środa, 23 lutego 2011
Moja historia - temat z maila
Czytając niektóre historie czułam się jakbym czytała siebie! Nie jest lekko. Nawet czasami myślę ze jestem najgorsza, że nie jestem idealna, że do ideału brakuje mi o ho ho i jeszcze trochę.
Zaszłam w ciążę mając 18 lat. Dziecko było jak najbardziej planowane. Niestety. Ludzie wokół uważają ze to wpadka, a mnie tak strasznie to dobija. Bo dlaczego mając 18 lat nie można mieć męża, dziecka? Dlaczego nie można stworzyć rodziny? Ludzie są okropni...
Opowiem Wam moją historię.
Ciąża była dla mnie zaskoczeniem! Przestaliśmy dbać o zabezpieczenie, dużo rozmawialiśmy o dziecku. I przyszedł czas, kiedy zaczęliśmy kombinować "co by tu zrobić żeby się udało?" Na weekend pojechaliśmy na Mazury do mojej rodziny. Jeszcze w samochodzie rozmawialiśmy o dziecku. Mi spóźniała się miesiączka. Nie przejęłam się tym bo od dwóch miesięcy tak miałam także totalnie to olałam.
Wróciliśmy po weekendzie. Ja dostałam jakiegoś dziwnego plamienia. To
nie był okres. Znam swoje ciało i to na pewno nie było to. Mąż poszedł do pracy, ja miałam na 10. Przed wyjściem do pracy pobiegłam po test - pozytywny. Szok, ciemność w oczach.
Później powiadomienie męża, radość, powiadomienie rodziny - szok. Wizyta u ginekologa - ciąża zagrożona poronieniem - szpital...
Byłam u 4 lekarzy. Z czego dopiero ten 4 wydał mi się najbardziej sensowny - Boże jak ja bym chciała cofnąć czas!!!
Od zawsze nie lubiłam lekarzy, unikałam ich jak ognia. A w ciąży - wiadomo - chciałam mieć fachową opiekę. Płaciłam za każdą wizytę! Ślepo ufałam mu, to co powiedział było święte! Pierwszy i ostatni raz w życiu...
30 tc dziecko wazy 1180 g.Stanowczo za mało. On mówi ze jest OK, jak lekarz mówi to znaczy ze tak jest. Od tego czasu byłam jeszcze 2 razy u ginekologa. Prosiłam o USG, mówiłam o nieregularnych skurczach, mówiłam o odchodzącym czopie śluzowym. On nie miał czasu żeby zrobić USG, kazał obserwować, liczyć skurcze, mówił że jest OK. A gdyby zrobił USG
mogliśmy uniknąć tego wszystkiego.
38 tc urodziłam maleńką dziewczynkę. Po 8 godzinach porodu poczułam cieplutkie ciałko na moim obolałym ciele. Mała miała 1915 wagi i 46 cm długa.
Później obolała po porodzie, wykończona fizycznie i psychicznie musiałam słuchać ich pytań. Czy paliłam, czy piłam... Tak! I jeszcze w żyłę sobie dawałam a jak nie miałam sił to mąż mi dawał! W złości mówiłam rzeczy których normalnie bym nie powiedziała.
Po porodzie - odział poporodowy. Miałam tyle pokarmu ze samo się lało, mała ślicznie ssała pierś. Dostałam ją dopiero na drugą dobę. Od momentu porodu dokarmiali ją! Ja mówiłam że kategorycznie tego zabraniam - oni swoje - bo mała nie umie ssać, bo mała jest i dlatego! No opieka że pożal się Boże! Powiedziałam ze sama będę ją dokarmiać z butli. Mąż przywiózł butlę, ja ją ubrudziłam żeby staruchy myślały że ją dokarmiam i nie dokarmiały jej MM :)Mała do tej pory gardzi butelką, krztusi się, wypluwa...
smoka też nie chce. Nie daję, mimo, ze teściowa kupiła i powiedziała ze bez smoka nie dam rady, bo jej dzieci miały smoka... ale o tym później. Także ze szpitala wyszłam po tygodniu. Mała ważyła wtedy 1890 g. dzisiaj po 63 dniach waży 3800 g. Już nie muszę szukać jej w ubrankach o
rozmiarze 50 :)
Nigdy nie ufałam lekarzom, raz zaufałam - żałuję - więcej tego nie powtórzę.
