niedziela, 27 czerwca 2010
Chick trip
Okulary przeciwsłoneczne raz? Są.
Aparat z naładowaną baterią raz? Jest.
Fundusz zakupowo-knajpiany? Nieograniczony za błogosławieństwem małżonka.
Za dwie godziny z kawałkiem powinnam się już przechadzać nad amsterdamskimi kanałami.
Zaraz, zaraz, krzyknie ktoś - przecież Filippo jeszcze śpi, jego tatuś również...
A niech śpią, przecież ze mną nie jadą! Za pięć minut powinny przyjechać kolezianki - na tę wyprawę wybierają się same jajniki.
Słońce, wyprzedaże plus muzeum Van Gogha minus dziecko - to będzie piękny dzień.
piątek, 25 czerwca 2010
czwartek, 24 czerwca 2010
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Łapać chwile...:) - temat z maila
co mi chodzi. Przypuszczam, że wiele z Was tak miało!
Jestem młodą mamą, mam dwójkę wspaniałych dzieciaczków (2,5 latka i miesiąc)! Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu, ale... no właśnie zawsze musi być jakieś ale... Każdy dzień jest podobny do poprzedniego, wszystko kręci się wokół dzieci, no bo w sumie jak mogło by być inaczej? Sami się sobą nie zajmą ;)
Ale czy życie musi stać się nagle nudne? Nie! Przecież pomimo tego, że narodziny dziecka wywracają nasze dotychczasowe życie do góry nogami, że wydaje nam się, że tak już musi być... Kobieta zamknięta w domu przy zupkach, kupkach i tego typu sprawach!!!! Czasem mamy ochotę rzucić to wszystko i po prostu wyjść!
Uświadomiłam sobie, że to wcale nie musi być dla nas udręka... Wystarczy, że w tym całym zawirowaniu znajdziemy coś dla siebie... Tak tak, pewnie myślicie sobie teraz, że gadam głupoty, bo ledwo starcza czasu na domowe obowiązki a tu pisze o czasie dla SIEBIE! Ale wiem co pisze, mam w końcu dwójkę dzieci, które pochłaniają ooooogromne ilości czasu, do tego pranie, sprzątanie, gotowanie (mieszkam sama bez teściów i rodziców)!
A jednak po czytaniu tych wszystkich wpisów na blogu doszłam do wniosku, że muszę zacząć działać... Zaczęłam od pisania tego posta, to już daje mi ogromną przyjemność, robię coś dla siebie, może nie jest to jakaś super rewolucja, ale mi naprawdę sprawia przyjemność!
Po całym dniu jestem padnięta, jest 24, a ja zamiast korzystać z okazji i iść spać... pisze... pisze... i pisze i jestem szczęśliwa! Moja radość na pewno udzieli się dzieciakom, bo zamiast matki, która lata zestresowana bo obiad nie gotowy... bo pranie nie wrzucone... bo któryś raz przebieram lub
Musimy wyjść z domu nawet jeśli to miałby być spacer na pół godziny koło domu... tylko nie zabierajmy dzieci! Niech nasze pociechy zostaną z tatusiem! To co, że oni nie myślą tak jak
my... na pewno nie pozwolą, aby dziecku stała się krzywda!!
Dlatego proszę, nie zamykajcie się w domu, a jeśli już to robicie to może właśnie w nim trzeba znaleźć coś co dotyczy tylko nas... mieć swój malutki świat!
To mój pierwszy wpis, mam nadzieje, że zda egzamin;)
pozdrawiam
Mysza ;)
sobota, 19 czerwca 2010
Matka domowa - leń, upośledzona? - temat z maila
Jestem zachwycona tą stroną, zachwycona głównie tym iż nie lansuje żadnego schematu bycia Mamą.
Zwłaszcza, że współczesne oczekiwania jakie się stawia Matkom to zbiór sprzeczności.
Jesteś w domu - cudownie, dziecko będzie miało fajne dzieciństwo, ale z drugiej strony "nic nie robisz - siedzisz w domu". Pracujesz - fajnie że realizujesz się zawodowo, ale z drugiej strony "zostawiasz takie maleństwo z nianią, ono Ciebie potrzebuje".
Mnie również nie ominęło kilka nieprzyjemnych sytuacji/komentarzy niestety głównie ze strony innych kobiet.
Tytułem wstępu: zaszłam w ciążę na ostatnim roku studiów, dziecko nieplanowane, ale pokochane od razu i oczekiwane z wielką radością.
W dziewiątym miesiącu obroniłam się i skończyłam dodatkowy kurs. W ciąży i przez ponad rok w domu, brałam zlecenia (rzadko i głównie dla satysfakcji zawodowej, nie finansowej), jednak moim etatem była praca w domu i zajmowanie się dzieckiem. Przez ten cudny czas, ważny zarówno dla dziecka jak i dla mnie miało miejsce kilka frustrujących sytuacji.
1. Matka Domowa - upośledzone zdolności poznawczo - prawne.
Dwa tygodnie przed porodem musimy wynająć inne mieszkanie. Zajmuję się tym ja, mąż pracuje i nie ma czasu. Pomijam szereg obejrzanych ruder, ogłoszeń "z dziećmi i psami dziękujemy" itp. W końcu udaje mi się znaleźć coś odpowiedniego. Od momentu podpisania umowy Pani z biura nieruchomości kontaktuje się wyłącznie z mężem. Na jego sugestie, by dzwoniła do mnie, bo on nie ma czasu, nie ma przy sobie papierów, które są w domu itp. proponuje, że zadzwoni do niego później. Jeśli mogła przekazać coś wyłącznie jemu, było w porządku. W momencie, w którym przychodziła, a mąż jeszcze nie wrócił z pracy, dzielnie czekała choć zapewniałam że wszystko mu przekażę. Pani najwyraźniej uznała, że wraz z urodzeniem dziecka straciłam poznawcze moce i nie rozumiem co jest napisane na rachunku za czynsz, a poza tym skoro z męża wypłaty będzie on płacony to najwyraźniej nie jestem godna potrzymać go w ręku.
Sytuacja powtórzyła się w momencie kupowania mieszkania, inne biuro, inna kobieta, podejście to samo. Do absurdu doszło w dzień podpisywania końcowej umowy. Mąż zjawił się wcześniej:
Pani: O jak dobrze że Pan jest, to możemy zaczynać.
Mąż: Chciałbym poczekać na żonę.
