Patrzę na Nią i już nie widzę w niej mojej zwariowanej przyjaciółki ze szkolnej ławki. Widzę dojrzałą, mądrą, odpowiedzialną i silną kobietę. Przy tym kobietę pełną seksapilu i energii. Równą babkę i chętną do pomocy kumpelkę. Kobietę sukcesu i duszę towarzystwa. Kochającą mamę rocznej Oliwki.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Samodzielna Mama
Patrzę na Nią i już nie widzę w niej mojej zwariowanej przyjaciółki ze szkolnej ławki. Widzę dojrzałą, mądrą, odpowiedzialną i silną kobietę. Przy tym kobietę pełną seksapilu i energii. Równą babkę i chętną do pomocy kumpelkę. Kobietę sukcesu i duszę towarzystwa. Kochającą mamę rocznej Oliwki.
piątek, 20 sierpnia 2010
Dzieci rodzą dzieci - temat z maila
Chciałam się Wami podzielić pewną historią, która mnie spotkała i tym samym może trochę podtrzymać niektóre z Was na duchu :)
Wszystko było jak w bajce, znalazłam przystojnego mężczyznę, zakochałam się na zabój Bardzo szybko zamieszkaliśmy razem, było cudownie. Niedługo potem mi się oświadczył… ależ byłam szczęśliwa. Planowaliśmy wspólną przyszłość, ja na trzecim roku studiów, planująca zrobić karierę naukową.. dostać dobrą pracę, urządzić się, pozwiedzać świat i dopiero później stać się mamą :) Wszystko układało się po mojej myśli, kupiliśmy własne mieszkanko, zaczęliśmy się urządzać :) Radość, miłość i idylla :) i zaczął mi się okres spóźniać, ale nie przejmowałam się, bo często tak było.. minęły 4 tygodnie, okresu nie było ale za to na teście ciążowym pojawiły się dwie niebieskie kreski !! WYROK !! Przepłakałam pół nocy zadając sobie pytanie: „co teraz będzie?”, a mój ukochany przytulił mnie i powiedział: „ tak bardzo Cię kocham, poradzimy sobie”- przestałam się bać, chciałam ogłosić całemu światu dobrą nowinę … no i się zaczęło…najpierw rodzina przeżyła załamanie nerwowe zamiast wsparcia słyszałam tylko „ jak mogłaś być taka głupia, zmarnowałaś sobie życie, teraz będziesz już tylko kurą domową, nic nie osiągniesz, studiów nie skończysz” Nawet znajomi ku mojemu zaskoczeniu stwierdzili, że już teraz nie mam na co liczyć i o swoich marzeniach mogę zapomnieć.. Najgorsze były starsze sąsiadki „ no ile ona ma lat 23, taka młoda matka, co ona temu dziecku może przekazać, przecież sama jest jeszcze dzieckiem !!” Nigdy nie wyglądałam na swoje lata, zawsze dawano mi więcej, więc chociaż obcy ludzie nie traktowali mnie jak patologię! Trochę się podłamałam, zamiast cieszyć się z czegoś tak pięknego jak ciąża, macierzyństwo ja wolałam o tym nie mówić, wstydziłam się, czułam się naprawdę gorsza, wręcz trędowata.. to było straszne .. Wybrałam się jak zwykle na wizytę kontrolną do swojego ginekologa, wcześniej był na urlopie, więc teraz czekał na niego cały łańcuszek kobiet. Jedna z nich, siedząca obok mnie była wyraźnie załamana. Nie wiem czemu ale od razu do niej zagadałam.. Znalazłyśmy wspólną nić porozumienia, opowiedziała mi historię swojego życia.. tak bardzo pragnęła teraz mieć dziecko.. ale nie mogła, bo jako nastolatka zaszła w ciążę, rodzina się jej wyrzekła, przyjaciele zostawili, nie poradziła sobie z tym i niestety usunęła dziecko!! Wszyscy byli szczęśliwi, wszystko wróciło do normy .. ale nie dla niej .. czuła się jak morderca, który płaci najwyższą karę, nie mogąc już mieć dzieci. To wydarzenie naprawdę mną wstrząsnęło i postanowiłam, iż już nigdy nawet nie pomyślę, że mam się wstydzić swojej ciąży! Postanowiłam, że im wszystkim pokażę, będę dalej uczęszczać na studia i dam sobie radę!!! Nasłuchałam się przy okazji, że tylko się ośmieszę! Było ciężko, ale zaliczyłam 4 rok, całą sesję w pierwszym terminie. W lipcu urodziło się moje szczęście, rodzina wybaczyła mi moją „głupotę” i skakali z radości na widok małego Mateuszka. W szpitalu też przeżyłam traumatyczną sytuację. Leżała z nami na sali 16 letnia mama, zagubiona, zastraszona, nigdy nie przytuliła swojej córeczki, nawet jak ta płakała, nie potrafiła do niej wstać, ukochać i uspokoić.. Matki leżące razem z nami szeptały między sobą, widziałam, że dziewczynie było głupio, wstyd ją paraliżował. Ktoś powie, że 16 lat to już zdecydowanie za wcześnie na podjęcie takiej odpowiedzialności za inną osobę, może i tak, ale zamiast krytykować i wyśmiewać, postarajmy się wspierać taką dziewczynę, niech nie myśli, że jej dziecko to kara czy początek jej własnej klęski.
