Dzisiaj minął miesiąc.
Miesiąc jak mnie nie ma. Jak całe moje jestestwo przeobraziło się w dziecia.
Miesiąc, jak nie miałam ani jednego dnia bez trwania na posterunku. Dnia....godziny nawet jednej! Literalnych 60 minut.
W mojej głowie kołacze się skojarzenie z więźniem skreślającym na ścianie kolejne dni odsiadki. Ile jeszcze takich miesięcy?! Śśśśśkrrrrob...dzisiaj minął pierwszy.
Cholera! A wsparcia i zrozumienia znikąd. Totalne tylko poczucie winy. Egoistka. Egocentryczka. Jedynaczka. Dziecko ma dziecko. Aż wstyd to głośno nazwać.
I zewsząd tylko te „powinnasie” i „niepowinnasie”...
POWINNAŚ być szczęśliwa, POWINNAŚ jej założyć skarpetki, NIE POWINNAŚ jej przegrzewać, POWINNAŚ się cieszyć, NIE POWINNAŚ narzekać, POWINNAŚ „rozbujać laktację”, POWINNAŚ znaleźć sobie zajęcie (sic!!!), NIE POWINNAŚ tracić cierpliwości, POWINNAŚ posprzątać, NIE POWINNAŚ karmić butelką, NIE POWINNAŚ się garbić, POWINNAŚ dokarmiać, POWINNAŚ karmić wyłącznie piersią...
A własnie! Terror laktacyjny – kolejna radość macierzyństwa. Po kolejnym potępieńczym spojrzeniu na butelkę która zamiast piersi ląduje w pyszczku małej mam ochotę wyć i bić. Wara wam od moich cycków! Dość mam też laktacyjnych porad „na wagę złota” oraz własnego okraszonego sztucznie wyszczerzonym uśmiechem tłumaczenia dlaczego muszę dokarmiać i dlaczego wolę odciągać swój pokarm niż „podać pierś”. Czy to aby nie jest moja sprawa??!! Przecież w tej butli nie ma arszeniku żebym musiała się czuć jak jakaś ułomna matka...dlaczego więc wciąż się tak czuję???
Ale kogo to tak naprawdę obchodzi – co ja czuję i czy ja w ogóle cokolwiek czuję...
„Ciąża – najpiękniejszy okres w życiu kobiety”... wolne żarty, jakiś banał wymyślony zapewne przez faceta i to w dodatku bezdzietnego. Choć z drugiej strony jak popatrzy się na ciążę jako na ostatni okres w życiu kobiety, kiedy to ONA gra pierwsze skrzypce, to faktycznie coś w tym jest.
Ja tęsknię za tym okresem w moim życiu. Mimo fizycznych dolegliwości różnej maści, zakazów i nakazów wszelakich, notorycznych wizyt u lekarza...było pięknie! BYŁAM WOLNA. To JA decydowałam o tym kiedy sikam, kiedy jem i kiedy idę pod prysznic. JA decydowałam do której śpię i jak spędzam weekendy. MI nie wolno się było denerwować, więc małż był do rany przyłóż (poza nielicznymi wyjątkami) przez bite 9 miesięcy, itp., itd...axis mundi z Bożej łaski.
Potem „radość” porodu. Kompletna trauma. Szkoda słów. W „nagrodę” jakiś chabaź od małża. Ot i tyle.
No i oczywiście mała. Piękna, rozczulająca, całkowicie bezbronna i zależna od nas. Patrze na nią słodko śpiącą na naszym łóżku (po trzech godzinach usypiania na rękach) i czuję... no właśnie – co ja czuję właściwie? Czy to miłość? Pewnie tak. Na pewno. W końcu to moje dziecko więc to MUSI być miłość...
Byłoby dużo prościej uczyć się jej w poczuciu otaczającego wsparcia. Jednak małż zbyt przyziemny. Głowa może boleć. Noga. Ale żeby myśli??!! Chciałabym żeby zrozumiał, przytulił, porozmawiał, rozgrzeszył. Zabrał na spacer, kolację... Nie ma czasu. Ciągle coś goni, a ja z małą kolejny dzień w domu, godzina po godzinie, kolejny tydzień...