Jestem wyrodną matką, jestem złą matką, nie kocham mojej córki - tak stwierdziła matka mojego męża. Dlaczego? Bo nie szczepię dziecka, bo pozwalam oglądać TV, bo leży kilka minut bez pieluchy żeby tyłek odpoczął, bo nie ubieram na cebulkę jak jest 30 stopni, bo stwarzam jej
zagrożenie jeżdżąc z nią samochodem, bo nie daję smoka, bo nie dokarmiałam jak lekarz kazał, bo nie kąpię jej codziennie, bo mam za długie paznokcie, bo zabieram ją na Mazury gdzie (jak to ona i pani doktor powiedziały) są zarazki, bo nie wychodzę codziennie na spacery, bo nie wkładam jej termometru w tyłek jak nie robi kupy (mała robi kupę co dwa dni mniej więcej o tej samej porze) bo nie podaję leków na kolki (jakie kolki?), bo jestem młoda i g... znam się na życiu... To dosłownie tylko kilka przykładów. Ona ma zawsze najwięcej do powiedzenia... i wiecie co? Przed ślubem było jak najbardziej OK. Rozmawiałyśmy o wszystkim, jeździłyśmy razem na zakupy. Po ślubie
jeszcze dało się przeżyć, ale teraz jak urodziła się Zuza jest nie do wytrzymania.
Przykład. Kilka dni temu. Mała zaczęła ryczeć wniebogłosy dobre pół godziny. Wpadła i powiedziała a raczej darła się na mnie że co ja jej robię??!! Że dlaczego dziecko płacze. Uwierzcie mi że płakałam razem z nią. Nie wiedziałam o co chodzi. Teściowa chciała ją zabrać na odczynianie uroków. Wyobrażacie sobie??? Ludzie, żyjemy w XXI wieku! Kobieta chodzi do kościoła! Wierzy w takie zabobony... W każdym razie powiedziałam, ze nie będzie nikt odczyniał żadnych uroków na mojej córce! Tu ona z wrzaskiem, że ja ją nie obchodzę, ze chce pomóc dziecku a nie mi itd... no nic w każdym razie padły ostre sowa z jej strony że nie kocham mojej córki ze co ze mnie za matka bo pozwalam dziecku cierpieć. A dlaczego nie pomyślała że ona miała dużo wrażeń jak na jeden dzień? Dużo ludzi, lekarz... Wystraszyła się i płakała... Jaka to ja jestem zła. Uwierzcie mi, że jakbym mogła jej pomóc to nie płakałaby tak...
To zdarzyło się już drugi raz. Pierwszy raz też był po wizycie w szpitalu... może moja mała ma takie samo podejście do lekarzy jak ja. Kolejna sprawa szczepień. Nie szczepię. Jestem matką i to ja wiem co dla mojej córy jest najlepsze. Uwierzcie mi ze spędziłam wiele wiele wiele godzin na czytaniu każdego za i przeciw szczepionkom. niestety rozumie mnie tylko moja mama - pielęgniarka - która sama miała sanepid na karku za to ze nas nie szczepi.
Ja również nie zaszczepię. nie będę tu teraz wymieniać powodów - dlaczego - bo nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, ze każda matka wychowuje swoje dziecko według swoich upodobań... A to, ze ma 19 lat nie znaczy, ze jestem głupia. Ja nie chcę źle dla mojego dziecka. Nikt nie wmówi mi teraz że jestem zła.
Po ostatniej kłótni z teściową spakowałam się w nocy i chciałam uciec. Zdjęłam obrączkę, pokłóciłam się z mężem, zostawiłam ich - męża i dziecko - i po prostu wyszłam.
Mąż wyszedł za mną. Wróciłam. Po przespanej nocy zrozumiałam ze nie o to w tym chodzi. JA WZIĘŁAM ŚLUB Z MĘŻEM A NIE Z JEGO MATKĄ!!! A to, ze mieszkamy katem u nich nie znaczy ze muszę tańczyć jak oni mi zagrają! Jestem sobą, nikomu nie robię na złość, postępuję według swoich upodobań, wychowuję dziecko po swojemu, ucząc się na błędach, staram się jak mogę żeby było dobrze... Dlaczego nikt mi nie ufa? Dlaczego wszyscy dyktują mi jak mam postępować?