Pani: Ale po co?
Mąż: Chociażby dlatego, że ona wiezie wszystkie dokumenty.
Pani: To nieważne, najważniejsze że Pan już przyjechał.
2. Matka Domowa - leń bez ambicji.
Z trzymiesięcznym Dzieciem na spacerze spotykam młodszą koleżankę ze studiów. Jakieś tam ble, ble, urodziłaś, obroniłaś się, w końcu pada pytanie.
Koleżanka: A co w ogóle robisz?
Ja (w myślach yyyyy nie widać?): Zajmuję się dzieckiem.
Koleżanka (zszokowana): Ale nie robisz Nic zawodowo!?
Sylwester, Mąż zostaje z Dzieciem w domu, ja idę się pobawić ze znajomymi ze studiów, niektórych nie widziałam już od dłuższego czasu. Bawię się świetnie jest miło, ktoś pyta?
Ktoś: Czy żyjecie z tego co lubicie robić?
Cóż, ludzie 1,5 roku po studiach, pierwsza praca nie zawsze jest tą wymarzoną, większość smutnie zaprzecza.
Ja (wesoło): Zajmuję się domem, żyję z pensji męża i bardzo go lubię.
Ogólna radość.
Koleżanka: No tak. Dopóki mu się nie znudzi i nie powie: do roboty leniu.
Nie chcę psuć atmosfery, nie komentuję. Przypominają mi się te wszystkie leniwe poranki z Dzieciem zaczynające się o 5 - 6 nad ranem i te leniwe dni spędzone na praniu, prasowaniu, gotowaniu i przebieraniu kup.
Epilog: Od trzech miesięcy pracuję na etat. Lubię moją pracę choć nie jest to wymarzone zajęcie, traktuję ją jako wstęp do czegoś poważniejszego. Podoba mi się, choć prawie całą pensję oddaję Niani i czasem jej zazdroszczę spacerów z Dzieciem. Ale wiem, że jeśli przestanę się w niej rozwijać, bez żalu ją zostawię by zostać Etatową Mamą Domową bez względu na to, że mogę być postrzegana jako nieambitna kwoka domowa.
Pozdrawiam serdecznie wszystkie Pracujące i Niepracujące Mamy. I życzę dużo odporności na opinie innych.
J.
środa, 16 czerwca 2010
Jak być lepszą matką? - temat z maila
Drugie zdarzenie- nasz ukochany pies wpadł pod samochód, moja mama zaczęła chorować, ja zaszłam w ciąże. Cały okres ciąży to był wieczny stres. Bałam się każdej wizyty, bałam się usłyszeć po raz kolejny, ze serduszko nie bije... Jakby tego było mało, to mój mąż tak pokłócił się z moim ojcem, że się pobili. Musieliśmy się szybko wyprowadzać i w ostatnich miesiącach ciąży myśleć co dalej....... W 8 miesiącu mój ojciec zgodził się, byśmy się wprowadzili, ale na jego warunkach. Mieliśmy co prawda osobne wejście osobną kuchnię, ale warunki i tak były sztywno ustalone.
Ponieważ panicznie bałam się czy dojadę do szpitala na czas ustaliłyśmy z moją lekarką, że przyjmie mnie do szpitala 3 dni przed terminem porodu. Leżałam tydzień, po czym wywołano poród...Poród to był koszmar- mimo, iż już na samy początku jeden z lekarzy powiedział mi, że nie wie czy uda mi się urodzić naturalnie w związku z moim niskim sklepieniem, to rodziłam blisko 12 godzin. Na maxa wykorzystano czas skurczów partych. Mogą trwać godzinę i też tak do oporu czekano... W końcu zrobili mi cięcie... Kiedy wyjęli mi z brzucha tego małego człowieka nie poczułam tej magii o której pisali. Poczułam się winna....Winna poczułam się, kiedy okazało się, że nie mogę karmić piersią, kiedy synek zaczął mieć kolki i płakał całymi dniami i nocami.....
Miesiąc po narodzinach synka zmarła moja mama- tego było już za wiele. Choć miałam męża , tatę, czułam się i czuje nadal bardzo samotna w wychowywaniu dziecka...Czuje się samotna, mam depresje, lęki, że nie podołam. Synek ma pół roku. Ciągle łapie jakieś przeziębienia, teraz ząbkuje i płacze, a ja nie mogę mu pomóc. Kocham go nad życie, chcę mu dać wszystko, ale kiedy kolejny raz zaczyna płakać czuje się winna, że nie robię wszystkiego tak jak powinnam, że gdybym robiła wszystko jak trzeba dziecko byłoby spokojne.To trudne, ale nie wyobrażam sobie życia bez synka, ale i ciężko żyć mi razem z nim.... Kocham go bardziej niż kogokolwiek, a jednocześnie wkurza mnie swoim marudzeniem, płakaniem.... jestem złą matką, egoistką, która chciałaby mieć święty spokój .......
L.
Propozycja udziału w cyklu oFeminin.pl - temat z maila
Proszę o odpowiedź i liczę na współpracę:)
Pozdrawiam,
Gabriela Rapiej
redaktor ofeminin.pl
889452665, 022 2320024
środa, 9 czerwca 2010
KIEDY DRUGIE? - Nigdy!!!
A ze bedzie drugie (cioteczne;) ) zebralam sie by skrobnac pare zdan.
Wielokrotnie slyszalam pytania: "Kiedy drugie?", "Po co czekasz?" "Chcesz wypasc z rytmu pieluch?"
W zasadzie juz od czasu kiedy Ola skonczyla jakies 6 miesiecy mnostwo osob zalewalo mnie zlotymi radami na temat powiekszenia rodziny. I ja osoba badz co badz juz zdystansowana do tego typu porad, osoba ktora wie czego chce - znow zaczelam sie miotac. Moze rzeczywiscie, moze powinnam, bo przeciez chyba nie chce by Ola byla jedynaczka, bo przeciez sama mam siostre i wiem jak fajnie jest moc miec w kims tak bliskim oparcie (przemilcze fakt, iz przez lata tzw "dojrzewania" bylysmy zupelnie obcymi sobie osobami), bo moze pozniej bedzie trudniej, albo ze dzieci sie nie dogadaja itp...
NAGLE cos mnie olsnilo... Ale czy drugie dziecko to jest WLASNIE to czego ja chce?