I chyba kierunek studiów też sobie wybrałam niewłaściwy. Powinnam postawić na aktorstwo raczej niźli na antropologię. Ta bowiem nijak się w prawdziwym życiu nie sprawdza. A takie aktorstwo teraz byłoby jak znalazł...No ale niestety. Muszę więc czerpać z nieprofesjonalnych pokładów umiejętności udawania. Serwować wszem i wobec ten przylepiony uśmiech, niczym u kota z „Alicji w krainie czarów” - ja powoli znikam, uśmiech zostaje...Bo POWINNAM. Powinnam więc jestem, tak? Staram się jak mogę, ale brak mi oparcia na które tak bardzo liczyłam. Poród rodzinny a potem rodzinny rozwód.
Małż zakochany w małej. Cudowny ojciec. A ja? Zazdrosna?
„Egoistka. Egocentryczka. Jedynaczka...”
Kwiatki by przyniósł, przytulił, porozmawiał nie o kupach może...lub chociaż wysłuchał i nie patrzył potem z przerażenio-obrzydzeniem.
-„Czuję niesmak gdy masz do małej mniej cierpliwości niż ja”. To może teraz się zamienimy mój miły? Następny miesiąc Ty siedzisz z małą w domu a ja fruwam to tu, to tam??? Może wtedy łatwiej będzie nam rozmawiać o cierpliwości, o poczuciu szczęścia, o wolności...
Znów poczucie winy.
Właściwie nawet nie wiem po co jeszcze wstaję rano z łóżka. Ubieram się, myję, czeszę, maluję. Małej przecież wszystko jedno a małż już chyba nawet nie patrzy... Bo i na cóż tu patrzeć? Na obwisły brzuch z masą sino bordowych rozstępów? A może na Wielki Tyłek obficie okraszony cellulitem? Więc może na zgarbione plecy, bolące od ciągłego noszenia małej na rękach? Eeeech...lepiej chyba znaleźć inny obiekt...Tyle teraz tego. Lato w końcu mamy.
Oj strasznie brak otuchy, zrozumienia, wsparcia...Szukam więc w sieci. Bo zaczynam czuć się podle z moimi myślami. Znajduję Was :) W wielu postach widzę siebie, czytam siebie. Ulga...więc nie jestem do końca nienormalna. A nawet jeśli to nie jedyna.
Daj Boże żeby to był tylko ten osławiony Baby Blues...
majamamajagi
środa, 5 stycznia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)








do autorki
OdpowiedzUsuńto fragment moich wypowiedzi na forum (i odpowiedz innej z mam- wlasnie jak synek mial ok miesiaca
.... la maripoosa- ty masz dola? ja sie zastanawiam kiedy nastapi ten moment czy kiedykolwiek chociaz polubie malego. macierzynstwo wogole mnie nie bawi- mimo ze jest tu moja mama i mi piomaga. ale juz za 2 tyg wraca do Pl i zostane sama- i juz z przestrachem mysle o momencie jak maz pojdzie do pracy i zostane z tym czyms zwanym moim synem sama. boje sie ze ktoregos dnia jak mi bedzie szczegolnie dawal popalic zrobie mu krzywde- i Remi mi nigdy tego nie wybaczy.
a karmienie piersia to wogole porazka- dzis o 3 am to klelam jak szewc ze musialam go karmic- a zwykle to godzine ponad zabiera a nie jak 15 min- jak tu niektore pisza
i Isza tak moj tez szarpie glowa we wszystkie strony nie wypuszczajac sutka- i tez mam ochote mu walnac
i nie rozumiem jak moja mama moze widziec ze maly mnie kocha- ze sie szybciej u mnie uspokaja i na mnie patrzy- bo ja tego nie widze
czemu ja sie dalam namowic na macierzynstwo? czyy musialam az tak zglupiec dla Remiego- ze sie dalam w to wlasdowac wiedzac ze dzieci to koszmarki?
no i sie poryczalam dzis siostrze w sluchawke ze takie mysli mnie nachodza- a ta- baby blues- tez takl mialam- skontaktuj sie z kims/ polozna- moze ci pomoga jakos
dno, dno, dno i 7 metrow mulu
Piszecie tu o swoich zlych dniach, kryzysach macierzynstwa itd.