Teraz wiem, ze nikt nie zabierze mi mojego szczęścia. Nikt nie skłóci mnie z mężem a na pewno nie jego matka! Po ostatniej kłótni nie odzywa się do nas. A przecież mąż nic nie zawinił! A zaraz!!! A może myślała że on stanie po jej stronie??? Hmm...
Nie dam nikomu tego zniszczyć i może jestem słaba psychicznie, może nie mam doświadczenia, może jestem młoda, może inni są lepsi, ale ja nigdy nie skrzywdziłabym mojego dziecka. Kłócę się na temat szczepień, wszyscy uważają ze siedząc w internecie dobrze na tym nie wyjdę. A skąd niby mam wiedzieć wszystko jak nie z internetu??? Lekarzom teraz nie zależy na życiu i zdrowiu dzieci bo to nie ich dzieci, bo liczą się pieniądze. Skąd dowiem się o NOP jak nie z internetu? Skąd będę znała swoje prawa? Uważają że jestem niedoświadczona... hmm
Od kiedy urodziła się Zuzia jestem suką, która chroni swoich małych! Tygrysicą, która obroni małą przed każdym złem, walczę o to by miała jak najlepiej...
Rika
poniedziałek, 14 lutego 2011
niegrzecznemamuski.blogspot.com
jak pewnie zauważylyscie nasza domena (niegrzecznenamuski.pl) zostala podkupiona przez firmę, która pod haslem "niegrzeczne" rozumie troche cos innego...
My jestemy ciągle obecne pod adresem niegrzecznemamuski.blogspot.com :)
czwartek, 10 lutego 2011
karmienie w miejscach publicznych czyli "matka polka bezwstydnica" - temat z maila
sobota, 29 stycznia 2011
Bossssska!
Otwierasz szafę, z której wyskakuje stylista, Seksi Mama Celebrytka szturcha cię w ramię swoim nietkniętym ciążą i karmieniem jędrnym cyckiem, w lodówce czyha dietetyk i spogląda na ciebie karcącym wzrokiem, kiedy sięgasz po dżem wysokokaloryczny. Łapiesz więc parówkę, żeby na szybko nakarmić malucha, ale nad twoją głową pojawia się chmurka - ding, tu dr Zdrówko. Wyrodna matko! Nie karm parówką! Gotujesz więc na parze jałową jajecznicę, zerkając co chwilę na zegarek, bo zaraz musicie wyjść na zajęcia z samorozwoju/plastyki/gimnastykę/aerobik w wodzie/aerobik w powietrzu/salto z poczwórnym obrotem/dentysta i medytacja. Wieczorem udajesz, że jeszcze szlag cię nie trafił, kiedy zgodnie z przykazaniami Tracy Srejsi kładziesz dziecko po raz pięćdziesiaty ósmy do łóżka i choć już czujesz, że jednak zaraz cię trafi, to robisz dobrą minę do złej gry, bo inaczej wyskoczy z pod tegoż łóżka super-niania i każe ci siedzieć na karnym jeżyku tyle minut, ile masz lat, czyli pół godziny masz w plecy jak nic, a przecież w piekarniku już już już dochodzą pachnące bułeczki z najzdrowszej mąki, ze zboża które sama siałaś ubiegłej wiosny na balkonie.
A nie daj bóg, że dr Zdrówko ma odmienne zdanie niż dr Helf! Którą przyjąć taktykę? W którym narożniku zajmiesz miejsce? Komu kibicujesz? I co, do jasnej cholery masz począć z katarem, z lewej dziurki twojego dziecka? A jeżeli podejmiesz złą decyzję i katar z lewej dziurki zarazi również prawą dziurkę, co w konsekwencji zamknie twojej córce drogę do zostania spikerką radiową? A teraz kombinuj, jak to przekażesz swojemu mężowi, który wydał dwie wypłaty na konsolę i mikrofon, żeby córa mogła się wprawiać. A zresztą jesteście parą żyjącą według bardzo partnerskich zasad - Misiu na pewno się nie zezłości, może przebąknie coś o sprzedaniu twojego ukochanego matiza. Eee tam! Nie musisz co rano odwozić dzieci do przedszkola samochodem. Godzinny spacer o 6 rano przy piętnastostopniowym mrozie wpłynie korzystnie na wasze relacje.
