Dzisiaj minął miesiąc.
Miesiąc jak mnie nie ma. Jak całe moje jestestwo przeobraziło się w dziecia.
Miesiąc, jak nie miałam ani jednego dnia bez trwania na posterunku. Dnia....godziny nawet jednej! Literalnych 60 minut.
W mojej głowie kołacze się skojarzenie z więźniem skreślającym na ścianie kolejne dni odsiadki. Ile jeszcze takich miesięcy?! Śśśśśkrrrrob...dzisiaj minął pierwszy.
Cholera! A wsparcia i zrozumienia znikąd. Totalne tylko poczucie winy. Egoistka. Egocentryczka. Jedynaczka. Dziecko ma dziecko. Aż wstyd to głośno nazwać.
I zewsząd tylko te „powinnasie” i „niepowinnasie”...
POWINNAŚ być szczęśliwa, POWINNAŚ jej założyć skarpetki, NIE POWINNAŚ jej przegrzewać, POWINNAŚ się cieszyć, NIE POWINNAŚ narzekać, POWINNAŚ „rozbujać laktację”, POWINNAŚ znaleźć sobie zajęcie (sic!!!), NIE POWINNAŚ tracić cierpliwości, POWINNAŚ posprzątać, NIE POWINNAŚ karmić butelką, NIE POWINNAŚ się garbić, POWINNAŚ dokarmiać, POWINNAŚ karmić wyłącznie piersią...
A własnie! Terror laktacyjny – kolejna radość macierzyństwa. Po kolejnym potępieńczym spojrzeniu na butelkę która zamiast piersi ląduje w pyszczku małej mam ochotę wyć i bić. Wara wam od moich cycków! Dość mam też laktacyjnych porad „na wagę złota” oraz własnego okraszonego sztucznie wyszczerzonym uśmiechem tłumaczenia dlaczego muszę dokarmiać i dlaczego wolę odciągać swój pokarm niż „podać pierś”. Czy to aby nie jest moja sprawa??!! Przecież w tej butli nie ma arszeniku żebym musiała się czuć jak jakaś ułomna matka...dlaczego więc wciąż się tak czuję???
Ale kogo to tak naprawdę obchodzi – co ja czuję i czy ja w ogóle cokolwiek czuję...
„Ciąża – najpiękniejszy okres w życiu kobiety”... wolne żarty, jakiś banał wymyślony zapewne przez faceta i to w dodatku bezdzietnego. Choć z drugiej strony jak popatrzy się na ciążę jako na ostatni okres w życiu kobiety, kiedy to ONA gra pierwsze skrzypce, to faktycznie coś w tym jest.
Ja tęsknię za tym okresem w moim życiu. Mimo fizycznych dolegliwości różnej maści, zakazów i nakazów wszelakich, notorycznych wizyt u lekarza...było pięknie! BYŁAM WOLNA. To JA decydowałam o tym kiedy sikam, kiedy jem i kiedy idę pod prysznic. JA decydowałam do której śpię i jak spędzam weekendy. MI nie wolno się było denerwować, więc małż był do rany przyłóż (poza nielicznymi wyjątkami) przez bite 9 miesięcy, itp., itd...axis mundi z Bożej łaski.
Potem „radość” porodu. Kompletna trauma. Szkoda słów. W „nagrodę” jakiś chabaź od małża. Ot i tyle.
No i oczywiście mała. Piękna, rozczulająca, całkowicie bezbronna i zależna od nas. Patrze na nią słodko śpiącą na naszym łóżku (po trzech godzinach usypiania na rękach) i czuję... no właśnie – co ja czuję właściwie? Czy to miłość? Pewnie tak. Na pewno. W końcu to moje dziecko więc to MUSI być miłość...
Byłoby dużo prościej uczyć się jej w poczuciu otaczającego wsparcia. Jednak małż zbyt przyziemny. Głowa może boleć. Noga. Ale żeby myśli??!! Chciałabym żeby zrozumiał, przytulił, porozmawiał, rozgrzeszył. Zabrał na spacer, kolację... Nie ma czasu. Ciągle coś goni, a ja z małą kolejny dzień w domu, godzina po godzinie, kolejny tydzień...
I chyba kierunek studiów też sobie wybrałam niewłaściwy. Powinnam postawić na aktorstwo raczej niźli na antropologię. Ta bowiem nijak się w prawdziwym życiu nie sprawdza. A takie aktorstwo teraz byłoby jak znalazł...No ale niestety. Muszę więc czerpać z nieprofesjonalnych pokładów umiejętności udawania. Serwować wszem i wobec ten przylepiony uśmiech, niczym u kota z „Alicji w krainie czarów” - ja powoli znikam, uśmiech zostaje...Bo POWINNAM. Powinnam więc jestem, tak? Staram się jak mogę, ale brak mi oparcia na które tak bardzo liczyłam. Poród rodzinny a potem rodzinny rozwód.
Małż zakochany w małej. Cudowny ojciec. A ja? Zazdrosna?
„Egoistka. Egocentryczka. Jedynaczka...”
Kwiatki by przyniósł, przytulił, porozmawiał nie o kupach może...lub chociaż wysłuchał i nie patrzył potem z przerażenio-obrzydzeniem.
-„Czuję niesmak gdy masz do małej mniej cierpliwości niż ja”. To może teraz się zamienimy mój miły? Następny miesiąc Ty siedzisz z małą w domu a ja fruwam to tu, to tam??? Może wtedy łatwiej będzie nam rozmawiać o cierpliwości, o poczuciu szczęścia, o wolności...
Znów poczucie winy.
Właściwie nawet nie wiem po co jeszcze wstaję rano z łóżka. Ubieram się, myję, czeszę, maluję. Małej przecież wszystko jedno a małż już chyba nawet nie patrzy... Bo i na cóż tu patrzeć? Na obwisły brzuch z masą sino bordowych rozstępów? A może na Wielki Tyłek obficie okraszony cellulitem? Więc może na zgarbione plecy, bolące od ciągłego noszenia małej na rękach? Eeeech...lepiej chyba znaleźć inny obiekt...Tyle teraz tego. Lato w końcu mamy.
Oj strasznie brak otuchy, zrozumienia, wsparcia...Szukam więc w sieci. Bo zaczynam czuć się podle z moimi myślami. Znajduję Was :) W wielu postach widzę siebie, czytam siebie. Ulga...więc nie jestem do końca nienormalna. A nawet jeśli to nie jedyna.
Daj Boże żeby to był tylko ten osławiony Baby Blues...
majamamajagi