- ewag - przeczytalam Twoja wypowiewdz i widze, ze na serio potrzebujesz wsparcia. Ja oczywiscie nie wiem jak Ci pomoc, oprocz napisania paru cieplejszych slow, ale tez wyobrazilam sobie Twoja sytuacje jesli chodzi o samotnosc (piszesz, ze mama Twoja wyjedzie i sie boisz tego). Pod tym wzgledem rozumiem Cie bardzo, bo ja pomocy od samego poczatku nie mam zadnej. Mimo iz mieszkam w PL czuje sie tak samo daleko od bliskich, bo dzieli nas 400 km. Wiec rozumiem Twoj strach. Kiedy byli tu moi rodzice przez 3 dni swiat, odetchnelam. Wreszcie mial mi kto obiad podac, umyc brudne naczynia, sprzatnac w lazience, pokolysac mala bym ja sie mogla zdrzemnac no i wreszcie moglam sama wyjsc z mezme na chwile z domu, bo mala miala z kim zostac.
A najtrudniej gdy sama musze tluc sie po lekarzch czy nawet o siebie nie mam jak zadbac, by isc do lekarza, bo nie mam pomocy. To jest najgorsze.
Wiec wcale Ci sie nie dziwie ze takie babki jak my - nad ktorymi wisi wielka rzeczywistosc totalnej samotni - popadamy w takie kryzysy !
Wprawdzie nie piszesz nic o innej rodzinie , ktora byc moze masz tam za granica, ale ja sie sobie ani troche nie dziwie, ze narzekam, ze wciaz mowie iz jest mi ciezko. Kazdej z Was jest ciezko, ale milej jest znosic ciezary z pomoca bliskich.
Moim marzeniem jest ulozyc sobie zycie ze swoja rodzina blizej naszych rodzinnych stron, bo nie wyobrazam sobie cale zycie tak czuc sie samotnie. Mam nadzieje kiedys nam sie to uda.
A Tobie moja droga zycze bys szybko znalazla ukojenie i radosc z bycia mama. Faktycznie - ten maly czlowiek w lozeczku, wydaje sie byc teraz taki obojetny, wymagajacy, wciaz placzacy (co my odbieramy negatywnie, a przeciez taki jest jezyk niemowlat), ten maly czlowiek nic kolo siebie sam nie zrobi, wymaga wszystkiego od nas, ale.............
....................przyjdzie dzien, ze stanie na swoich nozkach, powie pierwszy raz MAMO, przytuli sie do nas swiadomie i spojrzy swiadomie w oczy, a potem zapyta "mamo, moze Ci w czyms pomoc?". Ewag - doczekasz takich czasow i Twoj syn stanie sie dla Ciebie podpora, razem pojdziecie gdzies, pogadacie - dalas zycie drugiemy czlowiekowi, to wspanialy CUD. Ten cud wymaga teraz wysilku, ale czas plynie nieublaganie i wszystko zmierza ku lepszemu. Gdy jezt zle to moze byc juz tylko lepiej I takich szybkich dobryuch zmian Tobie zycze :)...
i teraz ci powiem jest juz duzoo lepiej- i synek- mimo ze czasami do szalu mnie doprowadza- potrafi byc i swietnym kompanem- a dopiero niedawno skonczykl rok- bedzie i u was lepiej, zobaczysz :)
bardzo dobrze Cię rozumiem... mi zaczęło być łatwiej dopiero, gdy zaobserwowałam jakieś ślady "rozumności" w tym małym stworze.
OdpowiedzUsuńtak, świetnie Cię rozumiem, ale nic nie mogę poradzić. w tym momencie tak jest, bywa. uwierz, będzie lepiej. już niedługo. a na razie walcz o swoje - jeśli szan. małż. ma więcej cierpliwości do małej niż Ty, to tylko go chwalić - na zasadzie marchewki - i zostawiać z nią częściej. a w tym czasie zająć się sobą.
mozna też spojrzeć na to wszystko jako na pewnego rodzaju wyzwanie - kształtowanie drugiego człowieka praktycznie odsamego popczątku. ty wy, ale głównie Ty, uczycie tego człowieka świata. pomyśl, jakie to dziwne i fajne zarazem. to od Ciebie zależy, czy będzie mówił "dziękuję" i sprzątał po sobie:) i wiele innych rzeczy. to Ty uczysz go postrzegać całe jego życie. nie patrz na to tylko jak na odpowiedzialność, ale też jako ciekawą przygodę.
wiem, ze trudno jest uwierzyć, że będzie jakaś "nagroda" za to wszystko, bo zbyt długofalowa to perspektywa, by pobudzała nasz ośrodek nagrody, ale szczęście na pewno do Ciebie przyjdzie.
nie jesteś tylko mamą, nie daj sobie o tym zapomnieć.
wspieram:) :*
Kochane, z depresją poporodową wygrać samotnie jest strasznie trudno! Poszukajcie profesjonalnej pomocy, bo to może źle się skończyć...
