Wczoraj w Dzień Dobry tvn wystąpiły nasze dzielne reprezentantki (po prawej link do filmiku z nagraniem slicznych mamusiek:)). Od momentu ukazania się na wizji odwiedziło nas na blogu ponad 13 tyś osób... zdaje się, że w tym całkiem sporo niegrzecznych mamusiek :)
Witamy Was i bardzo cieszymy się, że jest nas więcej! Dziękujemy za wszystkie komentarze na blogu i na facebooku! A wszystkie mamuśki/tatusiów chcących opublikować jakiś nowy istotny wątek (lub mających silną potrzebę twórczą:)) prosimy o maila na niegrzecznemamuski@gmail.com
Let the sunshine in!
ECH
ps. Organizacyjnie :)
Na prawdę cieszy Nas tak duży odzew ze strony Matek i Ojców. I dużo chęci i dużo pomysłów na posty. W związku z tym nadmiarem i ogromem jesteśmy zmuszone wprowadzić pewne ograniczenia dotyczące ilości postów w ciągu dnia. Postaramy się aby wszystkie Wasze słowa znalazły się na blogu, ale z czasem. Zbyt duża ilość nie pozwoli na spokojną dyskusję w komentarzach. Zresztą jesteśmy niegrzeczne, nie wyrodne i niekiedy pracujące i niekiedy bez czasu po prostu. Więc na spokojnie. Powolutku.
Cieszymy się, że jesteście z nami.
kala.
środa, 10 marca 2010
wtorek, 9 marca 2010
The Shape of a Mother
Pisalam juz o tym na moim blogu. Napisze i tu w ramach mojego publikacyjnego debiutu.
Przeraza mnie bowiem dajacy sie zauwazyc ped, zeby ciaza nie zostawiala zadnego sladu na naszych cialach. Alicja Bachleda-Corus, ktora skadinad lubie, pojawia sie niedawno na premierze filmu w moim obecnie miescie Dublinie, wygladajac 4 miesiace po porodzie jakby w ciazy nie byla nigdy, po czym mowi irlandzkiej prasie, ze "Nigdy w zyciu nie bylam na diecie. Do wagi sprzed ciazy wrocilam wlasciwie nastepnego dnia po porodzie". Komentarze w internecie byly w guscie "So much for the sisterhood, girl..."
W tym kontekscie, blog The Shape of a Mother czasami boli, ale ja w tych kobietach widzę piękno. Jeszcze nie tak dawno trzęsłabym się z przerażenia, że jezuss po ciąży są rozstępy! A teraz mysle, ze Nie! Po ciąży jest dziecko. Lub dwoje dzieci naraz jak w co poniektórych przypadkach, np moim. ;) A reszta to nieważne efekty uboczne.
Są przypadki cudów, nie przecze. Na ten przykład dwie kobiety, ktore sa matkami chrzestnymi moich dzieci, sa piękne, mają po 175 cm wzrostu i nie wiem czy ważą po 55 kilo. Jedna ma 3 letnia coreczke, druga dwoch synow - 4 letniego i 7 letniego. Do formy doszły błyskawicznie i teraz z miejsca najęłaby je do pracy każda agencja modelek.
Ale wiekszosc z nas nie ma takiego szczescia. Ja przytylam w ciąży 30 kilo, ktore zrzucalam rowno 9 miesiecy wedlug zasady 9 miesiecy IN - 9 miesiecy OUT. Nic specjalnego w celu zrzucania nie robilam - w momencie, gdy blizniaki RUSZYLY a ja za nimi, waga zaczela leciec bardzo szybko. Ale po moim ciele WIDAĆ, ze wiele przeszlo. Dlugo mialam lineę negrę, skóra na brzuchu wyglada jak pomieta bibula a biust, cytujac Lynette z "Desperate Housewives", jak "dwa balony znalezione za sofa po tygodniu od imprezy". I rzecz jasna rana po cieciu już na zawsze. Ale ja to moje cialo za to wszystko szanuję. Patrzę i myślę "Mój biedny brzuch, tyle przeszedl. Wspolczuje ci brzuchu. Ale warto bylo!" Pan Mąż mowi, ze teraz podobam mu się bardziej, POMIMO tych zmian, bo widzi tą ranę i tą skórę naciagnietą i wie, że dzięki temu ma dwoje cudownych dzieci. A rana? No coż, moje ciało się "uśmiecha". ;)
Myślałam, że będę z moim ciałem pociążowym walczyć, ze bede sie go wstydzic, a tymczasem je pokochałam. Za to, że dało radę. Za to, że nie zawiodło. Że walczyło o każdy dzień. Że się tak szybko zregenerowalo. I że dopieściło mi takich dwoje niezastąpionych Malych Diablow.
Na pierwsza wyprawe na plaze w maju w zeszlym roku zabralam koszulke. I na lezaku obok zobaczylam PIEKNA zgrabna kobiete, na oko Kubanke lub Hiszpanke, z brzuchem plaskim jak deska, ale pomarszczonym jak moj. W przeciwienstwie do mojego jej pomarszczony brzuch byl dumni odkryty. Nie ujmowalo jej to urody nawet o milimetr. Wokol niej biegalo dwoje malych dzieci. Usmiechnelam sie do niej z wdziecznoscia i zdjelam koszulke.
Buzka kochane.
PS. Wlasnie zobaczylam, ze maxfrau opublikowala niedawno post na podobny temat. O tu. Umknelo mi, wybaczcie - duzo rzeczy mi ostatnio umyka. Ale tematu chyba nigdy za duzo nie? ;)
Myślałam, że będę z moim ciałem pociążowym walczyć, ze bede sie go wstydzic, a tymczasem je pokochałam. Za to, że dało radę. Za to, że nie zawiodło. Że walczyło o każdy dzień. Że się tak szybko zregenerowalo. I że dopieściło mi takich dwoje niezastąpionych Malych Diablow.
Na pierwsza wyprawe na plaze w maju w zeszlym roku zabralam koszulke. I na lezaku obok zobaczylam PIEKNA zgrabna kobiete, na oko Kubanke lub Hiszpanke, z brzuchem plaskim jak deska, ale pomarszczonym jak moj. W przeciwienstwie do mojego jej pomarszczony brzuch byl dumni odkryty. Nie ujmowalo jej to urody nawet o milimetr. Wokol niej biegalo dwoje malych dzieci. Usmiechnelam sie do niej z wdziecznoscia i zdjelam koszulke.
Buzka kochane.
PS. Wlasnie zobaczylam, ze maxfrau opublikowala niedawno post na podobny temat. O tu. Umknelo mi, wybaczcie - duzo rzeczy mi ostatnio umyka. Ale tematu chyba nigdy za duzo nie? ;)
26 lat..za młoda na Matkę?
W czasie ciąży nie raz musiałam się tłumaczyć z tego, że zdecydowałam się tak wcześnie na dziecko… Miałam 26 lat, a czułam się czasami jak nieletnia ciężarna!
Jedno wyjaśnienie: mieszkam w Warszawie i pracuję w korporacji.
Zawsze chciałam mieć dziecko dość wcześnie. Kiedy zaszłam w ciążę znaliśmy się już 2,5roku. Ślub i wielkie weselicho planowaliśmy od dawna na maj 2009 i liczyłam, że już na ślubie będę w ciąży. No i byłam. Planowałam, że będę tak w trzecim miesiącu no ale ciąży nie da się tak dokładnie zaplanować. Byłam w szóstym miesiącu. Ale czułam się świetnie, podobno wyglądałam ślicznie i tańczyłam do 3 nad ranem!
