niegrzecznemamuski.blogspot.com

niedziela, 30 maja 2010

Co z tymi teściowymi?? - temat z maila

22 komentarze
WITAM GORĄCO :) NA POCZĄTKU DZIĘKUJĘ ZA WSPANIAŁY POMYSŁ ZE STRONĄ, KTÓRA DAJE MI POCZUCIE, ŻE NIE ZE WSZYSTKIMI PROBLEMAMI ŻYCIA CODZIENNEGO JESTEM SAMA I ŻE TEZ ISTNIEJĄ KOBIETY Z TAKIMI SAMYMI DYLEMATAMI JAK JA :)

CO Z TYMI TEŚCIOWYMI?? ANIOŁ CZY DIABEŁ???

Już od jakiegoś czasu co niektóre Panie zamieszczając komentarze na blogu wspominają: bo moja teściowa...

I tu na myśl przychodzi mi moja - kiedyś osoba z którą można było porozmawiać, usiąść przy kawie i atmosfera była przyjazna - na dzień dzisiejszy kobieta, która działa na mnie jak płachta na byka a czytając książkę o toksycznych ludziach to tak jakbym czytała o niej - książkę odłożyłam.
Zaczęło się od tego, że pochwaliliśmy się rodzicom, że zostaną dziadkami - u męża w domu (jest 5 lat starszy) wiadomość przyjęta z uśmiechem na twarzy, byłam zadowolona. U mnie niestety troszkę gorzej - miałam 17 lat i moim rodzicom ta wiadomość sprawiła wiele znaków zapytania i na początku okazała się tematem tabu - jednak życie pisze scenariusze i odrobina optymizmu, małego szczęścia jakim stał się maluch, który zawitał na świecie - moi rodzice oszaleli, nasze relacje się poprawiły, a teściowa..... ześwirowała w dosłownym tego słowa znaczeniu i wcale nie tak do końca ze szczęścia. Zakupy wszystkie chciała kontrolować oraz masę porad "dobrej babci" i oczywiście mamy, która poświęciła się dla czwórki dzieci i została "dla nich w domu". Myślałam, że oszaleje, kiedy za każdym razem wyrywała mi dziecko z ręki bo robiłam coś nie tak jak powinno być, że te i te rzeczy są najlepsze, bo jej dzieci już jadły zupki od 4 miesiąca - mój syn też powinien, bo jej dzieci nocnik oglądały już od 6 miesiąca - to na co ja czekam, a bo zaczyna smarkać więc daj te i te lekarstwa, a ciemieniucha jeszcze jest - to starym sposobem jej matki masło i worek na głowie!!!!!!!!!!!!!!!! nie było końca - można by wymieniać godzinami...

Chciałam uciekać, zwiewać jak najdalej, aby nie dogonił mnie nikt inny - schować się z dzieckiem i jako młoda mama uczyć się wszystkiego sama i móc sama podejmować wszystkie decyzje i popełniać moje błędy. Najgorsze było to, że mój jeszcze niedoszły mąż na początku mamusi słuchał jakby go zaczarowała. Przeszło mu - i nauczył się wielu rzeczy - ale palcem pokazać musiałam nie raz co on robi i jak jego mama wpływa na nasz związek, który nie doczekałby ślubu.
Trwało to dłuuuuugi czas, ale na dziś dzień już wiem, że nie można się poddać i trzeba niekiedy walczyć o swoje. Stałam się osobą, która na głos wypowiada co jej się podoba a co nie, co uważa za słuszne i sama podejmuje decyzje odnośnie mego życia i wychowania dziecka - już dzieci :)

A teściowa??? no cóż... nie przychodzi do mnie, ja do niej w skowronkach nie idę, wręcz przeciwnie - bywam tyle aby nie zapomniała jak wnuki wyglądają - bo sprzeciwiłam się, bo powiedziałam, że chcę po swojemu żyć i nie mieć ciągle wytykanych moim potknięć.... i jestem beee! Na szczęście ma córkę, która urodziła dwójkę dzieci a całe zainteresowanie moja teściowa przelała na nie. I to jej udziela "złotych porad" od życia rodzinnego zaczynając - jak to za chłopa nie warto wychodzić, bo darmozjad - na wychowaniu dzieci kończąc - jak to jej babcia i babcia jej babci......

Dzięki temu mogę się przyznać szczerze, moje relacje z moją mamą się poprawiły :) Podziękowałam jej już nie raz, że szanuje moje decyzje, że nie podważa mojego autorytetu u dzieci i że jest najwspanialszą babcią dla moich dzieci pełną tych naprawdę dobrych porad i ciepłego uśmiechu.

A jak jest u wam kochane mamy??? Czy też macie takie przeboje ze swoimi teściowymi? Czy okazały się super wsparciem pomocą, której niewątpliwie mogę zazdrościć? Czy okazały się okropnymi diablicami, które sieją w was niepokój?


Iwona

Pomyłka :)

0 komentarze
Dziewczyny, zamieściłam posta o szczepieniach, który wcześniej się już ukazał tu.
Przepraszam za zamieszanie :))

magda

Kwestia szczepień - temat z maila

10 komentarze
Kochane Niegrzeczne i Niedobre Mamuśki!

Oglądając DDTVN, strasznie się ucieszyłam że jest wreszcie jakaś sensowna strona w necie, gdzie można poczytać o PRAWDZIWYM macierzyństwie i urokach życia codziennego Matki Polki. Bo szczerze, mam dość stron redagowanych na współ z poradnikami parentigowymi, gdzie na wszystkie problemy wychowawczo-żywieniowe są gotowe recepty i złote standardy. Które w większości nie działają. Przynajmniej na moją Polindę.
Jak ja się cieszę, że jest nas więcej!!! Że nie jestem osamotniona! Mi też się czasem (często) nie chce, od urodzenia dziecka jestem w permanentnym stanie niedospania, i że entuzjazm z upływem godzin na zegarku spada do pozycji 'flat'. I wkurza mnie, że zamiast uprawiać seks z mężem, musimy stawać na głowie żeby panna Pola zechciała łaskawie usnąć o 22.

Ale przejdę do rzeczy. Chodzi mi o Wasze zdanie na temat szczepień nieobowiązkowych (pneumokoki, meningokoki, rotawirusy etc.). Notabene, te obowiązkowe są też odpłatne jak chcesz dziecku zaoszczędzić przy jednej wizycie 3 wkłuć!!! Moja córka ledwo zniosła smak szczepionki rotawirusowej (darła się w przychodni tak, że na parterze w aptece było ją słychać), po pneumokokach przez 5 h darła się w domu. I nie było sposobu aby ją uspokoić. Potem okazało się, że odczyn był nieprawidłowy, więc trzeba do neurologa. Następnie na USG ciemiączka. I diagnoza, żeby nie podawać drugiej dawki szczepionki. Odkrycie! A 350 zł jak psu w mordę! Nie licząc opłat za prywatną wizytę u neurologa (państwowo czeka się najmniej 2 miesiące, w Warszawie), no i USG (też prywatnie). O stresie nie wspomnę. Moim, męża i panny Poli.

Ale co mnie najbardziej zaskoczyło, to skrajnie różne opinie lekarzy na temat szczepień dodatkowych.
Neurolog mnie zapytała "po co mi ta szczepionka?", bo ona uważa że szczepień obowiązkowych i tak nadto w pierwszym roku życia dziecka. Wręcz stwierdziła, że te całe nowe zagrożenia są wymysłem koncernów farmaceutycznych które opracowując nowe szczepionki, zbierają żniwo na ich sprzedaży. I że to kolejny chwyt marketingowych, na który się łapią niedoświadczone matki.
Pediatra nr 1, wytłumaczyła mi co to są te pneumokoki, jak dziecko może się nimi zarazić i jakie zagrożenia są z nimi powiązane. Na pytanie czy warto szczepić, odpowiedziała mi pokrętnie że jeśli mnie stać to powinnam się zastanowić. Pediatra nr 2, kazała poczekać do 2-3 roku życia dziecka, i wtedy szczepić bo taniej. A dziecko i tak prawie nie ma kontaktu z innymi dziećmi, więc ryzyko zakażenia jest minimalne, i żeby oszczędzić dziecku stresu z kłuciem.
A o meningokokach dowiedziałam się od..... mojego ginekologa. Wspomniał, przy okazji omawiania kwestii innej szczepionki (tej chroniącej przed wirusem HPV).

Komercjalizacja i propaganda zdrowia jest już tak szeroko okrojonym zjawiskiem, że zastanawiam się gdzie leży granica? Widziałyście reklamy z serii "obejmij mnie szczepieniem"? Te dzieci w szarych szpitalach, z wenflonem upiętym w łapce, w łóżeczku z metalowymi prętami! Koszmar! Jestem wściekła na twórców takiej komunikacji i na to że tego rodzaju reklamy są dopuszczane do emisji! Ciekawe co na to rodzice, których najzwyklej nie stać na szczepionkę po 350 zeta za jednorazową dawkę (gdzie ukłuć jest zazwyczaj trzy)?

Mam wrażenie, że te nowe szczepionki (koszmarnie drogie) to nabijanie pacjenta w butelkę. Jak masz to wydaj, przecież zdrowie twojego dziecka jest bezcenne! Czy znacie jakieś dziecko, które zachorowało bo nie dostało szczepionki na pneumokoki?

Abstrahując, od nowych zagrożeń czyhających na nasze dzieciaki. Kilka miesięcy temu, bratanek Polindy, Oskar przechodził ospę. Tak, tak! Tę starą, zapomnianą i niezwykle wkurzającą chorobę, bo jak dzieciakowi wytłumaczyć żeby nie drapał bo na zawsze zostaną dzioby po krostach. Podczas gdy on zamienił się w biedronkę (dzieciaki cały czas miały ze sobą kontakt), Poluś pozostała niewzruszona. Żadne z nich nie miało szczepionki na ospę...

ściskam mocno

Licho

czwartek, 27 maja 2010

Smoczek: szkodliwy czy potrzebny - temat z maila

21 komentarze
Jeszcze zanim urodził się mój szkrabek rodzina bombardowała mnie informacjami, że smoczek dla dziecka jest niepotrzebny, że jest szkodliwy, że dziecko nie chce od tego ssać cyca, że potem ciężko odzwyczaić, no i że tej kuzynce to się udało bez smoka dziecko wychować i jakoś ona sobie poradziła, a druga kuzynka to ma dziecko ponad 2 letnie co ze smokiem gania i to nieładnie wygląda, itp., itd.

No więc pod presją rodziny pomyślałam, "będę twarda i nie będę dziecku dawać smoka". Ku mojemu zaskoczeniu ordynator oddziału neonatologicznego przy obchodzie powiedział mi, że dziecko ma silnie rozwinięty instynkt ssania i lepiej jest dać mu smoczka niż żebym miała poranione sutki. Ale sobie pomyślałam: 'co ten facet może wiedzieć" i pomna przestróg rodziny dalej trzymałam się twardo postanowienia: smokowi mówimy NIE.

W 6 tygodniu życia mój synek dostał strasznej biegunki i zaczęło mu się ulewać na potęgę, więc poszłam do pediatry. Skończyło się na antybiotyku i przyjmowaniu probiotyków, ale podczas kontroli po wybraniu dawki antybiotyku mój synek wkłada kciuka do buzi i zaczyna niesamowicie głośno go ssać, aż Pani doktor tak na niego patrzy... potem na mnie i się pyta:
'Masz smoczek?",
A ja na to, że mam. Ale małemu nie daje, co by się nie przyzwyczaił, poza tym jak mu próbowałam dać to się dławi, a tak w ogóle to on głodny jest. To jak wrócę do domu to przystawię go do cyca i po sprawie.
A Pani doktor na to: "To że paluchy ma w buzi wcale nie znaczy, że jest głodny. Może tak być ale za każdym razem to tego nie oznacza. Dzieci mają silnie rozwinięty instynkt ssania i stąd paluchy w buzi. -ze śmiechem dodała: Nie martw się jak będzie głodny to głośno ci to zakomunikuje i nie dziwię się teraz, że tak mocno mu się ulewa, bo do piersi go tak często przystawiasz. Dawaj mu smoczka."
A ja na to dalej swoje: ale on nie chce, dławi się.
To moja Pani pediatra mówi: "Podławi się i przestanie. A przychodzą do mnie dzieci co mają 5 - 6 lat z kciukiem w buzi. Raz, że wygląda to nieładnie, to po drugie dzieci takie mają wadę zgryzu i niewyraźnie mówią. Muszą chodzić do logopedy bo nie idzie je zrozumieć. Dawaj mu smoczek, bo od smoczka to go odzwyczaisz, zwyczajnie zabierzesz, nie prześpisz może kilku nocy, ale go odzwyczaisz, a rękę co, odrąbiesz mu?"

Te słowa podziałały na mnie jak kubeł zimnej wody. Nie powiem, że teraz nie rozstaję się ze smoczkiem, bo pilnuje by synek nie trzymał go w buzi tak bez sensu, niech gada sobie i popiskuje jak ma ochotę. Ale odkryłam uroki zapchania dziecka smokiem :) zwłaszcza kiedy się drze i nie wiadomo dlaczego, bo jest najedzony, ma sucho, kolki też nie ma (bo jak go coś boli to zupełnie inaczej krzyczy) więc jak się drze mały terrorysta to zapycham go smokiem i mam chwilę spokoju. No i nie ssie już kciuka mój maluch tylko pcha wszystko co popadnie do buzi, ale to normalne - w końcu tak poznaje swoje otoczenie :)
Wniosek: nie popadajmy ze skrajności w skrajność i nie dajmy się zwariować :) Smoczek w racjonalny sposób wykorzystywany i w odpowiednim czasie zabrany to nie trucizna.

pozdrawiam Was serdecznie

Kasica

niedziela, 23 maja 2010

Matka-Polka bez wyrzutów - temat z maila

21 komentarze
Dróg jest wiele - ja wybrałam los ,,kury domowej". Postanowiłam zostać w domu z dzieckiem. Dbam o moich facetów (męża i syna) i nie czuję się z tego powodu podległa mężczyzną. Nie widzę też powodu dla którego nie miałabym być równorzędnym partnerem dla męża. Czuję się w roli matki jak ryba w wodzie i mam z tego OLBRZYMI fan. Nie odczuwam rutyny- każdy dzień z dzieckiem jest inny, co dzień realizuję nowe projekty, tyle, że w domu:) Moje życie towarzyskie kwitnie i naprawdę czasem rozmawiam o czymś innym niż pieluchy i kolor wczorajszej kupki. Mam z tego olbrzymią satysfakcję a moja samoocena zdecydowanie ma się świetnie odkąd jestem MAMĄ. To że jestem w domu nie oznacza też, że moje umiejętności ograniczają się do zmiany pieluchy w 10s.- naprawdę potrafię obsłużyć komputer i kilka innych urządzeń poza piekarnikiem.

Nie chodzi mi o to, że chcę udowodnić pracującym mamą, że mój wybór jest lepszy niż ich. Cieszę się, że dziś możemy wybrać i... się odrobinę o to podroczyć:)

Jednak, moim zdaniem czasy, kiedy mamy realizujące się zawodowo były piętnowane już dawno minęły. Ja co dzień słyszę dziwne stwierdzenia: ,, pewnie nudzisz się w domu..."-otóż nie!!! , albo ,,pewnie brakuje ci ludzi i pracy"- oczywiście, że nie!!! (mam jej pod dostatkiem w domu a mój synek to wbrew pozorom też człowiek:) Dokonałam takiego wyboru kosztem wielu wyrzeczeń i komfortu finansowego, więc nie jest to fanaberia ,,żoneczki", której mąż przynosi kilku-zerową pensyjkę do domu. A jednak na każdym kroku muszę się tłumaczyć i udowadniać, że to nie wstyd być ,,gospodynią domową". Dlaczego nie czuję żadnego wsparcia z zewnątrz, dlaczego mam wyrzuty sumienia nawet sama przed sobą, dlaczego zamiast cieszyć się macierzyństwem muszę się martwić o swoją emeryturę, dlaczego czuję piętno darmozjada (sic!)??

Okazuje się, że to JA dziś muszę się tłumaczyć dlaczego chcę zostać w domu.Kura domowa??!! W dzisiejszych czasach - relikt. Przecież jestem wykształcona i pewna siebie, więc czemu nie chcę uwolnić się od domowego kieratu??

A może ja wolę ten ,,kierat" od kieratu korporacji- one mogą mnie zastąpić innym trybikiem, mój syn nie zastąpi mnie inną mamą!

nietylkomama

piątek, 14 maja 2010

Młoda mama tez ma glos ! - temat z maila

26 komentarze
Witam wszystkie niegrzeczne mamuśki,

jestem młodą mamą, mam 20 lat i 16 mies synka Wiktora. Chciałabym się z Wami podzielić swoim niezbyt przyjemnymi doświadczeniami z tego, iż w młodym wieku zaszłam w ciążę, która była wpadką.
Pobyt w szpitalu, poród to były najgorsze chwile w moim życiu. Pielęgniarki, położne oraz ginekolodzy traktowali mnie tak jakbym była trędowata. Na moje pytania odpowiadali pól słówkami lub wcale, ale to nie było najgorsze.
Kiedy zaczął się poród już leżałam w szpitalu ponieważ byłam 7 dni po terminie i ustalono że rodzę w obecności narzeczonego, który jest straszy o 5 lat. Najpierw położna kazała mu wejść osobnym wejściem na porodówkę, jakby nie mógł zjechać windą. Tam natknął się na inny problem - ponieważ była 22 pani nie chciała go wpuścić. Kiedy już ubłagał ją był przy mnie jakieś 2 godz po czym położna, która się mną opiekowała kazała mu iść do domu, nie bacząc na moje prośby żeby został. I w ten sposób zostałam sama, przerażona na sali.
Chodzić też mi nie pozwoliła, wiec od godziny 24 byłam przykuta do łóżka porodowego, a położna co jakiś czas przychodziła i wzdychała czemu ja tak długo rodzę. Najgorsze było jednak to kiedy około godziny 4 przyszła i powiedziała do mnie, że pani na pewno sama nie urodzi. Wtedy zaczęło się zamieszanie - kroplówki, ukłucia igieł i poród zakończony kleszczami, o którym oczywiście nikt nie raczył mnie poinformować. Dostałam znieczulenie, ginekolog wsadził kleszcze i po paru sekundach Wiktor był już na świecie.
Pamiętam, że kiedy lekarz mnie zszywał powiedział wtedy " I widzisz parę chwil przyjemności, a potem godziny cierpienia ". Przysięgam, że gdyby nie to, że byłam strasznie zmęczona, wstałabym i strzeliła mu w twarz.
Nie myślcie, że potem było już różowo. Nikt mi nie powiedział jak przystawić dziecko do piersi, jak przewijać i jak dbać o kikut po pępowinie. A każda moja prośba o butelkę kończyła się komentarzem na temat jaka to zła i wyrodna matka ze mnie i gdyby nie to że jednej nocy Wiktor darł się na cały oddział, pewnie bym tej butelki nie dostała.
A no i mojemu partnerowi oczywiście też się dostało: za to że źle nosił dziecko i źle je karmi.

Myślę, że dobry szpital i wsparcie położnych oraz lekarzy jest połową sukcesu do tego, aby łagodniej przechodzić tzw baby blues i łatwiej oswoić się ze swoim maleństwem. Ja tego nie doświadczyłam, wiec trwałam w tej depresji jakieś 3 mies.
To ze jestem młodą mama nie oznacza, że jestem gorsza i nic nie potrafię. A to ze czasem jestem niegrzeczną mamuśką i robię to co lubię to oznacza tylko jedno: gdy mama jest szczęśliwa to i dziecko jest szczęśliwe.

pozdrawiam wszystkie niegrzeczne mamuśki ;)

A.

niedziela, 9 maja 2010

temat z maila

22 komentarze
hej hej,

śledzę z uwagą Niegrzeczne Mamuśki i tak sobie myślę o temacie, który chyba się z tym wszystkim trochę wiąże (a przynajmniej na początku bycia Niegrzeczną Mamuśką) - od czasu urodzenia synka minęły 3 miesiące a ja cały czas nie mam zbyt dużej ochoty na seks, który wcześniej był dla mnie bardzo ważny! Zastanawiam się czy duzo z nas tak miało, ile to będzie jeszcze trwać, czy to już tak zostanie??? Wiem że jest to też duży problem dla mojego męża, mimo jego zapewnień że rozumie i poczeka. Cieszę się, że mimo rozciągniętego brzucha z rozstępami i opiece nad synkiem ma jeszcze wieczorem ochotę na seks, ale martwi mnie że ja najchętniej jak najszybciej zasypiam...
Pozdrawiam serdecznie!

zu.

wtorek, 4 maja 2010

Kolejne dziecko – teraz czy jeszcze nie? - temat z maila

25 komentarze

Drogie mamuśki.

Zastanawiam się, kiedy jest najlepszy moment na kolejne dziecko?

Gdy urodził się mój synek (właśnie skończył 8 miesięcy), głośno deklarowałam, że ja więcej potomstwa mieć nie będę (teraz żałuje tych słów jak i wielu innych bzdur jakie mówiłam).

Fakt nie było łatwo: kryzys laktacyjny potem ropień (brrrr), mały do 3 miesięcy bardzo płaczliwi (nie dało się z nim iść nawet na spacer bo ryczał w niebogłosy), my z mężem totalnie w szoku, bez doświadczenia… Nie raz płakałam, że to mnie przerasta. Tłumaczyłam wtedy wszystkim, że mały będzie jedynakiem. Oczywiście wszyscy kiwali tylko głowami i twierdzili, że jeszcze zobaczymy… No i minęło kilka miesięcy, a ja zastanawiam się nad kolejnym dzieckiem! Czasem sama się sobie dziwię. Teraz jest już fajnie: mały jest bardzo radosny, ja wreszcie odnalazłam się w roli mamy, czuję z tego wielką satysfakcję. Kocham go nad życie. Oczywiście jak każda mama mam trudniejsze dni, kiedy nie mam na nic siły, denerwuje mnie mój mały i właściwie wszystko wokół. Musze wtedy odpocząć. Na szczęście mam fajnego męża, który wie kiedy wkroczyć do sytuacji.