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki!
Mama dwójki... Swoje już też zaliczyłam :/
Ja również doskonale Cię rozumiem... Moje Dziecko ma 15m-cy... Ile to razy miałam Go serdecznie dość, chciałam oddać albo wyjść w cholerę i już nie wrócić... Ile razy zastanawiałam się po co mi to było? Jak ja się dałam w to wrobić? Owszem - kobiety łapią facetów na ciążę ;) ale żeby to działało w drugą stronę? W sensie - że Mąż przekona Żonę do posiadania potomka - chociaż Ona nienawidzi dzieci, uważa je za małe wrzeszczące i śmierdzące potworki...
OdpowiedzUsuńSam początek był jeszcze gorszy - poród - traumatyczne przeżycie zakończone cc, walka o laktację, pobyt z Dzieckiem w szpitalu, depresja poporodowa... I te najgorsze myśli, do których aż wstyd się przyznać - czemu ten mały potwór ciągle wrzeszczy? Po co on tu jest? Ja go nie chcę - zabierzcie toto ode mnie... Nie wytrzymam - i zatłukę albo sama wyskoczę przez okno... Jest wichura za oknem - suuuper- wyjdę, to może jakieś drzewo się na mnie przewróci i będę miała wreszcie ciszę i spokój?
Ale z biegiem czasu jakoś idzie się przyzwyczaić do tej sytuacji :) Chyba miłości do Dziecka można się też nauczyć - jeśli nie mamy wybuchu macierzyńskiej miłości tuż po porodzie(szczególnie tym ciężkim, z komplikacjami u nas i/lub u Dziecka)... Przynajmniej ja się tego uczę - najczarniejsze myśli zniknęły...
Co prawda jeszcze czasem mam ochotę oddać Dziecko albo wygnać je razem z Mężem(to przecież Jego wina, że jest Dziecko) - niech mieszkają daleko ode mnie i dadzą mi spokój... ;) ale to tylko w momencie, kiedy Dziecię za dużo nabroi albo za dużo marudzi ;)
Najbardziej kocham moje Dziecię kiedy śpi ;) albo jak się do mnie tuli :) lub też wszędzie zauważa mnie i mówi "Mama" z pełnym uwielbieniem i miłością (kubek ze zdjęciem, zdjęcia na szafkach, w telefonach, w komputerze) :)
Przez pewien czas myślałam, że jestem tylko matką, dojną krową, praczką, kucharką, sprzątaczką, pomywaczką itp. Zagubiłam gdzieś swoją kobiecość... Wszystko było podporządkowane Dziecięciu i Mężowi... Żałowałam wydać na siebie nawet głupich 30zł na tusz do rzęs - czy cokolwiek innego :)
Jakiś czas temu postanowiłam - koniec z tym... Ja i moje potrzeby też są ważne! Ja też zasługuję na jakiś drobne przyjemności ;)
Przecież nie jestem tylko matką, dojną krową, praczką, kucharką, sprzątaczką, pomywaczką itp.
;)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńDoskonale rozumiem, szczególnie moment o zazdrości o męża, miałam poczucie, że mąż tak bardzo kocha tą naszą małą istotkę, że tej miłości dla mnie już nie starcza, ciągłe przynoszenie jej do naszego łóżka, dawanie tylko jej buziaka na pożegnanie jak wychodzi do pracy, witanie się tylko z nią jak przychodzi z pracy.... już w ciąży mówiła do mnie imieniem dziecka, które było we mnie i już wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy ja przypadkiem nie jestem mu tylko do tego potrzebna żeby urodzić mu dziecko... teraz jest trochę lepiej, albo może pogodziłam się z faktem, że już nigdy nie będę dla niego numerem JEDEN... no cóż, być drugim nie jest tak źle, zawsze to miejsce na podium.