I myslcie sobie o mnie co chcecie, ale ja naprawde nie chce drugiego dziecka. Nie teraz, nie za rok, nie za dwa...nie wiem, moze dojrzeje, moze sie zmienie. Teraz wiem ze nie chce.
Kocham Ole nad zycie, daje jej siebie w 120% kazdego dnia, robie wszystko by byla szczesliwa, by jak najczesciej sie usmiechala i by czas spedzany z nia byl najlepszym dla nas obu :)
Z wlasnej nieprzymuszonej woli zrezygnowalam z pracy, by moc byc z Ola. Jest nam ciezko pod wieloma wzgledami. Zycie z jednej pensji jest beznadziejne, przynajmniej w naszym przypadku. Wymaga od nas wielu wyrzeczeń, pewnych poswiecen. Bo wakacje w Dubaju, narty w Alpach czy szalone weekendy w Paryzu, Sztokholmie czy Londynie musza zostac skanselowane. Bo zdjecia samolotow w Nowym Jorku czy Moskwie, tez w tym roku nie wypala. Ba nawet nasze knajpowe zycie ostatnio mocno wyhamowalo.
Ale nie zamienilabym za nic w swiecie czasu spedzanego z Ola na wakacje na Karaibach - Nigdy. Chcemy dla Oli jak najlepiej, zamiast na drogi zabieg kosmetyczny - wole wydac pieniadze na kurs bobomigow, basen czy inna forme rozrywki dla Oli. Zamiast toreb z ciuchami dla siebie, wychodze zawsze z ubraniami dla Oli. Nawet w spozywczym zmienilam kierunek "zwiedzania" i zamiast szbkiego kupowania najpotrzebniejszych produktow do domu zastanawiam sie czy kupic kasze z amarantusa, przekaske gryczana czy moze jogurt sojowy. Nawet gotowac sie musialam i chcialam nauczyc. Kiedys zjadlam salatke w fabrykowej stolowce, popilam zimnym latte ktore stalo pol dnia na biurku a wracajac do domu zamowilam sushi z dostawa by nie marnowac czasu, ktorego wracjac o 20:00 duzo nie zostaje. Teraz gotuje owsianke, klopsiki drobiowe, rybe na parze itp. Zreszta kazda mama siedzaca w domu z dzieckiem, wie o czym mowie.
Ale by wrocic do tematu, dodam, ze to wszystko uswiadamia mnie, ze jednak przy drugim dziecku nie moglabym tak funkcjonowac niestety. I wcale nie dlatego ze bym nie chciala, ale niestety wzgledy finansowe usilnie wypychaja mnie do pracy, bo wlasnie te same wzgledy finansowe, pewnie nie pozwolilyby nam na obdarowywanie kolejnej Malej istotki nowymi ubrankami, zabawkami, moze nie byloby nas stac na zajecia, na ktore chodzimy z Ola. Nie mialabym tez tyle czasu by wszystko moc ogarnac przynajmniej tak jak teraz. A jeszcze wizja mieszkania "pod" Warszawa, czyli dwugodzinne korki i powrot Taty po 21 do domu dobily by mnie strasznie. Nie wiem nawet czy potrafilabym z takim zaangazowaniem kochac drugie dziecko.
Czy to egoizm? Nie wiem. Byc moze.
Ale czy to naprawde cos zlego, ze chce sie w 100% byc dobrym rodzicem i w 100% moc zapewnic dziecku to co najlepsze?
Byc moze to glupie ale ja naprawde nie wiem nawet czy bylabym w stanie dac TYLE MILOSCI drugiemu dziecku ile daje Oli.
O przechodzeniu depresji poporodowej drugi raz nie chce nawet wspominac.
Fakt, dzieci ktore maja rodzenstwo rozwijaja sie inaczej, moze lepiej, ale... coz najwyzej bede miala rozpieszczona jedynaczke ;)
Cioteczne to tez rodzenstwo :)
poniedziałek, 7 czerwca 2010
Podróże, empatia i wąsaty Hiszpan
Robaczek od początku swego żywota był przyzwyczajany do tego, że domy są dwa: jeden ma kuchnię, salon i trzy sypialnie, a drugi ma cztery koła i zwie się SA-MO-CHÓD.
Do perfekcji opanowaliśmy zasady pakowania wiktu, opierunku i zestawu rozrywkowego Robaka do torby o rozmiarach ajpada (wpis sponsoruje firma Apple Computers), więc zamiast biadolić, że z dzieckiem nic zrobić nie można, my pakujemy się do foteli i fotelików, i wyruszamy przed siebie. Czasami nawet nie czekamy na Tatusia, tylko jedziemy do ulubionej księgarni albo na spotkanie z jedną czy drugą ciocią i jej narybkiem w przytulnej knajpce.
Podróżowanie z dzieckiem, dyscyplinę wymagającą, acz przynoszącą sporo satysfakcji, ułatwiają spotykani na każdym roku życzliwi ludzie.
Wózek pomogą wnieść, jeśli jest taka potrzeba. Dziecko zabawią przy przymierzalni w sklepie. Jeśli jestem sama w kafeterii, nieznoszącym sprzeciwu ruchem ręki każą iść do stolika, a sami doniosą tacę z kawą i ciachem. Drzwi do windy przytrzymają. W kolejkach do kasy w spożywczaku chcą przepuszczać. A ja nawet nie muszę o nic prosić, oni wyrastają spod ziemi w najbardziej odpowiednim do tego momencie i oferują swoją pomoc.
Czasami skwapliwie z niej korzystam, a czasami szybko oceniam sytuację (Filip z uśmiechem robi sobie masaż dużego palca lewej stopy, prawdopodobieństwo ataku wyjca bliskie zeru) i dziękuję serdecznie, mówiąc, że "My mamy naprawdę dużo czasu, a pan/pani pewnie nie".
Zdarzają się jednak chwile, kiedy czasu może i mamy sporo, ale napięcie jest takie jak w filmach Hitchcocka i trzeba zrobić wszystko, żeby zapobiec wielkiemu wybuchowi.
Kilka dni temu w H&M. Sytuacja-klasyk: jednak kasa otwarta, kolejka się powiększa, przy ladzie babeczka z toną ciuchów, w tym piętnastoma bez metek, których numery trzeba wyszukać na trzech piętrach sklepu.