Nie wiem tylko kiedy jest odpowiedni moment na kolejne dziecko? Czy dam sobie radę? Czy z drugim dzieckiem jest już chociaż trochę łatwiej?

Przed pojawieniem się na świecie naszego synka chcieliśmy z mężem dwójkę dzieci w podobnym wieku (w ciąży tak się fajnie czułam, że mówiłam, że mogę mieć nawet trójkę!). Żeby bawiły się razem, razem wychowywały, nawzajem wspierały. Sama mam rodzeństwo i wiem jakie to jest cenne. No i szczerze: by mieć „z głowy” te wszystkie porodowe horrory, kolki, ząbki ,butelki itp.

No bo mając małe dziecko i tak nie można m.in. wyjechać do upalnego Egiptu, wylegiwać się całą niedzielę przed tv, spać do 12.00. Trzeba ten trudny (ale i fajny) okres przeczekać. Kilkuletnie dziecko to już zupełnie inna historia: bardziej kontaktowe, samodzielne (wiem wiem, i tak jest dużo zajęć i mało odpoczynku ale chyba jest już trochę lżej… ). Jak pomyślę, że np. za 4 lata mam się znowu bawić w pieluchy, karmienie (czyli znowu brak wyjazdów, zero odpoczynku) to wydaje mi się, że ta decyzja będzie jeszcze trudniejsza. Z drugiej strony boję się mieć tak szybko kolejne dziecko, boje się że nie starczy mi siły i cierpliwości…

Wiem jedno, że jeśli dla własnej wygody nie zdecyduje się w ogóle na kolejne dziecko jak deklarowałam jeszcze 8 miesięcy temu będę tego żałowała do końca życia. A tego bardzo nie chcę.

Chętnie dowiem się, jakie macie zdanie na ten temat.

Marysia

czwartek, 29 kwietnia 2010

Gdzie są Wasi mężowie? - temat z maila

50 komentarze
Jestem ojcem dwójki dzieci - syn 4l, córka 2l.
Czytam te wasze posty i zastanawia mnie gdzie są Wasi mężowie, partnerzy? Co to za tematy? Piszecie:
- muszę wstać wcześnie rano by zrobić szybko zakupy i śniadanie dla mojego męża bo nie jada on "wczorajszych" bułek
- muszę wstać wcześnie rano by zrobić mężowi śniadanie
- nie mam czasu na fryzjera, zakupy, koleżanki itp
- nie mam jak wyjść z mężem na kolację/do kina bo z kim zostawić dzieci?
- nie ogarniam tego czy tamtego ...

Więc od początku ...
- śpijcie tak długo jak pozwalają wam dzieci
- jeśli dzieci zaczynają się budzić przed pójściem męża do pracy to niech on do nich zajrzy i spróbuje je położyć jeszcze spać - zawsze to parę chwil więcej dla Was podczas których Wy odwracacie się na drugi bok.
- faceci nie potrzebują świeżych bułek i śniadania podanego na tacy by żyć. Jeśli są tacy to niech robią je sobie sami (tylko w miarę cicho)
- jak mąż wraca z pracy to nic nie stoi na przeszkodzie by zaopiekował się dziećmi (opieka, karmienie, kąpiel, ułożenie spać, czytanie bajek itp.) a Wy macie wtedy czas na zakupy, fryzjer, koleżanki
- jak dzieci budzą się w nocy to idzie do nich ta osoba która pierwsza się obudziła, jeśli mąż śpi twardo a Wy macie już dość wstawania to wystarczy obudzić męża (szturchnąć, potrząsnąć, użyć łokcia, nogi itp.)
- chcecie wyjść z mężem wieczorem? Nie macie dziadków w okolicy? Każdy ma sąsiadów (ostatecznie opiekunka) - trzeba się zaprzyjaźnić i nic nie stoi na przeszkodzie by raz na parę miesięcy przespali się oni u Was w domu.
- nawet karmienie piersią nie ogranicza - są laktatory, mleko trzymane w lodówce może być podawane dzieciom nawet po dwóch dniach.
- kładźcie dzieci o jednej porze najlepiej między 20.00 a 20.30 – macie cały wieczór dla siebie i męża
- pamiętajcie dzieci kiedyś opuszczą Wasz dom i założą własny a wy zostaniecie z mężami – dlatego najważniejszy jest Wasz związek, relacje z drugą osobą, dla męża najważniejsza jest żona a dla żony mąż – dzieci muszą znać swoje miejsce w szeregu, nie są pępkiem świata. Jeśli tak uważacie to obudzicie się pewnego razu z „ręką w nocniku” …

Naprawdę dziwię się że macie aż tyle problemów które tak łatwo rozwiązać ...

Pozdrawiam Rafal

sobota, 24 kwietnia 2010

Co robi niegrzeczna matka w sobotę?

61 komentarze
Prosi męża, żeby zabrał dziecko ze sobą do pracy, bo ona MUSI iść do fryzjera :)
A wieczorem podrzuca małą babci i wychodzi na miasto. Z mężem tym razem.

milego weekendu,
peace

czwartek, 22 kwietnia 2010

W co warto inwestować? - temat z maila

25 komentarze
Witam!

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie taki temat na posta:
W co warto inwestować?
Czasami kupuję ubrania dla synka w second-handzie, niektóre zabawki Małego też są z drugiej ręki. Nie mam fobii na punkcie jedzenia i często zamiast bio-słoiczków sama przyrządzam pycha-papki. Natomiast inwestuję w foteliki samochodowe (niedawno przerzuciliśmy się na fotelik z grupy 1 - od 9 kg). Fotelik dla mojego dziecka musi być wygodny, dopasowany do jego wieku, a przede wszystkim bezpieczny. Przed zakupem, długo analizowałam dostępne produkty, sprawdzałam wyniki crashtestów.
W czerwcu ubiegłego roku miałam wypadek samochodowy. Jechałam z trzymiesięcznym wtedy synem i swoją mamą. Kilka godzin wcześniej wyprzedzałam mężczyznę jadącego z dwójką dzieci (około 5 i 7 lat) "biegających" po samochodzie. Skomentowałam to dobitnie. Tego dnia przejechaliśmy około 200 km, wypadek wydarzył się zaledwie kilka km od domu. Na szczęście nikomu z nas nic się nie stało. A nie wiem, jakby się skończyło, gdyby nie porządny fotelik samochodowy. Nie ma dla mnie wymówki, jeżeli chodzi o wożenie dziecka bez fotelika. Nie jeżdżę nawet do sklepu, który widać z okna naszego mieszkania, jeżeli dziecko jest "luzem". A tym, którzy fotelika nie posiadają, proponuję kupić, pożyczyć, albo nie wsadzać dziecka do samochodu.
A w co Wy inwestujecie? Jak sądzicie, na czym można zaoszczędzić, a na co wydać większą kwotę?

