Zostałam poproszona o napisanie artykułu. O podróżowaniu,
bezpieczeństwie i zabawach w samochodzie. Myślałam, myślałam, myślałam.
Pisałam, skreślałam i edytowałam sto razy. Nagle zdałam sobie sprawę,
jak niewiele wiem o pokonywaniu kilometrów z małym dzieckiem.
Nie dlatego, że nie jeżdżę, ale dlatego, że Groszkowski uwielbia
samochody, a my nigdy nie musieliśmy się silić na zapewnienie mu
rozrywki podczas jazdy. Po prostu pomagamy się wgramolić do fotelika,
zatrzaskujemy drzwi i jazda!
Przede wszystkim fotelik.
Musi być dopasowany do wieku, musi zdać crash-testy na 5 i oczywiście
MUSI mieć ładny kolor :) Groszkowski uwielbia swój fotelik i za Chiny
Ludowe nie chce zamienić go na nowy. Niestety jeszcze chwila, a głową
będzie dotykać sufitu - większy fotelik to mus.
Nowe auta posiadają
system ISOFIX, który nie tylko zwiększa bezpieczeństwo, ale ułatwia
montaż fotelika. Właściciele "nastolatków" i starszych samochodów są
skazani na siłowanie się z pasami bezpieczeństwa.
Groszki wyjeżdżają...
I zazwyczaj wygląda to tak: Mama G. ma reisefieber. Lata, wścieka się,
denerwuje, że czegoś nie zabrała. Tata G. denerwuje się, że Mama G.
zabrała za dużo. Zazwyczaj za dużo butów. Groszkowi się udziela i
denerwuje się, że jeszcze nie jedziemy. Generalnie cyrk na kółkach... Do
czasu, aż nie wsiądziemy na nasze cztery kółka.
Przed wyjazdem napełniamy brzuchy i sprawdzamy, czy pęcherz Gronia jest pusty. Dla pewności nerwowy siczek.
Kiedy już wpakujemy niezbędne bagaże: ubrania, dużo ubrań, mnóstwo
ubrań, kosmetyki, tona kosmetyków, zbyt wiele kosmetyków, kilka mini
resoraków, kocyk, niezbędne siedem par szpilek Mamy G. - możemy ruszać. Nie potrzebujemy zabawek, krakersów, ani telewizora w aucie.
Zazwyczaj rodzice starają się wybierać porę podróży tak, aby wstrzelić
się w drzemkę dziecka. Większość moich znajomych wybiera późny wieczór i
noc na pokonywanie dłuższych tras. U nas zdecydowanie nie sprawdza się
taki system. Groszek lubi obserwować drogę, mijające nas samochody i
okolice. Lubi rozmawiać podczas jazdy, rozpoznaje marki mijanych przez
nas samochodów i chwali się, że zna się na samochodach. Nie da się
zaprzeczyć, czasami sama się zastanawiam, skąd on tyle wie. Uwielbia
traktory, koparki i sportowe cudeńka, ale też
terenówki i autobusy. Tiry raczej ignoruje. Patrzy przez okno i
komentuje, a że chłopak ma gadane (czyżby po mamusi?), to przez
większość czasu jesteśmy skazani na pytania, często retoryczne,
monologi, dłuuugie monologi i zupełnie obiektywną krytykę innych
kierowców: Mamusia, to nie sierota! To auto! Ups...
Poza tym, Groszek nie ma po drodze sensacji żołądkowych, a zdaję sobie
sprawę, że jazda pod groźbą puszczenia kolorowego pawia musi być nie
tylko stresująca, ale i niekoniecznie przyjemna.
W tym miesiącu Groszek pierwszy raz leciał samolotem. Zaopatrzyłam go w
syrop przeciw chorobie lokomocyjnej. Na szczęście i tym razem nie był
potrzebny. Co więcej, w trakcie trwającego trzy godziny lotu, Tata G.
kimał jak dzidzia, ja czytałam, a Groszek... a Groszek leciał samolotem.
Więc jak tu pisać o podróżach? Jak doradzać i rozwodzić się na temat
ułatwiania sobie wyjazdów z dzieckiem, skoro nasze dziecko ułatwia i
umila sobie wyjazdy samo.
A jak Wam udaje się przetrwać kilkugodzinną podróż? Czy też macie taki luz, czy może modlicie się w duchu: byleby się nie obudził!








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz