niegrzecznemamuski.blogspot.com

sobota, 29 stycznia 2011

Bossssska!

27 komentarze
Tak sobie niedawno miło plaplałyśmy z Teściową o macierzyństwie i wszelkich jego skutkach. W pewnym momencie usłyszałam:

- Wy to macie teraz dużo ciężej.

Pomyślałam w pierwszym momencie, że Babcia się zgrywa, bo i pampersów na kopy, żarcie słoiczkowe voila, nianie, sranie, o becikowym nie wspominając (faktycznie może lepiej nie wspominać, bo wystarczyło na fryzjera, czy cuś, ale żeby nie było - becikowe było).

Ale jak już sobie poukładałam w głowie, to przyszła mi taka myśl:

Żyjemy w czasach, kiedy dziecko jest pępkiem świata, a i my, mamy, jeszcze chcemy być ważne. Kariera? Noł problemas. Kariera i dziecko? Damy radę z uśmiechem na ustach! Zdrowy tryb życia? Absolutnie. Dziecko nie tknięte naszym zmęczeniem, frustracją i wkurwieniem - ależ TAK TRZEBA. Czego się nie tkniesz, Droga Matko, to wszystko ma być na tip-top. TIP-TOP, kumasz?
Otwierasz szafę, z której wyskakuje stylista, Seksi Mama Celebrytka szturcha cię w ramię swoim nietkniętym ciążą i karmieniem jędrnym cyckiem, w lodówce czyha dietetyk i spogląda na ciebie karcącym wzrokiem, kiedy sięgasz po dżem wysokokaloryczny. Łapiesz więc parówkę, żeby na szybko nakarmić malucha, ale nad twoją głową pojawia się chmurka - ding, tu dr Zdrówko. Wyrodna matko! Nie karm parówką! Gotujesz więc na parze jałową jajecznicę, zerkając co chwilę na zegarek, bo zaraz musicie wyjść na zajęcia z samorozwoju/plastyki/gimnastykę/aerobik w wodzie/aerobik w powietrzu/salto z poczwórnym obrotem/dentysta i medytacja. Wieczorem udajesz, że jeszcze szlag cię nie trafił, kiedy zgodnie z przykazaniami Tracy Srejsi kładziesz dziecko po raz pięćdziesiaty ósmy do łóżka i choć już czujesz, że jednak zaraz cię trafi, to robisz dobrą minę do złej gry, bo inaczej wyskoczy z pod tegoż łóżka super-niania i każe ci siedzieć na karnym jeżyku tyle minut, ile masz lat, czyli pół godziny masz w plecy jak nic, a przecież w piekarniku już już już dochodzą pachnące bułeczki z najzdrowszej mąki, ze zboża które sama siałaś ubiegłej wiosny na balkonie.
A nie daj bóg, że dr Zdrówko ma odmienne zdanie niż dr Helf! Którą przyjąć taktykę? W którym narożniku zajmiesz miejsce? Komu kibicujesz? I co, do jasnej cholery masz począć z katarem, z lewej dziurki twojego dziecka? A jeżeli podejmiesz złą decyzję i katar z lewej dziurki zarazi również prawą dziurkę, co w konsekwencji zamknie twojej córce drogę do zostania spikerką radiową? A teraz kombinuj, jak to przekażesz swojemu mężowi, który wydał dwie wypłaty na konsolę i mikrofon, żeby córa mogła się wprawiać. A zresztą jesteście parą żyjącą według bardzo partnerskich zasad - Misiu na pewno się nie zezłości, może przebąknie coś o sprzedaniu twojego ukochanego matiza. Eee tam! Nie musisz co rano odwozić dzieci do przedszkola samochodem. Godzinny spacer o 6 rano przy piętnastostopniowym mrozie wpłynie korzystnie na wasze relacje.

Ja to już nawet telewizora nie włączam, bo najzwyczajniej się boję, że Perfekcyjna Pani Domu wytknie mi niestartego palucha na szybie.