Jak powiedziałam o ciąży w pracy to nikt mi tego wprost nie powiedział ale wszyscy chyba byli przekonani, że to była wpadka. Dodatkowym zaskoczeniem było, że przyszły Tatuś ma też 26lat! Widziałam w oczach koleżanek jakieś totalne niezrozumienie. W końcu nie dawno zaczęłam pracę w marketingu, byłam dopiero asystentką, miałam przed sobą jeszcze długą drogę awansów by być „ustawioną” i móc sobie pozwolić na myślenie o dziecku. Przecież nie miałam nawet jeszcze nawet służbowego samochodu!?! Mieliśmy tylko rozpadającego się Forda Fiestę na spółkę z mężem. Nie zwiedziliśmy jeszcze pół świata, nie jadaliśmy co weekend w knajpkach i nie mieliśmy jeszcze 120metrowego mieszkanka. Już i tak zaskoczyłam koleżanki w pracy, komunikując im pół roku wcześniej, że wychodzę za mąż. Ale po co? Tak wcześnie? Bez wpadki? I on taki młody?
A nasza decyzja o dziecku była przemyślana, nie była naszą fanaberią. Mieliśmy małe mieszkanie, ale swoje i bez kredytu (z pomocą kochanych rodziców). Oboje pracowaliśmy i chcieliśmy mieć dziecko. Ja zostaje z Zosią aż skończy rok. Oczywiście jest to decyzja obciążona pewnymi wyrzeczeniami ale coś za coś. Dla nas ważniejszy był ten nasz wspólny rok a nie markowy wózek czy wakacje w tropikach. A ja jestem szczęśliwą młodą Mamą i planuję drugie dziecko najpóźniej za 3 lata!.
Niczego nie żałujemy. Nie czujemy jakby nam się życie skończyło. Szalejemy w trójkę! A do tego Zosia ma młodych Rodziców i Dziadków (jedni nawet przed 50-tką), którzy mają masę energii na zabawę z nią. A my jeszcze zdążymy się nacieszyć życiem w dwójkę po 30-tce kiedy będziemy mieli już odchowane dzieci i spokojne noce.
Obecnie jest silna tendencja, szczególnie w dużych miastach by wychodzić za mąż i rodzić pierwsze dziecko po 30-tce kiedyś kobieta się spełni w pracy, wyszaleje. I ja absolutnie tego nie krytykuję. Ale ja chciałam być młoda mamą i denerwuje mnie, że muszę się z tego tłumaczyć.
Jedno wyjaśnienie: mieszkam w Warszawie i pracuję w korporacji.
Zawsze chciałam mieć dziecko dość wcześnie. Kiedy zaszłam w ciążę znaliśmy się już 2,5roku. Ślub i wielkie weselicho planowaliśmy od dawna na maj 2009 i liczyłam, że już na ślubie będę w ciąży. No i byłam. Planowałam, że będę tak w trzecim miesiącu no ale ciąży nie da się tak dokładnie zaplanować. Byłam w szóstym miesiącu. Ale czułam się świetnie, podobno wyglądałam ślicznie i tańczyłam do 3 nad ranem!
Jak powiedziałam o ciąży w pracy to nikt mi tego wprost nie powiedział ale wszyscy chyba byli przekonani, że to była wpadka. Dodatkowym zaskoczeniem było, że przyszły Tatuś ma też 26lat! Widziałam w oczach koleżanek jakieś totalne niezrozumienie. W końcu nie dawno zaczęłam pracę w marketingu, byłam dopiero asystentką, miałam przed sobą jeszcze długą drogę awansów by być „ustawioną” i móc sobie pozwolić na myślenie o dziecku. Przecież nie miałam nawet jeszcze nawet służbowego samochodu!?! Mieliśmy tylko rozpadającego się Forda Fiestę na spółkę z mężem. Nie zwiedziliśmy jeszcze pół świata, nie jadaliśmy co weekend w knajpkach i nie mieliśmy jeszcze 120metrowego mieszkanka. Już i tak zaskoczyłam koleżanki w pracy, komunikując im pół roku wcześniej, że wychodzę za mąż. Ale po co? Tak wcześnie? Bez wpadki? I on taki młody?
A nasza decyzja o dziecku była przemyślana, nie była naszą fanaberią. Mieliśmy małe mieszkanie, ale swoje i bez kredytu (z pomocą kochanych rodziców). Oboje pracowaliśmy i chcieliśmy mieć dziecko. Ja zostaje z Zosią aż skończy rok. Oczywiście jest to decyzja obciążona pewnymi wyrzeczeniami ale coś za coś. Dla nas ważniejszy był ten nasz wspólny rok a nie markowy wózek czy wakacje w tropikach. A ja jestem szczęśliwą młodą Mamą i planuję drugie dziecko najpóźniej za 3 lata!.
Niczego nie żałujemy. Nie czujemy jakby nam się życie skończyło. Szalejemy w trójkę! A do tego Zosia ma młodych Rodziców i Dziadków (jedni nawet przed 50-tką), którzy mają masę energii na zabawę z nią. A my jeszcze zdążymy się nacieszyć życiem w dwójkę po 30-tce kiedy będziemy mieli już odchowane dzieci i spokojne noce.
Obecnie jest silna tendencja, szczególnie w dużych miastach by wychodzić za mąż i rodzić pierwsze dziecko po 30-tce kiedyś kobieta się spełni w pracy, wyszaleje. I ja absolutnie tego nie krytykuję. Ale ja chciałam być młoda mamą i denerwuje mnie, że muszę się z tego tłumaczyć.
poniedziałek, 8 marca 2010
Dzieci niszczą małżeństwo?
Taki szokujący temat przyszedl mi dzis do glowy. Czytalam ten tekst jakis czas temu i postanowilam sie nim podzielic w ramach akcji 'macierzynstwo bez sciemy' - nie wszystko jest takie rozowe jak sie wydaje.
"Te badania są szokujące! W przypadku 90 procent związków urodzenie się pierwszego dziecka spowodowało zaburzenie małżeńskiej sielanki. Paradoksalnie największy wstrząs przeżywały małżeństwa, które przed pojawieniem się potomka były niemal idealne.
Kryzys po 9 miesiącach
Czekaliście na swoje ukochane maleństwo. Setki razy wyobrażaliście sobie te cudowanie chwile po narodzinach. Kiedy jednak dziecko pojawia się na świecie, często staje się powodem kryzysu w małżeństwie. Naukowcy z University of Denver na osiem lat pod lupę wzięli 134 pary, które miały dzieci i 86 bezdzietnych.
Wyniki badań okazały się zaskakujące: aż w przypadku 90 procent z nich urodzenie się pierwszego dziecka spowodowało zaburzenie małżeńskiej sielanki. Paradoksalnie największy wstrząs przeżywały małżeństwa, które przed pojawieniem się potomka były niemal idealne, kochające się i świetnie dogadujące.
Mężczyzna na drugim planie
Partnerzy, którym dziecko urodziło się zaraz po ślubie i mniej zamożni, również odczuli negatywne skutki narodzin dziecka. Narodziny dziecka to ogromne wyzwanie i nowe doświadczenie dla małżonków. Mężczyzna musi się pogodzić, że już nie jest na pierwszym planie, bo żona swój czas i energię koncentruje na malcu.
Koniec z kinem i spotkaniami
Obowiązków przybywa również świeżo upieczonemu tatusiowi. Dotychczas partnerzy mieli czas na wieczorne wyjścia do kina i spotkania z przyjaciółmi, a teraz nieprzespane noce. I chociaż oboje kochają swoje maleństwo, to o konflikt nie jest trudno, kiedy zmęczenie daje się we znaki.