Robak zaczyna jęczeć. Ja chwilę się miotam - nie po to wykorzystałam jego drzemkę na przymiarkę ślicznej spódnicy, dwóch sukienek i bluzki, żeby się teraz wycofać. Zaczynam śpiewać piosenki: Kolorowe kredki, Witaminki, Mydło wszystko umyje, i tak dalej. W kolejce narasta napięcie - nie wiem, czy ludziom bardziej przeszkadzają jęki Robaka czy moje śpiewy.
Nagle pojawia się zbawicielka, piękna ciemnoskóra dziewczyna, i otwiera kasę.
Nie mam szans z tłumem ludzi BEZ WÓZKÓW. Chociaż w pierwszej kolejce byłam trzecia, w drugiej w ogóle nie załapałam się na podium.
- Przepraszam, czy mogłabym zostać obsłużona pierwsza? Mój syn zaraz zrobi nam tu Saigon, jeśli postoję z nim o sekundę za długo.
Kolejkowicze robią mi miejsce (Niemcy rozumieją jednak angielski!) i kroczymy z Robakiem dumnie pomiędzy naręczami spodni, sukienek i bielizny (po co facetowi dwa staniki???). Jak dobrze jest mieć język, który nie usycha w podobnych sytuacjach.
Czasami bywa jednak mniej przyjemnie.
Tydzień temu kończyliśmy wakacje w upalnej Hiszpanii. Lot powrotny wieczorem, budżetowa linia lotnicza, priorytetowego wejścia na pokład dla rodziców niemowląt brak. Jednak uprzejmie wpuszczono nas w kolejkę (Międzynarodowa Federacja Życzliwych rządzi). Niestety, zanim przyjechała po nas winda, wielki tłum zdążył zbiec po schodach i na dole byliśmy daleeeeeko za peletonem.
Pomimo wczesnowieczornej pory na lotnisku przypiekało słońce. Szybka kalkulacja: właśnie wyniosłam Robaka z chłodnego (mocna klima) lotniska, teraz będzie się ostro grzał, a potem znów klimatyzacja w samolocie. Niezły przepis na gluta po kolana. Cóż, kolejka będzie musiała znieść moją bezczelność. I z wielkim uśmiechem udałam się pod same schody.
Parę osób widząc mnie zrobiło krok w tył. Uff, rozumieją – kiwnęłam głową w ich stronę i szepnęłam Thank you. Gracias.
Ale nie wszyscy. Niemłody Hiszpan w ze złowrogo wyglądającym wąsem rzucił mi mordercze spojrzenie. Kiedy byłam dwa kroki od pierwszego stopnia, wyprzedził dwie stojące przed nim kobiety i dopadł schodów równo ze mną. Postawił prawą nogę na stopniu i wycedził przez zęby coś, co chyba miało znaczyć: Jessssst kolejjjjjka!
Jakby we mnie piorun trzasnął.
Że co? Może dla zabawy tu podeszłam? Żeby pokazać całemu tłumowi, że potrafię? Żeby się pochwalić opalenizną??? Bożenku, dlaczego nie mówię po hiszpańsku???
Odwróciłam się i z najlepszym uśmiechem, na jaki było mnie stać, powiedziałam w języku Szekspira:
- Jestem z dzieckiem. Proszę wierzyć, jest mi wystarczająco ciężko nawet bez tych komentarzy.
Jednocześnie postawiłam nogę na DRUGIM stopniu (dzięki niebiosom za długie nogi!) i chwilę później byłam już w samolocie.
Podróż minęła spokojnie.
Drodzy Wąsaci Hiszpanie tego świata!
Jestem matką małego dziecka. Nie oczekuję z tej okazji czerwonych dywanów, wielkich przywilejów ani całowania po rączkach za wysiłki w zakresie przedłużania gatunku. Naprawdę nie urodziłam dziecka po to, żeby wpychać się we wszystkie możliwe kolejki ani po to, aby mi wszystko podawano pod nos. Proszę jedynie o odrobinę empatii i zrozumienia, że czasami jest mi po prostu ciężko. Drobny gest, coś, co Was nic nie będzie kosztować, może w takiej sytuacji ułatwić życie i Wam, i mi. Chyba że perwersyjnie uwielbiacie ryk niemowlęcia. Taką rozrywkę na długie godziny mogę zapewnić w sekundę lub dwie.
Tekst zamieściłam też u siebie na Bloxie. Żeby nie było, że to plagiat jakiś. :)
niedziela, 6 czerwca 2010
Poród po terminie, a zwolnienie lekarskie - temat z maila
Zapisałam się do waszego "klubu" choć jeszcze nie urodziłam mojej niuni, ale już teraz czytam opinie mam, a i pewnie po porodzie też będę czytać, ale do rzeczy.
Zdziwiło mnie to: jak to, teraz kiedy jest najciężej i moja ciąża najbardziej mi doskwiera, nie można mi wystawić zwolnienia. Szkoda mi urlopu macierzyńskiego, poza tym jak sama nazwa wskazuję jest to urlop dla mamy by zajmowała się dzieckiem a nie dla ciężarnej by donosiła ciążę. Jak wiadomo dzidziuś może się urodzić dwa, trzy dni po terminie a może skończyć się wywoływaniem porodu po dwóch tygodniach. Nie rozumiem dlaczego szanowny ZUS zabiera mi 2 tygodnie urlopu macierzyńskiego.
Piszę to bo może Wy macie większą wiedzę w tym temacie i umiecie to w jakiś logiczny sposób wytłumaczyć, drugi powód jest taki, by uświadomić przyszłe mamy w jakiej sytuacji mogą się znaleźć. Mnie jeszcze miesiąc temu nie przeszło by przez myśl, że ktoś mógł wymyślić tak nielogiczny i krzywdzący przepis.
Magdalena
sobota, 5 czerwca 2010
Taki dzień
Dziś mam dość. Nie mam siły, chęci, cierpliwości. Jest dopiero 11, a ja z wytęsknieniem patrzę na zegarek, odliczając godziny do 20, kiedy Syn pójdzie spać. Dziś chciałabym, żeby przespał cały dzień. I żebym ja też cały przespała. Potrzebuje paru godzin bez Niego, może całego dnia. Dziś denerwuje mnie, że czasem zamarudzi gdy zbliża się pora jedzenia, że macha nogami przy przewijaniu, że cofa mu się na mój podkoszulek (już drugi dzisiaj). Dziś nie chce iść na spacer, nie chce oglądać książeczek o zwierzątkach, nie chce przygotowywać kaszki. Nie chce myśleć, że jeszcze przez prawie kolejny tydzień będę z nim sama, bo dopiero wtedy wróci B. Nie chce, nie mam siły. Taki dzień!