OdpowiedzUsuńwiesz, ja również poradzę poszukać profesjonalnej pomocy. osamotnienie w tak trudnym momencie to straszliwe uczucie, samej ciężko sobie z tym poradzić. trzymaj się! i koniecznie spróbuj znaleźć choć pół godziny dla siebie :*
OdpowiedzUsuńU mnie to wszystko zaczęło się później..na początku wszystko pięknie, dziecko zdrowe, płaczące tylko wieczorami przy kolkach a tak to leżące, grzecznie śpiące. Wstawałam rano, toaleta, malowanie, upiększanie siebie, spacerek, gotowanie obiadku, przytulanie mojej dzieciny..bycie z nią praktycznie 24 godz. na dobę..piękny okres..piękny czas. Podjęliśmy z mężem decyzję, że będę na wychowawczym do 2 roku życia córki. Nie mamy żadnych babć, które mogłyby się zająć córcią a żłobek odpadał...
OdpowiedzUsuńDzisiaj córcia ma 15 miesięcy a ja ..umieram...Mam dosyć domu, dziecka, bawienia się z nim, gotowania, robienia zakupów....zero pomysłu na siebie. Ciało obwisłe, nie balsamowane..nie mam siły ( chyba psychicznej) na zadbanie o siebie. Powinnam odwiedzić dentystę, ginekologa, okulistę..bo wszystko już mi się sypia..ale po co??!! Po co. Mąż w pracy, przychodzi wieczorami zjada obiado-kolację...coś tam pomruczy pod nosem..potem pragnie obowiązku małżeńskiego....i spać...A ja..zmykam do pokoju dziecka i klikam sobie w komputer...bo co mam robić?? Z kim rozmawiać??? Jestem matką na wychowawczym- dla innych darmozjadem, leniącą się kobietą i słyszę ciągle dookoła: Siedzisz w domu..fajnie, nic nie robisz... ( dobrze, że nie słyszę tego od małża)..Czasami łapię się na myślach: gdybym wiedziała jak to jest mieć dziecko to nigdy bym się nie zdecydowała....
Rozumiem Cię doskonale..mój synek ma 14 miesięcy i powiem, że na początku było lepiej niż teraz. Czasami trace cierpliwośc i mam go dosc, przyznaje - mam ochote wyjsc i nie wracac...Ale jego wyglupy, usmiech, minki..zapominam i zle humor przechodzi. Jednak zeby nie zglupiec conajmniej raz w tygodniu zostawiam syna z mężem i ide na 3 godziny na ploty..na zakupy, na kawe, na piwko z przyjaciokami - to POMAGA!!!
OdpowiedzUsuńhej ;( ojej ,przytulam Cie jak moge najmocniej.I ja to przezylam -od 3 tyg po porodzie mialam takie mysli ze nigdy ich nikomu nie powiem ;( ....oj to wlasnie baby blues nic innego.pociesze Cie ze to minie ale powtrzebujesz wsparcia .Porozmawiaj z mezem,jesli nie masz ochoty,napisz do niego LIST i mu daj.napisz co lezy Ci na sercu,co czujesz,jakie masz obawy i czego oczekujesz.
OdpowiedzUsuńNie boj sie klnąć! Ty jestes matką ale i kobieta......[ja to zrozumialam niedawno!]
buziaki............niejestes sama .......
www.misiak-mercia.bloog.pl
Dokladnie tak - nie jestes sama. U mnie trwalo to 4 mce...Ale - zgadzam sie z poprzedniczkami - nie ma sensu sie meczyc i zadreczac wyrzutami sumienia. Depreche poporodowa sie leczy. Teraz to wiem, konsultowalam sie. Zaluje, ze nie poszlam wtedy do lekarza. Byc moze zupelnie inaczej wspominalambym pierwsze miesiace. Nie daj sie. Tez jestes wazna. Zadbaj o siebie.
OdpowiedzUsuńja od roku jestem na wychowawczym... synek skończył 18 miesięcy... nie w tym rzecz... tylko co zrobić, jak wszyscy absolutnie wszyscy znajomi, nawet najbliższa przyjaciółka (choć chyba to nie przyjaźń była) się odwrócili nie wiadomo z jakiego powodu... i człowiek autentycznie cierpi na totalny brak jakiegoś życia towarzyskiego... i nie ma nikogo, kto by gdziekolwiek kiedykolwiek wyciągnął na kawę, czy piwko... czuję się czasami jak trędowata... bo mam dziecko i jestem na wychowawczym... na brak zajęć nie narzekam mimo że synek już bardziej samodzielny, ale jest dom na głowie, zakupy itp... do tego założyłam sklep internetowy... ale wiadomo, jak każdy mam potrzebę wyjścia z kimś... z mężem czasem wychodzimy i zostawiamy Matysia dziadkom...
OdpowiedzUsuńczy któraś z Was też tak ma/miała...?
Warto prosić o pomoc...zawsze...
OdpowiedzUsuńJa np. poszukałam w swojej okolicy drugiej mamy z dzieckiem, razem spacerowałyśmy, rozmawiałyśmy o problemach z dziećmi itp. Czasem wystarczy uśmiech do drugiej mamy...
Joasiu!! U mnie jest tak samo. Mam wrażenie, że przebywając na wychowawczym popełniam przestępstwo!! NO bo..siedzę w domu, nic nie robię!!! Znajomi odwrócili się i to ja na początku dzwoniłam, proponowałam spotkania. Może to głupie ale ja już zaczęłam się wstydzić wychodzić z córką na spacer..bo ciągle ktoś pyta. I CO SIEDZISZ W DOMU? NIE PRACUJESZ??NIC NIE ROBISZ??..Nawet nie chce mi się tłumaczyć, że jestem z dzieckiem 24 godz. na dobę, dom, zakupy, gotowanie, pranie, sprzątanie..
OdpowiedzUsuńNiestety nie ma wśród znajomych młodych rodziców z którymi moglibyśmy gdzieś wyskoczyć..a co najdziwniejsze moja przyjaciółka ma syna w wieku mojej córci i niestety nie ma "siły" na spotkania z naszymi dziećmi. Tłumaczy się ciągle..: NO WIESZ BO JA PRACUJĘ...I JESTEM ZMĘCZONA.. No tak a ja siedzę w domu i cały dzień spędzam na kanapie!
Takie jest właśnie głupie myślenie - siedzisz w domu z dzieckiem = nic nie robisz...(tak może powiedzieć ktoś, kto nie ma dziecka albo już nie pamięta jak to jest z noworodkiem/niemowlakiem)
OdpowiedzUsuńBo każda z nas ma nianię, sprzątaczkę, kucharkę, praczkę, pomywaczkę, zakupy nam dowożą - a my tylko siedzimy i nic nie robimy, ewentualnie "klikamy" ;)
Rozumiem Cię bardzo dobrze
OdpowiedzUsuńwiele jeszcze przed Tobą
będzie lepiej zobaczysz
z mężem też pewnie uspokoicie emocje i wyjdziecie na prostą
czasu potrzeba
tutaj wklejam wywiad który był już w internecie wszędzie, ale może nie czytałaś - i wiele mądrych słów tu padło i chyba otuchy
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,8642830,Nie_jestem_z_waszego_plemienia.html
BĘDZIE DOBRZE!!!!!!
OdpowiedzUsuńpo każdej burzy zimie i chmurnych dniach przychodzi LATO i każdy dzień jest słoneczny :)
NIE PODDAWAJ SIĘ!!!!
BĘDZIE DOBRZE!!!!
Minął miesiąc... u mnie minęło już dziewięć i powiem tyle, jest i lepiej i gorzej...
OdpowiedzUsuńNa początku nie mogłam sie zupełnie odnaleźć jako matka, dziecko było planowane, oczekiwane z radością, a kiedy w końcu pojawiło się na świecie, czasami pytałam siebie, czy aby na pewno tego chciałam, czy nie było jednak na dziecko za wcześnie...
To jest rzeczywiście strasznie frustrujące, kiedy z dnia na dzień zatraca się własne JA i nie pozostaje nic innego, tylko spokojnie się temu przypatrywać... A w czasie tego pierwszego miesiąca wcale nie było tak źle, widzę to z perspektywy czasu. Miałam to szczęście, że mój bobas był spokojnym noworodkiem, dużo spał, prawie w ogóle nie płakał, choć w nocy dużo nie pospałam, bo często jadał. Ale teraz widze, że w tamtym czasie i tak miałam sporo czasu dla siebie (czyt. pranie, gotowanie,sprzątanie,prasowanie i czasem książka lub serial).
Teraz Młody jest bardziej kumaty i kontaktowy i to jest wspaniałe. Jego humorki związane z odkrywaniem własnego Ja i zaznaczaniem płaczem własnego zdania już trochę mniej mnie zachwycają. Plus bieganie za nim po mieszkaniu (raczkuje) i znoszenie jego histerii, kiedy wkładam go do kojca, bo muszę, po prostu MUSZĘ skorzystać z toalety...Ja mam to szczęście, że Młody chodzi do żłobka, a ja wróciłam do pracy i choć przez parę godzin mogę byc "normalnym" człowiekiem .
