czwartek, 29 kwietnia 2010
Gdzie są Wasi mężowie? - temat z maila
Czytam te wasze posty i zastanawia mnie gdzie są Wasi mężowie, partnerzy? Co to za tematy? Piszecie:
- muszę wstać wcześnie rano by zrobić szybko zakupy i śniadanie dla mojego męża bo nie jada on "wczorajszych" bułek
- muszę wstać wcześnie rano by zrobić mężowi śniadanie
- nie mam czasu na fryzjera, zakupy, koleżanki itp
- nie mam jak wyjść z mężem na kolację/do kina bo z kim zostawić dzieci?
- nie ogarniam tego czy tamtego ...
Więc od początku ...
- śpijcie tak długo jak pozwalają wam dzieci
- jeśli dzieci zaczynają się budzić przed pójściem męża do pracy to niech on do nich zajrzy i spróbuje je położyć jeszcze spać - zawsze to parę chwil więcej dla Was podczas których Wy odwracacie się na drugi bok.
- faceci nie potrzebują świeżych bułek i śniadania podanego na tacy by żyć. Jeśli są tacy to niech robią je sobie sami (tylko w miarę cicho)
- jak mąż wraca z pracy to nic nie stoi na przeszkodzie by zaopiekował się dziećmi (opieka, karmienie, kąpiel, ułożenie spać, czytanie bajek itp.) a Wy macie wtedy czas na zakupy, fryzjer, koleżanki
- jak dzieci budzą się w nocy to idzie do nich ta osoba która pierwsza się obudziła, jeśli mąż śpi twardo a Wy macie już dość wstawania to wystarczy obudzić męża (szturchnąć, potrząsnąć, użyć łokcia, nogi itp.)
- chcecie wyjść z mężem wieczorem? Nie macie dziadków w okolicy? Każdy ma sąsiadów (ostatecznie opiekunka) - trzeba się zaprzyjaźnić i nic nie stoi na przeszkodzie by raz na parę miesięcy przespali się oni u Was w domu.
- nawet karmienie piersią nie ogranicza - są laktatory, mleko trzymane w lodówce może być podawane dzieciom nawet po dwóch dniach.
- kładźcie dzieci o jednej porze najlepiej między 20.00 a 20.30 – macie cały wieczór dla siebie i męża
- pamiętajcie dzieci kiedyś opuszczą Wasz dom i założą własny a wy zostaniecie z mężami – dlatego najważniejszy jest Wasz związek, relacje z drugą osobą, dla męża najważniejsza jest żona a dla żony mąż – dzieci muszą znać swoje miejsce w szeregu, nie są pępkiem świata. Jeśli tak uważacie to obudzicie się pewnego razu z „ręką w nocniku” …
Naprawdę dziwię się że macie aż tyle problemów które tak łatwo rozwiązać ...
Pozdrawiam Rafal
sobota, 24 kwietnia 2010
Co robi niegrzeczna matka w sobotę?
A wieczorem podrzuca małą babci i wychodzi na miasto. Z mężem tym razem.
milego weekendu,
peace
czwartek, 22 kwietnia 2010
W co warto inwestować? - temat z maila
Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie taki temat na posta:
W co warto inwestować?
Czasami kupuję ubrania dla synka w second-handzie, niektóre zabawki Małego też są z drugiej ręki. Nie mam fobii na punkcie jedzenia i często zamiast bio-słoiczków sama przyrządzam pycha-papki. Natomiast inwestuję w foteliki samochodowe (niedawno przerzuciliśmy się na fotelik z grupy 1 - od 9 kg). Fotelik dla mojego dziecka musi być wygodny, dopasowany do jego wieku, a przede wszystkim bezpieczny. Przed zakupem, długo analizowałam dostępne produkty, sprawdzałam wyniki crashtestów.
W czerwcu ubiegłego roku miałam wypadek samochodowy. Jechałam z trzymiesięcznym wtedy synem i swoją mamą. Kilka godzin wcześniej wyprzedzałam mężczyznę jadącego z dwójką dzieci (około 5 i 7 lat) "biegających" po samochodzie. Skomentowałam to dobitnie. Tego dnia przejechaliśmy około 200 km, wypadek wydarzył się zaledwie kilka km od domu. Na szczęście nikomu z nas nic się nie stało. A nie wiem, jakby się skończyło, gdyby nie porządny fotelik samochodowy. Nie ma dla mnie wymówki, jeżeli chodzi o wożenie dziecka bez fotelika. Nie jeżdżę nawet do sklepu, który widać z okna naszego mieszkania, jeżeli dziecko jest "luzem". A tym, którzy fotelika nie posiadają, proponuję kupić, pożyczyć, albo nie wsadzać dziecka do samochodu.
A w co Wy inwestujecie? Jak sądzicie, na czym można zaoszczędzić, a na co wydać większą kwotę?
Mama Grocha
piątek, 16 kwietnia 2010
Durne uwagi - temat z maila
Najpierw chciałam napisać, że cieszę się, że taki "wirtualny klub" powstał, bo sam fakt, że można poczytać podobne historie do swoich, pomaga odetchnąć z ulgą i zdystansować się :)
Nie mam talentu do ubierania myśli w słowa, jednak chciałam napisać o pewnym zjawisku, który wystąpił u mnie. Mam dwie córki, między którymi różnica w wieku to rok i 10 miesięcy. Nie powiem, bywają ciężkie chwile, ale nie ma tragedii i spokojnie można dać sobie radę. Myślę sobie, że jestem nawet bardziej zorganizowana, niż przy pierwszym dziecku. Prawdą też jest, że odpuściłam sobie wiele spraw typu ciągłe prasowanie ciuszków, gotowanie zupek, codzienne spacery czy kąpiel, itd. Po prostu czasami nie wyrabiam i wtedy odpuszczam, staram się podchodzić na luzie :) Ale nie zapomnę, jak z mężem podjęliśmy decyzję, że chcemy aby między naszymi dziećmi była niewielka różnica wieku. Rodzina i znajomy pukali się w głowę, ciągle słyszałam, że powinnam odczekać chociaż 3 lata, starsza pójdzie do przedszkola, a ja wtedy będę miała małego bąbla. Inaczej nie dam sobie rady, za dużo obowiązków będę miała, będzie mega ciężko, itp. itd. Nie rozumiem skąd biorą się takie rady. Przecież jest cała masa matek, które mają dwójkę i więcej dzieci, które mają bliźniaczki i trojaczki, i sobie radzą. Początki są zawsze trudne, ale w momencie, kiedy już w miarę się zorganizujemy, powstanie jakiś schemat dnia, nauczymy się siebie wszyscy nawzajem na nowo, spokojnie można sobie poradzić ze wszystkim :) Oczywistą oczywistością jest to, że sa dni kiedy jest sielanka, a są dni kiedy jest piekiełko, ale to jest normalne!! Nie dajmy się zwariować, nie pozwólmy sobie wmawiać, że nie poradzimy sobie z więcej niż jednym dzieckiem :)
Cieszę się, że mogłam to napisać i wyrzucić z siebie na forum. I tak powtarzam wielokrotnie, że całe szczęście ktoś wymyślił smoczki, butle, mleko modyfikowane, telewizję, bajki, jedzonko w słoiczkach, itp. Dzięki temu można sobie wiele spraw ułatwić, bo przecież wszystko jest dla ludzi, trzeba tylko robić to i owo z głową i rozsądkiem :)
Serdecznie pozdrawiam!! :)
Marta
środa, 7 kwietnia 2010
Perfekcyjna - temat z maila
I dlatego, zdaniem wielu, matka – karmicielka – domatorka kojarzona jest jako leń i nierób. Siedzisz z dzieckiem w domu??? Oooooo, znaczy, że jesteś na nieustających wakacjach!!! Wspaniale, każdy by tak chciał. Spacerować, wystawiać twarz na słońce a nie siedzieć w zimnym, klimatyzowanym pomieszczeniu biurowym. Siedzieć na ławeczce przed blokiem zagłębiwszy się w lekturze poczytnego pisma kobiecego. Względnie, jak dziecko już nieco większe – lepić z nim babki z piasku i zjeżdżać na zjeżdżalni wśród chmary innych dzieciaków oraz ich opiekunek.
Żyć nie umierać!
I dlatego, pragnąc sprostać oczekiwaniom społecznym i udowodnić całemu światu, że jesteś osobą pożyteczną, choć chwilowo nie biegniesz rano do pracy lecz „pichcisz mężowi obiadki”, starasz się wcielić w skórę PERFEKCYJNEJ PANI DOMU.
Perfekcyjna itd. wstaje o godzinie 5:40 rześka jak skowronek, bierze szybki prysznic, wykonuje w biegu nienaganny makijaż i pędzi po bułki na śniadanie dla swojej małej rodziny. Mąż przecież, pracując od rana do nocy, musi zjeść porządny posiłek zanim wyjdzie do swojej roboty. A wczorajszych bułek nie jada. A po świeże pójść nie może, bo śpi. Lecz ty, jako Perfekcyjna, wzorowa i nienaganna gospodyni domowa, wstajesz, pędzisz i robisz kanapki. Wiele kanapek. Pożywnych.
A potem, ściśle według rozpiski przytwierdzonej magnesami na lodówce, lub, bardziej elegancko, przywieszonej na korkowej tablicy wiszącej równiusieńko na ścianie, krok po kroku robisz wszystko perfekcyjnie aż do wieczora.
Wspaniale!!!
Matka Wariatka zazdrości Pani Perfekcyjnej i poprosi o korepetycje z zarządzania firmą o nazwie Rodzina.
Dziecko Perfekcyjnej budzi się co dzień o 7:15 a nie z płaczem o 5:45. Do tego przesypia całą noc przykryte, a nie rozkopane. Ponadto śpi z głową na poduszeczce i nakryte czyściutką kołderką, a nie jak moje, z głową gdzie popadnie i pod stosem (lub też na stosie, w zależności od układu) ukochanych kocyków. Więc jak już dziecko Perfekcyjnej otworzy swe piękne oczęta, z uśmiechem bawi się w swoim łóżeczku, oczekując, aż mamusia nadejdzie i wyjmie je i ucałuje na dzień dobry. A nie wrzeszczy, budząc sąsiadów i próbując samodzielnie wspiąć się po szczebelkach i wypaść na wykładzinę.
Dziecko Perfekcyjnej z łatwością pozwala sobie zmienić pieluszkę, lub też od szóstego miesiąca siusia na nocnik, a nie jak moje, z piskiem i na golasa, ucieka, byle dalej od pieluch oraz ubrania w ogóle.
Dziecko Perfekcyjnej bez marudzenia zjada pełnowartościowe śniadanie i cierpliwie czeka na swoje grzaneczki, zamiast płakać, krzyczeć i rozpaczać, bo grzaneczki dopiero wjechały do piekarnika i będą za około pięć minut. Zresztą Perfekcyjna nie pozwala czekać własnemu potomstwu na posiłek. Wstała przecież stosownie wcześnie, by zdążyć go przygotować.
Dziecko Perfekcyjnej nie rzuca chlebem na podłogę aby potem z wysokości swojego krzesełka sprawdzać, co się z nim stało, tam na dole. Po prostu w czasie posiłku – je a w czasie zabawy – bawi się (i to nie okruszkami chleba). Dziecko Perfekcyjnej nie łazi z bułką po całym domu (a może nawet wcale nie jada bułek), nie roznosi okruszków gdzie popadnie (po to tylko, aby zjeść je ze smakiem po trzech dniach), nie stuka bułką w drzwi od pralki ani w szybę okienną, pozostawiając przy tym rozmazane ślady. (Jeśli by się nawet zdarzyło, że takie dziecko pobrudziłoby okno względnie lustro w przedpokoju, Perfekcyjna, znajdzie chwilę aby natychmiast doprowadzić mieszkanie do porządku – oczywiście przy pomocy ekologicznych środków czyszczących). Dziecko Perfekcyjnej nie włoży do pralki paczki zapałek. A jeśli nawet to zrobi, to Perfekcyjna nie upierze jej w 60 stopniach wraz z przykurzonymi ubrankami swojej latorośli. Odzież latorośli nigdy nie jest zresztą przykurzona. Niewiadomym sposobem, dziecko Perfekcyjnej bawiące się w piaskownicy nie brudzi się wcale. Zresztą ręce też ma idealnie czyste, przez cały pobyt na spacerze. Ponadto dziecko Perfekcyjnej nie zjada piasku z piaskownicy ani też nie zbiera wszystkich napotkanych na chodnikach niedopałków. Oczywiście nie wyrywa zabawek innym dzieciom przebywającym na placu zabaw.
Nie robi fochów, gdy trzeba siedzieć w wózku, nie trzeba go przekupywać bułką lub innymi ciastkami, aby raczyło w nim posiedzieć bodaj kwadrans. Dziecko Perfekcyjnej podczas zakupów w warzywniaku nie demoluje go lecz stoi grzecznie przy mamusi uśmiechając się słodko. Sama zaś Perfekcyjna, nawet jeśli nie kupi akurat żadnej zieleniny, to zawsze wie jak przyrządzić doskonały, idealnie zbilansowany a przy tym pyszny posiłek.
Dziecko Perfekcyjnej jada posiłki o stałych porach i nie ma zmiłuj, jak nie chce drugiego śniadania o 10:00 to nic nie dostanie aż do obiadu. Ponadto nie wyrywa przygodnie napotkanym dzieciom z rączek herbatników oraz innych chrupek. Wie, że nie jada się między posiłkami. Z mlekiem matki tę wiedzę wyssało.
Dziecko Perfekcyjnej nie wysypuje ziemi z doniczek, nie robiąc tym samym bałaganu na klatce schodowej, na której te doniczki stoją. Tym samym Perfekcyjna nie wysłuchuje uwag dozorczyni, że jak się nabałaganiło, to uprasza się o sprzątnięcie. Zresztą Perfekcyjna to doskonale wie. W mieszkaniu Perfekcyjnej panuje nieskazitelny ład. Kurze wyciera się co dwa dni a okna myje co dwa tygodnie. Zamiast czekać, aż deszcz spadnie i sam je przepłucze. Lodówka Perfekcyjnej jest zawsze perfekcyjnie zaopatrzona, Perfekcyjna jeździ na zakupy do marketu raz na tydzień, z listą zakupów, dzięki czemu nie zapomina kupić tego, co akurat jest jej potrzebne. Jeśli przypadkiem zdarzy się, że musi zabrać ze sobą dziecko – siedzi ono grzecznie w wózku sklepowym, nie próbując się z niego wydostać.
Perfekcyjna Pani Domu, żeby nie wiem jak bardzo jej się nie chciało, raz w tygodniu, w czwartki wieczorem, po ułożeniu dziecka do snu, prasuje rzeczy, które nazbierały się przez ubiegły tydzień i układa je w szafach kolorami.
Uprasza się Perfekcyjną o wizytę w moim lokalu mieszkalnym i uprasowanie choćby tylko sterty błękitnych koszul mojego małża, po to aby miał co na siebie do pracy założyć przez kilka następnych dni roboczych.
Perfekcyjna nie zapomina podlewać swoich kwiatów. Nie musi ich stawiać wysoko na regałach, w obawie przed malutkimi rączkami własnego dziecka.
Dziecko Perfekcyjnej nigdy nie histeryzuje a już zwłaszcza bez powodu.
Perfekcyjna nigdy nie traci do niego cierpliwości.
I nawet, jeśli tuż przed wyjściem zrobi kupę oraz ubrudzi jej bluzkę musem jagodowym – ze stoickim spokojem zniesie sytuację.
Perfekcyjna nie przesiaduje nocami przed kompem, nie ogląda telewizji (tu akurat mam z nią coś wspólnego), nie zapomni zadzwonić wieczorem do koleżanki i znajdzie czas by opiłować sobie paznokcie.
Perfekcyjna rzadko bywa zmęczona, ale ponieważ rozsądek nakazuje przespać się kilka godzin – kładzie się spać w okolicy godziny 24:00, uprzednio doczyściwszy wannę i opróżniwszy zmywarkę.
Zanim zaśnie – czyta jakąś miła lekturę. Przez kwadrans.
Perfekcyjna jest perfekcyjna. Po prostu.
Tylko, gdzie jej szukać???
pozdrawiam,
matka wariatka
czwartek, 1 kwietnia 2010
Łapię chwile ulotne jak ulotka. Ulotne chwile łapię jak fotka*

Za 3 dni Mrówka będzie miała ROK. Bierze mnie na wspominanie:) Zaglądam do archiwum swojego bloga i cieszę się, że go mam. Że wszystkie te ulotne chwile są. Na fotkach. Teraz wiem po co mi ten blog:)
Moje top 8 ostatniego roku:
1. poród (wiem, niespodzianka ale naprawdę wspominam super. dumna jestem z siebie, że naturalnie, że bez krzyku, że szybko i sprawnie)
2. spanie razem z Mrówka (zasypiała na mnie w ciągu dnia albo uwielbiałam gdy budziła się o 5 rano, przychodziłam do niej do pokoju, kładłam sie na fotelu obok i trzymałam za rączkę, aż nie usnęła znowu. Teraz najbardziej tęsknie za wspólnym spaniem..)
3. moment kiedy poczułam, że ją kocham strasznie (gdzieś koło 4,5 miesiąca chyba, jak zaczęłam wychodzić z deprechy po-porodowej. bezinteresowna miłość mnie wreszcie zalała. to było jak pierwszy słoneczny dzień po strasznie długiej zimie)
4. jak zaczęła sama trzymać butle z mlekiem - objaw samodzielności :)
5. pierwszy ząb. Dumna byłam okropnie.
6. pierwsze raczki - niby nic ale Mrówa długo była nieruchawa, wszystkie inne już się przemieszczały a ona nic. I nagle, tata wyjechał, samotny weekend a Matyldzia nagle podnosi pupe i idzie. Piękne!!
7. Ojciec też matka - mój mąż tak strasznie pozytywnie mnie rozczarował :) On, egocentryk, imprezowicz itd okazał się najcudowniejszym ojcem jakiego mogłam sobie wyobrazić.
8. sylwester. zostawiliśmy małą na całą noc i poszliśmy w tango z mężem i przyjaciółmi :)
peace.
Miki
* Paktofonika
z cyklu wszyscy wiedzą lepiej (z życia wzięte)
Pewna mama na wychowawczym wybrała się do fryzjera, gdyż w najbliższy poniedziałek czekała ją ważna rozmowa o pracę. Nazwijmy ją na potrzebę naszej opowieści…. Danuta Oberek. Danutę obsługiwała miła, na oko trzydziestoletnia, fryzjerka o nienagannej fryzurze i makijażu.
Danuta zastrzegła od razu, ze fryzura musi być prosta i łatwa w układaniu, gdyż ona ma maluszka w domu i w ogóle nie ma na nic czasu.
- O, to od porodu jeszcze te włosy? – ze zrozumieniem i miną pełną wyrozumiałości zapytała fryzjerka
- Nie, nie, maluszek ma już osiem miesięcy – sprostowała szybko Danuta i natychmiast pożałowała wypowiedzianych słów.
Zaskoczona fryzjera odruchowo zerknęła w lustro, jej spojrzenie mówiło jedno – „Kobieto, mam rozumieć, że chodzisz z tym odrostem 8 miesięcy???”
Danuta próbując się ratować zaczęła opowiadać, jak to „maluszek” jest bardzo absorbujący i ona na nic nie ma czasu...
- Aaaaaa, ciągle na rękach, co?
- Nieeeeee – odruchowo skłamała Danuta – Po prostu synek nie chce się sam bawić i raczej trzeba cały czas przy nim siedzieć.
- To kto go tak rozpieścił? – krótko zapytała fryzjerka.
- Eeeee, to znaczy, yyyyy, normalnie jest bardzo grzeczny, ładnie się bawi sam… - brnęła Danuta. - Właściwie to nawet czasami sam posiedzi sobie w łóżeczku i się chwilę pobawi. – 30 sekund to też przecież chwila, pomyślała Danuta. Rozmowa toczyła się dalej. Jako że Danuta była przeziębiona, fryzjerka wyraziła obawę, że „maluszek” się pewnie zarazi, biedny!
- O, na pewno nie! Synek nie chorował ani razu, nawet katarku nie miał! – chwaliła się Danuta.
- A ile BYŁ na piersi?
- Właściwie to…. jeszcze karmię – niechętnie przyznała Danuta. Fryzjerka odruchowo spojrzała na biust Donaty (w rozmiarze zdecydowanie... "mlecznym"). „No tak, wszystko jasne” odmalowało się na jej twarzy….Odkrywczym głosem zawołała - Aaaaa, to i pewnie odchudzać się Pani za bardzo nie może! Po czym szybko pochyliła się, aby równo podciąć grzywkę, tuż nad brwiami. Donata zamknęła oczy. Jej myśli obsesyjnie krążyły wokół niewyskubanych od miesięcy brwi….
Wszelka zbieżność osób i sytuacji przypadkowa :)))
tekst nadesłany do rekadakcji przez Dominikę
poniedziałek, 29 marca 2010
blokada psychiczna... - temat z maila
wtorek, 23 marca 2010
Place zabaw - konieczność?
poniedziałek, 22 marca 2010
Etat MAMA
A moze dokladniej nie etat Mamy co etat Mamy w domu.
Byc moze to przesilenie wiosenne, byc moze zmeczenie materialu, byc moze musze odpoczac, albo powaznie pomyslec nad zmiana swojego trybu zycia.
W innych przypadkach moze byc kiepsko.
Jest 12:40, zeby napisac tego posta dala Oli bule, bo tylko ona jest w stanie wyciszyc moje hiperaktywne dziecko na 5 min.
Moj dzien wyglada mniej wiecej tak:
wstaje ok 6:30 - albo Ola mnie budzi, albo P. jak wychodzi do pracy. Ogarniam sie (na prysznic szansy juz nie mam, bo dziecie zaraz wyje ze nie wyjelam jej z lozeczka - prysznic w czasie drzemki)
kasza dla Oli, kawa dla mnie. Wyglupy na ziemi - ot taka moja szansa na fitness - mioesnie brzucha przy tym niezle pracuja, na prawdziwy fitness od pewniego czasu niestety nie mam kiedy sie wybrac. Scielenie lozek, puszczenie prania, ogarniecie Oli, ktora wlasnie pozarla dzisiejsza wyborcza i rozlala moja kawe, sprzatam, zmywam, Ola przyczepiona do nogi zjada gabke znaleziona w szufladzie, wyciagam gabke z paszczy - kupa. Przewijam kupe, sprzatam pieluchy. Daje Oli chrupki kukurydziane i pacyfikuje w foteliku, a sama z prwedkoscia swiatla mkne do osiedlowego po kjefir i bulki. wracam, oczyszczam Ole obklejana maczka kukurydziana. Bierzemy ksiazki, czytamy, tarzamy sie po ziemi, pokazujemy noski, oczki i inne czesci ciala zabawek. Rozpracowujemy sorter, wrzucamy klocki, cwiczymy "komende" DAJ. Ola upada. Glowka boli, pokazuje jej tysiac innych gadzetow by odwrocic uwage od przerazenia wywolanego upadkiem, w tym czasie pralka wyje ze skonczyla prac. Idziemy - tzn ja ide, ssak pedzi za mna - wylaczyc owa pralke - Ola po drodze rozwala pol paczki proszku do prania, zamiast wyjac pranie myje, przebieram, przewijam ssaka. Przy okazji zostalam obsikana wiec przewijanie przedluzone. Proszek w lazience rozsypany, pranie nie wyjete - lazienke zamykam, bo nie mam jak sprzatnac teraz. Ola to tornado, jest wszedzie i w miejscu nie wysiedzi. Oooo juz 9:30 - czas na II sniadanko - no to trzask prask kanapeczki dzis z bieluchem bo na paste czasu zabraklo, kanapeczek nie je sie w foteliku, bo przeciez to nadpobudliwe dziecie nie wysiedzi, wiec talerzyk na lawie, a bieluch wszedzie...zaje...fajnie. No ale ze ja czas z dzieckiem wole spedzac niz na sprzataniu, to tym co pod reka wytarlam, i dalej bawimy sie z Ola. Ubieramy sie przebieramy idziemy spac bo to pora drzemki. Ja w tym czasie doczyszczam lazienke, wygrzebuje kawalki zaschnietej bulki z fotelika, pedze wywalic smieci i oprozniam kosz z pieluchami. Przy dobrym wietrze uda mi sie zmyc i wziac prysznic, a luksusem jest dla mnie peeling czy doprowadzenie stop do stanu uzywalnosci. A...wyciagam tez to zalegle pranie, bo jak nie wyciagne to zgnije jak to w zeszlym tygodniu ktore musialam prac 2 razy bo wczesniej nie zdazylam rozwiesic. Dzis sie udalo. Pranie powiesilam i nawet doprowadzilam tuje balkonowe do lepszego stanu z uwagi na kalendarzowa juz wiosne i koszmarny ich wyglad po zimie. Zerkam na zegarek, mam jeszcze 15 min do konca drzemki co robic? Moze sniadanie? Moze zmycie podlogi? Nie... blogi... chba jestem silnie uzalezniona od tego co na nich. No wiec tak dobiega koniec moich 90min wolnych od Oli :D A potem abarot to samo, przewijanie, mizianie, spacer, powrot do domu. Wstawiam warzywa, bedzie krem z cukinii dla Oli. w tym samym czasie Mloda wywala z szuflad wszystko... ja juz nawet nie zbieram bo sil mi brak. Caly czas otaczam Ole kapiela slowna, by jak najlepiej wzbogacac jej slownik jezykowy, licze ze moze chociaz to zaprocentuje. A no i kupa. znow. znow sie przewijamy, cukinia kipi, pedze do niej z gola Ola, sika na mnie znow...a ile ma tego radochy...Ok. Mloda okielznana laduje na podlodze. O dziwo zajmuje sie soba, a ja koncze ten nieszczesny krem z cukinii. Zrobilam wiecej z mysla ze i dla nas bedzie. I w sumie dobrze bo Ola zjadla 3-4 lyzki i koniec. SUPER!!! Dobrze ze sloiki w zapasie, bedzie chociaz pozadne drugie danie, o ile Kasiezna zechce jesc, bo cos ostatnio mamy bunt jedzeniowy. II danie dla nas niestety bedzie musialo poczekac do wieczora - czyt. zamowimy cos z pobliskiej knajpy, bo nie ogarne juz obiadu. AAAA... Ola pozera metke od nowej bluzeczki...na szczescie udalo mi sie wyjac z buzi ten plastikowy sznureczek, i tym samym uniknac zadlawienia corki...w miedzyczasie bawila sie tez koszem na brudna bielizne, a ze kosz wiklinowy to teraz mam "dywan" z wikliny w calym mieszkaniu.