I nie chce też mieć tych wyrzutów sumienia, że mi się nie chce. Że dziś nie cieszy mnie jego roześmiana, kochana buzia. Bo co ze mnie za matka? Czy mogę mieć dość? Bo przecież nie powinnam mieć! Bo tak naprawdę nic się nie dzieje. Jest zdrowy, grzeczny, nie-płaczliwy, je pięknie, potrafi się sam sobą zając. Więc o co mi chodzi?!? Nie wiem. Chyba taki dzień…
środa, 2 czerwca 2010
Karmię piersią, bo jestem SKNERUSKĄ :D - temat z maila
powiem to co chyba każda pisząca do Was... Jak dobrze, że jesteście! Czasem myślałam, że zwariuję, a tu proszę - nie ja jedna :) I szczerze mówiąc ulżyło mi, że jesteście :)
Dlaczego piszę? Zainspirowała mnie jedna wypowiedź na blogu dotycząca szczepionek zalecanych - szczepić, nie szczepić i do tego ich cena!!! I tak mnie ta "cena" natchnęła i przypomniałam sobie co mówiłam jeszcze będąc w ciąży: "Ja nie zamierzam karmić butelką, bo to za drogi biznes!". Odpowiedziałam tak zresztą na pytanie zadane znienacka. I tak pozostało. Nie zastanawiałam się nad karmieniem, po prostu wiedziałam, że będę karmić. Ania urodziła się i było różnie. Zewsząd słyszałam "daj butelkę", a ja nie, karmię, najada się, bo kupki robi (:D), a do tego znalazłam świetną książkę "Język niemowląt" i tam nie jest zalecane karmienie na żądanie czyli "wiś i karm!" na co naciskają zewsząd, tylko rozsądne podejście. Jesz śniadanie, to nie kładziesz się spać, tylko ruszasz w świat, a jak zasypiasz to nie jesz, tylko odpoczywasz po całym dniu aktywności. Tak w skrócie.
Teoria - piękna sprawa! Myślałam będąc w ciąży. Jednak rzeczywistość okazała się inna, trudna. Ciężko mi było i wielokrotnie myślałam, że jestem złą i wyrodną matką, bo nie karmię,ale jakoś to przeżyłyśmy. Dziś Ania ma 11 miesięcy, nie mam problemu z jedzeniem, zasypianiem. Generalnie udało nam się. Ale nie o tym.
Jestem sknera. Jak pomyślę ile musiałabym wydać kasy na to "najlepsze" mleko dla dziecka... Rynek! Podobnie jak przy szczepionkach, nakręcony, bo co, nie dasz dziecku tego co najlepsze? Niestety, z uwagi na - mam nadzieję okresowe problemy z tolerancją nabiału - kaszki dla córci muszę przygotowywać na mleku HA... I szlag mnie trafia jak widzę ile to kosztuje! Wiem, wiem... NAJLEPSZE! Ale czasem najchętniej dałabym dziecku mleko zwykłe... Ups! Zbrodnia :) Na razie tego nie zrobiłam, brak mi odwagi. Bo jeszcze zaszkodzi i okaże się, że ten cały rynek ma sens...?
Rynek... Nie tylko mleczko :) Ale i smaczne zupki,obiadki, deserki! Ale ile może kosztować słoik jedzenia? Malutki w dodatku :) Duży słoik sosu dla 4 osób kosztuje 5-6zł, a słoiczek dla Niuni? 4-5zł! Ludzie... Toż to zbankrutować można!
Ale nie, ja nie chcę zbankrutować i chcę być wspaniałą matką i gotuję :) zupki, obiadki, deserki... Ale co tu gotować, jak połowy składników z mądrych przepisów nie można dostać - patison, kabaczek, cukinia... Nie o tej porze roku!!! Więc urabiam się po pachy i gotuję z tego co jest, głowa mi paruje od myślenia, a moje dziecię np. krztusi się, bo jeden kawałeczek się nie do-miksował i zwróci cały zjedzony do tej pory posiłek... No to co? Nie ma co jeść, trzeba dać słoiczek! I szlag mnie też trafia, bo wszystkie potrawy w nich schowane smakują tak samo! A na opakowaniu jednego czy drugiego napisane jest: "podając dziecku różnorodne smaki uczysz dobrych nawyków"... czy coś w tym rodzaju. Różnorodne smaki.
Dziś znów ugotowałam pyszną zupkę. Z ekologicznych oczywiście warzywek. Bo przecież te sklepowe o tej porze roku są tak nafaszerowane nawozem... Czy ktoś z nas pamięta z dzieciństwa prościutką i równiutką marcheweczkę, zdrowiutką, że hoho?! Bo ja nie :) a teraz w środku zimy są takie, jak malowane! Więc chadzam do ekologicznego sklepiku... Eko produkty i eko kasa - ZIELONA np. 100złotowa... Rynek.
Gdzie by nie spojrzeć - płać i płacz. A mówią, że do wychowania dzieci potrzebna jest miłość?
Dlatego żałuję bardzo tego czasu, kiedy karmiłam córcię tylko piersią, nie było problemu... Portfel był pełniejszy, mogłam kupić coś dla siebie! I ewentualnie skarpetki dla dziecka ;)
A teraz...
Wspaniale jest być matką, ale jakim KOSZTEM?!
Zdaję sobie sprawę, że taki temat mógł być poruszany,ale tak we mnie to wszystko urosło, że musiałam się podzielić. Myśli było jeszcze więcej. Bo przecież dziecko trzeba i ubrać w świetne ciuchy - nie z lumpa! - i wozić w super wózku... Wydaje mi się, że większe "parcie" jest na "oprawę" macierzyństwa, niż na oprawę wesela hihi!
No ale to tak przy okazji.
Jestem skneruską. Oj, jak bardzo chciałabym zaoszczędzić tej kaski... Może udałoby się nam odłożyć wtedy na wspólne wakacje? Może bez dziecka... ;) a może Z :)
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie.
NM - Monika.
niedziela, 30 maja 2010
Co z tymi teściowymi?? - temat z maila
CO Z TYMI TEŚCIOWYMI?? ANIOŁ CZY DIABEŁ???
Już od jakiegoś czasu co niektóre Panie zamieszczając komentarze na blogu wspominają: bo moja teściowa...
