komisji pracujących nad humanitaryzacją różnych aspektów porodu? Czy wierzy Pani, że ktoś w niedługim czasie zajmie się prawem rodzącej do znieczulenia? Czy przez te dobrych kilka lat pracy w fundacji Rodzić Po Ludzku nie zdała sobie Pani sprawy, że potrzeby i prawa rodzących są dla polskiej służby zdrowia na szarym końcu listy priorytetów, daleko za zakupem cieszących oko doniczek na kwiaty do pokojów pielęgniarek?

Skoro zaszła Pani tak daleko, skoro może Pani wpłynąć na poprawienie tak wielu porodowych realiów, dlaczego nie podjąć próby regulacji sprawy znieczulenia, a potem nie zostawić kobiecie wyboru? Dlaczego??? Pewnie dlatego, że kretynka będzie miała chęć z uśmierzenia bólu skorzystać, a to się kłóci z ideą. O, przepraszam – z IDEĄ.

Ja miałam szczęście przeżyć ciążę i urodzić Robaka w Holandii, kraju często przedstawianym przez zwolenników odmedykalizowania porodu jako bliski ideałowi. Tylko że brak interwencji medycznych w fizjologię porodu nie jest tu osią idei. Na każdym kroku czułam, że najważniejsze są MOJE wybory i MOJE decyzje. Służba medyczna jest po to, żeby mi w nich pomóc, a nie podejmować je za mnie.

Po pozytywnym teście ciążowym spotkałam się z lekarzem pierwszego kontaktu. Decyzja pierwsza – Czy chce pani, aby ciążę prowadził lekarz ginekolog czy wykwalifikowana położna? Wybrałam tą drugą opcję.

Decyzja druga – poród w domu, w centrum narodzin czy w szpitalu? Rodzenia w domowych pieleszach bez anestezjologów w gotowości i oddziału neonatologii nad głową nie potrafiłam sobie wyobrazić, więc wybrałam szpital. Położna nawet powieką nie mrugnęła. Opowiedziała tylko wstępnie o tym, jak wyglądają wszystkie szpitalne procedury. No i oczywiście do samego końca mogłam zmienić decyzję. Mój wybór, one przyjadą wszędzie tam, gdzie będę chciała.

Pod koniec ósmego miesiąca ciąży położne niepokoiły się, że Robak nie był jeszcze przekręcony głową w dół. Umówiły mnie na USG i wytłumaczyły, że nawet w takiej pozycji mogę próbować rodzić naturalnie. O takiej możliwości decyduje lekarz. Ale oczywiście ja mogę zdecydować się nie ponosić ryzyka i od razu wybrać cesarskie cięcie. Decyzja numer trzy (której koniec końców nie musiałam podejmować, bo Młody leżał tak, jak dziecko gotowe do desantu leżeć powinno).

Kiedy zbliżał się termin porodu, położna przeprowadziła ze mną rozmowę o farmakologicznych i niefarmakologicznych sposobach uśmierzania bólu. Dowiedziałam się, że decyzję (numer cztery) o tym, czy pomoc w walce z bólem jest mi potrzebna, podejmuję ja sama. Odmówić mi może jedynie lekarz, który uzna, że podjęcie takiej interwencji jest w danym momencie porodu niebezpieczne lub po prostu jałowe. Zapewniła mnie jednak, że jeśli kobieta potrzebuje znieczulenia, robi się wszystko, żeby je podać, bo trzeba walczyć o to, żeby poród nie był dla matki traumatycznym przeżyciem.

Historia zagmatwała się w połowie dziewiątego miesiąca. Duże dziecko, mało wód płodowych – wywołujemy poród. To znaczy – według naszej wiedzy powinniśmy wywoływać, ale to pani podejmuje ostateczną decyzję.

Poród to oczywiście szereg decyzji podjętych przez mnie i Misiesława. Wszystko co ze mną robili, było poprzedzone wyjaśnieniem i opisem konsekwencji (oraz poziomu bólu, o który pytałam się chyba milion razy). No i uśmiechem i zapewnieniem, że wszystko będzie dobrze.

Kiedy Robak pojawił się na świecie i wykrzyczał swoją opinię na temat chłodnej i jasnej sali porodowej, pojawiło się następne pytanie: Czy będzie pani karmić piersią czy mlekiem modyfikowanym z butelki? Próbujemy piersią? Świetnie! Zaraz zobaczymy, czy Filip ma talent do przysysania. Gdybym wybrała butelkę, zapewne też usłyszałabym to samo. Pielęgniarka środowiskowa powiedziała mi potem w domu, że do personelu medycznego nie należy podejmowanie decyzji, tylko wspieranie młodych rodziców w wyborach, których sami dokonują. Piękne.

Czy mój poród był idealny? Nie. Ale w żadnym momencie nie odebrano mi prawa do decydowania o tym, jak będzie wyglądał. Kiedy coś budziło mój sprzeciw, zawsze znalazł się ktoś, kto miał chwilę, aby spokojnie mi wytłumaczyć, dlaczego coś będzie się działo tak, a nie inaczej. Pomimo tłumu na porodówce i dzieci wyskakujących z kobiet co chwilę jak na taśmociągu.

Życzę wszystkim przyszłym matkom w Polsce, aby porodówkowe idee w końcu przegrały z prawem kobiet do samostanowienia. I żeby za prawo do decyzji nie było trzeba płacić grubej kasy bez większej gwarancji, że w końcu i tak ktoś nie stwierdzi, ze wiele lepiej (wciąż mówię tu o ideach, a nie o krokach medycznie uzasadnionych).

Pamiętajmy, że rodzenie po ludzku ma tysiące twarzy.

Tekst ukazał się również na moim blogu i na stronie Blogującej Grupy Matek.

poniedziałek, 1 marca 2010

zapisy do przedszkola - "wyścig szczurów"

31 komentarze
w mojej mieścinie na dzień dzisiejszy są dwa przedszkola, jeden klub malucha i przedszkole prywatne językowe. chętnych oczywiście jest o wiele więcej niż miejsc, które oferują. większość rodziców chce posłać dziecko do przedszkola państwowego ponieważ koszt miesięczny jest niski ("czesne" za miesiąc + wyżywienie= ok. 350 zł, oferują całkiem dużo zajęć, angielski, zajęcia ruchowe itp.) w prywatnym miesiąc rodzica kosztuje 850-900 zł, w klubie malucha 750. jutro w jednym zaczynają się zapisy!!! około godziny 19, jechałam koło przedszkola (do którego chodzi mój syn).i wiecie, że pod drzwiamy koczowało już około 25 rodziców. o 19 godzinie!!! masakra. ludzie poprzynosili ze sobą krzesła i tak będą siedzieć do jutra do 8. słyszałam, że w tamtym roku również tak było, ale szczerze powiedziawszy myślałam, że ktoś mnie po prostu "ściemnia", ale dzisiaj przekonałam się sama na własne oczy.