Do konca dnia zostalo jeszcze sporo, przede mna drugi spacer na ktorym poczta, skarbowy, moze zus jak dojde i zakupy, podwieczorek, zabawy edukacyjne (naprawde sie staram), cwiczenia zalecane przez rehabilitantke, wieczorne czytanie bajek, kolacja, kapiel, ogarniecie mieszkania, a w zasadzie pobojowiska tudziez tego co kiedys bylo mieszkaniem, zmywanie, latanie na szmacie zeby podloga na jutro nadawala sie do zlizywania z niej roznosci, prasowanie gory ktora powieszona rano juz pewnie wyschla...no i jak sie uda to przed powrotem P. czyli przed 21 bede "po robocie" no i nawt zostalo troche czasu na zamowienie bidonow z allegro czy umowienie online wizyty do alergologa i nawet kaszki z ekosklepu zamowilam wiec czego ja chce. Cod miod malina...zastanawiam sie tylko jeszcze nad jednym...apropos wieczorow...czy to libido mi spadlo ze padam jak kawka przed 22 czy sa jakies inne powody ;)
KU POKRZEPIENIU!!!
Tak tak, ten post ma byc ku pokrzepieniu serc "siedzacych" w domu Mam w podobnej sytuacji do mnie. Serio dziewczyny nie wiem jak wy to robicie. Jak wszystko ogarniacie i jestescie jesczze usmiechniete i jak dajecie rade te dwudaniowe obiady gotowac i zacerowac spodnie starszaka czy piec ciasta na niedziele itp. Mnie to juz powoli przerasta. Ba Ja sobie po prostu nie radze ze wszystkim. Pracujac mialam pania do sprzatania Teraz na nianie, pomoc domowa czy pania do prasowania szans nie mam z uwagi na tak zwany domowy cost cutting spowodowany brakiem mojej pensji i proba zycia z jednej ;/
MUSZE WROCIC DO PRACY!!! Zdecydowanie. Nie jestem w stanie funkcjonowac na 200% normy. W pracy, tak - w domu nie daje rady. Gdyby to bylo tylko zajmowanie sie dzieckiem to luz bluz ale to co sie dzieje teraz to jakas MASAKRA.
A i jeszcze super ze w naszym prorodzinnym Panstwie kobieta na wychowawczym to jakis wynaturzony waglik spoleczny ktorej nie nalezy sie nic, no chyba ze dochody w rodzinie nie przekraczaja 504zl na osobe, to zaszaleli i zasilek przyznaja nie wiem ile ale chyba cos kolo 47,60zl na dziecko :D MALINA!!!
Aha zapomnialam dodac ze ja matka siedzaca polowicznie, bo oprocz powyzszego mam jeszcze 18h lekcji tygodniowo, pisze artykuly, staram sie byc na biezaco z kulturalnym repertuarem i realizuje swoja pasje a no i...mam meksyk w domu z tego tytulu :D
niedziela, 21 marca 2010
Syndrom czapki
Powiało wiosną, jest 14 stopni, a dzieci nadal w czapkach. A jak zdarzy się dziecko bez to natychmiast znajdzie się ktoś kto zapyta: a gdzie to dziecko ma czapke?? W piwnicy, zakopałam, razem z kurtkami puchowymi i butami narciarskimi. Zima=czapka. Wiosna=koniec czapki ;)
Wychodze z zalozenia, ze dziecko ubieram tak jak siebie, jak pogoda jest na t-shirt i sweter to tak samo ubieram Mrówkę.
Wczoraj uległam presji i poszłam na kompromis z mężem - chusteczka na głowie zamiast czapki.
Czy syndrom czapki obowiazuje tez w innych krajach o podobnym klimacie?
peace
ps. dziś jest pierwszy dzień WIOSNY, oficjalnie :))
piątek, 19 marca 2010
Fiona wiodąca lud na barykady
Mam sześciomiesięcznego synka. Półtora miesiąca temu wróciłam do pracy na pięć godzin dziennie. Znaleźliśmy Nianię Idealną, ale niestety po tygodniu opiekowania się Robakiem rozchorowała się (znaleźli jej coś w mózgu, dziś rano mieli jej otwierać czachę, żeby zobaczyć, co to takiego – niefajnie :/). W tej chwili jest z nami mój Teść, który będzie nam pomagał do Wielkanocy. Szukamy następnej niani, która zajęłaby się Młodym po świętach, abym nie musiała rezygnować z pracy.

Fiona: Szukam niani dla Robaka na pięć godzin dziennie od poniedziałku do piątku, począwszy od powielkanocnego wtorku. Jeśli znacie kogoś w okolicy, kto mógłby się zająć naszym maluchem, dajcie mi znać.
Jen: Jeśli tylko ktoś będzie zainteresowany, od razu Ci napiszę.
Samantha: Nikt nie przychodzi mi do głowy, ale się popytam.
Amanda: Hehe, dojazd by mnie dobił.
Fiona: @ Amanda – No co ty, naprawdę wydaje Ci się, że 200 km rano i ta sama odległość po południu to tak dużo?
Nancy: A po co w ogóle wracałaś do pracy? Nie lepiej siedzieć w domu? Po co się codziennie stresować, a potem całą swoją pensję oddawać niani?
Nosz kurrrna! Odezwała się paniusia Bo-Ja-Wiem-Wszystko-Najlepiej! A co jej do tego? Jak nie chce pomóc, to niech siedzi cicho! Co ona może wiedzieć o moim życiu???
Grrr!!!
OK, teraz najważniejszy jest spokój. Nie ma co się denerwować. Trzy oddechy (raz... dwa... trzy...) – dam jej jedną szansę.