Jesteśmy zajebiste, oblatane, a wiedzę o tym, co dla nas/naszych dzieci/naszych mężów/naszych sąsiadów/ i całej reszty kosmosu wchłaniamy jak gąbki.

Och, Droga Ty Moja Poczwaro Świadomości! Daj żyć i pozwól, że profesjonalnie i z wyuczoną gracją ucałuję Cię w Dupę!

piątek, 28 stycznia 2011

Macierzyństwo bez lukru - temat z maila

0 komentarze
Witajcie Niegrzeczne Mamuśki,
Wczoraj przeczytałam o akcji pomocy dla małego Mikołaja, chorego na SMA I (rdzeniowy zanik mięśni). W projekt zaangażowały się najpopularniejsze polskie blogerki pod egida nieocenionej Doroty Smolen (Chuda z od-rana.do-wieczora.blog.pl), tworząc antologie pięknych opowiadań o macierzyństwie "Macierzyństwo bez lukru" (szczegóły poniżej).
Całkowity dochód ze sprzedażny zbioru przeznaczony jest dla chorego maluszka.
Pomyślałam, że możne również na blogu Niegrzecznych Mamuś znalazłoby się miejsce na informacje o tej inicjatywie, a możne nawet na umieszczenie baneru akcji. Jestem pewna, że znalazłoby się wiele Mam chętnych wspomóc Mikołaja i jego rodziców, zwłaszcza w świetle ostatniej dyskusji o mamach chorych dzieci.
Proszę pomóżcie!
Serdecznie pozdrawiam,
aga

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Rzeczywistość czyha za rogiem - temat z maila

10 komentarze
Drogie Niegrzeczne Mamuśki :)
Stoję właśnie na myślowym rozdrożu...mianowicie jak już tu nie raz pisano macierzyński się skończył, urlopy również i zaczął się wychowawczy. Plan był taki, że zostanę w domu aż synek skończy 1,5 roku- i chciałam zostać, chcę wciąż, bo lubię po prostu być w domu, ale życie napisało swój plan i muszę wrócić do pracy. Nie chciałabym wracać tam gdzie pracowałam, ale na szczęście mam gdzie wrócić, więc nie narzekam! Nie o to chodzi, tzn. nie do końca. Raz myślę sobie, że dobrze, że będę wśród ludzi, że wrócę do normalnego trybu życia, do rzeczywistości, ale zaraz nachodzi mnie myśl, że coś stracę, że umknie mi coś ważnego z życia tego małego człowieka, który codziennie jest inny...nie zrozumcie mnie źle, nie jestem idealną, nawet nie wiedziałam, że takie mity krążą SERIO ;) Nie czuję się głupsza, czy gorsza dlatego, że wolałabym zostać w domu, ale po prostu mnie na to nie stać. I czasem myślę, że fajnie, że wracam, a czasem aż mi się płakać chce, że muszę...nie wiem, może to też dlatego, że mały będzie u teściowej co też mi się nie uśmiecha, ale muszę być wdzięczna za pomoc, bo gdyby nie ona z kolei, to na opiekunkę bym nawet nie zarobiła. I tak naprawdę to nie wiem co czuję. Może to też brak miesiączki powoduje taki brak równowagi hehe ;)
Czy jestem odosobniona?? Czy Wy, młode mamy, mające gdzie wracać, też macie takie rozterki?? I co ważniejsze jak sobie z nimi radzicie, bo ja sobie nie radze :/
Pozdrawiam
Ela