I tu na myśl przychodzi mi moja - kiedyś osoba z którą można było porozmawiać, usiąść przy kawie i atmosfera była przyjazna - na dzień dzisiejszy kobieta, która działa na mnie jak płachta na byka a czytając książkę o toksycznych ludziach to tak jakbym czytała o niej - książkę odłożyłam.
Zaczęło się od tego, że pochwaliliśmy się rodzicom, że zostaną dziadkami - u męża w domu (jest 5 lat starszy) wiadomość przyjęta z uśmiechem na twarzy, byłam zadowolona. U mnie niestety troszkę gorzej - miałam 17 lat i moim rodzicom ta wiadomość sprawiła wiele znaków zapytania i na początku okazała się tematem tabu - jednak życie pisze scenariusze i odrobina optymizmu, małego szczęścia jakim stał się maluch, który zawitał na świecie - moi rodzice oszaleli, nasze relacje się poprawiły, a teściowa..... ześwirowała w dosłownym tego słowa znaczeniu i wcale nie tak do końca ze szczęścia. Zakupy wszystkie chciała kontrolować oraz masę porad "dobrej babci" i oczywiście mamy, która poświęciła się dla czwórki dzieci i została "dla nich w domu". Myślałam, że oszaleje, kiedy za każdym razem wyrywała mi dziecko z ręki bo robiłam coś nie tak jak powinno być, że te i te rzeczy są najlepsze, bo jej dzieci już jadły zupki od 4 miesiąca - mój syn też powinien, bo jej dzieci nocnik oglądały już od 6 miesiąca - to na co ja czekam, a bo zaczyna smarkać więc daj te i te lekarstwa, a ciemieniucha jeszcze jest - to starym sposobem jej matki masło i worek na głowie!!!!!!!!!!!!!!!! nie było końca - można by wymieniać godzinami...
Chciałam uciekać, zwiewać jak najdalej, aby nie dogonił mnie nikt inny - schować się z dzieckiem i jako młoda mama uczyć się wszystkiego sama i móc sama podejmować wszystkie decyzje i popełniać moje błędy. Najgorsze było to, że mój jeszcze niedoszły mąż na początku mamusi słuchał jakby go zaczarowała. Przeszło mu - i nauczył się wielu rzeczy - ale palcem pokazać musiałam nie raz co on robi i jak jego mama wpływa na nasz związek, który nie doczekałby ślubu.
Trwało to dłuuuuugi czas, ale na dziś dzień już wiem, że nie można się poddać i trzeba niekiedy walczyć o swoje. Stałam się osobą, która na głos wypowiada co jej się podoba a co nie, co uważa za słuszne i sama podejmuje decyzje odnośnie mego życia i wychowania dziecka - już dzieci :)
A teściowa??? no cóż... nie przychodzi do mnie, ja do niej w skowronkach nie idę, wręcz przeciwnie - bywam tyle aby nie zapomniała jak wnuki wyglądają - bo sprzeciwiłam się, bo powiedziałam, że chcę po swojemu żyć i nie mieć ciągle wytykanych moim potknięć.... i jestem beee! Na szczęście ma córkę, która urodziła dwójkę dzieci a całe zainteresowanie moja teściowa przelała na nie. I to jej udziela "złotych porad" od życia rodzinnego zaczynając - jak to za chłopa nie warto wychodzić, bo darmozjad - na wychowaniu dzieci kończąc - jak to jej babcia i babcia jej babci......
Dzięki temu mogę się przyznać szczerze, moje relacje z moją mamą się poprawiły :) Podziękowałam jej już nie raz, że szanuje moje decyzje, że nie podważa mojego autorytetu u dzieci i że jest najwspanialszą babcią dla moich dzieci pełną tych naprawdę dobrych porad i ciepłego uśmiechu.
A jak jest u wam kochane mamy??? Czy też macie takie przeboje ze swoimi teściowymi? Czy okazały się super wsparciem pomocą, której niewątpliwie mogę zazdrościć? Czy okazały się okropnymi diablicami, które sieją w was niepokój?
Iwona
Pomyłka :)
Przepraszam za zamieszanie :))
magda
Kwestia szczepień - temat z maila
Oglądając DDTVN, strasznie się ucieszyłam że jest wreszcie jakaś sensowna strona w necie, gdzie można poczytać o PRAWDZIWYM macierzyństwie i urokach życia codziennego Matki Polki. Bo szczerze, mam dość stron redagowanych na współ z poradnikami parentigowymi, gdzie na wszystkie problemy wychowawczo-żywieniowe są gotowe recepty i złote standardy. Które w większości nie działają. Przynajmniej na moją Polindę.
Jak ja się cieszę, że jest nas więcej!!! Że nie jestem osamotniona! Mi też się czasem (często) nie chce, od urodzenia dziecka jestem w permanentnym stanie niedospania, i że entuzjazm z upływem godzin na zegarku spada do pozycji 'flat'. I wkurza mnie, że zamiast uprawiać seks z mężem, musimy stawać na głowie żeby panna Pola zechciała łaskawie usnąć o 22.
Ale przejdę do rzeczy. Chodzi mi o Wasze zdanie na temat szczepień nieobowiązkowych (pneumokoki, meningokoki, rotawirusy etc.). Notabene, te obowiązkowe są też odpłatne jak chcesz dziecku zaoszczędzić przy jednej wizycie 3 wkłuć!!! Moja córka ledwo zniosła smak szczepionki rotawirusowej (darła się w przychodni tak, że na parterze w aptece było ją słychać), po pneumokokach przez 5 h darła się w domu. I nie było sposobu aby ją uspokoić. Potem okazało się, że odczyn był nieprawidłowy, więc trzeba do neurologa. Następnie na USG ciemiączka. I diagnoza, żeby nie podawać drugiej dawki szczepionki. Odkrycie! A 350 zł jak psu w mordę! Nie licząc opłat za prywatną wizytę u neurologa (państwowo czeka się najmniej 2 miesiące, w Warszawie), no i USG (też prywatnie). O stresie nie wspomnę. Moim, męża i panny Poli.
Ale co mnie najbardziej zaskoczyło, to skrajnie różne opinie lekarzy na temat szczepień dodatkowych.