Mama Grocha

piątek, 16 kwietnia 2010

Durne uwagi - temat z maila

43 komentarze
Witam Niegrzeczne Mamuśki :)

Najpierw chciałam napisać, że cieszę się, że taki "wirtualny klub" powstał, bo sam fakt, że można poczytać podobne historie do swoich, pomaga odetchnąć z ulgą i zdystansować się :)

Nie mam talentu do ubierania myśli w słowa, jednak chciałam napisać o pewnym zjawisku, który wystąpił u mnie. Mam dwie córki, między którymi różnica w wieku to rok i 10 miesięcy. Nie powiem, bywają ciężkie chwile, ale nie ma tragedii i spokojnie można dać sobie radę. Myślę sobie, że jestem nawet bardziej zorganizowana, niż przy pierwszym dziecku. Prawdą też jest, że odpuściłam sobie wiele spraw typu ciągłe prasowanie ciuszków, gotowanie zupek, codzienne spacery czy kąpiel, itd. Po prostu czasami nie wyrabiam i wtedy odpuszczam, staram się podchodzić na luzie :) Ale nie zapomnę, jak z mężem podjęliśmy decyzję, że chcemy aby między naszymi dziećmi była niewielka różnica wieku. Rodzina i znajomy pukali się w głowę, ciągle słyszałam, że powinnam odczekać chociaż 3 lata, starsza pójdzie do przedszkola, a ja wtedy będę miała małego bąbla. Inaczej nie dam sobie rady, za dużo obowiązków będę miała, będzie mega ciężko, itp. itd. Nie rozumiem skąd biorą się takie rady. Przecież jest cała masa matek, które mają dwójkę i więcej dzieci, które mają bliźniaczki i trojaczki, i sobie radzą. Początki są zawsze trudne, ale w momencie, kiedy już w miarę się zorganizujemy, powstanie jakiś schemat dnia, nauczymy się siebie wszyscy nawzajem na nowo, spokojnie można sobie poradzić ze wszystkim :) Oczywistą oczywistością jest to, że sa dni kiedy jest sielanka, a są dni kiedy jest piekiełko, ale to jest normalne!! Nie dajmy się zwariować, nie pozwólmy sobie wmawiać, że nie poradzimy sobie z więcej niż jednym dzieckiem :)
Cieszę się, że mogłam to napisać i wyrzucić z siebie na forum. I tak powtarzam wielokrotnie, że całe szczęście ktoś wymyślił smoczki, butle, mleko modyfikowane, telewizję, bajki, jedzonko w słoiczkach, itp. Dzięki temu można sobie wiele spraw ułatwić, bo przecież wszystko jest dla ludzi, trzeba tylko robić to i owo z głową i rozsądkiem :)
Serdecznie pozdrawiam!! :)

Marta

środa, 7 kwietnia 2010

Perfekcyjna - temat z maila

30 komentarze
Jak wiadomo na podstawie potocznych opinii, codzienność z dzieckiem jest bajecznie prosta. Cóż trudnego w zmianie pieluchy lub spacerze po słonecznym skwerku?
I dlatego, zdaniem wielu, matka – karmicielka – domatorka kojarzona jest jako leń i nierób. Siedzisz z dzieckiem w domu??? Oooooo, znaczy, że jesteś na nieustających wakacjach!!! Wspaniale, każdy by tak chciał. Spacerować, wystawiać twarz na słońce a nie siedzieć w zimnym, klimatyzowanym pomieszczeniu biurowym. Siedzieć na ławeczce przed blokiem zagłębiwszy się w lekturze poczytnego pisma kobiecego. Względnie, jak dziecko już nieco większe – lepić z nim babki z piasku i zjeżdżać na zjeżdżalni wśród chmary innych dzieciaków oraz ich opiekunek.
Żyć nie umierać!
I dlatego, pragnąc sprostać oczekiwaniom społecznym i udowodnić całemu światu, że jesteś osobą pożyteczną, choć chwilowo nie biegniesz rano do pracy lecz „pichcisz mężowi obiadki”, starasz się wcielić w skórę PERFEKCYJNEJ PANI DOMU.
Perfekcyjna itd. wstaje o godzinie 5:40 rześka jak skowronek, bierze szybki prysznic, wykonuje w biegu nienaganny makijaż i pędzi po bułki na śniadanie dla swojej małej rodziny. Mąż przecież, pracując od rana do nocy, musi zjeść porządny posiłek zanim wyjdzie do swojej roboty. A wczorajszych bułek nie jada. A po świeże pójść nie może, bo śpi. Lecz ty, jako Perfekcyjna, wzorowa i nienaganna gospodyni domowa, wstajesz, pędzisz i robisz kanapki. Wiele kanapek. Pożywnych.
A potem, ściśle według rozpiski przytwierdzonej magnesami na lodówce, lub, bardziej elegancko, przywieszonej na korkowej tablicy wiszącej równiusieńko na ścianie, krok po kroku robisz wszystko perfekcyjnie aż do wieczora.
Wspaniale!!!
Matka Wariatka zazdrości Pani Perfekcyjnej i poprosi o korepetycje z zarządzania firmą o nazwie Rodzina.
Dziecko Perfekcyjnej budzi się co dzień o 7:15 a nie z płaczem o 5:45. Do tego przesypia całą noc przykryte, a nie rozkopane. Ponadto śpi z głową na poduszeczce i nakryte czyściutką kołderką, a nie jak moje, z głową gdzie popadnie i pod stosem (lub też na stosie, w zależności od układu) ukochanych kocyków. Więc jak już dziecko Perfekcyjnej otworzy swe piękne oczęta, z uśmiechem bawi się w swoim łóżeczku, oczekując, aż mamusia nadejdzie i wyjmie je i ucałuje na dzień dobry. A nie wrzeszczy, budząc sąsiadów i próbując samodzielnie wspiąć się po szczebelkach i wypaść na wykładzinę.
Dziecko Perfekcyjnej z łatwością pozwala sobie zmienić pieluszkę, lub też od szóstego miesiąca siusia na nocnik, a nie jak moje, z piskiem i na golasa, ucieka, byle dalej od pieluch oraz ubrania w ogóle.
Dziecko Perfekcyjnej bez marudzenia zjada pełnowartościowe śniadanie i cierpliwie czeka na swoje grzaneczki, zamiast płakać, krzyczeć i rozpaczać, bo grzaneczki dopiero wjechały do piekarnika i będą za około pięć minut. Zresztą Perfekcyjna nie pozwala czekać własnemu potomstwu na posiłek. Wstała przecież stosownie wcześnie, by zdążyć go przygotować.
Dziecko Perfekcyjnej nie rzuca chlebem na podłogę aby potem z wysokości swojego krzesełka sprawdzać, co się z nim stało, tam na dole. Po prostu w czasie posiłku – je a w czasie zabawy – bawi się (i to nie okruszkami chleba). Dziecko Perfekcyjnej nie łazi z bułką po całym domu (a może nawet wcale nie jada bułek), nie roznosi okruszków gdzie popadnie (po to tylko, aby zjeść je ze smakiem po trzech dniach), nie stuka bułką w drzwi od pralki ani w szybę okienną, pozostawiając przy tym rozmazane ślady. (Jeśli by się nawet zdarzyło, że takie dziecko pobrudziłoby okno względnie lustro w przedpokoju, Perfekcyjna, znajdzie chwilę aby natychmiast doprowadzić mieszkanie do porządku – oczywiście przy pomocy ekologicznych środków czyszczących). Dziecko Perfekcyjnej nie włoży do pralki paczki zapałek. A jeśli nawet to zrobi, to Perfekcyjna nie upierze jej w 60 stopniach wraz z przykurzonymi ubrankami swojej latorośli. Odzież latorośli nigdy nie jest zresztą przykurzona. Niewiadomym sposobem, dziecko Perfekcyjnej bawiące się w piaskownicy nie brudzi się wcale. Zresztą ręce też ma idealnie czyste, przez cały pobyt na spacerze. Ponadto dziecko Perfekcyjnej nie zjada piasku z piaskownicy ani też nie zbiera wszystkich napotkanych na chodnikach niedopałków. Oczywiście nie wyrywa zabawek innym dzieciom przebywającym na placu zabaw.
Nie robi fochów, gdy trzeba siedzieć w wózku, nie trzeba go przekupywać bułką lub innymi ciastkami, aby raczyło w nim posiedzieć bodaj kwadrans. Dziecko Perfekcyjnej podczas zakupów w warzywniaku nie demoluje go lecz stoi grzecznie przy mamusi uśmiechając się słodko. Sama zaś Perfekcyjna, nawet jeśli nie kupi akurat żadnej zieleniny, to zawsze wie jak przyrządzić doskonały, idealnie zbilansowany a przy tym pyszny posiłek.
Dziecko Perfekcyjnej jada posiłki o stałych porach i nie ma zmiłuj, jak nie chce drugiego śniadania o 10:00 to nic nie dostanie aż do obiadu. Ponadto nie wyrywa przygodnie napotkanym dzieciom z rączek herbatników oraz innych chrupek. Wie, że nie jada się między posiłkami. Z mlekiem matki tę wiedzę wyssało.
Dziecko Perfekcyjnej nie wysypuje ziemi z doniczek, nie robiąc tym samym bałaganu na klatce schodowej, na której te doniczki stoją. Tym samym Perfekcyjna nie wysłuchuje uwag dozorczyni, że jak się nabałaganiło, to uprasza się o sprzątnięcie. Zresztą Perfekcyjna to doskonale wie. W mieszkaniu Perfekcyjnej panuje nieskazitelny ład. Kurze wyciera się co dwa dni a okna myje co dwa tygodnie. Zamiast czekać, aż deszcz spadnie i sam je przepłucze. Lodówka Perfekcyjnej jest zawsze perfekcyjnie zaopatrzona, Perfekcyjna jeździ na zakupy do marketu raz na tydzień, z listą zakupów, dzięki czemu nie zapomina kupić tego, co akurat jest jej potrzebne. Jeśli przypadkiem zdarzy się, że musi zabrać ze sobą dziecko – siedzi ono grzecznie w wózku sklepowym, nie próbując się z niego wydostać.
Perfekcyjna Pani Domu, żeby nie wiem jak bardzo jej się nie chciało, raz w tygodniu, w czwartki wieczorem, po ułożeniu dziecka do snu, prasuje rzeczy, które nazbierały się przez ubiegły tydzień i układa je w szafach kolorami.
Uprasza się Perfekcyjną o wizytę w moim lokalu mieszkalnym i uprasowanie choćby tylko sterty błękitnych koszul mojego małża, po to aby miał co na siebie do pracy założyć przez kilka następnych dni roboczych.
Perfekcyjna nie zapomina podlewać swoich kwiatów. Nie musi ich stawiać wysoko na regałach, w obawie przed malutkimi rączkami własnego dziecka.
Dziecko Perfekcyjnej nigdy nie histeryzuje a już zwłaszcza bez powodu.
Perfekcyjna nigdy nie traci do niego cierpliwości.
I nawet, jeśli tuż przed wyjściem zrobi kupę oraz ubrudzi jej bluzkę musem jagodowym – ze stoickim spokojem zniesie sytuację.
Perfekcyjna nie przesiaduje nocami przed kompem, nie ogląda telewizji (tu akurat mam z nią coś wspólnego), nie zapomni zadzwonić wieczorem do koleżanki i znajdzie czas by opiłować sobie paznokcie.
Perfekcyjna rzadko bywa zmęczona, ale ponieważ rozsądek nakazuje przespać się kilka godzin – kładzie się spać w okolicy godziny 24:00, uprzednio doczyściwszy wannę i opróżniwszy zmywarkę.
Zanim zaśnie – czyta jakąś miła lekturę. Przez kwadrans.
Perfekcyjna jest perfekcyjna. Po prostu.
Tylko, gdzie jej szukać???