Najtrudniejszy pierwszy rok
Mogłoby by się wydawać, ze wniosek płynący z tych badań jest prosty - chcesz mieć dobry związek, nie decyduj się na dziecko. Sytuacja nie jest jednak tak jednoznaczna. Okazuje się bowiem, że temperatura uczuć i zadowolenie z małżeństwa par, które pozostawały bezdzietne też spadało - stwierdzili naukowcy podczas wspomnianych już badań. Tyle, że działo się to bez gwałtownych rewolucji, wolniej, bardziej stopniowo.
Poza tym, jak twierdzą psychologowie, spadki satysfakcji w pewnym stopniu są czymś normalnym w małżeństwie. Jednocześnie, chociaż pojawienie się dziecka, na początku obciąża małżeństwo, to większość z czasem dzięki potomstwu udaje się zbudować głębsze, trwałe relacje. Na dłuższą metę dzieci scalają związek. Odsetek rozwodów par bezdzietnych jest wyższy w porównaniu z parami, które wychowują potomstwo."
Kobieta.wp.pl
Moje dziecko nie zniszczylo mojego malzenstwa ale byly ciezkie chwile, wcale nie dziwie sie, ze jest sporo zwiazkow, ktore rozpada sie gdy dzieci sa malutkie. Kiedy jest sie przemeczonym, zestresowanym, znerwicowanym naprawde trudno jednoczesnie byc kochajaca i dbajaca zona ;)
Kolejny powod, zeby byc matka wyluzowana i dzieki temu miec czas dla siebie, meza i znajomych.
peace.
"Te badania są szokujące! W przypadku 90 procent związków urodzenie się pierwszego dziecka spowodowało zaburzenie małżeńskiej sielanki. Paradoksalnie największy wstrząs przeżywały małżeństwa, które przed pojawieniem się potomka były niemal idealne.
Kryzys po 9 miesiącach
Czekaliście na swoje ukochane maleństwo. Setki razy wyobrażaliście sobie te cudowanie chwile po narodzinach. Kiedy jednak dziecko pojawia się na świecie, często staje się powodem kryzysu w małżeństwie. Naukowcy z University of Denver na osiem lat pod lupę wzięli 134 pary, które miały dzieci i 86 bezdzietnych.
Wyniki badań okazały się zaskakujące: aż w przypadku 90 procent z nich urodzenie się pierwszego dziecka spowodowało zaburzenie małżeńskiej sielanki. Paradoksalnie największy wstrząs przeżywały małżeństwa, które przed pojawieniem się potomka były niemal idealne, kochające się i świetnie dogadujące.
Mężczyzna na drugim planie
Partnerzy, którym dziecko urodziło się zaraz po ślubie i mniej zamożni, również odczuli negatywne skutki narodzin dziecka. Narodziny dziecka to ogromne wyzwanie i nowe doświadczenie dla małżonków. Mężczyzna musi się pogodzić, że już nie jest na pierwszym planie, bo żona swój czas i energię koncentruje na malcu.
Koniec z kinem i spotkaniami
Obowiązków przybywa również świeżo upieczonemu tatusiowi. Dotychczas partnerzy mieli czas na wieczorne wyjścia do kina i spotkania z przyjaciółmi, a teraz nieprzespane noce. I chociaż oboje kochają swoje maleństwo, to o konflikt nie jest trudno, kiedy zmęczenie daje się we znaki.
Najtrudniejszy pierwszy rok
Mogłoby by się wydawać, ze wniosek płynący z tych badań jest prosty - chcesz mieć dobry związek, nie decyduj się na dziecko. Sytuacja nie jest jednak tak jednoznaczna. Okazuje się bowiem, że temperatura uczuć i zadowolenie z małżeństwa par, które pozostawały bezdzietne też spadało - stwierdzili naukowcy podczas wspomnianych już badań. Tyle, że działo się to bez gwałtownych rewolucji, wolniej, bardziej stopniowo.
Poza tym, jak twierdzą psychologowie, spadki satysfakcji w pewnym stopniu są czymś normalnym w małżeństwie. Jednocześnie, chociaż pojawienie się dziecka, na początku obciąża małżeństwo, to większość z czasem dzięki potomstwu udaje się zbudować głębsze, trwałe relacje. Na dłuższą metę dzieci scalają związek. Odsetek rozwodów par bezdzietnych jest wyższy w porównaniu z parami, które wychowują potomstwo."
Kobieta.wp.pl
Moje dziecko nie zniszczylo mojego malzenstwa ale byly ciezkie chwile, wcale nie dziwie sie, ze jest sporo zwiazkow, ktore rozpada sie gdy dzieci sa malutkie. Kiedy jest sie przemeczonym, zestresowanym, znerwicowanym naprawde trudno jednoczesnie byc kochajaca i dbajaca zona ;)
Kolejny powod, zeby byc matka wyluzowana i dzieki temu miec czas dla siebie, meza i znajomych.
peace.
piątek, 5 marca 2010
Rodzić po ludzku – Po mojemu ludzku czy po twojemu?
Obejrzałam trzy części wywiadu z panią Otffinowską na gazecie.pl. Już wcześniej kojarzyłam jej nazwisko z akcją Rodzić Po Ludzku i ze skrajnymi opiniami na internetowych forach – od uwielbienia za początek wyzwalania porodu w Polsce z okowów medykalizacji, a rodzącej spod tyranii personelu medycznego, po skrajną niechęć za negatywny stosunek do interwencyjnego uśmierzania bólu podczas porodu.
W dużej mierze zgadzam się z panią O. – trzeba walczyć o zmianę podejścia do rodzenia w Polsce. Bardzo bym chciała, żeby następne pokolenie kobiet mogło usłyszeć od nas, matek, że poród to fantastyczna sprawa. Niesamowita, choć bolesna, momentami nieprzyjemna, wizualnie odstręczająca, ale pomimo tego piękna.
Jednak jeszcze ważniejsze jest dla mnie to, aby kobiety rodziły tak, jak chcą. Jeśli chcą rodzić w domu pod opieką położnej – niech tak rodzą. Jeśli chcą rodzić w szpitalu w kameralnej salce podpięte do znieczulenia – niech tak rodzą. Jeśli chcą mieć cesarskie cięcie na życzenie – niech je mają. Niech ktoś bez emocji wytłumaczy przyszłej matce, jakie są plusy, minusy i zagrożenia każdej z opcji, a potem zostawi jej i jej partnerowi podjęcie decyzji.
Niestety, w Polsce coś takiego jak zaufanie do ciężarnej nie istnieje. Po co zostawiać kobietom wybór, skoro na pewno wybierzemy źle? W rezultacie wygrywają idee, a często przegrywają matka i jej dziecko.
Pani O. wraz z zespołem opracowują projekt wprowadzający nowe standardy porodowe. Kobieta ma rodzić w wybranej przez siebie pozycji i w wybranym przez siebie otoczeniu. Ale czy będzie jej przysługiwać znieczulenie? Od tej sprawy pani O. umywa ręce – przecież to nie mieści się w definicji porodu fizjologicznego!
W kieszeni nie tyle otwiera mi się nóż, co materializuje się ogromna siekiera. Szczególnie że chwilę później pani O. przyznaje, że biorąc pod uwagę warunki, w jakich rodzą kobiety w Polsce, nie można się dziwić, że pragną znieczulenia. I dodaje, że trzeba to uregulować, bo jak na razie o uśmierzaniu bólu decyduje zawartość portfela, a to jest wątpliwe moralnie.