wtorek, 18 stycznia 2011

Mamy chorych dzieci - jesteście wielkie! - temat z maila

15 komentarze
Dziewczyny narzekamy czasem, że brak nam tego, czy tamtego. Czasu dla siebie, odpoczynku, znajomych itp.
Czasem nie doceniamy tego co mamy, tak naprawdę mając w domu zdrowe dziecko - nawet marudzące czy jęczące ale jednak zdrowe.
Szalenie podziwiam kobiety, które mają chore dzieci. Choroby wrodzone, zespoły downa i inne...
Ile to się trzeba najeździć z dzieckiem po lekarzach, rehabilitacjach. Ile trzeba mieć cierpliwości, żeby dziecko wychować i uczyć mozolnie czegoś, co innym przychodzi bez trudu. W końcu, ile trzeba mieć siły w sobie żeby patrzeć na cierpienie dziecka.
Mój synek zachorował na salmonelle. Ciężko to znosimy oboje.
Przez ok tydzień był jak mały diabełek, tylko na ręce zero zabawy ciągły płacz, biegunki i wymioty. Ciągle musiałam go nosić, przebierać i słuchać płaczu.
Na chwilę się polepszyło i trach. Znowu to samo.
Wiem, że to minie, to nic. Nie jedna mama chciałaby żeby jej dziecko tylko tak chorowało. A jednak...ciężko na to patrzeć. Ciężko przetrwać noc, nosić cały czas.
Dzieci uczą cierpliwości. Teraz już to wiem ale chore dzieci uczą czegoś więcej. Uczą miłości nieskończonej, wbrew wszystkiemu i pomimo wszystko. Wbrew nieprzespanym nocom, bólu głowy oczu. Nie dają dużo radości, czasem nawet trudno im się uśmiechnąć a jednak kochamy je jeszcze bardziej.
Tu chciałam wyrazić mój ogromny szacunek dla mam dzieci chorych, sprawiających trudności.
Jesteście wielkie, choć czasem może macie chwilę zwątpienia to i tak staracie się dawać z siebie wszystko.
I tak sobie myślę...trudno, że nie mam czasu na spotkania z koleżankami, czasem nie dosypiam i zastanawiam się jaki mamy dzień czy miesiąc.
Jeśli moje dziecko będzie znowu zdrowe i pogodne na nic już nie będę narzekać.
Będę najszczęśliwszą mamą na świecie.


--
Ania

niedziela, 9 stycznia 2011

Mam w pampersie parytety - temat z maila

15 komentarze

Witam.

Do napisania tego maila skłoniły mnie ostatnie wydarzenia na polskiej scenie politycznej... Kampania wyborcza niezbyt mnie interesowała, bardziej zajmuje mnie trzymiesięczny Antoś, ale jedna rzecz rzuciła mi się na uszy... Jedno z częściej zadawanych pytań kandydatom był czy są za parytetem? No i tutaj mnie kobiecie i matce (chyba niestety Polce) ciśnie się przekleństwo na usta!

Po co nam te parytety???? Ja kobieta żyjąca, pracująca i wychowująca dzieci w nosie mam ile bab zasiada w naszym rządzie, skoro i tak to niczego nie zmieni.

Od 1 kwietnia żyję w strachu i frustracji... tego dnia urodził się mój trzeci synek. Kocham go nad życie ale stoi przed moją rodziną wielkie wyzwanie... Dwóch starszych chłopców chodzi do szkoły podstawowej, mąż i ja pracujemy i podjęliśmy decyzję o własnych czterech kątach. Moje pobory idą w całości na ratę kredytu. Teraz kończy mi się macierzyński....nie mamy blisko babci ani cioci, najbliższy żłobek jest o 100km. Zatrudnimy więc nianię, której trzeba będzie zapłacić niemałe pieniądze...

Lista trosk młodej mamy czyli moich to:

1. Nie stać mnie na niańkę.

2. W moim mieście nie ma żłobka.

3. Chciałabym zostać z małym w domu do skończenia roku, ale wtedy nie będzie mnie stać na nic.

4. Rzeczy dla dzieci są bardzo drogie włącznie z lekarstwami!!!!.

5. Mam bardziej odpowiedzialną pracę od męża (inna firma) a zarabiam mniej niż połowę tego co on.

6. I wiele innych zmartwień które zapewne i wy mamy macie i o nich wiecie.

Więc wracając do tematu... Co się zmieni w moim życiu jeśli w rządzie będzie więcej kobiet? Czy te panie z rządowymi pensjami przejmą się raptem faktem że nie mam na nianię? Czy te panie zazwyczaj już dojrzałe i z odhodowanymi dziećmi przypomną sobie jak jest trudno o przedszkole czy żłobek? Czy te panie robiące karierę w rządzie wpadną na pomysł że mi jest dobrze z małym i serce mi pęka kiedy muszę zostawić pięciomiesięczne niemowlę, które jeszcze nawet dobrze nie umie siedzieć i iść do pracy? Nie wydaje mi się... a posiadać w rządzie kobiety tylko po to żeby były... to bez sensu. zresztą kobiety są mądre i inteligentne i jeżeli zechcą zrobić karierę polityczną to zapewne nie trzeba będzie robić dla nich specjalnych miejsc...

I modlę się po cichu wieczorami żeby w końcu się ktoś obudził i stworzył w Polsce prawdziwą politykę prorodzinną. I nie chcę żadnych datków z opieki, nie chcę niani za darmo... Chcę zarabiać tyle bym mogła dać pracę przy opiece nad moim dzieckiem innej osobie, chcę dostępu do żłobka i przedszkola za które też chętnie zapłacę, aby tylko było. Chcę godnie żyć i wychowywać swoje dzieci i fajnie by było gdyby rząd zastanowił się nad tym czego potrzebujemy a nie ile nas do parlamentu wpuścić...

Iwa

środa, 5 stycznia 2011

Minął miesiąc... - temat z maila

24 komentarze
Dzisiaj minął miesiąc.
Miesiąc jak mnie nie ma. Jak całe moje jestestwo przeobraziło się w dziecia.
Miesiąc, jak nie miałam ani jednego dnia bez trwania na posterunku. Dnia....godziny nawet jednej! Literalnych 60 minut.
W mojej głowie kołacze się skojarzenie z więźniem skreślającym na ścianie kolejne dni odsiadki. Ile jeszcze takich miesięcy?! Śśśśśkrrrrob...dzisiaj minął pierwszy.

Cholera! A wsparcia i zrozumienia znikąd. Totalne tylko poczucie winy. Egoistka. Egocentryczka. Jedynaczka. Dziecko ma dziecko. Aż wstyd to głośno nazwać.

I zewsząd tylko te „powinnasie” i „niepowinnasie”...
POWINNAŚ być szczęśliwa, POWINNAŚ jej założyć skarpetki, NIE POWINNAŚ jej przegrzewać, POWINNAŚ się cieszyć, NIE POWINNAŚ narzekać, POWINNAŚ „rozbujać laktację”, POWINNAŚ znaleźć sobie zajęcie (sic!!!), NIE POWINNAŚ tracić cierpliwości, POWINNAŚ posprzątać, NIE POWINNAŚ karmić butelką, NIE POWINNAŚ się garbić, POWINNAŚ dokarmiać, POWINNAŚ karmić wyłącznie piersią...

A własnie! Terror laktacyjny – kolejna radość macierzyństwa. Po kolejnym potępieńczym spojrzeniu na butelkę która zamiast piersi ląduje w pyszczku małej mam ochotę wyć i bić. Wara wam od moich cycków! Dość mam też laktacyjnych porad „na wagę złota” oraz własnego okraszonego sztucznie wyszczerzonym uśmiechem tłumaczenia dlaczego muszę dokarmiać i dlaczego wolę odciągać swój pokarm niż „podać pierś”. Czy to aby nie jest moja sprawa??!! Przecież w tej butli nie ma arszeniku żebym musiała się czuć jak jakaś ułomna matka...dlaczego więc wciąż się tak czuję???

Ale kogo to tak naprawdę obchodzi – co ja czuję i czy ja w ogóle cokolwiek czuję...