pozdrawiam,
matka wariatka

czwartek, 1 kwietnia 2010

Łapię chwile ulotne jak ulotka. Ulotne chwile łapię jak fotka*

12 komentarze

Za 3 dni Mrówka będzie miała ROK. Bierze mnie na wspominanie:) Zaglądam do archiwum swojego bloga i cieszę się, że go mam. Że wszystkie te ulotne chwile są. Na fotkach. Teraz wiem po co mi ten blog:)
Moje top 8 ostatniego roku:
1. poród (wiem, niespodzianka ale naprawdę wspominam super. dumna jestem z siebie, że naturalnie, że bez krzyku, że szybko i sprawnie)
2. spanie razem z Mrówka (zasypiała na mnie w ciągu dnia albo uwielbiałam gdy budziła się o 5 rano, przychodziłam do niej do pokoju, kładłam sie na fotelu obok i trzymałam za rączkę, aż nie usnęła znowu. Teraz najbardziej tęsknie za wspólnym spaniem..)
3. moment kiedy poczułam, że ją kocham strasznie (gdzieś koło 4,5 miesiąca chyba, jak zaczęłam wychodzić z deprechy po-porodowej. bezinteresowna miłość mnie wreszcie zalała. to było jak pierwszy słoneczny dzień po strasznie długiej zimie)
4. jak zaczęła sama trzymać butle z mlekiem - objaw samodzielności :)
5. pierwszy ząb. Dumna byłam okropnie.
6. pierwsze raczki - niby nic ale Mrówa długo była nieruchawa, wszystkie inne już się przemieszczały a ona nic. I nagle, tata wyjechał, samotny weekend a Matyldzia nagle podnosi pupe i idzie. Piękne!!
7. Ojciec też matka - mój mąż tak strasznie pozytywnie mnie rozczarował :) On, egocentryk, imprezowicz itd okazał się najcudowniejszym ojcem jakiego mogłam sobie wyobrazić.
8. sylwester. zostawiliśmy małą na całą noc i poszliśmy w tango z mężem i przyjaciółmi :)

peace.

Miki

* Paktofonika

Smacznego jajeczka :-)

8 komentarze

życzą Wam Niegrzeczne Mamuski :)

z cyklu wszyscy wiedzą lepiej (z życia wzięte)

19 komentarze
U fryzjera

Pewna mama na wychowawczym wybrała się do fryzjera, gdyż w najbliższy poniedziałek czekała ją ważna rozmowa o pracę. Nazwijmy ją na potrzebę naszej opowieści…. Danuta Oberek. Danutę obsługiwała miła, na oko trzydziestoletnia, fryzjerka o nienagannej fryzurze i makijażu.