Opisuję tę historię, ponieważ tak bardzo mnie boli podejście niektórych ludzi.. wchodzenie z butami w czyjeś życie, bezwzględne ocenianie. A ja naprawdę jestem szczęśliwa, mam pięknego syna, kochanego męża, kończę studia. Dałam radę. Kochane młode mamy, nie wstydźcie się swoich brzuszków, cieszcie się, bo spotkało Was naprawdę coś najpiękniejszego, a ludzie zawsze będą gadać, taki już ten nasz naród jest... niedelikatny...
Pozdrawiam, mama Mateuszka
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Wierzę intuicji - temat z maila
Jak dobrze, że mogę wpaść tu na chwilę i poczytać ciekawe teksty. Jestem bardzo młodą mamuśką, nigdy wcześniej nie miałam kontaktu z takim maleństwem, jakim teraz jest mój synek. Bardzo się bałam, czytałam mnóstwo gazet itp. o karmieniu (tylko piersią!), pielęgnacji itd... ale starałam się myśleć pozytywnie, że dam sobie radę, że urodzę, wszystkiego się nauczę. Gdy tylko zobaczyłam małego, poczułam, że to jednak nie jest istota ze szkła, że nie muszę czuwać i sprawdzać w nocy, czy oddycha. Poczułam też, że nie podołam najważniejszemu zadaniu jakie stawia przede mną całe grono pediatrów, psychologów, rodziny - że karmienie piersią nie jest proste. Udało mi się jednak zacisnąć zęby (wszystko dla dobra pierworodnego, w imię jego inteligencji i odporności) i karmić piersią do 3 miesiąca, co było raczej zabawą i chwilą relaksu dla małej krzykliwej istoty, a momentem bólu dla mnie. I tak po takim "karmieniu" niezbędne było mleko modyfikowane dla Małego, a mało skuteczny krem na spękane brodawki - dla mnie. W końcu pokarm, którego nawału nigdy nie doświadczyłam, sam zaniknął. Nie zaprzeczę, że byłam z tego powodu zadowolona. Jak najbardziej właściwe przykładanie do piersi i szczere chęci nic nie dały, ale nie sądzę, żeby Mały miał z tego powodu jakieś problemy z nauką (bardziej z lenistwa). Bo już jako sześciomiesięczny, niezbyt filigranowy dżentelmen, jest niezłym leniem. Jak przewrócić się na brzuszek - to tylko z gołą pupą, siąść - owszem, ale jak mnie posadzisz (nie sadzam na siłę, Mały chce, żeby chwycić go za rączki i podnosi się sam). I choć jest trochę rozpieszczony, to nie czuję się "lewa" z tego powodu, że to moje pierwsze dziecko i że jestem młoda.
Inaczej jest z moją cudowną, znerwicowaną nieco teściową, która wychowawszy czwórkę własnych dzieci, zachowuje się jakby to był jej pierwszy kontakt z tak małym dzieckiem. Bo noworodka w foteliku to ona jeszcze nie widziała, przecież to za małe dziecko, fotelik z pewnością niewygodny, niebezpieczny (!!!). Czy te spodenki to mają lycrę... przecież może spaść z łóżka (czterotygodniowe dziecko, które rusza tylko rączkami). Myślałam, że wyjdę z siebie, gdy podczas karmienia podeszła i trzymała swój palec na MOJEJ piersi, przy nosku Małego, żeby się nie udusił!!! Że po chrzcinach to się dziecka nie kąpie (pierwszy raz coś takiego usłyszałam - ale wykąpałam), że uszko i woda - absolutnie nie! Dodam, że nie biorę lejka i nie leję Małemu wody do ucha, ale przy kąpaniu co nie co się zamoczy, ale zawsze potem wycieram dokładnie pieluszką i nie narażam na zimno. Do tej pory drżę, gdy mamy jechać do kochanej babci w odwiedziny. A woda morska do noska - musiałam na głos czytać jej ulotkę, że to dla niemowląt! Każdy członek rodziny wszystko wie wszystko o naszym dziecku. Że ząbek krzywo rośnie, że troszkę za gruby, że płacze (cóż, tak ma w obcym, do tego gwarnym miejscu), że to, siamto i tamto. Każda informacja, którą kochana mamusia na nasz temat uzyska, jest dokładnie filtrowana, przetłumaczona, utrwalona i przeniesiona na każdy inny grunt, z którym kochana mamusia ma styczność. A wszystko dlatego, bo przecież ja jestem taka młoda, na pewno popełniam wiele błędów, które też za plecami muszą być wytknięte i przedyskutowanie. Jestem matką, młodą, ale bardzo kocham swoje dziecko i nigdy krzywdy bym nie zrobiła, nie udusiłabym piersią... Czy to tak trudno starszemu człowiekowi zrozumieć, że my naprawdę nie chcemy mu robić na złość, nie chcemy też źle dla swoich dzieci - robimy wszystko najlepiej jak potrafimy, nie lecimy może od razu z rękami gdy płacze. Czasem czuję, że starsi ludzie nie traktują nas, młodych rodziców poważnie. Przecież jesteśmy tacy młodzi, co my możemy wiedzieć, ale co oni wiedzieli, gdy mieli pierwsze dziecko?? Czy te wszystkie kochane mamusie i ciocie były takimi supermatkami, gdy same miały 20 lat i płaczące wiecznie dziecko? I przede wszystkim, czy lubiły wysłuchiwać wtedy uwag na temat ich sposobu wychowywania? Chcę tylko szacunku, wiary w mój rozsądek, a przede wszystkim w intuicję - którą przecież wszystkie posiadamy. To dzięki niej nie bałam się wziąć Małego na ręce, to ona dyktuje nam, co powinnyśmy robić. Mały rośnie na mleku modyfikowanym jak na drożdżach. Uwielbia chlebek i jabłka. Ani razu nie miał nawet kataru, odpukać. Jak jest gorąco to nie ubieram mu wełnianej czapki i kombinezonu ("to Ty tak z nim wyjdziesz
na pole?"), i choć czuję urazę gdy słucham tych wszystkich komentarzy, to zaciskam zęby i robię swoje, tak jak czuję, jak uważam za słuszne i dobre dla małego. A on w nagrodę przesypia caluteńkie noce! (odpukać!!!)
Jesteście cudowne, niegrzeczne i grzeczne Mamuśki! Te młodsze i te starsze, mamy jedynaków i siedmiorga dzieci. Robicie wszystko najlepiej, jak potraficie, odpoczywacie - bo są momenty gdy dziecku trzeba włączyć Fakty i napić się kawy. Dać kawałek chleba i pogadać z koleżanką na skype. Nikt nie jest supermamą, superczłowiekiem, ale każda z nas jest najlepszą mamą dla swojego dziecka. Wierzcie, wasze dzieciątka nie mogły trafić lepiej!
Trzymajcie się!!!
Ragga
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
NAD- MAMA - temat z maila
Próbując sprostać niemałym wymaganiom i podreperować jakoś moje chyboczące się poczucie własnej wartości, zaczęłam szukać inspiracji, wskazówek, warsztatów, wszystkiego tego, co sprawi, że zamiast UPIORNIE ZMĘCZONEJ MATKI, pojawi się na chwilę, na krótko nawet, obraz MATKI SPEŁNIONEJ.
Niestety, poszukiwania jakiegokolwiek zajęcia dla rodzicielki osiemnastomiesięcznego dzikusa i Kopacza Brzusznego, który za jakiś czas przywita ten świat, okazały się porażką. Bo jak tu zająć się czymkolwiek, kiedy mamy do obrobienia siebie, stumetrowy lokal , męża, wspomnianego wcześniej nad podziw aktywnego półtoraroczniaka?
Nie wiem, jak Wy to robicie, drogie Mamy! Nie wiem, skąd macie czas na prowadzenie bloga, foto-bloga, zajmowanie się pichceniem wymyślnych dań, odbywaniem kursów, szkoleń i warsztatów...spotykaniem się z dziećmi i znajomymi w kawiarniach, pubach i na imprezach wszelkiego typu?
Skąd bierze się Wasza radość, co napędza Was do działania? Jak gospodarujecie czasem, skoro Wasze dzieci są najedzone, zadowolone, wybawione ,a Wy macie czas na obfotografowanie i obróbkę tego, co powyżej?
Jak to robicie, że Wasze relacje na blogach nie są nudne i nie zawsze temat, który poruszacie dotyczy tylko pieluch, zupek, kremów na odparzenia i wszystkich tych nudnych spraw, od których ja uciekłabym na koniec świata...albo i dalej?
Szukając rozwiązania nie raz podczytywałam historie innych matek, oglądałam ich uśmiechnięte buzie, chłonęłam wszystkie pasje. I wiecie co? Zazdrość mnie zżerała, że mając bliźnięta można wyrwać się na tygodniową podróż do Portugalii, nie zabierając ze sobą dzieci; da się robić bezpretensjonalne zdjęcia, wyszywać, gotować, malować , pisać wiersze albo zwyczajnie opowiadać o urokach tego, od czego ja staram się uciec- wszechogarniającego macierzyństwa...
Nie chcę się usprawiedliwiać, czy szukać w sobie wymówek, ale codziennie brakuje mi sił . Jest coś pokrzepiającego w tym, że nie jestem z tym wszystkim sama, że gdzieś w cybersieci siedzą równie sfrustrowane mamy. Tyle tylko, że wciąż wirtualne.
Drogie Panie- poradźcie, proszę, co ma zrobić kobieta w ciąży, z nadpobudliwym starszakiem, mieszkająca w obcym mieście, bez rodziców i rodzeństwa, którym co jakiś czas można na barki zwalić część kłopotu? Do tego bez pasji i wiary, że kiedyś będzie lepiej...
Kasia, mama Rocha
Wrocław
środa, 4 sierpnia 2010
Krótkie opowiadanie o Idealnej Mamie
* Bohaterowie opowiadania są fikcyjni. I są wśród nas. A także w każdym z nas.
piątek, 30 lipca 2010
Mama na obcasach
Może powinnam zacząć pisać w szpilach? A może przywitam w nich wypoczętą po wakacjach szarańczę, którą od września znów będę molestować gramatyką angielską?
czwartek, 22 lipca 2010
... - temat z maila
poniedziałek, 19 lipca 2010
Co dalej? - temat z maila
Chciałabym poruszyć temat, którego, moim zdaniem, nie ma jeszcze na blogu. Chodzi mi o pracę młodej mamy. Owszem są posty, które opowiadają jak to jest się tą złą i beznadziejną matką kiedy się pracuje, a dziecko wychowuje babcia lub niania.
Ja chciałam napisać o sobie, myślę że jest takich jak ja trochę. Poszłam na zwolnienie w 8 tyg ciąży, lekko nie było. Urodziłam jednak szczęśliwie Córeczkę. Teraz ma pół roku. A ja pytam się co dnia „Co dalej?”. Minął już prawie rok jak jestem w domu. Potrzebuje ludzi momentami bardziej niż powietrza. Siedzę z dzieckiem, za które oddałabym życie, ale potrzebuje pracy. Innego środowiska, odskoczni od codzienności w pieluchach, potrzebuje kasy po prostu też. Macierzyński się skończył, urlop zaległy wybrany i cóż pozostaje mi wychowawczy. Teoretycznie jestem zatrudniona w pewnej firmie. Tylko, że ja nie mam tak naprawdę gdzie wracać. ;( Firma nie nadaję się by tam pracować, nawet ktoś tak popsuty jak ja.
Szukam więc pracy. Idę na kilka rozmów o pracę. Oczywiście zawsze wystrojona jak trzeba, włosy ogarnięte. Niestety wszystkie te opowiastki jak to młode mamy są chętnie zatrudniane to bajka. To wymysł mediów. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Potencjalnemu pracodawcy włos się jeży na wiadomość że jesteś młodą matką. Nie chcą mnie nigdzie. Jestem mało dyspozycyjna, nie bardzo skora do wyjazdów. Do tego przecież należy mi się opieka ( dwa dni w roku, ale zawsze coś) no i nie daj boże żeby dziecko się rozchorowało to pójdzie na zwolnienie. I przecież nie może być 24 godziny w pracy. Nikt takiej mamy nie chce. Nie ma dla nas pracy i perspektyw na rozwój. Gnuśniejemy w domach. Lądujemy na wychowawczych bo nie mamy dokąd wracać, nie dostajemy od Państwa też nic. Bo dzięki Bogu dochód przekracza 500 zł na osobę w rodzinie i nie dostaniemy tych 400 zł zasiłku. Eh, szkoda gadać.
Więc nie jestem jeszcze gorszą matką bo jednak nie pracuję. Zostałam z dzieckiem. Mimo to nie mogę się oprzeć przed przeglądaniem ofert o pracę i wysyłaniem Cv. Moje dziecko nie jest łatwe w obsłudze, a instrukcji zapomnieli załączyć ;-) W domu mam bajzel a obiadem często się nie interesuję. Nie będę "Perfekcyjna", mam dość zajeżdżania się bo tak wypada. Kiedy ładna pogoda rzucam wszystko idę na spacer z Córką.
I co z tego, że w razie czego mam super opiekę do Córki. Głupia nie jestem, doświadczenia zawodowego trochę mam. Nie postawiłam w życiu na karierę a dopiero potem na rodzinę. Tylko dlaczego te co chcą mieć dzieci przed sukcesem zawodowym potem cierpią? Ostatnio słyszałam, że dla dzieci mama w domu to obciach. To chyba nowa moda, ale teraz wszystkim „bogatym gówniarzom” wydaje się, że jak mama w domu to tępa jest i nie potrafi pracy znaleźć. Nawet gdyby mój mąż zarabiał miliony potrzebowałabym jakiegoś etatu.
Mówią, że można pracować w domu. Ale jak? Biżuterii robić nie będę, zdolności lepienia z gliny też nie mam, innych talentów tego typu brak.
Nic pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że los się kiedyś nade mną zlituje i jakiś nienormalny szef mnie zatrudni. Tylko teraz wydaje mi się to tak realne jak wygrana w totolotka.
Pozdrawiam
Aska
środa, 14 lipca 2010
O okularach, tetrze i krowich plackach
poniedziałek, 12 lipca 2010
Cenna Rada - temat z maila
Wyobraźmy sobie pracę, w której spędzamy 24h na dobę. Nie przysługuje żaden urlop (nawet na żądanie), o chorobowym to można sobie pomarzyć, brak jakiejkolwiek przerwy na spokojne zjedzenie obiadu, rozmowy telefonicznej w ciszy, poszperaniu w internecie, a o siku to nawet wspomnę. W dzień można go udobruchać spacerem – jest szansa, że zaśnie i da nam czas na zrobienie szybkich zakupów i powrotem w te pędy do „biura” żeby zrobić niewyszukany obiad, ogarnąć chałupę itp. Do tego nasz SZEF permanentnie nawołuje kilkanaście razy w nocy i wrzeszczy ile sił w płucach i dzięki temu rano trzeba się ciut dłużej niż zazwyczaj doprowadzać do ludzkiego wyglądu coby np. męża przestać straszyć... I nie możesz zrobić z tym nic. Kompletnie nic. Nie ma nikogo, kto mógłby Ciebie zastąpić. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że w żaden sposób nie można złożyć wypowiedzenia... Fajna praca, co nie?:)
Ja pracuję na takim stanowisku od prawie 10 miesięcy. Nawet w najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie jak bardzo zmieni się moje życie po porodzie. I jak bardzo JA sama i MOJE POTRZEBY przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie. Nawet fakt, że chce mi się już tak sikać, że widzę na żółto ma niższy priorytet niż np. nagły atak głodu mojego niejadka...
Drogie Ciężarówki – jeśli macie taką możliwość to olejcie cały otaczający Was świat i poświęćcie ten czas tylko SOBIE! Nie na celebracji ciąży tylko SIEBIE. Wpadajcie do kina, oglądajcie seriale, czytajcie książki, trwońcie pieniądze na zabiegi kosmetyczne, pichćcie ulubione potrawy, wyskoczcie na spontaniczny weekend gdzieś tam, organizujcie szalone bibki dla znajomych, zapiszcie się na kursy o których zawsze marzyłyście ale zawsze stało coś na przeszkodzie. RÓBCIE COKOLWIEK!! Poświęćcie ten czas tylko sobie – to jest ostatni moment na wiele, wiele długich lat...
Po urodzeniu Heleny (nawet jeszcze teraz) w mojej głowie kołacze się jedna myśl: Dlaczego? Dlaczego wtedy, kiedy miałam OSTATNIĄ możliwość, żeby pomyśleć TYLKO o sobie, nie skorzystałam z niej?
Helasek
poniedziałek, 5 lipca 2010
z dzieckiem w kościele - temat z maila
Wybraliśmy naszą parafię blisko domu i mszę dla dzieci i wyruszyliśmy pełni zapału oraz pozytywnego nastawienia. Wchodząc do kościoła widziałam kilka wózków oraz małych dzieci, a więc nie spodziewałam się tego co się wydarzyło potem. Pomijam fakt, że już kiedy mój syn zaczął się wiercić w wózku, schodzić, wychodzić z niego, biegać, chodzić tam i tu czułam na sobie nieprzychylne spojrzenia osób w różnym wieku począwszy od osób w moim wieku, również z dziećmi (tylko spokojnymi :-o), a skończywszy na osobach starszych, które do kościołą przyszły same. Tylko jedna Pani ok. 50-tki uśmiechała się do mojego syna oraz do mnie.
A więc sytuacja rozwinęła się następująco. W czasie kazania podeszłam z moim synem przed ołtarz, gdyż tam wyszedł ksiądz i zawołał do siebie dzieci. Bardzo mu się tam spodobało, siadał sobie na schodkach przy ołtarzu itp., niestety dziecko jak to dziecko po skończonym kazaniu nadal chciało zostać przy ołtarzu, a nie wracać na swoje miejsce. Ja jako Niegrzeczna Mamuśka :-) oraz jeszcze jedna matka pozwoliłyśmy aby nasze dzieci kręciły się wokół ołtarza, za co:
a) tej drugiej matce jakaś starsza Pani zwróciła uwagę żeby zabrała stąd dziecko
b) a ja nagle słyszę głos księdza z ambony, żeby zabrać te dzieci z okolic ołtarza.
Nasze dzieci w ogóle nie hałasowały, nie płakały tylko po prostu były w ciągłym ruchu przy ołtarzu - tak naprawdę moje dziecko zaczęło płakać dopiero wtedy kiedy usiłowałam je zabrać spod tego ołtarza, wtedy dopiero naprawdę zaczęło przeszkadzać innym modlącym się. Ja chcąc uniknąć dalszego potoku łez i krzyku wyszłam z kościoła - i na tym skończyło się nasze uczestnictwo we mszy świętej. Na domiar złego na zewnątrz kościoła nie było głośnika, przez który można by było słuchać mszy.
Była to msza dla dzieci i osoby które przyszły bez dzieci powinny sobie z tego zdawać sprawę a ksiądz powinien na to uczulać ludzi. A z kolei ksiądz powinien sobie zdawać sprawę że dziecko jest tylko dzieckiem, jedno przesiedzi spokojnie w wózku całą mszę a inne nie - tak po prostu jest. Mam poczucie że my rodzice małych dzieci nie za bardzo mamy czego szukać w kościele jeżeli nasze dzieci nie zachowują się idealnie i zgodnie z zasadami - a przecież one dopiero uczą się tych zasad i odpowiedniego zachowania w kościele, sklepie, restauracji, urzędzie itd. Jeżeli z nim nie będę chodziła w te miejsca to przecież nie nauczy się odpowiedniego zachowania.
P.S. Byłam raz na mszy świętej dziecięcej u Dominikanów i nikt nie zwrócił mi uwagi że dziecko biega wokół ołtarza, a tym bardziej ksiądz. Moje dziecko było wtedy jeszcze mniejsze, miało około roku.
Peace
Dag
środa, 30 czerwca 2010
gdziekolwiek będziesz
niedziela, 27 czerwca 2010
Chick trip
Okulary przeciwsłoneczne raz? Są.
Aparat z naładowaną baterią raz? Jest.
Fundusz zakupowo-knajpiany? Nieograniczony za błogosławieństwem małżonka.
Za dwie godziny z kawałkiem powinnam się już przechadzać nad amsterdamskimi kanałami.
Zaraz, zaraz, krzyknie ktoś - przecież Filippo jeszcze śpi, jego tatuś również...
A niech śpią, przecież ze mną nie jadą! Za pięć minut powinny przyjechać kolezianki - na tę wyprawę wybierają się same jajniki.
