niegrzecznemamuski.blogspot.com

piątek, 29 października 2010

... i nie opuści cię aż do śmierci...

16 komentarze
- Jestem w ciąży! - usłyszałam w słuchawce i z radości aż pisnęłam - Boję się o tym mówić. Boję się, że coś się stanie.

- Aaa! To normalne. Od teraz zawsze będzie ci towarzyszyć to uczucie. - walnęłam jak ostatni głupek, trochę zbyt niedelikatnie.

Ale przecież lęk o dziecko jest zupełnie naturalny. Boimy się, czy poród przebiegnie bez komplikacji. Czy przypadkiem nie straciło oddechu podczas snu. Że się zakrztusi, przeziębi, przewróci niefortunnie i nabije sobie wielką śliwę, albo co gorsze, złamie nogę. 

Później przyjdzie czas na lęki z serii - czy ma przyjaciół, czy nie czuje się odrzucony, czy zaliczy semestr, czy nie wpadnie w tarapaty, czy wybierze właściwy zawód, który da mu satysfakcję i zadowolenie z wykonywanej pracy. Czy nie wejdzie w trudny związek, a może z nikim się nie zwiąże i będzie samotny. 

W międzyczasie boimy się, czy nasze lęki nie zatrują życia dziecku, czy nie zamkniemy go w złotej klatce przywiązując kryształową kulę do nogi. 

I można tak w kółko. Tylko czy macierzyństwo bez lęku byłoby czymkolwiek więcej niż zwykłą relacją międzyludzką?

czwartek, 28 października 2010

"Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko" - czy aby napewno?? - temat z maila

17 komentarze
Witam,

Chciałam podzielić się z Wami moją refleksją na temat tego, jakże często wykorzystywanego powiedzonka. Kwestia ta zastanawiała mnie jeszcze na długo przed tym jak sama zostałam mamą (mam siedmiomiesięcznego Synka). Od bardzo dawna odnoszę nieodparte wrażenie, że stwierdzenie to bardzo często wykorzystywane jest przez matki do usprawiedliwienia swojego
chronicznego braku czasu dla dziecka lub chęci zajęcia się swoją Latoroślą. Teraz pewnie wiele z Was się obruszy, więc już spieszę z wyjaśnieniami.

Zgadzam się w 100%, że kobieta zaniedbana i sfrustrowana przenosi swój zły nastrój na dziecko. Nie obdarza Go również taką uwagą jak powinna. Ja też muszę/chcę od czasu do czasu naładować akumulatory. Zostawiam wtedy moje Słonko z jego tatą (nawet na parę godzin), a sama idę np. do kosmetyczki, koleżanki czy rzucam się w wir zakupów. I nie ma w tym nic złego - wręcz przeciwnie - uważam, że nie należy za bardzo uzależniać ani siebie od dziecka ani Szkraba od nas. Nie widzę też nic złego w powrocie do pracy (sama zostanę w domu jeszcze tylko przez 3 miesiące). Mam na myśli zupełnie o coś innego - traktowanie dziecka jak przeszkody. Najlepiej będzie jak pokażę to na przykładach z mojego otoczenia.

1. 3-letni Synek mojej koleżanki ma grypę. Zbiegło się to w czasie z naszym wspólnym wyjazdem na kilkudniową zagraniczną delegację. Cóż, sprawa zaplanowana dosyć dawno, dziecko zostaje pod opieką swojego ojca, więc jedziemy. Gdy lądujemy z powrotem w Polsce, ja nie marzę o niczym innym jak tylko o powrocie do domu, do męża (w drodze z lotniska nie było korków, więc jesteśmy w domu wcześniej niż zakładałyśmy - zrobię mu niespodziankę). A co robi moja koleżanka?? Zamiast do domu, do dziecka jedzie do pracy, żeby zobaczyć co słychać i zostaje tam do...19!!!!!

2. W kilkuosobowym zespole opracowujemy ważny projekt. To zadanie wymaga od nas wielkiego zaangażowania i przedłużonych godzin pracy. Udział w zespole jest proponowany przez kierownictwo. Nasz przełożony to osoba bardzo wyrozumiała, więc z oczywistych względów nie proponuje tej pracy dziewczynie mającej ośmiomiesięczne dziecko. Ta jest oburzona i zgłasza
się do projektu na ochotnika... Zaznaczam, że takich "akcji" już troszkę było i dziewczyna miała już szansę się wykazać.

3. Mamy zaplanowane serie szkoleń z zakresu naszej pracy prowadzone przez firmę zewnętrzną. Osoby z tej firmy mogą nas szkolić tylko w czwartki (w godzinach naszej pracy) bądź w soboty. Oczywiście prawie wszyscy jesteśmy za czwartkami. Wyjątek stanowią 2 osoby, które chcą się
spotykać w soboty. Jedną z nich jest matka małej dziewczynki...

Przykłady mogłabym mnożyć. Wszystkie te dziewczyny twierdzą, że "nie liczy się ilość, ale jakość czasu spędzona z dzieckiem". I oczywiście poniekąd jest to racja. Ale tylko poniekąd. Ja nie potrafię zrozumieć przejawów "nadgorliwości". Pomimo, iż sama jestem osobą ambitną, mam za
sobą kilka awansów, to teraz dziecko jest bardzo ważne! I na pewno nie będzie mnie tam gdzie nie będę niezbędna, na delegację nie zgodzę się jeszcze przez jakiś czas, gdy dziecko będzie chore to będę robić swoje i w te pędy wracać do niego. Wcale nie trzeba popadać w skrajności. W
macierzyństwie, jak w całym życiu, potrzebny jest zdrowy rozsądek i równowaga.

pozdrawiam wszystkie Mamy,

mama Robaka

niedziela, 24 października 2010

Adopcyjna niegrzeczna mamuśka ;) - temat z maila

12 komentarze
Od kilku tygodni wiem o Waszym istnieniu i bardzo chętnie zaglądam na stronkę.

Jestem mama dwóch skarbów. Dzieci nie urodziłam sama, ale są moje, moje i tylko moje (no i męża ;)) Wyczekane, wymarzone, kochane, najpiękniejsze, najsłodsze, naj... Ale mam to samo co Wy... (choć w mniemaniu niektórych ludzi nie powinnam tak mieć, bo przecież decyzja o dziecku była tak przemyślana, że bardziej się nie da) ;))
Nawet nie wiecie jak zrobiło mi się lżej na sercu, jak poczytałam Wasze wypowiedzi, że macie czasem dość, że jesteście zmęczone, że nie macie czasu na swoje przyjemności itp, itd... Ale chodzi mi o to, że mnie nigdy nie wypadało narzekać, bo przecież - jak kiedyś usłyszałam po jakimś tam moim marudzeniu, że jestem zmęczona - że ..."po co brałam dzieci, jak teraz narzekam".
Ale teraz już wiem, że mam prawo czasem mieć wszystkiego dosyć (łącznie z dziećmi ).

A tak chwaląc się już moimi skarbami to mają teraz 7 i 3 latka, ale każde z nich trafiło do nas gdy mieli kilka tygodni i czasem leżąc wieczorem i myśląc o życiu muszę sobie przypominać, że są adoptowane, bo na co dzień są po prostu NASZE ( choć wiedzą, że nie ja ich urodziłam )

Pozdrawiam wszystkie mamy ;)

aiw11

piątek, 22 października 2010

(NIE)kazda matka wykarmi - temat z maila

17 komentarze

Kochane niegrzeczne mamuśki

Z całego serca dziękuje wam za posty o terrorze laktacyjnym I historie, ze nie każda matka wykarmi swoje dziecko. Poryczałam się jak bóbr. Mój synal ma już ponad rok, oczywiście jak większość byłam zdecydowana na karmienie piersią, butelkę miałam jakaś tam na wszelki wypadek.

Pierwsze przystawienie do piersi tuz po prawie 24godzinnym porodzie i szok!!! To boli! To jest nieprzyjemne, czuje dreszcze na całym ciele i mam gęsia skorka. Dziecko nie ma zębów, ale dziąsła twarde jakby było ich co najmniej po sześć z każdej strony.

Teoretycznie położna pokazuje i jak przystawiać, teoretycznie wszystko gra i jest w porządku i przystawiamy się super, mleka jest dużo (?), a synal super ciągnie. Co z tego jeśli mnie boli dalej, piersi mam poharatane, krwawiące, a przy każdym karmieniu dreszcze z bólu i dreszcze na sama myśl o kolejnym karmieniu za dwie trzy godziny. Czuje się chora, płacze z bólu, frustracji i bezsilności. Dziecko pluje krwią po karmieniu.

Mój mąż nie wytrzymuje, pewnej nocy o godz 24 jedzie do Tesco po butelki, mleko modyfikowane i kapturki na piersi.

Kapturki nieco pomagają, już tak nie boli, piersi się goja.

"I co z tego" powtarza się po raz kolejny. Dziecko jest karmione przez ok 45 minut za każdym razem, co około 3 godziny. "To niemożliwe żeby tyle ciągnął, dziecko najada się w 10 minut" wyrokuje moja przyjaciółka. Ja oglądam po kolei cala serie Twin Peaks, Przystanek Alaska, Ally McBeal itd...... pól dnia schodzi mi na karmienie, a z każdą wizytą i ważeniem synal jest na coraz niższym centylu.

W końcu jak w 8 tygodniu z centyla 50 w dniu urodzenia dobijamy do 3, buntuje się i mowie ze coś jest nie tak i co to tu kurde chodzi?! Mam dokarmiać sztucznie. Po każdym jedzeniu dostaje butle, wypija dodatkowo około 120ml (!!!!!). w końcu nie płacze w każdej minucie w jakiej nie śpi, zaczyna przybierać na wadze, w rekordowym tygodniu 440g!!! W kilka tygodni wracamy na centyl 50 - 75 i tak jest do dzisiaj. Dziecko szybko odmawia cyca, butelka się wreszcie najada.

Ja rzygam teoriami na temat jakie to „niezbędne, absolutnie konieczne do rozwoju i szczęśliwego dzieciństwa” jest karmienie piersią i, że „każda matka swoje dziecko wykarmi”. To najgłupsze frazesy jakie słyszałam.

Długo miałam wyrzuty sumienia, ze nie dałam rady, ze nie będzie tej bliskości, ze na pewno będzie alergikiem, astmatykiem i chorował co 5 minut.

Dziś ma 14 miesięcy, raz było zapalenie oskrzeli w wieku 13 miesięcy i 4 dni antybiotyku – moim zdaniem ze zbagatelizowanego i niedoleczonego kataru (usłyszeliśmy ze to wirus i sam przejdzie) .

Dziękuję wam za te posty, bo wciąż jeszcze potrzeba mi wsparcia, ze jestem normalna matka a mojemu dziecku nie wyrządziłam nieodwracalnej krzywdy, bo nie karmiłam piersią.

Ciesze się ze nie doszło do sytuacji, o jakiej piszecie w swoim poście „każda matka wykarmi swoje dziecko”, ciesze się, ze zaprotestowałam wcześniej.

Pozdrawiam

Iza

wtorek, 19 października 2010

Złamane serce matki - temat z maila

17 komentarze

Koszmarny tydzień zaczął się ohydnym poniedziałkiem , trwał fatalnym wtorkiem, żeby osiągnąć apogeum jako odrażająca środa, która jest odrażająca z założenia, jako że nastąpi jutro. Dlaczego ? Nie mam gdzie posłać dziecka . Wypowiedziano mi umowę w przedszkolu z natychmiastową klauzulą wykonalności . Kazano zabierać swoje rzeczy (kapcie, dziecko, skarpetki, rzeczy na zmianę). Kazano się wynosić, cyt. ''proszę się wynosić z mojego terenu i zabierać swojego dzieciaka'', (mojemu synkowi i mi) podczas, gdy on stał z boku i słuchał, a jest poniekąd dość wrażliwym czteroletnim chłopczykiem.

Pani Agnieszka, dyrektorka przedszkola, 1,50 cm urosła zapewne w swoich oczach takim zachowaniem . Tak się kończą rozmowy rodziców z nauczycielami. Cierpią dzieci.

Wrotek jest dość kreatywnym dzieciakiem, umówmy się - trudnym, ponad przeciętnie inteligentnym bachorem. Praca wychowawcza nad nim jest trudna, gdyż azali moje dziecię jest bytem dominującym. Najbardziej smuci go fakt, że nie ma władzy nad światem, panią w przedszkolu, mamą w domu, panią na ''kulkach ''. Jest dobrym negocjatorem i zjada przedszkolanki na śniadanie . Klasycznie współczuje słabszym, ma w sobie wysokogatunkowy zalążek kultury osobistej.

I teraz ja się pytam, jak u diabła babiszon ''peda-gog '' może deprymować moje dziecko tylko dlatego, że nienawidzi jego matki od pierwszego wejrzenia. I to z nią ma zatarg, nie z dzieckiem. Jak może obniżać poczucie własnej wartości małego chłopca, który po całej sytuacji płacze przez tydzień i nie rozumie, że nie pójdzie do (fikcyjna nazwa ''ślimaczków'') jak co dzień się bawić. Wrotek budzi się w kilka razy w nocy i pyta dlaczego kazali mu wyjść, skoro najpierw pozwolili mu się bawić zabawkami, a potem nagle w atmosferze totalnej psychozy wywalili. No nie pyta ''tak'', ale taki jest sens ogólny. A ja całuję jego idealne bose stopy, śmierdzące od dreptania i nie wiem co mu odpowiedzieć.

Swoją droga nie wiecie czy anty reklama tej pożal się Boże placówki przedszkolnej jest legalna? Czy uważacie że trzeba ostrzegać inne kobiety przed konkretnym przedszkolem? Czy siedzieć cicho, nie jątrzyć i przełknąć gorzką pigułkę?


Złamane serce matki .


Ps. zaznaczam, że chodzi o małe przedszkole prywatne i kwintesencją konfliktu jest to, że rozmawiałam z mamą innego dziecka, która poinformowała mnie, że jej córa wracała do domu z przedszkola poobijana. I istniało ryzyko, że przedszkolanki nie pilnują dzieci, więc grzecznie poszłam to wyjaśnić z Panią A., której odwaliło w wyżej wymieniony sposób i uznała to jako obrazę godności przedszkola i jego dobrego wizerunku. Pomówiła mnie i mamę tej dziewczynki o spisek mający na celu zniszczenie reputacji przedszkola. Opisana sytuacja miała miejsce o 7:15 rano, tuż przed moim wyjściem do pracy.

czwartek, 14 października 2010

O tym co każdy rodzic wiedzieć powinien

11 komentarze
Wczoraj na swoim blogu pisałam o tym, że mój synek zadławił się kawałkiem nektarynki. Niestety, nie był to pierwszy raz, co napawa mnie obawą, że nie ostatni. :/

Mam szansę świętować drugie, trzecie i kolejne urodziny mojego dziecka, bo już przed jego przyjściem na świat przeczytałam dokładnie w książce o rozwoju rozdział o pierwszej pomocy niemowlętom i dzieciom w nagłych wypadkach.

Jeśli nie omawiałyście tego z położną w szkole rodzenia, nie byłyście na kursie pierwszej pomocy ani nie znacie schematu postępowania w przypadku zakrztuszenia, zajrzyjcie tu:
Pierwsza pomoc przy zakrztuszeniu - niemowlę
Pierwsza pomoc przy zakrztuszeniu - dziecko powyżej pierwszego roku życia

Nikomu nie życzę, żeby musiał z tej wiedzy korzystać, ale te informacje mogą uratować życie Waszego dziecka albo jakiegokolwiek innego, które w Waszej obecności będzie potrzebować pomocy.

I nie łudźcie się, że możecie ustrzec swoje dziecko przed każdym wypadkiem. Mój synek zadławił się kawałkiem jedzenia, które dostał z mojej ręki, kiedy ja byłam nie dalej niż trzydzieści centymetrów od niego.

środa, 6 października 2010

Znieczulica masowa

57 komentarze
Tekst z mojego bloga z 4 października. Za namową ECH i tutaj.

***

Jestem przerażona tym jak ludzie są bezduszni.

Stałam dziś w okolicach 17.30 w kolejce w markecie.
Kolejka duża, przy każdej kasie taka sama.
Kas uprzywilejowanych brak. Nie żeby były zamknięte. Ich po prostu nie ma.

Stoję jako powiedzmy 8 w kolejce. Z Kubą w wózku. Przede mną osoby albo bardzo młode (18l) albo Panie około 40. Za mną chłopak w okolicach 30 przegląda płyty (kolejka sięgała półek z płytami).

Idzie matka z dzieckiem na oko miesięcznym w gondoli.
Staje na końcu kolejki.
Czekam minutę aż ktoś (ktokolwiek!!!) ustąpi jej miejca.

Najzwyczajniej w świecie nie przyszło mi do głowy że mając 18 lat można nie pomyśleć o tym że może możnaby cholera przepuścić kobietę z dzieckiem która ma w koszyku na boga 5 produktów!! No dobrze, może oni, ci 18-latkowie nie wiedzą nic o macierzyństwie. Ale Panie koło 40 rozmawiające przez telefon ze swoim wnuczkiem (akurat się złożyło) ?? Nie, nikt sie nie odezwał.
Każdy jakoś nie zauważał bardzo widocznie wlepiając wzrok w jakiś punkt, najczęściej podłogę.
Pani było głupio.
Widać było.
Bardzo.

Na moją propozycję żeby przeszła na początek kolejki odpowiedziała że nikt jej tam nie przepuści. Że jak ona była w ciąży to przepuszczała małe dzieci ale ludzie niestety nie potrafią. Na moją prośbę przepuszczenia przede mnie broniła się że mała nie płacze. I co z tego!!??!! W końcu musiałam jej właściwie uprzejmie rozkazać żeby przede mnie weszłą bo ja przepraszam nie byłabym w stanie w lustro spojrzeć gdyby nie przeszła. Kiedy ja ją przepuściłam chłopak za mną zrobił głęboko urażoną minę, natomiast dwie panie przede mną nagle zauważyły małe dziecko i poprosiły żeby przeszła przed nie. Czyli że jeszcze 6 osób przed nią. Za 5 minut (tak, pani wolno skanowała produkty) kolejna Pani bardzo widocznie przestała udawać że nie widzi. W ciągu tych 5 minut Pani z małym dzieckiem pogawędziła sobie z dwiema Paniami przede mną o tym że kolejka wolno idzie i brak kas dla dzieci. Potem okazało się jakoś dziwnie że dwie kolejne osoby przepuściły Panią z małym dzieckiem i udało się jej wyjść zanim dziecko zażądało natychmiastowego karmienia.

Czemu tak ciężko powiedzieć te parę słów. Czemu ludzie reagują dopiero kiedy dziecko już płacze. Czy nie lepiej to zrobić ZANIM zacznie płakać? Czy nie lepiej okazać trochę serca? Nie chce współczucia. Nie chcę zrozumienia. Nie chcę cholera jasna padania na kolana przed matki z małymi dziećmi i modlenia się do nich. To tylko cholerna kolejka w sklepie. I naprawde te matki potem śpieszą się żeby ci którzy je przepuścili nie zauważyli nawet że ktoś przed nimi stanął.

piątek, 1 października 2010

Newsweek - Francuska miłość

28 komentarze
W komentarzach pod poprzednim postem lenn zalinkowała ciekawy artykuł z Newsweeka o podejściu do wychowania dzieci we Francji. Co o tym myślicie?

Im częściej okazujemy dzieciom pobłażliwość i czułość, tym gorzej dla nich. Przynajmniej tak uważa wielu Francuzów.

W pogodne popołudnie jadłam obiad w eleganckiej restauracji na francuskim wybrzeżu Atlantyku. Białe obrusy, przystojni kelnerzy, w menu głównie owoce morza. Przy stoliku obok siedziała para z dzieckiem, około 2,5-letnią dziewczynką. Dziecko nie tylko nie korzystało ze specjalnego krzesełka dla maluchów, lecz także uczestniczyło w ciągnącej się przez prawie dwie godziny uczcie. Dziewczynka nie radziła sobie jedynie z krojeniem półkrwistego steku. Resztę obiadu zjadła samodzielnie. Żadnego marudzenia, rzucania frytkami w innych gości czy prób włożenia lalki Barbie do akwarium z homarami.

We Francji dobre maniery nie tylko przy stole to u przedszkolaków norma. Cudzoziemcy często się śmieją, że małych Francuzów widać, ale nie słychać (chyba że na placu zabaw, gdzie rodzice pozwalają pociechom się wyszaleć). Mało kto tam uznaje – inaczej niż w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy także w Polsce – że dzieci muszą odkrywać świat po swojemu i na przykład jeść rękoma, sprawdzając przy okazji, czy spaghetti dobrze przykleja się do stołu. Podstawą tradycyjnego francuskiego wychowania jest tzw. zimny wychów. I to być może jeden z najważniejszych powodów, dla których rodzi się tam najwięcej dzieci w Europie.

W pupę albo w twarz

W okolicach Ogrodu Luksemburskiego, ulubionego miejsca spacerów paryżan, widziałam matki albo opiekunki dające klapsy albo policzkujące niesforne szkraby. Nikt wokół się nie oburza ani nie protestuje. W dzielnicy Montmartre na stromych schodach prowadzących do bazyliki Sacré Coeur można zobaczyć dorosłych idących przodem, a za nimi gramolące się z trudem dwulatki, którym rodzicielka w ogóle nie pomaga, jedynie od czasu do czasu pokrzykuje: „Dépêche-toi‎!” – pospiesz się.

Wielu Francuzów uważa, że oschłe traktowanie i utrzymywanie dyscypliny to najlepszy sposób okazania dziecku miłości, a nawet rodzaj cywilizacyjnej misji. – Niestety, wraz z ekspansją społeczeństwa konsumpcyjnego ta tradycja znika. Dzieci – jak w innych krajach – stają się królewiątkami, wokół których kręci się życie rodziców. Kiedyś dzieci wiedziały, że nie można mieć wszystkiego; dziś uważają, że do wszystkiego mają prawo, i to natychmiast – mówi w rozmowie z „Newsweekiem” dr Aldo Naouri, pediatra i psycholog, którego książki o wychowaniu są nad Loarą bestsellerami. Jego ostatni poradnik „Wychowujecie dzieci. Od dzisiaj” sprzedał się w 150 tysiącach egzemplarzy. Naouri każe rodzicom zapomnieć o radach z amerykańskich seriali o partnerskim i bezstresowym wychowaniu. – Frustrujcie swoje dzieci – radzi, twierdząc, że niedobory, braki, zakazy są motorami działania dziecka nieodzownymi dla jego rozwoju.

Tato ma zawsze rację

Zalecenia dr. Naouriego można uznać za kwintesencję tradycyjnego wychowania à la française. Na używanie smoczka, butelki i zabieranie ze sobą ukochanej przytulanki można dziecku pozwolić najwyżej do 2,5 roku. Inaczej nie będzie się rozwijać, tylko mentalnie tkwić w niemowlęctwie. Co więcej – wbrew zasadom głoszonym przez wielu innych psychologów – Naouri zakazuje wyjaśniania maluchowi motywów naszego postępowania. – Zbyt często „tłumaczenie” zmienia się w „tłumaczenie się” – twierdzi Francuz. – Rodzic powinien być przewodnikiem dziecka, a nie jego wyrośniętym kumplem.

Zdaniem Naouriego, żeby dziecko naprawdę mogło na rodzicach polegać i ufać im jako autorytetom, musi wiedzieć, że w rodzinnej hierarchii znajduje się na dole. Ma wówczas motywację, by się starać, by się wspinać, pokonywać progi i dorastać. – Rodzice dziś są zbyt niepewni siebie – dodaje Naouri. – Nie wymagają, bo się boją, że zostaną znienawidzeni. To bzdura. Bez względu na to, co robią rodzice, dzieci i tak będą ich kochać. Nie mają wyboru.

Brzmi to dość szokująco, szczególnie dla Polaków, którzy przyzwyczaili się już do myślenia typu: od kiedy jesteś na świecie, wszystko kręci się wokół ciebie, wszystko, o czym myślę, wszystko, co czuję, pragnę dać ci wszystko, co najlepsze. To wyznanie mamy z reklamówki firmy Hipp, która sprzedaje produkty „dla najważniejszych na świecie”. – Jesteśmy dziś przesiąknięci ideologią miłości. Są nawet psychologowie, którzy uważają, że wystarczy dzieci kochać, nie trzeba wychowywać. To bardzo szkodliwe przekonanie. Dzieci potrzebują ograniczeń, czasem ostrych reguł, które pozwolą im zrozumieć świat – mówi „Newsweekowi” Caroline Thompson, francuska psycholog i autorka książki „Przemoc miłości”.

Ten tytuł to esencja jej poglądów: Thompson uważa, że ślepa miłość rodzicielska jest formą przemocy wobec dziecka, odbierającą mu bodziec do rozwoju i dorastania. – Miłość i nienawiść są blisko powiązane, często jedno przechodzi w drugie. To są uczucia, które każdy człowiek musi umieć przeżywać. Tymczasem dzisiejsi nowocześni rodzice nie chcą się nawet przyznać, że czasem są na dzieci zwyczajnie wściekli. Próbują tylko kochać, kochać coraz mocniej: rozsądek znika w natłoku emocji, a rodzicielska miłość przypomina namiętność – mówi Thompson. Taki zakochany rodzic nie może oczywiście wychowywać dziecka, besztać go i przywoływać do porządku. Zostaje jego przyjacielem, zaciera różnice między pokoleniami i pozbawia dziecko oparcia. Bo surowy rodzic jest oparciem. Jest dorosłym, tym, który wie i rządzi. Do takiego dziecko przychodzi po radę, przy takim czuje się bezpiecznie.

Matki psychopatki?

Czy jednak kontrrewolucja ogłaszana przez Naouriego i Thompson jest we Francji potrzebna? Francuskie matki w przeciwieństwie do Polek nie mają poczucia winy z powodu niepoświęcania dziecku wystarczającej ilości czasu, bo wracają do pracy najczęściej po trzech miesiącach po porodzie. Odsetek kobiet karmiących piersią należy do najniższych w Europie. Według danych zebranych przez Komisję Europejską tylko 62 proc. francuskich noworodków otrzymuje mleko matki (w Polsce – 90 proc.). W trzecim miesiącu życia przeciętne niemowlę trafia do żłobka, 93 proc. trzylatków i spory procent dwulatków chodzi do tzw. écoles maternelles (przedszkoli), a po zajęciach odbierają je niańki, często zagraniczne studentki bez referencji.

Ale dopiero przypadek Rachidy Dati, do niedawna minister sprawiedliwości, dziś eurodeputowanej, wywołał dyskusję nad Sekwaną. Znana z urody i zamiłowania do kreacji Diora 43-letnia pani minister urodziła córkę Zohrę (poród odbył się przez cesarskie cięcie), a pięć dni później w eleganckiej sukience i szpilkach pojawiła się w pracy. Zamiast maleństwa zaprezentowała dziennikarzom nienaganną figurę, fryzurę oraz makijaż. – Bogini wyzwolonych kobiet – pisały na forach internetowych jedne Francuzki. Inne krytykowały ją, ale nie tyle z uwagi na ciężki los maleńkiej Zohry, ile raczej własny, przewidując, że z powodu postępowania pani minister ich szefowie zaczną wymagać powrotu do pracy nie po 2-3 miesiącach od rozwiązania, ale tuż po opuszczeniu porodówki. Na polskich forach zawrzało. „Na gilotynę z tą pracoholiczką!” – brzmiał jeden z wpisów.

Przypadek Dati to oczywiście skrajność, ale pewne jest, że we Francji życie zawodowe i prywatne rodziców jest co najmniej równie ważne jak potrzeby dziecka. Świeżo upieczeni rodzice nie rezygnują z wieczornych wyjść ani z wakacji. Ufają też publicznym instytucjom, dlatego nie wahają się zostawiać maluchów na cały dzień w żłobkach, przedszkolach i świetlicach.

Dziecko to nie inwestycja

Być może ta francuska nieczułość to jeden z powodów, dla których przyrost naturalny we Francji jest najwyższy w Europie (ex aequo z Irlandią). We Francji na jedną kobietę przypada średnio dwoje dzieci (w Polsce 1,27). Demografowie chętnie tłumaczą dużą skłonność Francuzów do rozmnażania jedną z najhojniejszych na Starym Kontynencie polityk rodzinnych. Na przykład becikowe wynosi we Francji prawie 900 euro (w Polsce – cztery razy mniej), comiesięczny dodatek na dwoje dzieci sięga 124 euro, za troje – wynosi 282 euro. Wielodzietne rodziny (z co najmniej trójką dzieci) oprócz zasiłków mają wiele przywilejów, np. prawo do ulg za przejazdy środkami transportu publicznego.

Podobnie hojna polityka rodzinna nie zadziałała jednak ani w Niemczech, ani na Węgrzech. Wysoki przyrost naturalny odnotowuje Irlandia, ale tam szczodrość świeżo wzbogaconego państwa wobec młodych rodziców zbiegła się z tradycyjnym, katolickim podejściem do kwestii rodzinnych. Natomiast Francja od wieków jest laicka, ma liberalne przepisy aborcyjne, prawie co druga kobieta używa pigułek hormonalnych. Ale to tutaj posiadanie dzieci jest częścią uznanego stylu życia i miarą sukcesu. Francuzi dzieci nie uwielbiają – oni je lubią, a ich pojawienie się uważają za naturalną część życia, a nie rewolucję.

W Polsce czy we Włoszech, gdzie przyjście na świat dziecka najczęściej oznacza całkowitą zmianę stylu życia, kilkuletnią przerwę w karierze, podróżach i życiu towarzyskim, przyrost naturalny należy do najniższych w Europie. – Jeśli chcemy dziecko wychować perfekcyjnie i zaspokoić wszystkie jego potrzeby, najczęściej możemy mieć tylko jedno – tłumaczy psycholog Caroline Thompson. To z powodu podejścia do dziecka jak do wielkiej inwestycji mamy ich coraz mniej.

Ale dzieci kosztują naprawdę – powie ktoś. Owszem. Jednak sami napędzamy ten system, chcąc dać im wszystko. Naouri krytykuje huczne urodziny dla maluchów, góry prezentów i natychmiastowe spełnianie marzeń. – Wśród moich pacjentów – mówi – coraz więcej jest małych obsesjonatów. Nie zasną bez cukierka, nie przeżyją dnia bez nowej zabawki, nie potrafią czekać, znieść nieprzyjemności. Koszmar – pediatra kręci głową.
Cóż, jeśli Francuzi oprą się trendowi rozpieszczania dzieci i dalej będą rozmnażać się tak chętnie jak dotąd, w 2050 roku czeka ich nagroda. Zdaniem wielu demografów staną się najliczniejszym narodem Europy.


Artykuł znaleziony tu.

poniedziałek, 27 września 2010

Toys for boys

21 komentarze
Ileż to już miesięcy minęło, odkąd Mamma pierwszym heroicznym zakupem zapoczątkowała gromadzenie zabawkowej kolekcji Dziecięcia? Będzie gdzieś jedenaście. W tym czasie Filippo zmienił się nie do poznania. A Mamusia, o dziwo, wciąż tak samo piękna i młoda.

Ale nie o tym miało być.

Chciałam pisać o bólu istnienia w reakcji na skomplikowany problem życiowy.

Już wyłuszczam, o co mnie chodzi.

Zapragnęłam nabyć drogą kupna zabawkę dla Syna. Skończył już roczek, więc myślałam o czymś stumulującym intelekt, równowagę, ogólny rozwój motoryczny, wrażliwość muzyczną, uczącym czterech języków, ćwiczącym chwyt pęsetowy i wspomagającym apetyt. Bez durnych melodyjek. W miarę tanim.

Udałam się więc do wielkiego salonu z zabawkami i już na progu zamarłam.

Wielki wybór, piętnaście rzędów półek, feeria kolorów, dziesiątki symboli wskazujących jaką to cenną umiejętność nabędzie moje dziecko, kiedy naciśnie zielony guzik albo pociągnie za żółtą wajchę.

To za dużo dla dziecka komunizmu. Nie dałam rady. Wyszłam.

Problem może dotyczy zabawek, ale zabawny wcale nie jest - ja naprawdę nie potrafię nic dziecku kupić! Większość zabawek wydaje się absolutnie kretyńska, a gdy patrzę na te w miarę normalne, to mam wrażenie, że wcale Filipa nie zainteresują. Zupełnie nie potrafię się wczuć w rozrywkowe potrzeby roczniaka.

Owszem, zdarzają mi się przebłyski pragmatycznego geniuszu i bawimy się tym, co akurat znajdzie się pod ręką (już o dawna). Wczoraj na przykład przekładaliśmy makaron z garnka do garnka, a dziś ciągałam Młodego po podłodze na zabranym z suszarki ręczniku. Jednak czasami nic nie działa tak dobrze jak zabawka ZE SKLEPU. Taka made in China, a nie in Italia (penne).

To właśnie zamachanie przed nosem zabawką najskuteczniej kończy inspekcję toalety (sprawdźmy, jak głęboko uda mi się włożyć rękę...) lub sedesowy mord rytualny przez podtopienie (sprawdźmy, ile gumowych zwierzątek uda się zmieścić w kibelku...).

Wiem, mogłabym przeszukać czeluści internetu i znaleźć coś fajnego, ale czasu ostatnio brak. Zwracam sie więc z uprzejmą prośbą do mam z blogosfery - Czy możecie coś polecić? Co było/jest hitem wśród Waszych roczniaków? Co Wasze dzieci zajmuje na dłuższą chwilę na tyle skutecznie, że możecie nie tylko wziąć przysznic, ale nawet jeszcze po nim skorzystać z toalety (najpierw, rzecz jasna, opróżniwszy ją z gumowego ogrodu zoologicznego)?

Zainspirujcie mnie, drogie Mamy. Jest szansa, że dzięki Wam Filippo poszerzy swoje horyzonty o tematy pozasedesowe.

piątek, 24 września 2010

Terror laktacyjny raz jeszcze

27 komentarze
czyli od 'niegrzecznej' (wyrodnej) dla 'niegrzecznych'.

http://dziendobrytvn.plejada.pl/26,37760,news,,1,,laktacyjny_terror,aktualnosci_detal.html#autoplay

Nie powiedzialam wiele, nie bylo czasu/zzarl mnie stres(jestem totalnie niemedialna, a majac obok siebie biegajaca wokol corcie - stres murowany :D)
Nie poruszylam wielu kwestii.
Nie powiedzialam o OLBRZYMIEJ roli partnera
Nie powiedzialam o kulcie stwierdzenia 'KAZDA MATKA WYKARMI SWOJE DZIECKO',
Nie powiedzialam o tym ile szczescia dala Tacie Oli mozliwosc karmienia jej, o wiezi ktora miedzy nimi sie stworzyla
Nie powiedzialam tez ze Ola to zdrowa, silna i madra dziewczynka, mimo oslawionych opinii o nizszym ilorazie inteligencji dzieci karmionych sztucznie.
Nie powiedzialam tez ze minely jej nietolerancje na bialko, nie jest na nic uczulona, je zdrowo i zdrowo rosnie :)
Nie powiedzialam tez o tym ze sa tez i takie osoby ktore nekaja nas - kobiety ktorym to karmienie naturalne nie wyszlo, a pozniej siedza z dziecmi w knajpach typu mocny fast food objadajac sie hamburgerami. Czy to jest zdrowe? Gdzie tym razem pojawia sie ich wspanialomyslnosc dot. karmienia?????

A tak nawiasem mowiac? Sa jeszcze ludzie ktorzy wierza w to ze mleko sztuczne obniza poziom inteligencji?Jakim miernikiem mozna okreslic iloraz inteligencji majac podana jedynie jedna skladowa jaka jest karmienie????

Czy my idac ulica jestesmy w stanie stwierdzic ktora osoba byla karmiona mlekiem matki, a ktora mlekiem modyfikowanym? Czy w Waszych zakladach pracy/szkolach/srodowisku jestescie w stanie okreslic kto jak byl karmiony? Bo ja tego nie potrafie,

Pokarm Matki niewatpliwie jest bardzo wartosciowy, ale inteligencja to tez geny, to wychowanie, wyksztalcenie etc. Nie dajmy sie zwariowac!!!!

A.

wtorek, 21 września 2010

Fascynująca kupa - temat z maila

21 komentarze
Od dłuższego czasu przymierzałam się aby sobie pomalować włosy. Więc korzystając z okazji, że mój niespełna 2,5 letni syn uprawiał swoje ulubione zajęcie czyli wyglądanie przez okno na dwupasmówkę i jeżdżące po niej samochody, pomalowałam. Po 30 minutach pora na zmywanie więc mówię do Artiego, że mama idzie umyć głowę a ty sobie oglądaj. Ledwie zdążyłam polać głowę, jak przeniknął mnie okropny chłód i........ nagle słyszę....... mama zimno, mama zimno..........
Zdębiałam.........
Okno......
Matko kochana.........
Otworzył okno..........
Czwarte piętro..........
Farba z głowy leci.......
Nic nie widzę.........
Krzyczę więc, żeby szybko do mnie biegł......
Jest.......
Cały......
Żywy.......
Spłukałam farbę i pytam go:Czy można otwierać okno? Mówi: Nie można (zakazane fajne).
Pytam dla czego? Bo można wypaść - odpowiada (czyli pamięta częste przestrogi ale ich nie rozumie).
Więc może z innej beczki.
Pytam go: Po co otworzyłeś to okno?
Bo chciałem zobaczyć jak pieski robią kupkę.
Wiedziałam o jego fascynacji kupką, bo przecież ogląda swoją codziennie, określa jakiej jest wielkości i koloru.
No ale to, to już przesada.


ps. kupiłam klamki z blokadą
a kupy piesków oglądamy na dworze (koszmar)


handzia

niedziela, 12 września 2010

:) - temat z maila

32 komentarze
Na początku chciałam napisać parę słów uznania za pomysł odnośnie strony :)

A teraz parę słów o mnie

Może nie jestem za młoda, córę urodziłam mając 26 lat, ale na pewno czuje się bardzo młodą mamą. Długo staraliśmy się o dziecko więc jest ona wyczekana, wychuchana i wyprzytulana. Było też trochę komplikacji i strach o życie małej. Pewnie dlatego teraz każdą chwilę chcę spędzać przy małej, wszędzie ją zabieram i ciężko mi jest patrzeć jak jest choćby na rękach u babci lub nawet taty. A już na pewno nie wyobrażam sobie zostawić córy pod opieką osób trzecich przez pewnie najbliższy rok ;)

No i czemu każdy uważa mnie za wariatkę?? Że nie wykorzystam okazji iż mieszkamy z rodzicami żeby wyjść do kina lub na piwo.
Może to i dziwactwo, ale wole obejrzeć film na dvd niż myśleć czy coś się złego nie dzieje.

Popełniam pewnie wszelkie możliwe błędy, ale jest mi z tym dobrze :) Córa śpi z nami w nocy - zauważyłam że śpi wtedy 5 godzin, a w łóżeczku najwyżej dwie. Ma mnóstwo niepotrzebnych zabawek i ubranek. Przestałam karmić piersią i dzięki temu przeszły kolki, a ja jestem też szczęśliwa, że jem coś więcej niż kurczaka i marchewkę. Córa jest ciągle noszona, kołysana i przytulana. Nie boję się, że się przyzwyczai bo obie to lubimy. Używamy chusteczek do wycierania pupy, bo to oszczędza czas i nie bawimy się w mycie mydłem i wodą. Polubiłyśmy smoczek... i pewnie jeszcze dużo innych rzeczy mało wychowawczych :D
No a że czasem mam ochotę zaszyć się w koncie i płakać godzinami to nie znaczy, że nie jestem najbardziej szczęśliwą mamą na świecie :D

Pozdrawiamy inne zwariowane mamy

Joanna z Gabrysią

środa, 8 września 2010

Zła matka - temat z maila

17 komentarze
Ha! Wiedziałam, że nie jestem sama!
Kluska ma 9 m-cy i przez tez czas jej mamunia przeszła przez wszystkie możliwe atrakcje związane z macierzyństwem w Polsce. Dobra nie wszystkie - poród miałam lekki, wesoły, za darmo, z mężem, który był przy porodzie i potem mógł być ze mną w szpitalu przez 3 dni w pokoju (bezpłatnie) i cudowną położną (tak się trafiło).

Ale następnie - dziecko na OIOMie, terror laktacyjny (pielęgniarki szarpiące sutki, ściągające mi koszulę w szpitalnym pokoju, każda z nich z innym podejściem i wykluczającymi się radami), depresja poporodowa przez 6 m-cy, setki "dobrych rad".

Szczerze mówiąc to chciałam wydrukować ulotkę i rozdawać przy każdej próbie głupiego komentarza. Podstawowa wersja wyglądałaby mniej więcej tak:

1. Nie karmiłam piersią, bo
a) moje dziecko nie umiało chwycić piersi
b) było to dla mnie bardzo nieprzyjemne,
c) nie uważam aby moje łzy były konieczne dla Kluski dobrego rozwoju
2. Pomimo, że nie karmiłam piersią:
a) moje dziecko jest zdrowe (ani mini katarku przez 9 m-cy)
b) moja więź z dzieckiem jest prawidłowa
c) dziecię cudownie się rozwija
3. Dzięki temu, że nie karmiłam piersią:
a) mój mąż czuł się bardziej zaangażowany (uwielbia ją karmić)
b) mieliśmy przespane noce (spała całą noc mając miesiąc)
c) byłam spokojna i miałam czas na dojście do siebie (w tym na zapalenie papierosa na balkonie jak już czułam że nie wyrabiam - szczerze mówiąc pierwszy papieros po porodzie był jak powrót do życia, nektar i ambrozja). A co. Tak było i już.

4. Nie przegrzewam mojego dziecka. Nie zakładam jej skarpet w domu, nie zakładam czapki kiedy jest ciepło. W sierpniu podczas spacerku pewna pani zaczęła na mnie krzyczeć "dziecko nie ma czapki!!! Co pani sobie myśli!!" Było 27C. Zapytałam "czemu Pani nie ma czapki?" Dzięki temu patrz pkt 2a i 2c.

5. Daję jej do jedzenia słoiczki, bo nie umiem i nie lubię gotować. Nie trzymam się sztywno zaleceń z żadnych tabelek - znam zalecenia, ale modyfikuję je bo tylko ja znam moje dziecko i wiem na co jest gotowe.

6. Od początku jak potrzebowałam wtryniałam dziecię tatusiowi - dzięki temu mają cudowną więź a ja czas dla siebie. I mogę wyjść wiedząc, że mój mąż wie co ma jej dać jeść, w co ubrać i gdzie to leży, jak się z nią bawić, zawsze to on ją kąpie i usypia - to są ich wyjątkowe chwile.

7. Niczego nie prasuję. Nienawidzę, nie mam żelazka, nie zamierzam go kupić.

8. Piorę Kluski ciuszki w tym samym proszku i płynie co nasze. Nie ma alergii więc nie będę wydawać 2x tyle.

9. Pozwalam jej nabijać sobie siniaki przy próbach eksploracji najbliższej przestrzeni a nie trzymam jej w kasku i kombinezonie z folii z bąbelkami.

10. Nie czuję się winna, gdy mówię, że mam jej czasem dość i chciałabym chwilę oddychnąć. Nie czuję się winna, że nie jestem idealna.

11. Kocham moją córkę straszliwie. Ale też kocham mojego męża i będę zawsze dbała aby nasz związek był silny, bo uważam, że Kluska nauczy się więcej o miłości patrząc na szczęśliwych, zakochanych w sobie rodziców niż na kwoczącą nad nią matkę.

Buziaki Niegrzeczne matki.

Jagoda

środa, 1 września 2010

Nie dla Schabowego!

32 komentarze
Czyli czym karmią nasze dzieci w przedszkolach......a nie powinni.

Jestem na bieżąco - szukac przedszkola dla 1,5 rocznej Mrówki. Mam kilka rzeczy na których mi zależy - blisko domu, miłe panie, sprawdzone, angielski itd. Po researchu dopisuje kolejne wymaganie: zdrowe jedzenie! I wcale nie mam jazdy na eko - wręcz przeciwnie chce żeby jadła marchewkę z supermarketu - ale nie zgadzam się na schabowego, paluszki rybne (czytaj panierowane oraz smażone), pączki, słodycze itd itp. Przecież to najgorsze co można dzieciom dawać do jedzenia - niezdrowe, tłuste, przetworzone, bez wartości odżywczych. Dietetycy zalecaja gotowane na parze, pieczone, duzo warzyw, kasze a nie nalesniki z serkiem waniliowym z cukrem.

Czy ktoś te placówki kontroluje? Czy rodzicom nie przeszkadza, że dzieci karmione sa junk foodem w wersji PL? Gdzie wiedza na temat żywienia?

Nie dla Schabowego. Sorry.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Samodzielna Mama

12 komentarze

Dla Loli


- Kochana, kierat w pracy, ale zobaczę, co da się zrobić.
- Na spokojnie.
- Wiem, wiem. Wartościowym ludziom trzeba pomagać. Zuźka, lecę na autobus, muszę wymienić opiekunkę, dam znać w tej sprawie.

Samodzielna Matka. Wraca z korporacji, zajmuje się dzieckiem. Kiedy jej mała córeczka zasypia, Ona zabiera się za dodatkową pracę. Na wpół przytomna włącza komputer i robi korekty. Jeszcze tylko kilka godzin. Później będzie mogła pospać. Rano wstanie pierwsza, weźmie prysznic, poczeka na opiekunkę i pobiegnie na autobus. Jak zwykle zadbana, nienagannie ubrana i pełna energii. 

Nie użala się nad sobą, bo nie ma na to czasu.
Kiedy dowiedziała się, że sama będzie wychowywać Oli, wzięła sprawy w swoje ręce. Kiedy ja zastanawiałam się, który krem na odparzenia będzie najbardziej odpowiedni, Ona wisiała na telefonie, próbując dowiedzieć się, jakie prawa przysługują samotnej matce. Kiedy stoję w sklepie pełnym cudnych małych ciuchów i dobieram starannie nowy komplet, Tatinkowy w tym czasie jest w domu i bawi się z Grochem. Ona wsadza Oli w wózek i próbuje uzmysłowić pani dyrektor żłobka, że kogo jak kogo, ale samotnej matki nie stać dłużej na opłacanie opiekunki. Dowiaduje się, że prawo nie przewiduje pierwszeństwa wobec samotnych rodziców i dziecku nie należy się z tego powodu miejsce w tej jakże barwnej i przyjaznej instytucji. Nie daje za wygraną i wysyła pismo. Język ma cięty, więc odnosi sukces. 

Na Dawcę nie liczy. Może przez moment miała jeszcze nadzieję, że duże dziecko stanie się odpowiedzialnym ojcem, ale zauważyła, że nie wolno jej robić sobie złudzeń. Sobie i Młodej. Może, gdyby sprawy o alimenty nie trwały latami, wieczorami miałaby czas na długą kąpiel, czy spotkanie z przyjaciółką. Wysoki Sąd nie uwzględnia tego typu fanaberii, więc Samodzielnej Matce pozostaje wieczorne spotkanie z drugim etatem. Ach racja! Przecież to nie drugi, a trzeci etat! Co na to Dawca? Śpi spokojnie. W końcu praca uszlachetnia. Nie jego, oczywiście. 

Może odezwą się w nim ojcowskie instynkty, kiedy Oli podrośnie i będzie mniej wymagająca. Bo Samodzielna Matka poradzi sobie z jej wychowaniem. Jest zdeterminowana, a Oli jest dla niej najważniejsza.

Patrzę na Nią i już nie widzę w niej mojej zwariowanej przyjaciółki ze szkolnej ławki. Widzę dojrzałą, mądrą, odpowiedzialną i silną kobietę. Przy tym kobietę pełną seksapilu i energii. Równą babkę i chętną do pomocy kumpelkę. Kobietę sukcesu i duszę towarzystwa. Kochającą mamę rocznej Oliwki.

piątek, 20 sierpnia 2010

Dzieci rodzą dzieci - temat z maila

13 komentarze
Witam wszystkie niegrzeczne mamuśki!

Chciałam się Wami podzielić pewną historią, która mnie spotkała i tym samym może trochę podtrzymać niektóre z Was na duchu :)

Wszystko było jak w bajce, znalazłam przystojnego mężczyznę, zakochałam się na zabój Bardzo szybko zamieszkaliśmy razem, było cudownie. Niedługo potem mi się oświadczył… ależ byłam szczęśliwa. Planowaliśmy wspólną przyszłość, ja na trzecim roku studiów, planująca zrobić karierę naukową.. dostać dobrą pracę, urządzić się, pozwiedzać świat i dopiero później stać się mamą :) Wszystko układało się po mojej myśli, kupiliśmy własne mieszkanko, zaczęliśmy się urządzać :) Radość, miłość i idylla :) i zaczął mi się okres spóźniać, ale nie przejmowałam się, bo często tak było.. minęły 4 tygodnie, okresu nie było ale za to na teście ciążowym pojawiły się dwie niebieskie kreski !! WYROK !! Przepłakałam pół nocy zadając sobie pytanie: „co teraz będzie?”, a mój ukochany przytulił mnie i powiedział: „ tak bardzo Cię kocham, poradzimy sobie”- przestałam się bać, chciałam ogłosić całemu światu dobrą nowinę … no i się zaczęło…najpierw rodzina przeżyła załamanie nerwowe zamiast wsparcia słyszałam tylko „ jak mogłaś być taka głupia, zmarnowałaś sobie życie, teraz będziesz już tylko kurą domową, nic nie osiągniesz, studiów nie skończysz” Nawet znajomi ku mojemu zaskoczeniu stwierdzili, że już teraz nie mam na co liczyć i o swoich marzeniach mogę zapomnieć.. Najgorsze były starsze sąsiadki „ no ile ona ma lat 23, taka młoda matka, co ona temu dziecku może przekazać, przecież sama jest jeszcze dzieckiem !!” Nigdy nie wyglądałam na swoje lata, zawsze dawano mi więcej, więc chociaż obcy ludzie nie traktowali mnie jak patologię! Trochę się podłamałam, zamiast cieszyć się z czegoś tak pięknego jak ciąża, macierzyństwo ja wolałam o tym nie mówić, wstydziłam się, czułam się naprawdę gorsza, wręcz trędowata.. to było straszne .. Wybrałam się jak zwykle na wizytę kontrolną do swojego ginekologa, wcześniej był na urlopie, więc teraz czekał na niego cały łańcuszek kobiet. Jedna z nich, siedząca obok mnie była wyraźnie załamana. Nie wiem czemu ale od razu do niej zagadałam.. Znalazłyśmy wspólną nić porozumienia, opowiedziała mi historię swojego życia.. tak bardzo pragnęła teraz mieć dziecko.. ale nie mogła, bo jako nastolatka zaszła w ciążę, rodzina się jej wyrzekła, przyjaciele zostawili, nie poradziła sobie z tym i niestety usunęła dziecko!! Wszyscy byli szczęśliwi, wszystko wróciło do normy .. ale nie dla niej .. czuła się jak morderca, który płaci najwyższą karę, nie mogąc już mieć dzieci. To wydarzenie naprawdę mną wstrząsnęło i postanowiłam, iż już nigdy nawet nie pomyślę, że mam się wstydzić swojej ciąży! Postanowiłam, że im wszystkim pokażę, będę dalej uczęszczać na studia i dam sobie radę!!! Nasłuchałam się przy okazji, że tylko się ośmieszę! Było ciężko, ale zaliczyłam 4 rok, całą sesję w pierwszym terminie. W lipcu urodziło się moje szczęście, rodzina wybaczyła mi moją „głupotę” i skakali z radości na widok małego Mateuszka. W szpitalu też przeżyłam traumatyczną sytuację. Leżała z nami na sali 16 letnia mama, zagubiona, zastraszona, nigdy nie przytuliła swojej córeczki, nawet jak ta płakała, nie potrafiła do niej wstać, ukochać i uspokoić.. Matki leżące razem z nami szeptały między sobą, widziałam, że dziewczynie było głupio, wstyd ją paraliżował. Ktoś powie, że 16 lat to już zdecydowanie za wcześnie na podjęcie takiej odpowiedzialności za inną osobę, może i tak, ale zamiast krytykować i wyśmiewać, postarajmy się wspierać taką dziewczynę, niech nie myśli, że jej dziecko to kara czy początek jej własnej klęski.
Opisuję tę historię, ponieważ tak bardzo mnie boli podejście niektórych ludzi.. wchodzenie z butami w czyjeś życie, bezwzględne ocenianie. A ja naprawdę jestem szczęśliwa, mam pięknego syna, kochanego męża, kończę studia. Dałam radę. Kochane młode mamy, nie wstydźcie się swoich brzuszków, cieszcie się, bo spotkało Was naprawdę coś najpiękniejszego, a ludzie zawsze będą gadać, taki już ten nasz naród jest... niedelikatny...

Pozdrawiam, mama Mateuszka

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Wierzę intuicji - temat z maila

17 komentarze
Kochane Mamuśki!

Jak dobrze, że mogę wpaść tu na chwilę i poczytać ciekawe teksty. Jestem bardzo młodą mamuśką, nigdy wcześniej nie miałam kontaktu z takim maleństwem, jakim teraz jest mój synek. Bardzo się bałam, czytałam mnóstwo gazet itp. o karmieniu (tylko piersią!), pielęgnacji itd... ale starałam się myśleć pozytywnie, że dam sobie radę, że urodzę, wszystkiego się nauczę. Gdy tylko zobaczyłam małego, poczułam, że to jednak nie jest istota ze szkła, że nie muszę czuwać i sprawdzać w nocy, czy oddycha. Poczułam też, że nie podołam najważniejszemu zadaniu jakie stawia przede mną całe grono pediatrów, psychologów, rodziny - że karmienie piersią nie jest proste. Udało mi się jednak zacisnąć zęby (wszystko dla dobra pierworodnego, w imię jego inteligencji i odporności) i karmić piersią do 3 miesiąca, co było raczej zabawą i chwilą relaksu dla małej krzykliwej istoty, a momentem bólu dla mnie. I tak po takim "karmieniu" niezbędne było mleko modyfikowane dla Małego, a mało skuteczny krem na spękane brodawki - dla mnie. W końcu pokarm, którego nawału nigdy nie doświadczyłam, sam zaniknął. Nie zaprzeczę, że byłam z tego powodu zadowolona. Jak najbardziej właściwe przykładanie do piersi i szczere chęci nic nie dały, ale nie sądzę, żeby Mały miał z tego powodu jakieś problemy z nauką (bardziej z lenistwa). Bo już jako sześciomiesięczny, niezbyt filigranowy dżentelmen, jest niezłym leniem. Jak przewrócić się na brzuszek - to tylko z gołą pupą, siąść - owszem, ale jak mnie posadzisz (nie sadzam na siłę, Mały chce, żeby chwycić go za rączki i podnosi się sam). I choć jest trochę rozpieszczony, to nie czuję się "lewa" z tego powodu, że to moje pierwsze dziecko i że jestem młoda.
Inaczej jest z moją cudowną, znerwicowaną nieco teściową, która wychowawszy czwórkę własnych dzieci, zachowuje się jakby to był jej pierwszy kontakt z tak małym dzieckiem. Bo noworodka w foteliku to ona jeszcze nie widziała, przecież to za małe dziecko, fotelik z pewnością niewygodny, niebezpieczny (!!!). Czy te spodenki to mają lycrę... przecież może spaść z łóżka (czterotygodniowe dziecko, które rusza tylko rączkami). Myślałam, że wyjdę z siebie, gdy podczas karmienia podeszła i trzymała swój palec na MOJEJ piersi, przy nosku Małego, żeby się nie udusił!!! Że po chrzcinach to się dziecka nie kąpie (pierwszy raz coś takiego usłyszałam - ale wykąpałam), że uszko i woda - absolutnie nie! Dodam, że nie biorę lejka i nie leję Małemu wody do ucha, ale przy kąpaniu co nie co się zamoczy, ale zawsze potem wycieram dokładnie pieluszką i nie narażam na zimno. Do tej pory drżę, gdy mamy jechać do kochanej babci w odwiedziny. A woda morska do noska - musiałam na głos czytać jej ulotkę, że to dla niemowląt! Każdy członek rodziny wszystko wie wszystko o naszym dziecku. Że ząbek krzywo rośnie, że troszkę za gruby, że płacze (cóż, tak ma w obcym, do tego gwarnym miejscu), że to, siamto i tamto. Każda informacja, którą kochana mamusia na nasz temat uzyska, jest dokładnie filtrowana, przetłumaczona, utrwalona i przeniesiona na każdy inny grunt, z którym kochana mamusia ma styczność. A wszystko dlatego, bo przecież ja jestem taka młoda, na pewno popełniam wiele błędów, które też za plecami muszą być wytknięte i przedyskutowanie. Jestem matką, młodą, ale bardzo kocham swoje dziecko i nigdy krzywdy bym nie zrobiła, nie udusiłabym piersią... Czy to tak trudno starszemu człowiekowi zrozumieć, że my naprawdę nie chcemy mu robić na złość, nie chcemy też źle dla swoich dzieci - robimy wszystko najlepiej jak potrafimy, nie lecimy może od razu z rękami gdy płacze. Czasem czuję, że starsi ludzie nie traktują nas, młodych rodziców poważnie. Przecież jesteśmy tacy młodzi, co my możemy wiedzieć, ale co oni wiedzieli, gdy mieli pierwsze dziecko?? Czy te wszystkie kochane mamusie i ciocie były takimi supermatkami, gdy same miały 20 lat i płaczące wiecznie dziecko? I przede wszystkim, czy lubiły wysłuchiwać wtedy uwag na temat ich sposobu wychowywania? Chcę tylko szacunku, wiary w mój rozsądek, a przede wszystkim w intuicję - którą przecież wszystkie posiadamy. To dzięki niej nie bałam się wziąć Małego na ręce, to ona dyktuje nam, co powinnyśmy robić. Mały rośnie na mleku modyfikowanym jak na drożdżach. Uwielbia chlebek i jabłka. Ani razu nie miał nawet kataru, odpukać. Jak jest gorąco to nie ubieram mu wełnianej czapki i kombinezonu ("to Ty tak z nim wyjdziesz
na pole?"), i choć czuję urazę gdy słucham tych wszystkich komentarzy, to zaciskam zęby i robię swoje, tak jak czuję, jak uważam za słuszne i dobre dla małego. A on w nagrodę przesypia caluteńkie noce! (odpukać!!!)
Jesteście cudowne, niegrzeczne i grzeczne Mamuśki! Te młodsze i te starsze, mamy jedynaków i siedmiorga dzieci. Robicie wszystko najlepiej, jak potraficie, odpoczywacie - bo są momenty gdy dziecku trzeba włączyć Fakty i napić się kawy. Dać kawałek chleba i pogadać z koleżanką na skype. Nikt nie jest supermamą, superczłowiekiem, ale każda z nas jest najlepszą mamą dla swojego dziecka. Wierzcie, wasze dzieciątka nie mogły trafić lepiej!
Trzymajcie się!!!

Ragga

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

NAD- MAMA - temat z maila

20 komentarze

Próbując sprostać niemałym wymaganiom i podreperować jakoś moje chyboczące się poczucie własnej wartości, zaczęłam szukać inspiracji, wskazówek, warsztatów, wszystkiego tego, co sprawi, że zamiast UPIORNIE ZMĘCZONEJ MATKI, pojawi się na chwilę, na krótko nawet, obraz MATKI SPEŁNIONEJ.

Niestety, poszukiwania jakiegokolwiek zajęcia dla rodzicielki osiemnastomiesięcznego dzikusa i Kopacza Brzusznego, który za jakiś czas przywita ten świat, okazały się porażką. Bo jak tu zająć się czymkolwiek, kiedy mamy do obrobienia siebie, stumetrowy lokal , męża, wspomnianego wcześniej nad podziw aktywnego półtoraroczniaka?

Nie wiem, jak Wy to robicie, drogie Mamy! Nie wiem, skąd macie czas na prowadzenie bloga, foto-bloga, zajmowanie się pichceniem wymyślnych dań, odbywaniem kursów, szkoleń i warsztatów...spotykaniem się z dziećmi i znajomymi w kawiarniach, pubach i na imprezach wszelkiego typu?

Skąd bierze się Wasza radość, co napędza Was do działania? Jak gospodarujecie czasem, skoro Wasze dzieci są najedzone, zadowolone, wybawione ,a Wy macie czas na obfotografowanie i obróbkę tego, co powyżej?

Jak to robicie, że Wasze relacje na blogach nie są nudne i nie zawsze temat, który poruszacie dotyczy tylko pieluch, zupek, kremów na odparzenia i wszystkich tych nudnych spraw, od których ja uciekłabym na koniec świata...albo i dalej?

Szukając rozwiązania nie raz podczytywałam historie innych matek, oglądałam ich uśmiechnięte buzie, chłonęłam wszystkie pasje. I wiecie co? Zazdrość mnie zżerała, że mając bliźnięta można wyrwać się na tygodniową podróż do Portugalii, nie zabierając ze sobą dzieci; da się robić bezpretensjonalne zdjęcia, wyszywać, gotować, malować , pisać wiersze albo zwyczajnie opowiadać o urokach tego, od czego ja staram się uciec- wszechogarniającego macierzyństwa...

Nie chcę się usprawiedliwiać, czy szukać w sobie wymówek, ale codziennie brakuje mi sił . Jest coś pokrzepiającego w tym, że nie jestem z tym wszystkim sama, że gdzieś w cybersieci siedzą równie sfrustrowane mamy. Tyle tylko, że wciąż wirtualne.

Drogie Panie- poradźcie, proszę, co ma zrobić kobieta w ciąży, z nadpobudliwym starszakiem, mieszkająca w obcym mieście, bez rodziców i rodzeństwa, którym co jakiś czas można na barki zwalić część kłopotu? Do tego bez pasji i wiary, że kiedyś będzie lepiej...

Kasia, mama Rocha

Wrocław

środa, 4 sierpnia 2010

Krótkie opowiadanie o Idealnej Mamie

23 komentarze
Temat "idealnej" już się tu wcześniej pojawiał. Bardziej interesuje mnie, jak podchodzicie do tematu "odpoczynek". Czy znajdujecie na to czas, czy umiecie poprosić o pomoc, a może pracujecie 24/dobę, w tym kilka godzin na standby-u, kiedy dziecko śpi. Czy odpoczynek jest czymś złym, a może wstydliwym? I jak długo można być na pełnych obrotach?
 
 

- Odpuść trochę - rzuciła Rodzicielka.
- I kto to mówi? - ryknęła obcesowo Młoda Matka.
- Wykończysz się - Rodzicielka miała dosyć obserwowania, jak jej córka codziennie wykonuje syzyfową pracę.
- A czy przypadkiem nie ty nauczyłaś mnie wieszać wyprane skarpetki parami, a koszulkę mocować na sznurku klamerkami w tym samym kolorze? - złość Młodej Matki przybierała na sile. 

Czuła się sfrustrowana i wykończona codziennymi obowiązkami. Każdego dnia widziała, jak ulatnia się z niej życie i przegrywa z potrzebą bycia idealną. Upór i pedanteria nie pozwalały jej na odrobinę odpoczynku. Momenty łapania oddechu skrzętnie ukrywała, wstydząc się swojego lenistwa. Miała coraz mniej czasu na zajęcia, które kiedyś sprawiały jej mnóstwo radości. Czytanie książek i śledzenie ważnych wydarzeń, przegrały walkę z miotłą i szmatą. Młoda Matka próbowała udowodnić światu, że można mieć małe, idealnie zadbane dziecko, codziennie wymyślny obiad na stole, nienaganny makijaż i nieupapraną sukienkę, a przede wszystkim zadbany, lśniący dom. Próbowała też udowodnić sobie, że jest w stanie uporać się ze wszystkim, łapać dodatkową pracę i że nie potrzebuje czasu dla siebie.

Nagle... a może wcale nie tak nagle... świat Młodej Matki legł w gruzach. Poczuła, że przestaje być człowiekiem, istotą myślącą, a zaczyna przeobrażać się w robota, lalę na baterie z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem. Doszła do wniosku, że nawet czerwony lakier kładzie na paznokcie nie dla siebie, ale dla świata w celu demonstracji swojego zdyscyplinowania. 

Przestała pucować szkło i zmywać każdy paluch na szybie. Nie interesowała się już obiadami, gdyż odnalazła wspaniałą i niedrogą jadłodajnię z dostawą do domu. Dziecku pozwoliła się brudzić, a sobie nie dostrzegać każdej plamki na niewyprasowanej koszulce. Szybko nadrobiła zaległości i poprawiła swoją wiedzę ogólną czytając gazety. Sprzątała rzadziej i tylko wtedy, kiedy miała na to ochotę. Idealnemu dziecku włączyła kilka idealnych bajek, podczas gdy sama popijała poranną kawkę w kubku z napisem "Pierdolę - nie robię". 

Zmiany były tak niespodziewane i nagłe, że zaniepokoiły Męża Młodej Matki, który dotychczas przyzwyczajony był do trybu idealnego:

- Skarbie, trzeba by posprzątać.
- Ach tak, kochany. Jeśli tylko masz ochotę...
- A ty?
- A ja jestem szczęśliwa.

* Bohaterowie opowiadania są fikcyjni. I są wśród nas. A także w każdym z nas.

piątek, 30 lipca 2010

Mama na obcasach

3 komentarze
Bez pracy poza domem i studiów czuję się trochę jak Panna Nikt. I tak sobie o tym dumałam, smęciłam wszystkim dookoła, że chyba czas ze mną, czas ruszyć z miejsca, aż tu nagle dostałam propozycję, której odrzucenia długo nie mogłabym odżałować. Nie jest to nic wielkiego, ale na ten moment bardzo przydatne, nie tylko mojemu portfelowi.

Otóż Moi Mili od sierpnia będzie można czytać moje wypociny na stronach WP (i nie chodzi o Wojsko Polskie, Fiona! :). Wypociny w temacie wyuczonym, wyksiążkowanym i praktykowanym na Pierwszym Naleśniku - Grochu. (Określenia "pierwszy naleśnik" użyła Bree Van De Kamp - bohaterka Gotowych na wszystko, w odniesieniu do swojego pierworodnego syna - jak dla mnie zwrot boski! - Eksperymenty wychowawcze - cudo.)

Na ten moment nie jestem gotowa wymknąć się do pracy na osiem godzin. I zdecydowanie nie chodzi mi o to, że uschłabym z tęsknoty za dzieckiem. Nie. Po prostu nie wyobrażam sobie wychowywać syna po 2-3 godziny dziennie. Nie wyobrażam sobie, że obca osoba miałaby większy wpływ wychowawczy na nasze dziecko niż rodzice. Pół etatu - bardzo proszę, byłoby idealnie. Głównie dlatego, że tęsknię za szpilkami. Za turkusowymi z dziesięciocentymetrową ostrą szpilą - tęsknię. Za czerwonymi lakierowanymi bestiami na styl turkusowych - oj, tęsknię bardzo. Za beżowymi -super lakier, obłędnie tęsknię. Ponad dwadzieścia par leży w szafie i czeka na lepsze czasy.

Może powinnam zacząć pisać w szpilach? A może przywitam w nich wypoczętą po wakacjach szarańczę, którą od września znów będę molestować gramatyką angielską?