Danuta zastrzegła od razu, ze fryzura musi być prosta i łatwa w układaniu, gdyż ona ma maluszka w domu i w ogóle nie ma na nic czasu.
- O, to od porodu jeszcze te włosy? – ze zrozumieniem i miną pełną wyrozumiałości zapytała fryzjerka
- Nie, nie, maluszek ma już osiem miesięcy – sprostowała szybko Danuta i natychmiast pożałowała wypowiedzianych słów.
Zaskoczona fryzjera odruchowo zerknęła w lustro, jej spojrzenie mówiło jedno – „Kobieto, mam rozumieć, że chodzisz z tym odrostem 8 miesięcy???”
Danuta próbując się ratować zaczęła opowiadać, jak to „maluszek” jest bardzo absorbujący i ona na nic nie ma czasu...
- Aaaaaa, ciągle na rękach, co?
- Nieeeeee – odruchowo skłamała Danuta – Po prostu synek nie chce się sam bawić i raczej trzeba cały czas przy nim siedzieć.
- To kto go tak rozpieścił? – krótko zapytała fryzjerka.
- Eeeee, to znaczy, yyyyy, normalnie jest bardzo grzeczny, ładnie się bawi sam… - brnęła Danuta. - Właściwie to nawet czasami sam posiedzi sobie w łóżeczku i się chwilę pobawi. – 30 sekund to też przecież chwila, pomyślała Danuta. Rozmowa toczyła się dalej. Jako że Danuta była przeziębiona, fryzjerka wyraziła obawę, że „maluszek” się pewnie zarazi, biedny!
- O, na pewno nie! Synek nie chorował ani razu, nawet katarku nie miał! – chwaliła się Danuta.
- A ile BYŁ na piersi?
- Właściwie to…. jeszcze karmię – niechętnie przyznała Danuta. Fryzjerka odruchowo spojrzała na biust Donaty (w rozmiarze zdecydowanie... "mlecznym"). „No tak, wszystko jasne” odmalowało się na jej twarzy….Odkrywczym głosem zawołała - Aaaaa, to i pewnie odchudzać się Pani za bardzo nie może! Po czym szybko pochyliła się, aby równo podciąć grzywkę, tuż nad brwiami. Donata zamknęła oczy. Jej myśli obsesyjnie krążyły wokół niewyskubanych od miesięcy brwi….

Wszelka zbieżność osób i sytuacji przypadkowa :)))

tekst nadesłany do rekadakcji przez Dominikę

poniedziałek, 29 marca 2010

blokada psychiczna... - temat z maila

40 komentarze
Zaczęłam czytać Wasz blog, drogie mamuśki, kiedy natrafiłam na adres e-mail.. Nie czytając dalej, piszę..

Mam już 30 lat i pierwsze dziecko. Dziecko, którego według lekarzy miało nie być, bo mama nie może mieć dzieci.. a jednak ma!! Mam świetną pracę - spełniłam marzenia z dzieciństwa, zostałam nauczycielką. mam cudownego męża - spełnienie marzeń z dzieciństwa, miał być wyskoki i przystojny blondyn z pięknymi oczami, wykształcony, mądry... JEST! Mam własne mieszkanie z którego niedługo się wyprowadzę, ponieważ kupiliśmy dom. Mam mamę i babcię, które chętnie pomagają mi w opiece nad moim 6 miesięcznym synkiem. Mam wszystko...

A mimo to, czuję się jak małe dziecko, które chyba nie dojrzało do roli mamy. Nagle okazało się, że nie posiedzę sobie wieczorem z mężem, nie pojadę do kina kiedy mam ochotę, nie pójdę na zakupy, do koleżanki... Leżąc w szpitalu po ciężkim porodzie, zastanawiałam się, czy tego chciałam. CHCIAŁAM!!! Marzyłam o dziecku, płakałam godzinami kiedy okazywało się po kolejnych badaniach, że są coraz mniejsze szanse na ciąże...

Teraz zastanawiam się czy to depresja poporodowa? Pewien mądry człowiek powiedział, że jestem po prostu zablokowana psychicznie, ze to minie. Kiedy zbliża się noc, ja nie mogę zasnąć kiedy jest ze mną moje ukochane dziecko. Serce bije mi mocno, mam wrażenie, że wyskoczy z klatki piersiowej.. Czuję ucisk w klatce piersiowej...denerwuję się. Nie wiem czym, nie wiem dlaczego.. Często płaczę, mama zabiera maluszka do siebie na noc...nie mogą z moim mężem patrzeć jak cierpię. W ciągu dnia jest wszystko dobrze....najgorsze są wspólne noce....

A najgorsze jest to,że nie spotkałam drugiej takiej jak ja.

Erin

wtorek, 23 marca 2010

Place zabaw - konieczność?

43 komentarze
Czy ktoś jeszcze nie lubi placów zabaw? Czy ktoś jeszcze unika ich jak ognia?
Moje dzieci lubią, więc chodzę. Ale chodzę z nimi i bawię się z nimi. Na tym to polega.
Ostatnio, gdy robi się ciepło, wybywam z murów na plac i tak sobie kątem oka obserwuje co się dzieje...
A dzieje się tak: siedzi sobie grupa matek, plotki, papieros (grrr) i ubaw po pachy.
I jedyna ich aktywnośc, to jest wydarcie się na całe gardło: "Michał! Zejdź stamtąd", "Michał! Zostaw go!", "Michał! Bo zaraz pójdziemy do domu!":..
Wrrr,. W nieidzielę byłam jedyną matką, która zjeżdzała na zjezdzalni z dziecmi. Jedyna, która raczyła podnieść tyłek i wejść by się pobawić.
Mam wrażenie, ze patrzyli jak na dziwoląga.
Bo inni siedzieli z paczką jakis chipsów dla dziecka, ktoro podbiegało co chwile zjesc.
Zeby nie było..zabrałam sobie czasopismo i usiadłam na moment by się zrelaksować.

Generalnie powinnam miec to gdzieś, kto jak wychowuje, bo na co dzien mam. Ale ten temat jakos mi siedzi i mam ochotę podejsc do rodzica i powiedziec: zamiast się drzeć co chwilę, wejdź paniusiu do dziecka i zobacz jaki ma problem.\

Bo to co ci rodzice robią nie jest niegrzeczne, tylko olewające ;).
Howk!



poniedziałek, 22 marca 2010

Etat MAMA

51 komentarze
Chyba przestalam ogarniac. Chyba powoli sie zalamuje. Chyba musze isc do pracy. Chyba przerasta mnie etat Mamy.

A moze dokladniej nie etat Mamy co etat Mamy w domu.

Byc moze to przesilenie wiosenne, byc moze zmeczenie materialu, byc moze musze odpoczac, albo powaznie pomyslec nad zmiana swojego trybu zycia.

W innych przypadkach moze byc kiepsko.

Jest 12:40, zeby napisac tego posta dala Oli bule, bo tylko ona jest w stanie wyciszyc moje hiperaktywne dziecko na 5 min.

Moj dzien wyglada mniej wiecej tak:

wstaje ok 6:30 - albo Ola mnie budzi, albo P. jak wychodzi do pracy. Ogarniam sie (na prysznic szansy juz nie mam, bo dziecie zaraz wyje ze nie wyjelam jej z lozeczka - prysznic w czasie drzemki)
kasza dla Oli, kawa dla mnie. Wyglupy na ziemi - ot taka moja szansa na fitness - mioesnie brzucha przy tym niezle pracuja, na prawdziwy fitness od pewniego czasu niestety nie mam kiedy sie wybrac. Scielenie lozek, puszczenie prania, ogarniecie Oli, ktora wlasnie pozarla dzisiejsza wyborcza i rozlala moja kawe, sprzatam, zmywam, Ola przyczepiona do nogi zjada gabke znaleziona w szufladzie, wyciagam gabke z paszczy - kupa. Przewijam kupe, sprzatam pieluchy. Daje Oli chrupki kukurydziane i pacyfikuje w foteliku, a sama z prwedkoscia swiatla mkne do osiedlowego po kjefir i bulki. wracam, oczyszczam Ole obklejana maczka kukurydziana. Bierzemy ksiazki, czytamy, tarzamy sie po ziemi, pokazujemy noski, oczki i inne czesci ciala zabawek. Rozpracowujemy sorter, wrzucamy klocki, cwiczymy "komende" DAJ. Ola upada. Glowka boli, pokazuje jej tysiac innych gadzetow by odwrocic uwage od przerazenia wywolanego upadkiem, w tym czasie pralka wyje ze skonczyla prac. Idziemy - tzn ja ide, ssak pedzi za mna - wylaczyc owa pralke - Ola po drodze rozwala pol paczki proszku do prania, zamiast wyjac pranie myje, przebieram, przewijam ssaka. Przy okazji zostalam obsikana wiec przewijanie przedluzone. Proszek w lazience rozsypany, pranie nie wyjete - lazienke zamykam, bo nie mam jak sprzatnac teraz. Ola to tornado, jest wszedzie i w miejscu nie wysiedzi. Oooo juz 9:30 - czas na II sniadanko - no to trzask prask kanapeczki dzis z bieluchem bo na paste czasu zabraklo, kanapeczek nie je sie w foteliku, bo przeciez to nadpobudliwe dziecie nie wysiedzi, wiec talerzyk na lawie, a bieluch wszedzie...zaje...fajnie. No ale ze ja czas z dzieckiem wole spedzac niz na sprzataniu, to tym co pod reka wytarlam, i dalej bawimy sie z Ola. Ubieramy sie przebieramy idziemy spac bo to pora drzemki. Ja w tym czasie doczyszczam lazienke, wygrzebuje kawalki zaschnietej bulki z fotelika, pedze wywalic smieci i oprozniam kosz z pieluchami. Przy dobrym wietrze uda mi sie zmyc i wziac prysznic, a luksusem jest dla mnie peeling czy doprowadzenie stop do stanu uzywalnosci. A...wyciagam tez to zalegle pranie, bo jak nie wyciagne to zgnije jak to w zeszlym tygodniu ktore musialam prac 2 razy bo wczesniej nie zdazylam rozwiesic. Dzis sie udalo. Pranie powiesilam i nawet doprowadzilam tuje balkonowe do lepszego stanu z uwagi na kalendarzowa juz wiosne i koszmarny ich wyglad po zimie. Zerkam na zegarek, mam jeszcze 15 min do konca drzemki co robic? Moze sniadanie? Moze zmycie podlogi? Nie... blogi... chba jestem silnie uzalezniona od tego co na nich. No wiec tak dobiega koniec moich 90min wolnych od Oli :D A potem abarot to samo, przewijanie, mizianie, spacer, powrot do domu. Wstawiam warzywa, bedzie krem z cukinii dla Oli. w tym samym czasie Mloda wywala z szuflad wszystko... ja juz nawet nie zbieram bo sil mi brak. Caly czas otaczam Ole kapiela slowna, by jak najlepiej wzbogacac jej slownik jezykowy, licze ze moze chociaz to zaprocentuje. A no i kupa. znow. znow sie przewijamy, cukinia kipi, pedze do niej z gola Ola, sika na mnie znow...a ile ma tego radochy...Ok. Mloda okielznana laduje na podlodze. O dziwo zajmuje sie soba, a ja koncze ten nieszczesny krem z cukinii. Zrobilam wiecej z mysla ze i dla nas bedzie. I w sumie dobrze bo Ola zjadla 3-4 lyzki i koniec. SUPER!!! Dobrze ze sloiki w zapasie, bedzie chociaz pozadne drugie danie, o ile Kasiezna zechce jesc, bo cos ostatnio mamy bunt jedzeniowy. II danie dla nas niestety bedzie musialo poczekac do wieczora - czyt. zamowimy cos z pobliskiej knajpy, bo nie ogarne juz obiadu. AAAA... Ola pozera metke od nowej bluzeczki...na szczescie udalo mi sie wyjac z buzi ten plastikowy sznureczek, i tym samym uniknac zadlawienia corki...w miedzyczasie bawila sie tez koszem na brudna bielizne, a ze kosz wiklinowy to teraz mam "dywan" z wikliny w calym mieszkaniu.

Do konca dnia zostalo jeszcze sporo, przede mna drugi spacer na ktorym poczta, skarbowy, moze zus jak dojde i zakupy, podwieczorek, zabawy edukacyjne (naprawde sie staram), cwiczenia zalecane przez rehabilitantke, wieczorne czytanie bajek, kolacja, kapiel, ogarniecie mieszkania, a w zasadzie pobojowiska tudziez tego co kiedys bylo mieszkaniem, zmywanie, latanie na szmacie zeby podloga na jutro nadawala sie do zlizywania z niej roznosci, prasowanie gory ktora powieszona rano juz pewnie wyschla...no i jak sie uda to przed powrotem P. czyli przed 21 bede "po robocie" no i nawt zostalo troche czasu na zamowienie bidonow z allegro czy umowienie online wizyty do alergologa i nawet kaszki z ekosklepu zamowilam wiec czego ja chce. Cod miod malina...zastanawiam sie tylko jeszcze nad jednym...apropos wieczorow...czy to libido mi spadlo ze padam jak kawka przed 22 czy sa jakies inne powody ;)

KU POKRZEPIENIU!!!

Tak tak, ten post ma byc ku pokrzepieniu serc "siedzacych" w domu Mam w podobnej sytuacji do mnie. Serio dziewczyny nie wiem jak wy to robicie. Jak wszystko ogarniacie i jestescie jesczze usmiechniete i jak dajecie rade te dwudaniowe obiady gotowac i zacerowac spodnie starszaka czy piec ciasta na niedziele itp. Mnie to juz powoli przerasta. Ba Ja sobie po prostu nie radze ze wszystkim. Pracujac mialam pania do sprzatania Teraz na nianie, pomoc domowa czy pania do prasowania szans nie mam z uwagi na tak zwany domowy cost cutting spowodowany brakiem mojej pensji i proba zycia z jednej ;/

MUSZE WROCIC DO PRACY!!! Zdecydowanie. Nie jestem w stanie funkcjonowac na 200% normy. W pracy, tak - w domu nie daje rady. Gdyby to bylo tylko zajmowanie sie dzieckiem to luz bluz ale to co sie dzieje teraz to jakas MASAKRA.

A i jeszcze super ze w naszym prorodzinnym Panstwie kobieta na wychowawczym to jakis wynaturzony waglik spoleczny ktorej nie nalezy sie nic, no chyba ze dochody w rodzinie nie przekraczaja 504zl na osobe, to zaszaleli i zasilek przyznaja nie wiem ile ale chyba cos kolo 47,60zl na dziecko :D MALINA!!!

Aha zapomnialam dodac ze ja matka siedzaca polowicznie, bo oprocz powyzszego mam jeszcze 18h lekcji tygodniowo, pisze artykuly, staram sie byc na biezaco z kulturalnym repertuarem i realizuje swoja pasje a no i...mam meksyk w domu z tego tytulu :D

niedziela, 21 marca 2010

Syndrom czapki

51 komentarze
Wytłumaczcie mi, bo może jestem niedouczona - dlaczego TRZEBA dzieciom ZAWSZE zakładać czapki?

Powiało wiosną, jest 14 stopni, a dzieci nadal w czapkach. A jak zdarzy się dziecko bez to natychmiast znajdzie się ktoś kto zapyta: a gdzie to dziecko ma czapke?? W piwnicy, zakopałam, razem z kurtkami puchowymi i butami narciarskimi. Zima=czapka. Wiosna=koniec czapki ;)

Wychodze z zalozenia, ze dziecko ubieram tak jak siebie, jak pogoda jest na t-shirt i sweter to tak samo ubieram Mrówkę.

Wczoraj uległam presji i poszłam na kompromis z mężem - chusteczka na głowie zamiast czapki.

Czy syndrom czapki obowiazuje tez w innych krajach o podobnym klimacie?

peace

ps. dziś jest pierwszy dzień WIOSNY, oficjalnie :))