Słońce, wyprzedaże plus muzeum Van Gogha minus dziecko - to będzie piękny dzień.
piątek, 25 czerwca 2010
czwartek, 24 czerwca 2010
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Łapać chwile...:) - temat z maila
co mi chodzi. Przypuszczam, że wiele z Was tak miało!
Jestem młodą mamą, mam dwójkę wspaniałych dzieciaczków (2,5 latka i miesiąc)! Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu, ale... no właśnie zawsze musi być jakieś ale... Każdy dzień jest podobny do poprzedniego, wszystko kręci się wokół dzieci, no bo w sumie jak mogło by być inaczej? Sami się sobą nie zajmą ;)
Ale czy życie musi stać się nagle nudne? Nie! Przecież pomimo tego, że narodziny dziecka wywracają nasze dotychczasowe życie do góry nogami, że wydaje nam się, że tak już musi być... Kobieta zamknięta w domu przy zupkach, kupkach i tego typu sprawach!!!! Czasem mamy ochotę rzucić to wszystko i po prostu wyjść!
Uświadomiłam sobie, że to wcale nie musi być dla nas udręka... Wystarczy, że w tym całym zawirowaniu znajdziemy coś dla siebie... Tak tak, pewnie myślicie sobie teraz, że gadam głupoty, bo ledwo starcza czasu na domowe obowiązki a tu pisze o czasie dla SIEBIE! Ale wiem co pisze, mam w końcu dwójkę dzieci, które pochłaniają ooooogromne ilości czasu, do tego pranie, sprzątanie, gotowanie (mieszkam sama bez teściów i rodziców)!
A jednak po czytaniu tych wszystkich wpisów na blogu doszłam do wniosku, że muszę zacząć działać... Zaczęłam od pisania tego posta, to już daje mi ogromną przyjemność, robię coś dla siebie, może nie jest to jakaś super rewolucja, ale mi naprawdę sprawia przyjemność!
Po całym dniu jestem padnięta, jest 24, a ja zamiast korzystać z okazji i iść spać... pisze... pisze... i pisze i jestem szczęśliwa! Moja radość na pewno udzieli się dzieciakom, bo zamiast matki, która lata zestresowana bo obiad nie gotowy... bo pranie nie wrzucone... bo któryś raz przebieram lub
Musimy wyjść z domu nawet jeśli to miałby być spacer na pół godziny koło domu... tylko nie zabierajmy dzieci! Niech nasze pociechy zostaną z tatusiem! To co, że oni nie myślą tak jak
my... na pewno nie pozwolą, aby dziecku stała się krzywda!!
Dlatego proszę, nie zamykajcie się w domu, a jeśli już to robicie to może właśnie w nim trzeba znaleźć coś co dotyczy tylko nas... mieć swój malutki świat!
To mój pierwszy wpis, mam nadzieje, że zda egzamin;)
pozdrawiam
Mysza ;)
sobota, 19 czerwca 2010
Matka domowa - leń, upośledzona? - temat z maila
Jestem zachwycona tą stroną, zachwycona głównie tym iż nie lansuje żadnego schematu bycia Mamą.
Zwłaszcza, że współczesne oczekiwania jakie się stawia Matkom to zbiór sprzeczności.
Jesteś w domu - cudownie, dziecko będzie miało fajne dzieciństwo, ale z drugiej strony "nic nie robisz - siedzisz w domu". Pracujesz - fajnie że realizujesz się zawodowo, ale z drugiej strony "zostawiasz takie maleństwo z nianią, ono Ciebie potrzebuje".
Mnie również nie ominęło kilka nieprzyjemnych sytuacji/komentarzy niestety głównie ze strony innych kobiet.
Tytułem wstępu: zaszłam w ciążę na ostatnim roku studiów, dziecko nieplanowane, ale pokochane od razu i oczekiwane z wielką radością.
W dziewiątym miesiącu obroniłam się i skończyłam dodatkowy kurs. W ciąży i przez ponad rok w domu, brałam zlecenia (rzadko i głównie dla satysfakcji zawodowej, nie finansowej), jednak moim etatem była praca w domu i zajmowanie się dzieckiem. Przez ten cudny czas, ważny zarówno dla dziecka jak i dla mnie miało miejsce kilka frustrujących sytuacji.
1. Matka Domowa - upośledzone zdolności poznawczo - prawne.
Dwa tygodnie przed porodem musimy wynająć inne mieszkanie. Zajmuję się tym ja, mąż pracuje i nie ma czasu. Pomijam szereg obejrzanych ruder, ogłoszeń "z dziećmi i psami dziękujemy" itp. W końcu udaje mi się znaleźć coś odpowiedniego. Od momentu podpisania umowy Pani z biura nieruchomości kontaktuje się wyłącznie z mężem. Na jego sugestie, by dzwoniła do mnie, bo on nie ma czasu, nie ma przy sobie papierów, które są w domu itp. proponuje, że zadzwoni do niego później. Jeśli mogła przekazać coś wyłącznie jemu, było w porządku. W momencie, w którym przychodziła, a mąż jeszcze nie wrócił z pracy, dzielnie czekała choć zapewniałam że wszystko mu przekażę. Pani najwyraźniej uznała, że wraz z urodzeniem dziecka straciłam poznawcze moce i nie rozumiem co jest napisane na rachunku za czynsz, a poza tym skoro z męża wypłaty będzie on płacony to najwyraźniej nie jestem godna potrzymać go w ręku.