Kto więc ma to uregulować, droga Pani O.? Czy widzi Pani w Polsce kilkanaście komisji pracujących nad humanitaryzacją różnych aspektów porodu? Czy wierzy Pani, że ktoś w niedługim czasie zajmie się prawem rodzącej do znieczulenia? Czy przez te dobrych kilka lat pracy w fundacji Rodzić Po Ludzku nie zdała sobie Pani sprawy, że potrzeby i prawa rodzących są dla polskiej służby zdrowia na szarym końcu listy priorytetów, daleko za zakupem cieszących oko doniczek na kwiaty do pokojów pielęgniarek?
Skoro zaszła Pani tak daleko, skoro może Pani wpłynąć na poprawienie tak wielu porodowych realiów, dlaczego nie podjąć próby regulacji sprawy znieczulenia, a potem nie zostawić kobiecie wyboru? Dlaczego??? Pewnie dlatego, że kretynka będzie miała chęć z uśmierzenia bólu skorzystać, a to się kłóci z ideą. O, przepraszam – z IDEĄ.
Ja miałam szczęście przeżyć ciążę i urodzić Robaka w Holandii, kraju często przedstawianym przez zwolenników odmedykalizowania porodu jako bliski ideałowi. Tylko że brak interwencji medycznych w fizjologię porodu nie jest tu osią idei. Na każdym kroku czułam, że najważniejsze są MOJE wybory i MOJE decyzje. Służba medyczna jest po to, żeby mi w nich pomóc, a nie podejmować je za mnie.
Po pozytywnym teście ciążowym spotkałam się z lekarzem pierwszego kontaktu. Decyzja pierwsza – Czy chce pani, aby ciążę prowadził lekarz ginekolog czy wykwalifikowana położna? Wybrałam tą drugą opcję.
Decyzja druga – poród w domu, w centrum narodzin czy w szpitalu? Rodzenia w domowych pieleszach bez anestezjologów w gotowości i oddziału neonatologii nad głową nie potrafiłam sobie wyobrazić, więc wybrałam szpital. Położna nawet powieką nie mrugnęła. Opowiedziała tylko wstępnie o tym, jak wyglądają wszystkie szpitalne procedury. No i oczywiście do samego końca mogłam zmienić decyzję. Mój wybór, one przyjadą wszędzie tam, gdzie będę chciała.
Pod koniec ósmego miesiąca ciąży położne niepokoiły się, że Robak nie był jeszcze przekręcony głową w dół. Umówiły mnie na USG i wytłumaczyły, że nawet w takiej pozycji mogę próbować rodzić naturalnie. O takiej możliwości decyduje lekarz. Ale oczywiście ja mogę zdecydować się nie ponosić ryzyka i od razu wybrać cesarskie cięcie. Decyzja numer trzy (której koniec końców nie musiałam podejmować, bo Młody leżał tak, jak dziecko gotowe do desantu leżeć powinno).
Kiedy zbliżał się termin porodu, położna przeprowadziła ze mną rozmowę o farmakologicznych i niefarmakologicznych sposobach uśmierzania bólu. Dowiedziałam się, że decyzję (numer cztery) o tym, czy pomoc w walce z bólem jest mi potrzebna, podejmuję ja sama. Odmówić mi może jedynie lekarz, który uzna, że podjęcie takiej interwencji jest w danym momencie porodu niebezpieczne lub po prostu jałowe. Zapewniła mnie jednak, że jeśli kobieta potrzebuje znieczulenia, robi się wszystko, żeby je podać, bo trzeba walczyć o to, żeby poród nie był dla matki traumatycznym przeżyciem.
Historia zagmatwała się w połowie dziewiątego miesiąca. Duże dziecko, mało wód płodowych – wywołujemy poród. To znaczy – według naszej wiedzy powinniśmy wywoływać, ale to pani podejmuje ostateczną decyzję.
Poród to oczywiście szereg decyzji podjętych przez mnie i Misiesława. Wszystko co ze mną robili, było poprzedzone wyjaśnieniem i opisem konsekwencji (oraz poziomu bólu, o który pytałam się chyba milion razy). No i uśmiechem i zapewnieniem, że wszystko będzie dobrze.
Kiedy Robak pojawił się na świecie i wykrzyczał swoją opinię na temat chłodnej i jasnej sali porodowej, pojawiło się następne pytanie: Czy będzie pani karmić piersią czy mlekiem modyfikowanym z butelki? Próbujemy piersią? Świetnie! Zaraz zobaczymy, czy Filip ma talent do przysysania. Gdybym wybrała butelkę, zapewne też usłyszałabym to samo. Pielęgniarka środowiskowa powiedziała mi potem w domu, że do personelu medycznego nie należy podejmowanie decyzji, tylko wspieranie młodych rodziców w wyborach, których sami dokonują. Piękne.
Czy mój poród był idealny? Nie. Ale w żadnym momencie nie odebrano mi prawa do decydowania o tym, jak będzie wyglądał. Kiedy coś budziło mój sprzeciw, zawsze znalazł się ktoś, kto miał chwilę, aby spokojnie mi wytłumaczyć, dlaczego coś będzie się działo tak, a nie inaczej. Pomimo tłumu na porodówce i dzieci wyskakujących z kobiet co chwilę jak na taśmociągu.
Życzę wszystkim przyszłym matkom w Polsce, aby porodówkowe idee w końcu przegrały z prawem kobiet do samostanowienia. I żeby za prawo do decyzji nie było trzeba płacić grubej kasy bez większej gwarancji, że w końcu i tak ktoś nie stwierdzi, ze wiele lepiej (wciąż mówię tu o ideach, a nie o krokach medycznie uzasadnionych).
Pamiętajmy, że rodzenie po ludzku ma tysiące twarzy.
Tekst ukazał się również na moim blogu i na stronie Blogującej Grupy Matek.
W dużej mierze zgadzam się z panią O. – trzeba walczyć o zmianę podejścia do rodzenia w Polsce. Bardzo bym chciała, żeby następne pokolenie kobiet mogło usłyszeć od nas, matek, że poród to fantastyczna sprawa. Niesamowita, choć bolesna, momentami nieprzyjemna, wizualnie odstręczająca, ale pomimo tego piękna.
Jednak jeszcze ważniejsze jest dla mnie to, aby kobiety rodziły tak, jak chcą. Jeśli chcą rodzić w domu pod opieką położnej – niech tak rodzą. Jeśli chcą rodzić w szpitalu w kameralnej salce podpięte do znieczulenia – niech tak rodzą. Jeśli chcą mieć cesarskie cięcie na życzenie – niech je mają. Niech ktoś bez emocji wytłumaczy przyszłej matce, jakie są plusy, minusy i zagrożenia każdej z opcji, a potem zostawi jej i jej partnerowi podjęcie decyzji.
Niestety, w Polsce coś takiego jak zaufanie do ciężarnej nie istnieje. Po co zostawiać kobietom wybór, skoro na pewno wybierzemy źle? W rezultacie wygrywają idee, a często przegrywają matka i jej dziecko.
Pani O. wraz z zespołem opracowują projekt wprowadzający nowe standardy porodowe. Kobieta ma rodzić w wybranej przez siebie pozycji i w wybranym przez siebie otoczeniu. Ale czy będzie jej przysługiwać znieczulenie? Od tej sprawy pani O. umywa ręce – przecież to nie mieści się w definicji porodu fizjologicznego!
W kieszeni nie tyle otwiera mi się nóż, co materializuje się ogromna siekiera. Szczególnie że chwilę później pani O. przyznaje, że biorąc pod uwagę warunki, w jakich rodzą kobiety w Polsce, nie można się dziwić, że pragną znieczulenia. I dodaje, że trzeba to uregulować, bo jak na razie o uśmierzaniu bólu decyduje zawartość portfela, a to jest wątpliwe moralnie.