Kiedyś powiedziałam mężowi, że czuje się czasami jak niewolnica własnego dziecka, to się oburzył i nie zrozumiał. Choć mnie się wydaje, że to jest dobre określenie dla osoby, której potrzeby przestają się zupełnie liczyć, która zatraca własną tożsamość opiekując sie 24 godziny na dobę druga istotą. Mąż mnie nie zrozumie, bo cały czas pracował (pracę ma czasochłonną bardzo to fakt), po pracy załatwiał czasem różne sprawy, wracał zmęczony, akurat żeby zobaczyć jak Młodego po kapieli karmię i usypiam i tyle...Więc jak mógł mnie zrozumieć? Jego praca kończyła się późno, ale się w końcu kończyła, moja sie nie kończy, okrągłą dobę muszę być na każde zawołanie, cały czas w stanie czuwania, to bardzo męczące psychicznie, każda z nas to wie, faceci nie maja o tym pojęcia.
Ale z drugiej strony nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne i nie wyobrażam sobie życia bez mojego dziecka, strasznie je kocham:-)
Pocieszam się, że takie skrajnie różne uczucia targają większością z nas, to już chyba taki paradoks matki-niewolnicy ;)
Właśnie widzę jak sie rozpisałam, jest we mnie więcej żalu niż myślałam...
OdpowiedzUsuńAle chciałam coś dodać oo tych uśmiechach i minach na pokaz. Ja niemalże znienawidziłam moją teściowa, nota bene kobietę w porządku i mi przychylną, za tego właśnie typu gadanie. Robiła to oczywiście nieświadomie i w dobrej wierze, ale jej komentarze typu: " musisz być szczęśliwa", " pewnie się w małym kompletnie zakochałaś", "pewnie się nie możesz na niego napatrzeć", "musisz być dobrą matką" doprowadzały mnie do szału i wywoływały straszne poczucie winy, bo ja wtedy byłam na etapie myślenia: PO CO MI BYŁO TO DZIECKO?
No i oczywiście zewsząd rady jak wykąpać, jak ubrać, jak przewijać, pogłębiały tylko we mnie przekonanie, że się do tego nie nadaję.
Madzinka pisze o obowiązku małżeńskim. O, to jest temat-rzeka. Mój mąż wracał po pracy do domu, zjadał kolację, pogłaskał Synka po główce na dobranoc i oczekiwał, że ja po całym dniu karmienia, przewijania, zabawiania, noszenia, usypiania, kąpania, prania, gotowania, prasowania, sprzątania pójdę z nim do sypialni ze śpiewem na ustach, ochotą i inicjatywą. No coż, nie szłam i to też był kolejny problem między nami. Bo przecież po całym dniu "siedzenia" z dzieckiem w domu powinnam mieć dość siły i ochoty... ha,ha,ha...
No właśnie Mirabelka mój mąż też nie rozumiał: dlaczego nie masz ochoty na sex....tak jak napisałaś..po całym dniu SIEDZENIA SOBIE Z DZIECKIEM W DOMKU powinnam byc piękna, pachnąca i mająca codziennie ochotę na sex!
OdpowiedzUsuńNiestety takie jest życie, raz się uśmiechamy a raz beczymy z byle powodu. każda decyzja dziecka, małżeństwa, nauki czy inna ma swoje plusy i minusy;-D
OdpowiedzUsuńjestem mamą 3tygodniowego Malucha i czuję się tak samo jak majamamajagi.
OdpowiedzUsuńŚmieszy mnie kiedy ktoś mówi:
"poród? o tym się zapomina, to nie boli" Otóż boli jak szlag i ja jakoś nie zapomniałam o tym koszmarze i niech mnie ktoś kopnie, błagam,jeśli się to zdarzy...
w domu...
Mój mąż ma mniej cierpliwości, więc wszystkim zajmuję się TYLKO ja. Karmię TYLKO piersią, więc wstaję TYLKO ja, gotuję TYLKO ja,sprzątam TYLKO ja, a kiedy poproszę o pomoc, to słyszę,że przecież ja TYLKO siedzę w domu i TYLKO zajmuję się Małym.TYLKO czy ktoś kiedyś zrozumie że czasem TYLKO znaczy AŻ??