Sytuacja powtórzyła się w momencie kupowania mieszkania, inne biuro, inna kobieta, podejście to samo. Do absurdu doszło w dzień podpisywania końcowej umowy. Mąż zjawił się wcześniej:
Pani: O jak dobrze że Pan jest, to możemy zaczynać.
Mąż: Chciałbym poczekać na żonę.
Pani: Ale po co?
Mąż: Chociażby dlatego, że ona wiezie wszystkie dokumenty.
Pani: To nieważne, najważniejsze że Pan już przyjechał.
2. Matka Domowa - leń bez ambicji.
Z trzymiesięcznym Dzieciem na spacerze spotykam młodszą koleżankę ze studiów. Jakieś tam ble, ble, urodziłaś, obroniłaś się, w końcu pada pytanie.
Koleżanka: A co w ogóle robisz?
Ja (w myślach yyyyy nie widać?): Zajmuję się dzieckiem.
Koleżanka (zszokowana): Ale nie robisz Nic zawodowo!?
Sylwester, Mąż zostaje z Dzieciem w domu, ja idę się pobawić ze znajomymi ze studiów, niektórych nie widziałam już od dłuższego czasu. Bawię się świetnie jest miło, ktoś pyta?
Ktoś: Czy żyjecie z tego co lubicie robić?
Cóż, ludzie 1,5 roku po studiach, pierwsza praca nie zawsze jest tą wymarzoną, większość smutnie zaprzecza.
Ja (wesoło): Zajmuję się domem, żyję z pensji męża i bardzo go lubię.
Ogólna radość.
Koleżanka: No tak. Dopóki mu się nie znudzi i nie powie: do roboty leniu.
Nie chcę psuć atmosfery, nie komentuję. Przypominają mi się te wszystkie leniwe poranki z Dzieciem zaczynające się o 5 - 6 nad ranem i te leniwe dni spędzone na praniu, prasowaniu, gotowaniu i przebieraniu kup.
Epilog: Od trzech miesięcy pracuję na etat. Lubię moją pracę choć nie jest to wymarzone zajęcie, traktuję ją jako wstęp do czegoś poważniejszego. Podoba mi się, choć prawie całą pensję oddaję Niani i czasem jej zazdroszczę spacerów z Dzieciem. Ale wiem, że jeśli przestanę się w niej rozwijać, bez żalu ją zostawię by zostać Etatową Mamą Domową bez względu na to, że mogę być postrzegana jako nieambitna kwoka domowa.
Pozdrawiam serdecznie wszystkie Pracujące i Niepracujące Mamy. I życzę dużo odporności na opinie innych.
J.
środa, 16 czerwca 2010
Jak być lepszą matką? - temat z maila
Drugie zdarzenie- nasz ukochany pies wpadł pod samochód, moja mama zaczęła chorować, ja zaszłam w ciąże. Cały okres ciąży to był wieczny stres. Bałam się każdej wizyty, bałam się usłyszeć po raz kolejny, ze serduszko nie bije... Jakby tego było mało, to mój mąż tak pokłócił się z moim ojcem, że się pobili. Musieliśmy się szybko wyprowadzać i w ostatnich miesiącach ciąży myśleć co dalej....... W 8 miesiącu mój ojciec zgodził się, byśmy się wprowadzili, ale na jego warunkach. Mieliśmy co prawda osobne wejście osobną kuchnię, ale warunki i tak były sztywno ustalone.
Ponieważ panicznie bałam się czy dojadę do szpitala na czas ustaliłyśmy z moją lekarką, że przyjmie mnie do szpitala 3 dni przed terminem porodu. Leżałam tydzień, po czym wywołano poród...Poród to był koszmar- mimo, iż już na samy początku jeden z lekarzy powiedział mi, że nie wie czy uda mi się urodzić naturalnie w związku z moim niskim sklepieniem, to rodziłam blisko 12 godzin. Na maxa wykorzystano czas skurczów partych. Mogą trwać godzinę i też tak do oporu czekano... W końcu zrobili mi cięcie... Kiedy wyjęli mi z brzucha tego małego człowieka nie poczułam tej magii o której pisali. Poczułam się winna....Winna poczułam się, kiedy okazało się, że nie mogę karmić piersią, kiedy synek zaczął mieć kolki i płakał całymi dniami i nocami.....
Miesiąc po narodzinach synka zmarła moja mama- tego było już za wiele. Choć miałam męża , tatę, czułam się i czuje nadal bardzo samotna w wychowywaniu dziecka...Czuje się samotna, mam depresje, lęki, że nie podołam. Synek ma pół roku. Ciągle łapie jakieś przeziębienia, teraz ząbkuje i płacze, a ja nie mogę mu pomóc. Kocham go nad życie, chcę mu dać wszystko, ale kiedy kolejny raz zaczyna płakać czuje się winna, że nie robię wszystkiego tak jak powinnam, że gdybym robiła wszystko jak trzeba dziecko byłoby spokojne.To trudne, ale nie wyobrażam sobie życia bez synka, ale i ciężko żyć mi razem z nim.... Kocham go bardziej niż kogokolwiek, a jednocześnie wkurza mnie swoim marudzeniem, płakaniem.... jestem złą matką, egoistką, która chciałaby mieć święty spokój .......
L.