Kto więc ma to uregulować, droga Pani O.? Czy widzi Pani w Polsce kilkanaście komisji pracujących nad humanitaryzacją różnych aspektów porodu? Czy wierzy Pani, że ktoś w niedługim czasie zajmie się prawem rodzącej do znieczulenia? Czy przez te dobrych kilka lat pracy w fundacji Rodzić Po Ludzku nie zdała sobie Pani sprawy, że potrzeby i prawa rodzących są dla polskiej służby zdrowia na szarym końcu listy priorytetów, daleko za zakupem cieszących oko doniczek na kwiaty do pokojów pielęgniarek?
Skoro zaszła Pani tak daleko, skoro może Pani wpłynąć na poprawienie tak wielu porodowych realiów, dlaczego nie podjąć próby regulacji sprawy znieczulenia, a potem nie zostawić kobiecie wyboru? Dlaczego??? Pewnie dlatego, że kretynka będzie miała chęć z uśmierzenia bólu skorzystać, a to się kłóci z ideą. O, przepraszam – z IDEĄ.
Ja miałam szczęście przeżyć ciążę i urodzić Robaka w Holandii, kraju często przedstawianym przez zwolenników odmedykalizowania porodu jako bliski ideałowi. Tylko że brak interwencji medycznych w fizjologię porodu nie jest tu osią idei. Na każdym kroku czułam, że najważniejsze są MOJE wybory i MOJE decyzje. Służba medyczna jest po to, żeby mi w nich pomóc, a nie podejmować je za mnie.
Po pozytywnym teście ciążowym spotkałam się z lekarzem pierwszego kontaktu. Decyzja pierwsza – Czy chce pani, aby ciążę prowadził lekarz ginekolog czy wykwalifikowana położna? Wybrałam tą drugą opcję.
Decyzja druga – poród w domu, w centrum narodzin czy w szpitalu? Rodzenia w domowych pieleszach bez anestezjologów w gotowości i oddziału neonatologii nad głową nie potrafiłam sobie wyobrazić, więc wybrałam szpital. Położna nawet powieką nie mrugnęła. Opowiedziała tylko wstępnie o tym, jak wyglądają wszystkie szpitalne procedury. No i oczywiście do samego końca mogłam zmienić decyzję. Mój wybór, one przyjadą wszędzie tam, gdzie będę chciała.
Pod koniec ósmego miesiąca ciąży położne niepokoiły się, że Robak nie był jeszcze przekręcony głową w dół. Umówiły mnie na USG i wytłumaczyły, że nawet w takiej pozycji mogę próbować rodzić naturalnie. O takiej możliwości decyduje lekarz. Ale oczywiście ja mogę zdecydować się nie ponosić ryzyka i od razu wybrać cesarskie cięcie. Decyzja numer trzy (której koniec końców nie musiałam podejmować, bo Młody leżał tak, jak dziecko gotowe do desantu leżeć powinno).
Kiedy zbliżał się termin porodu, położna przeprowadziła ze mną rozmowę o farmakologicznych i niefarmakologicznych sposobach uśmierzania bólu. Dowiedziałam się, że decyzję (numer cztery) o tym, czy pomoc w walce z bólem jest mi potrzebna, podejmuję ja sama. Odmówić mi może jedynie lekarz, który uzna, że podjęcie takiej interwencji jest w danym momencie porodu niebezpieczne lub po prostu jałowe. Zapewniła mnie jednak, że jeśli kobieta potrzebuje znieczulenia, robi się wszystko, żeby je podać, bo trzeba walczyć o to, żeby poród nie był dla matki traumatycznym przeżyciem.
Historia zagmatwała się w połowie dziewiątego miesiąca. Duże dziecko, mało wód płodowych – wywołujemy poród. To znaczy – według naszej wiedzy powinniśmy wywoływać, ale to pani podejmuje ostateczną decyzję.
Poród to oczywiście szereg decyzji podjętych przez mnie i Misiesława. Wszystko co ze mną robili, było poprzedzone wyjaśnieniem i opisem konsekwencji (oraz poziomu bólu, o który pytałam się chyba milion razy). No i uśmiechem i zapewnieniem, że wszystko będzie dobrze.
Kiedy Robak pojawił się na świecie i wykrzyczał swoją opinię na temat chłodnej i jasnej sali porodowej, pojawiło się następne pytanie: Czy będzie pani karmić piersią czy mlekiem modyfikowanym z butelki? Próbujemy piersią? Świetnie! Zaraz zobaczymy, czy Filip ma talent do przysysania. Gdybym wybrała butelkę, zapewne też usłyszałabym to samo. Pielęgniarka środowiskowa powiedziała mi potem w domu, że do personelu medycznego nie należy podejmowanie decyzji, tylko wspieranie młodych rodziców w wyborach, których sami dokonują. Piękne.
Czy mój poród był idealny? Nie. Ale w żadnym momencie nie odebrano mi prawa do decydowania o tym, jak będzie wyglądał. Kiedy coś budziło mój sprzeciw, zawsze znalazł się ktoś, kto miał chwilę, aby spokojnie mi wytłumaczyć, dlaczego coś będzie się działo tak, a nie inaczej. Pomimo tłumu na porodówce i dzieci wyskakujących z kobiet co chwilę jak na taśmociągu.
Życzę wszystkim przyszłym matkom w Polsce, aby porodówkowe idee w końcu przegrały z prawem kobiet do samostanowienia. I żeby za prawo do decyzji nie było trzeba płacić grubej kasy bez większej gwarancji, że w końcu i tak ktoś nie stwierdzi, ze wiele lepiej (wciąż mówię tu o ideach, a nie o krokach medycznie uzasadnionych).
Pamiętajmy, że rodzenie po ludzku ma tysiące twarzy.
Tekst ukazał się również na moim blogu i na stronie Blogującej Grupy Matek.
poniedziałek, 1 marca 2010
zapisy do przedszkola - "wyścig szczurów"
w mojej mieścinie na dzień dzisiejszy są dwa przedszkola, jeden klub malucha i przedszkole prywatne językowe. chętnych oczywiście jest o wiele więcej niż miejsc, które oferują. większość rodziców chce posłać dziecko do przedszkola państwowego ponieważ koszt miesięczny jest niski ("czesne" za miesiąc + wyżywienie= ok. 350 zł, oferują całkiem dużo zajęć, angielski, zajęcia ruchowe itp.) w prywatnym miesiąc rodzica kosztuje 850-900 zł, w klubie malucha 750. jutro w jednym zaczynają się zapisy!!! około godziny 19, jechałam koło przedszkola (do którego chodzi mój syn).i wiecie, że pod drzwiamy koczowało już około 25 rodziców. o 19 godzinie!!! masakra. ludzie poprzynosili ze sobą krzesła i tak będą siedzieć do jutra do 8. słyszałam, że w tamtym roku również tak było, ale szczerze powiedziawszy myślałam, że ktoś mnie po prostu "ściemnia", ale dzisiaj przekonałam się sama na własne oczy.
niedziela, 28 lutego 2010
Ojciec też matka!
Dlaczego w męskich toaletach nie ma przewijaków?? A jak mój mąż przewija dziecko w damskim to wzbudza podejrzenia?
No bo jak to - facet zmieniajacy pieluche?