Neurolog mnie zapytała "po co mi ta szczepionka?", bo ona uważa że szczepień obowiązkowych i tak nadto w pierwszym roku życia dziecka. Wręcz stwierdziła, że te całe nowe zagrożenia są wymysłem koncernów farmaceutycznych które opracowując nowe szczepionki, zbierają żniwo na ich sprzedaży. I że to kolejny chwyt marketingowych, na który się łapią niedoświadczone matki.
Pediatra nr 1, wytłumaczyła mi co to są te pneumokoki, jak dziecko może się nimi zarazić i jakie zagrożenia są z nimi powiązane. Na pytanie czy warto szczepić, odpowiedziała mi pokrętnie że jeśli mnie stać to powinnam się zastanowić. Pediatra nr 2, kazała poczekać do 2-3 roku życia dziecka, i wtedy szczepić bo taniej. A dziecko i tak prawie nie ma kontaktu z innymi dziećmi, więc ryzyko zakażenia jest minimalne, i żeby oszczędzić dziecku stresu z kłuciem.
A o meningokokach dowiedziałam się od..... mojego ginekologa. Wspomniał, przy okazji omawiania kwestii innej szczepionki (tej chroniącej przed wirusem HPV).
Komercjalizacja i propaganda zdrowia jest już tak szeroko okrojonym zjawiskiem, że zastanawiam się gdzie leży granica? Widziałyście reklamy z serii "obejmij mnie szczepieniem"? Te dzieci w szarych szpitalach, z wenflonem upiętym w łapce, w łóżeczku z metalowymi prętami! Koszmar! Jestem wściekła na twórców takiej komunikacji i na to że tego rodzaju reklamy są dopuszczane do emisji! Ciekawe co na to rodzice, których najzwyklej nie stać na szczepionkę po 350 zeta za jednorazową dawkę (gdzie ukłuć jest zazwyczaj trzy)?
Mam wrażenie, że te nowe szczepionki (koszmarnie drogie) to nabijanie pacjenta w butelkę. Jak masz to wydaj, przecież zdrowie twojego dziecka jest bezcenne! Czy znacie jakieś dziecko, które zachorowało bo nie dostało szczepionki na pneumokoki?
Abstrahując, od nowych zagrożeń czyhających na nasze dzieciaki. Kilka miesięcy temu, bratanek Polindy, Oskar przechodził ospę. Tak, tak! Tę starą, zapomnianą i niezwykle wkurzającą chorobę, bo jak dzieciakowi wytłumaczyć żeby nie drapał bo na zawsze zostaną dzioby po krostach. Podczas gdy on zamienił się w biedronkę (dzieciaki cały czas miały ze sobą kontakt), Poluś pozostała niewzruszona. Żadne z nich nie miało szczepionki na ospę...
ściskam mocno
Licho
czwartek, 27 maja 2010
Smoczek: szkodliwy czy potrzebny - temat z maila
No więc pod presją rodziny pomyślałam, "będę twarda i nie będę dziecku dawać smoka". Ku mojemu zaskoczeniu ordynator oddziału neonatologicznego przy obchodzie powiedział mi, że dziecko ma silnie rozwinięty instynkt ssania i lepiej jest dać mu smoczka niż żebym miała poranione sutki. Ale sobie pomyślałam: 'co ten facet może wiedzieć" i pomna przestróg rodziny dalej trzymałam się twardo postanowienia: smokowi mówimy NIE.
W 6 tygodniu życia mój synek dostał strasznej biegunki i zaczęło mu się ulewać na potęgę, więc poszłam do pediatry. Skończyło się na antybiotyku i przyjmowaniu probiotyków, ale podczas kontroli po wybraniu dawki antybiotyku mój synek wkłada kciuka do buzi i zaczyna niesamowicie głośno go ssać, aż Pani doktor tak na niego patrzy... potem na mnie i się pyta:
'Masz smoczek?",
A ja na to, że mam. Ale małemu nie daje, co by się nie przyzwyczaił, poza tym jak mu próbowałam dać to się dławi, a tak w ogóle to on głodny jest. To jak wrócę do domu to przystawię go do cyca i po sprawie.
A Pani doktor na to: "To że paluchy ma w buzi wcale nie znaczy, że jest głodny. Może tak być ale za każdym razem to tego nie oznacza. Dzieci mają silnie rozwinięty instynkt ssania i stąd paluchy w buzi. -ze śmiechem dodała: Nie martw się jak będzie głodny to głośno ci to zakomunikuje i nie dziwię się teraz, że tak mocno mu się ulewa, bo do piersi go tak często przystawiasz. Dawaj mu smoczka."
A ja na to dalej swoje: ale on nie chce, dławi się.
To moja Pani pediatra mówi: "Podławi się i przestanie. A przychodzą do mnie dzieci co mają 5 - 6 lat z kciukiem w buzi. Raz, że wygląda to nieładnie, to po drugie dzieci takie mają wadę zgryzu i niewyraźnie mówią. Muszą chodzić do logopedy bo nie idzie je zrozumieć. Dawaj mu smoczek, bo od smoczka to go odzwyczaisz, zwyczajnie zabierzesz, nie prześpisz może kilku nocy, ale go odzwyczaisz, a rękę co, odrąbiesz mu?"
Te słowa podziałały na mnie jak kubeł zimnej wody. Nie powiem, że teraz nie rozstaję się ze smoczkiem, bo pilnuje by synek nie trzymał go w buzi tak bez sensu, niech gada sobie i popiskuje jak ma ochotę. Ale odkryłam uroki zapchania dziecka smokiem :) zwłaszcza kiedy się drze i nie wiadomo dlaczego, bo jest najedzony, ma sucho, kolki też nie ma (bo jak go coś boli to zupełnie inaczej krzyczy) więc jak się drze mały terrorysta to zapycham go smokiem i mam chwilę spokoju. No i nie ssie już kciuka mój maluch tylko pcha wszystko co popadnie do buzi, ale to normalne - w końcu tak poznaje swoje otoczenie :)
Wniosek: nie popadajmy ze skrajności w skrajność i nie dajmy się zwariować :) Smoczek w racjonalny sposób wykorzystywany i w odpowiednim czasie zabrany to nie trucizna.
pozdrawiam Was serdecznie
Kasica
niedziela, 23 maja 2010
Matka-Polka bez wyrzutów - temat z maila
piątek, 14 maja 2010
Młoda mama tez ma glos ! - temat z maila
jestem młodą mamą, mam 20 lat i 16 mies synka Wiktora. Chciałabym się z Wami podzielić swoim niezbyt przyjemnymi doświadczeniami z tego, iż w młodym wieku zaszłam w ciążę, która była wpadką.