Propozycja udziału w cyklu oFeminin.pl - temat z maila
Proszę o odpowiedź i liczę na współpracę:)
Pozdrawiam,
Gabriela Rapiej
redaktor ofeminin.pl
889452665, 022 2320024
środa, 9 czerwca 2010
KIEDY DRUGIE? - Nigdy!!!
A ze bedzie drugie (cioteczne;) ) zebralam sie by skrobnac pare zdan.
Wielokrotnie slyszalam pytania: "Kiedy drugie?", "Po co czekasz?" "Chcesz wypasc z rytmu pieluch?"
W zasadzie juz od czasu kiedy Ola skonczyla jakies 6 miesiecy mnostwo osob zalewalo mnie zlotymi radami na temat powiekszenia rodziny. I ja osoba badz co badz juz zdystansowana do tego typu porad, osoba ktora wie czego chce - znow zaczelam sie miotac. Moze rzeczywiscie, moze powinnam, bo przeciez chyba nie chce by Ola byla jedynaczka, bo przeciez sama mam siostre i wiem jak fajnie jest moc miec w kims tak bliskim oparcie (przemilcze fakt, iz przez lata tzw "dojrzewania" bylysmy zupelnie obcymi sobie osobami), bo moze pozniej bedzie trudniej, albo ze dzieci sie nie dogadaja itp...
NAGLE cos mnie olsnilo... Ale czy drugie dziecko to jest WLASNIE to czego ja chce?
I myslcie sobie o mnie co chcecie, ale ja naprawde nie chce drugiego dziecka. Nie teraz, nie za rok, nie za dwa...nie wiem, moze dojrzeje, moze sie zmienie. Teraz wiem ze nie chce.
Kocham Ole nad zycie, daje jej siebie w 120% kazdego dnia, robie wszystko by byla szczesliwa, by jak najczesciej sie usmiechala i by czas spedzany z nia byl najlepszym dla nas obu :)
Z wlasnej nieprzymuszonej woli zrezygnowalam z pracy, by moc byc z Ola. Jest nam ciezko pod wieloma wzgledami. Zycie z jednej pensji jest beznadziejne, przynajmniej w naszym przypadku. Wymaga od nas wielu wyrzeczeń, pewnych poswiecen. Bo wakacje w Dubaju, narty w Alpach czy szalone weekendy w Paryzu, Sztokholmie czy Londynie musza zostac skanselowane. Bo zdjecia samolotow w Nowym Jorku czy Moskwie, tez w tym roku nie wypala. Ba nawet nasze knajpowe zycie ostatnio mocno wyhamowalo.
Ale nie zamienilabym za nic w swiecie czasu spedzanego z Ola na wakacje na Karaibach - Nigdy. Chcemy dla Oli jak najlepiej, zamiast na drogi zabieg kosmetyczny - wole wydac pieniadze na kurs bobomigow, basen czy inna forme rozrywki dla Oli. Zamiast toreb z ciuchami dla siebie, wychodze zawsze z ubraniami dla Oli. Nawet w spozywczym zmienilam kierunek "zwiedzania" i zamiast szbkiego kupowania najpotrzebniejszych produktow do domu zastanawiam sie czy kupic kasze z amarantusa, przekaske gryczana czy moze jogurt sojowy. Nawet gotowac sie musialam i chcialam nauczyc. Kiedys zjadlam salatke w fabrykowej stolowce, popilam zimnym latte ktore stalo pol dnia na biurku a wracajac do domu zamowilam sushi z dostawa by nie marnowac czasu, ktorego wracjac o 20:00 duzo nie zostaje. Teraz gotuje owsianke, klopsiki drobiowe, rybe na parze itp. Zreszta kazda mama siedzaca w domu z dzieckiem, wie o czym mowie.
Ale by wrocic do tematu, dodam, ze to wszystko uswiadamia mnie, ze jednak przy drugim dziecku nie moglabym tak funkcjonowac niestety. I wcale nie dlatego ze bym nie chciala, ale niestety wzgledy finansowe usilnie wypychaja mnie do pracy, bo wlasnie te same wzgledy finansowe, pewnie nie pozwolilyby nam na obdarowywanie kolejnej Malej istotki nowymi ubrankami, zabawkami, moze nie byloby nas stac na zajecia, na ktore chodzimy z Ola. Nie mialabym tez tyle czasu by wszystko moc ogarnac przynajmniej tak jak teraz. A jeszcze wizja mieszkania "pod" Warszawa, czyli dwugodzinne korki i powrot Taty po 21 do domu dobily by mnie strasznie. Nie wiem nawet czy potrafilabym z takim zaangazowaniem kochac drugie dziecko.
Czy to egoizm? Nie wiem. Byc moze.
Ale czy to naprawde cos zlego, ze chce sie w 100% byc dobrym rodzicem i w 100% moc zapewnic dziecku to co najlepsze?
Byc moze to glupie ale ja naprawde nie wiem nawet czy bylabym w stanie dac TYLE MILOSCI drugiemu dziecku ile daje Oli.
O przechodzeniu depresji poporodowej drugi raz nie chce nawet wspominac.
Fakt, dzieci ktore maja rodzenstwo rozwijaja sie inaczej, moze lepiej, ale... coz najwyzej bede miala rozpieszczona jedynaczke ;)
Cioteczne to tez rodzenstwo :)