Ojcowie sa dyskryminowani. Przez przyzwyczajenie (daj ja przewine, nakarmie, ubiore bedzie szybciej), panujace zwyczaje (np brak przewijakow w meskich), rodzine (mezczyzna zajmujacy sie dzieckiem to pewnie pantofel), nas (bo my wiemy lepiej:)
Prawda jest taka, ze ojciec dokladnie tak samo moze zajmowac sie dzieckiem jak my (no dobra - nie nakarmi piersia:)
A czasami nawet lepiej - mowie na wlasnym przykladzie. Tata Matyldy zostaje z nia sam bardzo czesto, bo mama Matyldy duzo podrozuje sluzbowo. I moze czasami zapomni umyc zebow albo zadzwoni zapytac sie co ma robic ale zajmuje sie mala z duzo wiekszym luzem ode mnie. Ma bardziej kreatywne podejscie. Super razem spedzaja czas. I jestem z niego bardzo, bardzo dumna :) Dziwia mnie komentarze - ale tylko matka rozumie placz dziecka, tylko matka wie co dziecku potrzeba, bla bla. Jezeli rodzice spedzaja z dzieckiem taka sama ilosc czasu i matka nie wyrecza ojca to oboje beda rownoprawnymi rodzicami.
I zdziwil mnie ostatnio moj kolega, ktory sam ma 3letnia corke, pytajac czy moja mama przyjezdza do nas jak ja wyjezdzam, zeby wykapac dziecko. What??
peace
No bo jak to - facet zmieniajacy pieluche?
Ojcowie sa dyskryminowani. Przez przyzwyczajenie (daj ja przewine, nakarmie, ubiore bedzie szybciej), panujace zwyczaje (np brak przewijakow w meskich), rodzine (mezczyzna zajmujacy sie dzieckiem to pewnie pantofel), nas (bo my wiemy lepiej:)
Prawda jest taka, ze ojciec dokladnie tak samo moze zajmowac sie dzieckiem jak my (no dobra - nie nakarmi piersia:)
A czasami nawet lepiej - mowie na wlasnym przykladzie. Tata Matyldy zostaje z nia sam bardzo czesto, bo mama Matyldy duzo podrozuje sluzbowo. I moze czasami zapomni umyc zebow albo zadzwoni zapytac sie co ma robic ale zajmuje sie mala z duzo wiekszym luzem ode mnie. Ma bardziej kreatywne podejscie. Super razem spedzaja czas. I jestem z niego bardzo, bardzo dumna :) Dziwia mnie komentarze - ale tylko matka rozumie placz dziecka, tylko matka wie co dziecku potrzeba, bla bla. Jezeli rodzice spedzaja z dzieckiem taka sama ilosc czasu i matka nie wyrecza ojca to oboje beda rownoprawnymi rodzicami.
I zdziwil mnie ostatnio moj kolega, ktory sam ma 3letnia corke, pytajac czy moja mama przyjezdza do nas jak ja wyjezdzam, zeby wykapac dziecko. What??
peace
sobota, 27 lutego 2010
DDTVN cd.
Potrzeba więcej Niegrzecznych Mamusiek do tv!
Napisala do mnie pania z ddtvn: "(...) Wciąż szukam bohaterek. Tworzycie fajną inicjatywę, a żadna nie chce o niej powiedzieć. To naprawdę nie jest ani trudne ani czasochłonne (...)"
no? kto nie jest niesmialy?!? :)
Napisala do mnie pania z ddtvn: "(...) Wciąż szukam bohaterek. Tworzycie fajną inicjatywę, a żadna nie chce o niej powiedzieć. To naprawdę nie jest ani trudne ani czasochłonne (...)"
no? kto nie jest niesmialy?!? :)
sobota, 20 lutego 2010
Mamy ciało
Dziś w WO ukazał się tekst na temat ciała po porodzie. Zamieszczono kilka zdjęć, opisano kilka historii o akceptowaniu zmian po porodzie bądź nie.
Z tekstu oraz mojego własnego doświadczenia wynika, że oczekiwanie społeczeństwa, że na miesiąc po porodzie kobieta będzie wyglądała jak modelka jest powszechne. Z tym czy kobiety po porodzie wracają szybko do poprzedniej wagi bywa różnie. Jednak to, że ciało się zmienia nie podlega chyba żadnym wyjątkom.
Ja mimo w miarą młodego wieku, jak i tego, że o siebie bardzo dbałam nie uniknęłam pokiereszowania piersi przez karmienie. I szczerze mówiąc do tej pory mam problem z zaakceptowaniem siebie w takiej postaci. Pewnie to w jakim stopniu dla kobiety te zmiany są ciosem a w jakim po prostu naturalną koleją rzeczy wynika z wielu czynników. Jedno jest pewne ciśnienie na bycie piękna znaczy się szczupłą gładką i i jędrną do sześćdziesiątki istnieje. Więc jak mówię bezdzietnym dziewczynom, że moje piersi po ciąży się zmieniły ich twarze wykrzywia grymas i od razu słyszę 'noo właśnie tego się najbardziej boje'. Wiem również, że już nigdy dla żadnego faceta nie będę tak atrakcyjna jak przed ciążą.
Wszystko ma swoją cenę i oczywiście, że w rachunku strat i zysków jakie daje macierzyństwo zyski przeważają. Myślę jednak, że powinna być większa świadomość społeczna jak wygląda kobieta po porodzie. Bo wygląda inaczej i jest to nieuniknione więc po co udawać, że tak nie jest, że nic się nie zmienia. To prowadzi tylko do paranoi i braku akceptacji dla siebie.
A wy jak patrzycie na siebie to czasem myślicie: 'kurcze kiedyś to miałam cycki (czy pupę, czy brzuch, czy coś tam)?
wtorek, 16 lutego 2010
Wszyscy wiedzą lepiej
Odkąd jestem matką, zauważyłam, że wszyscy wiedzą lepiej ode mnie jak powinnam się moim dzieckiem zajmować. Przoduje w tym oczywiście/niestety rodzina (chociaż koleżanki, znajomi, nieznajomi też wiedzą lepiej ale po cichu).
Skąd się to wzięło?? - tak, wiem, z troski, chęci pomocy bla bla. Ale czy naprawdę musi to oznaczać - ja wiem lepiej i Ci powiem, bo Ty nie wiesz?
Sa różne etapy:
- 'trzeba' - np dziecko trzeba karmic na żądanie, trzeba cieplo ubierac
- 'powinno' - np twoje dziecko powinno juz umiec korzystac z nocnika, powinno juz przesypiac noce, powinno ubierac sie samo, powinno spac z Wami w pokoju
- 'nie dawaj jej tego' & 'nie rob tamtego' - nie dawaj jej gruszki bo nie, nie podrzucaj tak bo za bardzo rozbawisz, nie budź jej teraz, nakarm ja teraz.
- robienie rzeczy za Twoimi plecami - dokarmianie, przebieranie dziecka jak wyjdziesz z domu, zmienianie kolejnosci planu dnia (bo dziecko powinno to, powinni tamto)
No naprawde niewiele jest rzeczy, ktore doprowadzaja mnie do szalu ale jedna z nich jest mowienie mi co mam robic - a jezeli dotyczy to mojego dziecka - to wybucham jak supernowa.
Skad ta potrzeba wymadrzania sie? Zwracania uwagi? Poczucia nieomylnosci? Robienia wbrew nam - rodzicom? Naprawde uwazacie, ze my - matki - nie wiemy? To nasze dzieci, wiemy, i obojetnie czy Wam sie to podoba czy nie - to my mamy racje.