„Ciąża – najpiękniejszy okres w życiu kobiety”... wolne żarty, jakiś banał wymyślony zapewne przez faceta i to w dodatku bezdzietnego. Choć z drugiej strony jak popatrzy się na ciążę jako na ostatni okres w życiu kobiety, kiedy to ONA gra pierwsze skrzypce, to faktycznie coś w tym jest.
Ja tęsknię za tym okresem w moim życiu. Mimo fizycznych dolegliwości różnej maści, zakazów i nakazów wszelakich, notorycznych wizyt u lekarza...było pięknie! BYŁAM WOLNA. To JA decydowałam o tym kiedy sikam, kiedy jem i kiedy idę pod prysznic. JA decydowałam do której śpię i jak spędzam weekendy. MI nie wolno się było denerwować, więc małż był do rany przyłóż (poza nielicznymi wyjątkami) przez bite 9 miesięcy, itp., itd...axis mundi z Bożej łaski.

Potem „radość” porodu. Kompletna trauma. Szkoda słów. W „nagrodę” jakiś chabaź od małża. Ot i tyle.

No i oczywiście mała. Piękna, rozczulająca, całkowicie bezbronna i zależna od nas. Patrze na nią słodko śpiącą na naszym łóżku (po trzech godzinach usypiania na rękach) i czuję... no właśnie – co ja czuję właściwie? Czy to miłość? Pewnie tak. Na pewno. W końcu to moje dziecko więc to MUSI być miłość...

Byłoby dużo prościej uczyć się jej w poczuciu otaczającego wsparcia. Jednak małż zbyt przyziemny. Głowa może boleć. Noga. Ale żeby myśli??!! Chciałabym żeby zrozumiał, przytulił, porozmawiał, rozgrzeszył. Zabrał na spacer, kolację... Nie ma czasu. Ciągle coś goni, a ja z małą kolejny dzień w domu, godzina po godzinie, kolejny tydzień...

I chyba kierunek studiów też sobie wybrałam niewłaściwy. Powinnam postawić na aktorstwo raczej niźli na antropologię. Ta bowiem nijak się w prawdziwym życiu nie sprawdza. A takie aktorstwo teraz byłoby jak znalazł...No ale niestety. Muszę więc czerpać z nieprofesjonalnych pokładów umiejętności udawania. Serwować wszem i wobec ten przylepiony uśmiech, niczym u kota z „Alicji w krainie czarów” - ja powoli znikam, uśmiech zostaje...Bo POWINNAM. Powinnam więc jestem, tak? Staram się jak mogę, ale brak mi oparcia na które tak bardzo liczyłam. Poród rodzinny a potem rodzinny rozwód.

Małż zakochany w małej. Cudowny ojciec. A ja? Zazdrosna?
„Egoistka. Egocentryczka. Jedynaczka...”
Kwiatki by przyniósł, przytulił, porozmawiał nie o kupach może...lub chociaż wysłuchał i nie patrzył potem z przerażenio-obrzydzeniem.
-„Czuję niesmak gdy masz do małej mniej cierpliwości niż ja”. To może teraz się zamienimy mój miły? Następny miesiąc Ty siedzisz z małą w domu a ja fruwam to tu, to tam??? Może wtedy łatwiej będzie nam rozmawiać o cierpliwości, o poczuciu szczęścia, o wolności...
Znów poczucie winy.

Właściwie nawet nie wiem po co jeszcze wstaję rano z łóżka. Ubieram się, myję, czeszę, maluję. Małej przecież wszystko jedno a małż już chyba nawet nie patrzy... Bo i na cóż tu patrzeć? Na obwisły brzuch z masą sino bordowych rozstępów? A może na Wielki Tyłek obficie okraszony cellulitem? Więc może na zgarbione plecy, bolące od ciągłego noszenia małej na rękach? Eeeech...lepiej chyba znaleźć inny obiekt...Tyle teraz tego. Lato w końcu mamy.

Oj strasznie brak otuchy, zrozumienia, wsparcia...Szukam więc w sieci. Bo zaczynam czuć się podle z moimi myślami. Znajduję Was :) W wielu postach widzę siebie, czytam siebie. Ulga...więc nie jestem do końca nienormalna. A nawet jeśli to nie jedyna.

Daj Boże żeby to był tylko ten osławiony Baby Blues...


majamamajagi