Pobyt w szpitalu, poród to były najgorsze chwile w moim życiu. Pielęgniarki, położne oraz ginekolodzy traktowali mnie tak jakbym była trędowata. Na moje pytania odpowiadali pól słówkami lub wcale, ale to nie było najgorsze.
Kiedy zaczął się poród już leżałam w szpitalu ponieważ byłam 7 dni po terminie i ustalono że rodzę w obecności narzeczonego, który jest straszy o 5 lat. Najpierw położna kazała mu wejść osobnym wejściem na porodówkę, jakby nie mógł zjechać windą. Tam natknął się na inny problem - ponieważ była 22 pani nie chciała go wpuścić. Kiedy już ubłagał ją był przy mnie jakieś 2 godz po czym położna, która się mną opiekowała kazała mu iść do domu, nie bacząc na moje prośby żeby został. I w ten sposób zostałam sama, przerażona na sali.
Chodzić też mi nie pozwoliła, wiec od godziny 24 byłam przykuta do łóżka porodowego, a położna co jakiś czas przychodziła i wzdychała czemu ja tak długo rodzę. Najgorsze było jednak to kiedy około godziny 4 przyszła i powiedziała do mnie, że pani na pewno sama nie urodzi. Wtedy zaczęło się zamieszanie - kroplówki, ukłucia igieł i poród zakończony kleszczami, o którym oczywiście nikt nie raczył mnie poinformować. Dostałam znieczulenie, ginekolog wsadził kleszcze i po paru sekundach Wiktor był już na świecie.
Pamiętam, że kiedy lekarz mnie zszywał powiedział wtedy " I widzisz parę chwil przyjemności, a potem godziny cierpienia ". Przysięgam, że gdyby nie to, że byłam strasznie zmęczona, wstałabym i strzeliła mu w twarz.
Nie myślcie, że potem było już różowo. Nikt mi nie powiedział jak przystawić dziecko do piersi, jak przewijać i jak dbać o kikut po pępowinie. A każda moja prośba o butelkę kończyła się komentarzem na temat jaka to zła i wyrodna matka ze mnie i gdyby nie to że jednej nocy Wiktor darł się na cały oddział, pewnie bym tej butelki nie dostała.
A no i mojemu partnerowi oczywiście też się dostało: za to że źle nosił dziecko i źle je karmi.
Myślę, że dobry szpital i wsparcie położnych oraz lekarzy jest połową sukcesu do tego, aby łagodniej przechodzić tzw baby blues i łatwiej oswoić się ze swoim maleństwem. Ja tego nie doświadczyłam, wiec trwałam w tej depresji jakieś 3 mies.
To ze jestem młodą mama nie oznacza, że jestem gorsza i nic nie potrafię. A to ze czasem jestem niegrzeczną mamuśką i robię to co lubię to oznacza tylko jedno: gdy mama jest szczęśliwa to i dziecko jest szczęśliwe.
pozdrawiam wszystkie niegrzeczne mamuśki ;)
A.
niedziela, 9 maja 2010
temat z maila
wtorek, 4 maja 2010
Kolejne dziecko – teraz czy jeszcze nie? - temat z maila
Drogie mamuśki.
Zastanawiam się, kiedy jest najlepszy moment na kolejne dziecko?
Gdy urodził się mój synek (właśnie skończył 8 miesięcy), głośno deklarowałam, że ja więcej potomstwa mieć nie będę (teraz żałuje tych słów jak i wielu innych bzdur jakie mówiłam).
Fakt nie było łatwo: kryzys laktacyjny potem ropień (brrrr), mały do 3 miesięcy bardzo płaczliwi (nie dało się z nim iść nawet na spacer bo ryczał w niebogłosy), my z mężem totalnie w szoku, bez doświadczenia… Nie raz płakałam, że to mnie przerasta. Tłumaczyłam wtedy wszystkim, że mały będzie jedynakiem. Oczywiście wszyscy kiwali tylko głowami i twierdzili, że jeszcze zobaczymy… No i minęło kilka miesięcy, a ja zastanawiam się nad kolejnym dzieckiem! Czasem sama się sobie dziwię. Teraz jest już fajnie: mały jest bardzo radosny, ja wreszcie odnalazłam się w roli mamy, czuję z tego wielką satysfakcję. Kocham go nad życie. Oczywiście jak każda mama mam trudniejsze dni, kiedy nie mam na nic siły, denerwuje mnie mój mały i właściwie wszystko wokół. Musze wtedy odpocząć. Na szczęście mam fajnego męża, który wie kiedy wkroczyć do sytuacji.
Nie wiem tylko kiedy jest odpowiedni moment na kolejne dziecko? Czy dam sobie radę? Czy z drugim dzieckiem jest już chociaż trochę łatwiej?
Przed pojawieniem się na świecie naszego synka chcieliśmy z mężem dwójkę dzieci w podobnym wieku (w ciąży tak się fajnie czułam, że mówiłam, że mogę mieć nawet trójkę!). Żeby bawiły się razem, razem wychowywały, nawzajem wspierały. Sama mam rodzeństwo i wiem jakie to jest cenne. No i szczerze: by mieć „z głowy” te wszystkie porodowe horrory, kolki, ząbki ,butelki itp.
No bo mając małe dziecko i tak nie można m.in. wyjechać do upalnego Egiptu, wylegiwać się całą niedzielę przed tv, spać do 12.00. Trzeba ten trudny (ale i fajny) okres przeczekać. Kilkuletnie dziecko to już zupełnie inna historia: bardziej kontaktowe, samodzielne (wiem wiem, i tak jest dużo zajęć i mało odpoczynku ale chyba jest już trochę lżej… ). Jak pomyślę, że np. za 4 lata mam się znowu bawić w pieluchy, karmienie (czyli znowu brak wyjazdów, zero odpoczynku) to wydaje mi się, że ta decyzja będzie jeszcze trudniejsza. Z drugiej strony boję się mieć tak szybko kolejne dziecko, boje się że nie starczy mi siły i cierpliwości…
Wiem jedno, że jeśli dla własnej wygody nie zdecyduje się w ogóle na kolejne dziecko jak deklarowałam jeszcze 8 miesięcy temu będę tego żałowała do końca życia. A tego bardzo nie chcę.
Chętnie dowiem się, jakie macie zdanie na ten temat.
Marysia