I kazda z nas wybrala sobie styl/metode/plan wg ktorego postepuje bo tak pasuje jej i dziecku. I jezeli chcecie pomoc - to wspierajcie, chwalcie a jak bedziemy potrzebowaly dobrej rady - to zapytamy.
peace
ps. nie ma co sie obrażać, na szczęście nie dotyczy to wszystkich ;)
Skąd się to wzięło?? - tak, wiem, z troski, chęci pomocy bla bla. Ale czy naprawdę musi to oznaczać - ja wiem lepiej i Ci powiem, bo Ty nie wiesz?
Sa różne etapy:
- 'trzeba' - np dziecko trzeba karmic na żądanie, trzeba cieplo ubierac
- 'powinno' - np twoje dziecko powinno juz umiec korzystac z nocnika, powinno juz przesypiac noce, powinno ubierac sie samo, powinno spac z Wami w pokoju
- 'nie dawaj jej tego' & 'nie rob tamtego' - nie dawaj jej gruszki bo nie, nie podrzucaj tak bo za bardzo rozbawisz, nie budź jej teraz, nakarm ja teraz.
- robienie rzeczy za Twoimi plecami - dokarmianie, przebieranie dziecka jak wyjdziesz z domu, zmienianie kolejnosci planu dnia (bo dziecko powinno to, powinni tamto)
No naprawde niewiele jest rzeczy, ktore doprowadzaja mnie do szalu ale jedna z nich jest mowienie mi co mam robic - a jezeli dotyczy to mojego dziecka - to wybucham jak supernowa.
Skad ta potrzeba wymadrzania sie? Zwracania uwagi? Poczucia nieomylnosci? Robienia wbrew nam - rodzicom? Naprawde uwazacie, ze my - matki - nie wiemy? To nasze dzieci, wiemy, i obojetnie czy Wam sie to podoba czy nie - to my mamy racje.
I kazda z nas wybrala sobie styl/metode/plan wg ktorego postepuje bo tak pasuje jej i dziecku. I jezeli chcecie pomoc - to wspierajcie, chwalcie a jak bedziemy potrzebowaly dobrej rady - to zapytamy.
peace
ps. nie ma co sie obrażać, na szczęście nie dotyczy to wszystkich ;)
piątek, 12 lutego 2010
Milego weekendu :D
http://www.youtube.com/watch?v=ikTxfIDYx6Q&feature=channel
A mowia ze TV ogranicza rozwoj dzieci ;)
A mowia ze TV ogranicza rozwoj dzieci ;)
wtorek, 9 lutego 2010
Czy lubicie spacery?
I nie chodzi mi o dziecko słodko śpiące w wózku, bo ja wtedy to mogłam łazić godzinami, ale jak już dzieciak chodzi, nie chce siedzieć w wózku, idzie w drugą stronę, nie chce odejść od huśtawki, w której jest inne dziecko i tak dalej...
Przyznaję się, że mi się tak czasem nie chce, że szok..ubierać dwójkę dzieci, siebie, zabierać picie, ulubione zabawki, teraz sanki, upocić się przy tym niemiłosiernie.
To ja czasem już wolę posiedzieć w domu, jak mam wyjść w zimę na 20 minut (bo sporo na minusie) a ubierania jest drugie tyle ;).
Przyznaję się, że mi się tak czasem nie chce, że szok..ubierać dwójkę dzieci, siebie, zabierać picie, ulubione zabawki, teraz sanki, upocić się przy tym niemiłosiernie.
To ja czasem już wolę posiedzieć w domu, jak mam wyjść w zimę na 20 minut (bo sporo na minusie) a ubierania jest drugie tyle ;).
poniedziałek, 8 lutego 2010
sobota, 6 lutego 2010
Ajuto, help, hilfe, pomocy
Nie wiem czy to jest temat na tego bloga, ale jest tu największe "skupisko" mam jakie znam, więc pisze :) Synal mój ma 4 miesiące i ma refluks/zgagę. Strasznie ulewa, po kilka razy i to nawet do paru godzin po jedzeniu. Ulewa kwaskowatym czymś, ma czkawki (kilka razy dziennie), krztusi się, niedawno zaczął kaszleć. Widać, że się chłopak męczy. Po każdym jedzeniu jest trzymany dług do odbicia, nie klepany po pleckach i nie kładziony na brzuszku na długo po jedzeniu. Śpi pod lekkim kątem.
Od 1,5 miesiąca jest na mieszance Neocate (dla alergików, praktycznie same aminokwasy) i do niedawna było wszystko ok. W sumie zaczęło się to jakieś 3-4 tygodnie temu.
Stosowałam Nutriton (zagęszczacz do jedzenia), ale nie pomógł. Od wczoraj dostaje Debridat (ale on podobno zaczyna działać po ponad tygodniu).
Może znacie coś co pomaga, albo co ja mogę robić żeby mu pomóc, bo straszna jest bidusia?
Od 1,5 miesiąca jest na mieszance Neocate (dla alergików, praktycznie same aminokwasy) i do niedawna było wszystko ok. W sumie zaczęło się to jakieś 3-4 tygodnie temu.
Stosowałam Nutriton (zagęszczacz do jedzenia), ale nie pomógł. Od wczoraj dostaje Debridat (ale on podobno zaczyna działać po ponad tygodniu).
Może znacie coś co pomaga, albo co ja mogę robić żeby mu pomóc, bo straszna jest bidusia?
środa, 3 lutego 2010
Zostawiać czy nie zostawiać?
Przeczytałam właśnie posta Her Bad Mother o wyjazdach i zostawianiu dzieci pod opieką taty/babci/niani. Hmmm...
Że zawsze będą nam towarzyszyć wyrzuty sumienia, że zawsze będziemy tęsknić, że zostawiamy nasze dziecko (brzmi to prawie jak porzucamy, mimo, że to często na dzień lub dwa tylko!).
Moja córeczka ma 10 mcy. Pierwszy raz zostawiłam ją na weekend gdy miała 3 mce. Szczerze - wcale nie odpoczęłam, byłam w takim stresie, że o 3 nad ranem zmusiłam męża, żeby zadzwonił do teściowej i sprawdził czy mała zjadła w nocy i ile. Ale z drugiej strony było mi dobrze. że się urwałam. choć na chwile.
Od tamtej pory zostawiam ją regularnie - moja praca wymaga ode mnie podróżowania, średnio raz na dwa tygodnie na 2-3 dni. Tęsknie - tak! Bardzo! Ale lubię. Wsiadam do samolotu i mogę się wyluzować. 3 godz tylko dla mnie:) A potem spotkania, służbowe kolacje, zero rozmów o dzieciach. Mogę na chwilę zapomnieć, że jestem przede wszystkim mama, poczuć, że jestem wolna i to ja rządzę ;-)
I naprawdę denerwują mnie komentarze - jak ona mogła zostawić dziecko i wyjechać?? Mogła. Kropka. Nie będzie mnie nikt oceniał. Jestem Niegrzeczną Matką :)
Ale wracam jak na skrzydłach i kocham moją Mrówcie najbardziej na świecie. I zawsze przywożę niepotrzebne prezenty...
Że zawsze będą nam towarzyszyć wyrzuty sumienia, że zawsze będziemy tęsknić, że zostawiamy nasze dziecko (brzmi to prawie jak porzucamy, mimo, że to często na dzień lub dwa tylko!).
Moja córeczka ma 10 mcy. Pierwszy raz zostawiłam ją na weekend gdy miała 3 mce. Szczerze - wcale nie odpoczęłam, byłam w takim stresie, że o 3 nad ranem zmusiłam męża, żeby zadzwonił do teściowej i sprawdził czy mała zjadła w nocy i ile. Ale z drugiej strony było mi dobrze. że się urwałam. choć na chwile.