Fiona: @ Nancy – Po co? Mam potrzebę poprzebywania codziennie z ludźmi, którzy znają więcej niż dwie samogłoski i potrafią łączyć sylaby w tak piękne słowa jak RA-PORT FI-NAN-SO-WY. Mam szczęście, że mogę pracować pięć godzin dziennie i na dodatek w bezstresowym otoczeniu. A co do zapłaty za opiekę nad Filipem – naprawdę myślisz, że gdybym musiała całą pensję wydawać na nianię, to wciąż siedziałabym za biurkiem?
Nancy: Przecież nie chcesz sobie sprowadzić niani z Europy Wschodniej, gdzie wymagania finansowe są o wiele niższe. Poza tym pracowałyśmy razem, więc mniej więcej wiem, ile zarabiasz. ;) Uwielbiam być z Luca w domu. Nie przeoczę pierwszego uśmiechu, pierwszego kroku – mój syn jest tego wart. Stres związany z pracą to dla mnie przeszłość. Teraz chodze sobie na zakupy, spotykam się z przyjaciółmi, podróżuję.
O mój nędzny żywocie, jestem absolutną kretynką, że tak mi odpowiadasz, bo powinnam przecież żyć jak Nancy, myśleć jak Nancy, dokonywać takich samych wyborów, jak Nancy! Wtedy z pewnością byłabym Kobietą Spełnioną! Albo jeszcze lepiej – zamieniłabym się w Nancy! Rewelacja! Niczego bardziej nie pragnę.
Spokój, zen, oczyszczenie umysłu... Złość piękności szkodzi... Zamiast się wkurzać, pomyśl o czymś przyjemnym.
Poranny uśmiech Robaka... Wycieczki skuterem po okolicy... Buszowanie po ulubionej księgarni... Nowe buty... Sardyńskie plaże....
Cholera jasna – NANCY mieszka teraz na Sardynii!!!
Trzy oddechy (raz... dwa... trzy...) – trzeba to załatwić raz na zawsze. Drugiej szansy nie będzie.
Fiona: @ Nancy – Bardzo się cieszę, że masz w tym momencie takie życie, jakie sobie wymarzyłaś. Natomiast wydaje Ci się, że wszyscy wokół powini myśleć tak samo. Tobie odpowiada siedzenie z maluchem w domu, jak lubię chodzić do pracy. Nie kwestionuj moich decyzji, bo nie masz prawa tego robić. Ja szanuję Twoje wybory i oczekuję od Ciebie tego samego.
No proszę, postawiłam sprawę jasno i już mi lepiej.
Amanda (wiadomość prywatna): Właśnie przeczytałam, co odpisałaś Nancy i jestem pod wrażeniem. Wydaje jej się, że zjadła wszystkie rozumy, bo urodziła dziecko rok wcześniej, niż my. Teraz przynajmniej będziesz miała spokój. You go girl!
Jen (wiadomość prywatna): Fiona, you rock! Teraz nikt z buciorami w Twoje życie nie wejdzie.
Samantha (wiadomość prywatna): Hehe, nigdy nie lubiłam Nancy. :P
Jeszcze ze trzy takie sytuacje i postawią mi pomnik.
Sama zaintersowana zadała sobie trud wykasowania wszystkich postów z mojego fejsbukowego profilu oraz (co zauważyłam dwa dni później) komentarzy pod moimi zdjęciami. Była bardzo aktywnym opiniodawcą, więc usuwanie wszystkiego musiało jej zająć dobrą chwilę. Do tej pory się dziwię, że nie dostałam bana.
Miałam się poryczeć i rozpamiętywać tą stratę przez co najmniej trzy dni, ale nie miałam czasu. Może w przyszłym tygodniu.
wtorek, 16 marca 2010
presja drugiego dziecka o odmiennej płci... - temat z maila
poniedziałek, 15 marca 2010
trędowaci - temat z maila
Mam czworo dzieci 11 lat,10 lat ,5 lat i cztery miesiące dla mnie to ogromne szczęście chociaż nie raz mam ochotę płakać. Od kiedy byłam w ciąży z czwartym dzieckiem ludzie patrzyli na mnie i na męża jak na trędowatych, od niektórych słyszałam że mamy małe Zoo w domu i nierówno pod sufitem ,,BO JAK MOŻNA MIEĆ TYLE DZIECI". Nawet teściowa po porodzie z ironią spytała kiedy będzie następne ,a ja myślałam, że się popłaczę bo zamiast gratulacji i ciepłych słów na które każda świeżo upieczona mama czeka znowu wbito mi szpilę.
Najbardziej boli mnie to ,że wytykają nas ludzie jakbyśmy byli trędowaci "BO DUŻA RODZINA TO PRZECIEŻ PATOLOGIA". Jesteśmy zupełnie normalni, nasze dzieci bardzo dobrze się uczą a jedynie co nas może różnić od innych mniejszych rodzin to więcej kanapek na kolację .
Cieszę się, że Was MAMUŚKI znalazłam, że mogę się z kimś podzielić moimi myślami, i już nigdy nie dam sobie w mówić, że jestem wyrodną matką tylko dlatego, że puszczę dziecku bajkę i piję spokojnie kawkę.
Sylwia
sobota, 13 marca 2010
szczepienia - temat z maila
Oglądając wczoraj DDTVN, strasznie się ucieszyłam że jest wreszcie jakaś sensowna strona w necie, gdzie można poczytać o PRAWDZIWYM macierzyństwie i urokach życia codziennego Matki Polki. Bo szczerze, mam dość stron redagowanych na współ z poradnikami parentigowymi, gdzie na wszystkie problemy wychowawczo-żywieniowe są gotowe recepty i złote standardy. Które w większości nie działają. Przynajmniej na moją Polindę.
Jak ja się cieszę, że jest nas więcej!!! Że nie jestem osamotniona! Mi też się czasem (często) nie chce, od urodzenia dziecka jestem w permanentym stanie niedospania, i że entuzjazm z upływem godzin na zegarku spada do pozycji 'flat'. I wkurza mnie, że zamiast uprawiać seks z mężem, musimy stawać na głowie żeby panna Pola zechciała łaskawie usnąć o 22.
Ale przejdę do rzeczy. Chodzi mi o Wasze zdanie na temat szczepień nieobowiązkowych (pneumokoki, meningokoki, rotawirusy etc.). Notabene, te obowiązkowe są też odpłatne jak chcesz dziecku zaoszczędzić przy jednej wizycie 3 wkłuć!!! Moja córka ledwo zniosła smak szczepionki rotawirusowej (darła się w przychodni tak, że na parterze w aptece było ją słychać), po pneumokokach przez 5 h darła się w domu. I nie było sposobu aby ją uspokoić. Potem okazało się, że odczyn był nieprawidłowy, więc trzeba do neurologa. Następnie na USG ciemiączka. I diagnoza, żeby nie podawać drugiej dawki szczepionki. Odkrycie! A 350 zł jak psu w mordę! Nie licząc opłat za prywatną wizytę u neurologa (państwowo czeka się najmniej 2 miesiące, w Warszawie), no i USG (też prywatnie). O stresie nie wspomnę. Moim, męża i panny Poli.
Ale co mnie najbardziej zaskoczyło, to skrajnie różne opinie lekarzy na temat szczepień dodatkowych.
Neurolog mnie zapytała "po co mi ta szczepionka?", bo ona uważa że szczepień obowiązkowych i tak nadto w pierwszym roku życia dziecka. Wręcz stwierdziła, że te całe nowe zagrożenia są wymysłem koncernów farmaceutycznych które opracowując nowe szczepionki, zbierają żniwo na ich sprzedaży. I że to kolejny chwyt marketingowych, na który się łapią niedoświadczone matki.
Pediatra nr 1, wytłumaczyła mi co to są te pneumokoki, jak dziecko może się nimi zarazić i jakie zagrożenia są z nimi powiązane. Na pytanie czy warto szczepić, odpowiedziała mi pokrętnie że jeśli mnie stać to powinnam się zastanowić. Pediatra nr 2, kazała poczekać do 2-3 roku życia dziecka, i wtedy szczepić bo taniej. A dziecko i tak prawie nie ma kontaktu z innymi dziećmi, więc ryzyko zakażenia jest minimalne, i żeby oszczędzić dziecku stresu z kłuciem.
A o meningokokach dowiedziałam się od..... mojego ginekologa. Wspomniał, przy okazji omawiania kwestii innej szczepionki (tej chroniącej przed wirusem HPV).
Komercjalizacja i propaganda zdrowia jest już tak szeroko okrojonym zjawiskiem, że zastanawiam się gdzie leży granica? Widziałyście reklamy z serii "obejmij mnie szczepieniem"? Te dzieci w szarych szpitalach, z welfronem upiętym w łapce, w łóżeczku z metalowymi prętami! Koszmar! Jestem wściekła na twórców takiej komunikacji i na to że tego rodzaju reklamy są dopuszczane do emisji! Ciekawe co na to rodzice, których najzwyklej nie stać na szczepionkę po 350 zeta za jednorazową dawkę (gdzie ukłuć jest zazwyczaj trzy)?
Mam wrażenie, że te nowe szczepionki (koszmarnie drogie) to nabijanie pacjenta w butelkę. Jak masz to wydaj, przecież zdrowie twojego dziecka jest bezcenne! Czy znacie jakieś dziecko, które zachorowało bo nie dostało szczepionki na pneumokoki?
Abstrahując, od nowych zagrożeń czyhających na nasze dzieciaki. Kilka miesięcy temu, bratanek Polindy, Oskar przechodził ospę. Tak, tak! Tę starą, zapomnianą i niezwykle wkurzającą chorobę, bo jak dzieciakowi wytłumaczyć żeby nie drapał bo na zawsze zostaną dzioby po krostach. Podczas gdy on zamienił się w biedronkę (dzieciaki cały czas miały ze sobą kontakt), Poluś pozostała niewzruszona. Żadne z nich nie miało szczepionki na ospę...
ściskam mocno
Licho
czwartek, 11 marca 2010
Pracująca matka bez wyrzutów sumienia
Pracuje w korporacji - pełen etat znaczy naprawdę pełen :)
Swoją córeczkę widzę wieczorem max tylko przez godzinę (jak zdążę), do tego dochodzą wyjazdy służbowe prawie co tydzień na dwa/trzy dni.
Gryzie mnie oczywiście to, że moje dziecko większość dnia spędza z niania (kochaną panią ale jednak niania:) Martwi mnie to, jaki będzie to miało na nią wpływ. Bo to ja chcę ją uczyć, wychowywać i pokazywać świat.
Ale - nie chcę zrezygnować z pracy i zostać w domu. Potrzebuję własnego życia, nie jestem typem matki gotowej poświęcić wszystko dla dziecka. Chcę być pełnoprawnym partnerem dla mojego męża. Macierzyński był pięknym czasem ale były momenty gdy się po prostu nudziłam. Męczyła mnie codzienna rutyna. Lubie być w pracy, mieć własne projekty, które daja mi mnóstwo satysfakcji i pewności siebie. Lubie mieć znajomych, z którymi rozmawiam nie tylko o dzieciach.
Przeczytałam ostatnio wywiad z Magdaleną Środą, która powiedziała:
"...większy autorytet ma matka czynna zawodowo, nie ta która ceruje skarpety, których nie trzeba już cerować, ani ta, która codziennie gotuje obiadki. Jest pralka, lodówka i mama ma coraz mniej do robienia w domu. Co innego mama, która pracuje, ma pasje, zna się na komputerze, jest w Sejmie, rozumie współczesny świat.
Tymczasem kobietom w Polsce wmawia się, że najważniejsze jest siedzenie w domu. Oskarża się pracujące matki, że nie sa dobrymi mamami. Więc kobiety mają wyrzuty sumienia. A ja nigdy nie uwierzę w to, że wykształcona kobieta może w pełni realizować sie tylko w macierzyństwie! Kobietom wmawia się wiele rzeczy, byle tylko nie naruszały struktury świata , która jest wygodna dla mężczyzn. Nie ma bowiem lepszej rzeczy na świecie, niż mieć w domu tradycyjną żonę, która sprząta, rodzi, kocha, o nic nie pyta i wierzy, że ta bezpłatna praca jest jej naturalnym powołaniem."
Spodobało mi sie to co przeczytałam. Szanuję matki, które podjęły świadomie decyzje o pozostaniu w domu. Ale to nie dla mnie :)
peace
UPDATE: ponieważ dyskusja jest gorąca to przytoczę cd wywiadu z Magdaleną Środą (etyk, filozof, publicystka, feministka)
GALA: Macierzyństwo to był przełom w Pani życiu?
MAGDALENA ŚRODA: Nie. Fajnie jest mieć dziecko, ale nie dorabiajmy do tego pompatycznych mitologii. Lubię dzieci. Pewno mogłabym ich mieć więcej, ale wiem, że żyję w kraju, w którym władzy na dzieciach nie zależy. Nikt kobietom nie pomaga. W komunizmie było okropnie, bo nic nie można było dostać. Teraz, w wolnej Polsce, pozamykano żłobki i przedszkola, bo polityków interesuje przede wszystkim granie w piłkę. Nie można ściągnąć alimentów, nikt nie interesuje się matkami, które wychowują niepełnosprawne dzieci. Żyjemy w kraju nieprzychylnym macierzyństwu i to trzeba zmienić. Ale już wiem, że bez posiadania władzy nie da się tego zrobić. Dlatego tak ważne są parytety.