Od tamtej pory zostawiam ją regularnie - moja praca wymaga ode mnie podróżowania, średnio raz na dwa tygodnie na 2-3 dni. Tęsknie - tak! Bardzo! Ale lubię. Wsiadam do samolotu i mogę się wyluzować. 3 godz tylko dla mnie:) A potem spotkania, służbowe kolacje, zero rozmów o dzieciach. Mogę na chwilę zapomnieć, że jestem przede wszystkim mama, poczuć, że jestem wolna i to ja rządzę ;-)
I naprawdę denerwują mnie komentarze - jak ona mogła zostawić dziecko i wyjechać?? Mogła. Kropka. Nie będzie mnie nikt oceniał. Jestem Niegrzeczną Matką :)
Ale wracam jak na skrzydłach i kocham moją Mrówcie najbardziej na świecie. I zawsze przywożę niepotrzebne prezenty...
POMOC DLA MALEJ HANI
KOCHANI!!!
Mala przyjaciolka Oli - 7miesieczna Hania bardzo ciezko zachorowala.
OSTRA BIALACZKA SZPIKOWA AML M5
Hanulka zmaga sie z choroba.Jest po pierwszej dawce chemii.
Jest silna, dzielna i ma najwspanialszych rodzicow na ziemi!!!
Moi Drodzy!!!
Rodzice Hani w miare mozliwosci beda aktualizowac Haniowego bloga. Obecnie staraja sie zalozyc konto w Fundacji by moc zbierac 1% podatku, do tej pory pieniazki mozna wplacac na konto Mamy Hani. Numer konta u mnie na priv.
mama.oli@wp.pl
Blog HANI
www.haniazet.blogspot.com lub www.haniazajdel.com
PROSBA - Sledzcie czytajcie i rozsylajcie dalej.
LICZE NA WAS "Niegrzeczne Mamuski"
Mala przyjaciolka Oli - 7miesieczna Hania bardzo ciezko zachorowala.
OSTRA BIALACZKA SZPIKOWA AML M5
Hanulka zmaga sie z choroba.Jest po pierwszej dawce chemii.
Jest silna, dzielna i ma najwspanialszych rodzicow na ziemi!!!
Moi Drodzy!!!
Rodzice Hani w miare mozliwosci beda aktualizowac Haniowego bloga. Obecnie staraja sie zalozyc konto w Fundacji by moc zbierac 1% podatku, do tej pory pieniazki mozna wplacac na konto Mamy Hani. Numer konta u mnie na priv.
mama.oli@wp.pl
Blog HANI
www.haniazet.blogspot.com lub www.haniazajdel.com
PROSBA - Sledzcie czytajcie i rozsylajcie dalej.
LICZE NA WAS "Niegrzeczne Mamuski"
DDTVN
PONIŻEJ WSPOMNIANY LIST OD PANI Z DDTVN... KTO MA OCHOTE WYSTĄPIĆ W TV?!?
Witam serdecznie:)
Jestem reporterką w programie "Dzień Dobry TVN" i przygotowuje materiał filmowy o "Niegrzecznych mamuśkach". Bardzo zależy mi na rozmowie telefonicznej z Panią. Mój numer telefonu to 691 592 480. Jeśli znajdzie Pani wolną chwilę, bardzo proszę o kontakt. (również mailowy H.Jewsiewicka@tvn.pl)
Hania Jewsiewicka
Dzień Dobry TVN
Witam serdecznie:)
Jestem reporterką w programie "Dzień Dobry TVN" i przygotowuje materiał filmowy o "Niegrzecznych mamuśkach". Bardzo zależy mi na rozmowie telefonicznej z Panią. Mój numer telefonu to 691 592 480. Jeśli znajdzie Pani wolną chwilę, bardzo proszę o kontakt. (również mailowy H.Jewsiewicka@tvn.pl)
Hania Jewsiewicka
Dzień Dobry TVN
wtorek, 2 lutego 2010
Mamuśki na facebook
Uwaga !
Uruchomiłam STRONĘ Niegrzeczne Mamuśki.
Jest to na tyle udogodnienie, że każdy fan ma możliwość zaczynania dyskusji, wrzucania linków.
Może będzie to udogodnieniem dla działania bloga, mogą pisać swoje propozycje osoby nie mające uprawnień administratora itd.
Uruchomiłam STRONĘ Niegrzeczne Mamuśki.
Jest to na tyle udogodnienie, że każdy fan ma możliwość zaczynania dyskusji, wrzucania linków.
Może będzie to udogodnieniem dla działania bloga, mogą pisać swoje propozycje osoby nie mające uprawnień administratora itd.
pomysł głównie dlatego, że dużo nas ;)
i trochę się gubię czasami.
i chciałabym poznać z kim 'współpracuję'.
i można zgromadzić sympatyków w jednym jasnym miejscu.
i
pomysł do przedyskutowania jeżeli ktoś na 'nie' oczywiście.
;)
poniedziałek, 1 lutego 2010
Polska, mieszkam w polsce...
Jak bardzo jestem pospinaną matką odkryłam w wakacje roku ubieglego. Wyjechaliśmy na wakacje do włoch, bo była niepowtarzalna ku temu okazja. Honey miala 1,5 roku wpakowalismy się w samochód i wyruszylismy. Już w austrii zaczełam dostrzegać różnice w jakosci życia i podróżowania z dzieckiem. Co chwilke przy drodze zajazdy gdzie mozna zjeść, przebrać, wykąpać, nakarmić dziecko. Z dużymi placami zabaw. W polsce brudne kible (za które oczywiście sie płaci) zero przewijaków i innych udogodnień dla rodziców i dzieci. Podróż mineła całkiem lajtowo. H. 20 godzin w samochodzie właściwie bez jęknięcia. Dojechalismy do toskanii i tam zostalismy. Pierwszy raz byłam tak daleko z dzieckiem, pełna obaw. Jak sie okazało zupelnie nie potrzebnie. Już w pierwszy dzien H. wzgardziła słoikami z jedzeniem ktore jej zabralam, żeby mieć pewność, że nie zatruje sie lokalnym żarciem(wszystkie wrócily do domu, jadła tylko pasty). Sama sie przestawiła na tryb życia włoskich dzieci czyli sjesta, 3 godzinki spania w dzień i szlaeństwo do 23/24 w nocy (normalnie spi o 20). Kiedy wychodziliśmy wieczorem coś zjeść w każdej knajpie tłumy dzieciaków biegały między stolikami, place zabaw pelne do 23, na knajpianych stolikach niemowleta spały w fotelikach samochodowych. Po kilku dniach sie wyluzowałam i przestałam wieczorami patrzeć na zegarek i liczyć jak dawno H. powinna juz spać, tym czasem ona goniła po zjeżdżalni za włoskimi dziećmi. Zaliczyliśmy nawet biwak gdzie spalismy w namiocie nad rzeką, nad ktorą dało sie dojechac tylko terenowym samochodem. A był z nami 2 miesięczny chłopiec ze swoimi rodzicami, który również nocował w namiocie a w ciągu dnia spał sobie w hamaku albo huśtawce zrobionej z liny i fotelika samochodowego. Wtedy do mnie dotarło, że rodzic nie musi znaczyć pospinany rodzic, że naprawde wiele z dzieckiem można robić fantastycznych rzeczy jeśli tylko chcemy. Dodam tylko, że jak wróciliśmy do polski pewnego razu wyszlismy późnym wieczorem na miasto z H. w wózku. Ona słodko spała, my sączylismy wino. Była jedynym dzieckiem w kawiarnianym ogródku. A ja jednak nie moglam sie wyluzować miałam wrazenie, ze zaraz ktoś zadzwoni do opieki społecznej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