(...)
GALA: Kobiety się nie wspierają. Potępiają te, które wypracowały sobie niezależność. Często matki uczą córki niepotrzebnej uległości wobec mężów.
MAGDALENA ŚRODA: Tak, kobiety nie umieją się wspierać, ale gdzie miały się tego nauczyć? Przez stulecia były zamknięte w domu, skupione na dzieciach, zależne wyłącznie od mężczyzn. Ci zaś uczyli się wspólnych działań, dochodzenia do konsensusu, solidarności, przyjaźni, braterstwa. Słowo „siostrzeństwo” w słownikach nie istnieje. Dopiero teraz przechodzimy trudny proces uczenia się działań wspólnotowych, ale na razie kiepsko nam to wychodzi. Kobiety, które robią kariery, są zazdrosne o inne, nie pomagają sobie wzajem.
caly wywiad tu: http://gala.onet.pl/0,1601846,1,1,magdalena_sroda,tematy.html
ps1. Z mojej strony jeszcze - tata nie przestaje byc dobrym tata tylko dlatego, ze pracuje. inni ojcowie go nie potępiają. okazało się, że jestem jednak feministką i wierzę w równouprawnienie :)
ps2. I jeszcze - jestem szczęśliwą i spełnioną kobietą, mam kochającego i wspierającego mnie męża, wiecznie zadowolone i uśmiechnięte dziecko.
i póki tak będzie nie zamierzam nic zmieniać :)
ps3. W filozofii Niegrzecznych Matek chodzi o uwolnienie się od terroru Być Dobra Matka przez duze D, odrzucenie wartosciowania - dobry albo zły rodzic. Chodzi tylko o to, żeby kochac swoje dzieci i dbac o nie – z radością, bez cisnienia.
miłego - spokojnego weekendu.
środa, 10 marca 2010
W mojej ocenie ten blog powstał trochę jako "grupa wsparcia" dla matek. Które mają swoje zasady i wizję na wychowanie dziecka, ale z jakiegoś powodu, z wyboru własnego lub nie, nie stapiają się z wzorcem matki idealnej forsowanym przez media, książki, Internet, etc. Które chcą zachować rozsądek w świecie określanych odgórnie kanonów, wzorców, akceptowania tylko tego co naj, i odrzucania tego co mniej naj. Nie chowam TV w piwnicy przed dzieckiem, czasem nie mam siły na zabawę, nie daję się zwariować, żeby wszystko było naj, a każda zabawa wg według scenariusza z mądrych książek, i daję dziecku żelki.
Ale proszę nie róbmy tutaj konkursu na to ile parówek dziennie dajemy własnemu dziecku, ile dni go nie myjemy i ile godzin dziennie może oglądać TV, etc. Chyba nie o to chodzi, i tutaj, i tak ogólnie. Moim zdaniem.
PS Parówka to przykład. Nie ideologia.
Witam serdecznie .
Regularnie czytuję bloga Sylwii Wesołowskiej i jestem nim zauroczona (o ile można być zauroczonym "takimi" wpisami hehe;-)) Tak wiele wspólnych skojarzeń myśli wyjętych z ust...A tak poważnie - już jakiś czas temu trafiłam na zagraniczne blogi bad mums i od zawsze twierdziłam,że do matki idealnej to mi baaaardzo daleeeeko. Ale co dziwne - zawsze byłam z tego dumna. Moja córka ma teraz niespełna 3 lata i jest mega urwisem, rozwydrzonym do granic możliwości przez dziadków gałganem. Nie da się więc postępować zgodnie z idealistycznymi zasadami wychowania, wpajanymi nam przez durne poradniki. Ale kocham ją oczywiście nieprzyzwoitą miłością i jak tylko wlepia we mnie te swoje wielkie błękitne gały, to mięknne cała i wszystkie dobre rady superniani biorą w łeb;-) Oto lista kilku tylko moich grzechów głównych:
- moje dziecko ogląda TV
- moje dziecko od ZAWSZE ogląda TV
- moje dziecko je przed TV
- moje dziecko jest fanem Teletubiesiów -bez nich nie rusza się z domu;
- moje dziecko ogląda youtube'a i gra na ciufcia.pl
- moje dziecko w wieku 4 miesięcy dostawało do gryzienia chrupki kukurydziane i skórkę od chleba (O zgrozo!!!- GLUTEN!!!)
- moje dziecko je chipsy, lizaki, frytki, ketchup, herbatniki, wafelki...
- moje dziecko je zupy gotowane na kostkach rosołowych
- moje dziecko ma już za sobą także i inne debiuty kulinarne: kiełbasa śląska z grilla, tatar, ogórki konserwowe z chili, uwielbia oliwki
- moje dziecko nadal pije z butelki
- moje dziecko nigdy nie miało wyparzanych butelek, naczyń, smoczków...
- moje dziecko śpi z nami
- moje dziecko samo się myje. Przy okazji, tą samą szczoteczką do mycia zębów myje sobie ręce, nogi, brzuch, wszystkie zabawki kąpielowe i na koniec umyje jeszcze wannę
- moje dziecko kąpane jest zdecydowanie nieregularnie
- o włosach - nie wspomnę - ma trzy kilo włosów na głowie, więc mycie tej szopy to wyczyn godny ekspedycji na Kilimandżaro
- moje dziecko chodzi w niewyprasowanych ubraniach
- czasem nawet chodzi w brudnych (ileż razy dziennie można się przebierać?! Jeśli szpinak z obiadu spadł na bluzkę - TO CO Z TEGO??!!)
- moje dziecko całuje się z kotem
- nie sprzątam trzy razy dziennie - jeśli nie jest uczulona na kurz, to nie umrze od tego
- nie myję jej zabawek; od czasu do czasu wrzucam do pralki wszystkie pluszaki i tyle
- moje dziecko samo decyduje w co się ubrać - co z tego,że czerwony i różowy się gryzą?
- moje dziecko ma mnie w totalnych ryzach - KOCHAM JĄ PONAD ŻYCIE i całkowicie jej ulegam!
Pozdrawiam serdeczenie i bardzo, ale to bardzo chciałabym się aktywnie włączyć w Wasz blog!
Oliwia Madrak-Budzińska