Ja to już nawet telewizora nie włączam, bo najzwyczajniej się boję, że Perfekcyjna Pani Domu wytknie mi niestartego palucha na szybie.
Jesteśmy zajebiste, oblatane, a wiedzę o tym, co dla nas/naszych dzieci/naszych mężów/naszych sąsiadów/ i całej reszty kosmosu wchłaniamy jak gąbki.
Och, Droga Ty Moja Poczwaro Świadomości! Daj żyć i pozwól, że profesjonalnie i z wyuczoną gracją ucałuję Cię w Dupę!
piątek, 28 stycznia 2011
Macierzyństwo bez lukru - temat z maila
Całkowity dochód ze sprzedażny zbioru przeznaczony jest dla chorego maluszka.
Pomyślałam, że możne również na blogu Niegrzecznych Mamuś znalazłoby się miejsce na informacje o tej inicjatywie, a możne nawet na umieszczenie baneru akcji. Jestem pewna, że znalazłoby się wiele Mam chętnych wspomóc Mikołaja i jego rodziców, zwłaszcza w świetle ostatniej dyskusji o mamach chorych dzieci.
Proszę pomóżcie!
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Rzeczywistość czyha za rogiem - temat z maila
Stoję właśnie na myślowym rozdrożu...mianowicie jak już tu nie raz pisano macierzyński się skończył, urlopy również i zaczął się wychowawczy. Plan był taki, że zostanę w domu aż synek skończy 1,5 roku- i chciałam zostać, chcę wciąż, bo lubię po prostu być w domu, ale życie napisało swój plan i muszę wrócić do pracy. Nie chciałabym wracać tam gdzie pracowałam, ale na szczęście mam gdzie wrócić, więc nie narzekam! Nie o to chodzi, tzn. nie do końca. Raz myślę sobie, że dobrze, że będę wśród ludzi, że wrócę do normalnego trybu życia, do rzeczywistości, ale zaraz nachodzi mnie myśl, że coś stracę, że umknie mi coś ważnego z życia tego małego człowieka, który codziennie jest inny...nie zrozumcie mnie źle, nie jestem idealną, nawet nie wiedziałam, że takie mity krążą SERIO ;) Nie czuję się głupsza, czy gorsza dlatego, że wolałabym zostać w domu, ale po prostu mnie na to nie stać. I czasem myślę, że fajnie, że wracam, a czasem aż mi się płakać chce, że muszę...nie wiem, może to też dlatego, że mały będzie u teściowej co też mi się nie uśmiecha, ale muszę być wdzięczna za pomoc, bo gdyby nie ona z kolei, to na opiekunkę bym nawet nie zarobiła. I tak naprawdę to nie wiem co czuję. Może to też brak miesiączki powoduje taki brak równowagi hehe ;)
Czy jestem odosobniona?? Czy Wy, młode mamy, mające gdzie wracać, też macie takie rozterki?? I co ważniejsze jak sobie z nimi radzicie, bo ja sobie nie radze :/
wtorek, 18 stycznia 2011
Mamy chorych dzieci - jesteście wielkie! - temat z maila
--
Ania
niedziela, 9 stycznia 2011
Mam w pampersie parytety - temat z maila
Witam.
Do napisania tego maila skłoniły mnie ostatnie wydarzenia na polskiej scenie politycznej... Kampania wyborcza niezbyt mnie interesowała, bardziej zajmuje mnie trzymiesięczny Antoś, ale jedna rzecz rzuciła mi się na uszy... Jedno z częściej zadawanych pytań kandydatom był czy są za parytetem? No i tutaj mnie kobiecie i matce (chyba niestety Polce) ciśnie się przekleństwo na usta!
Po co nam te parytety???? Ja kobieta żyjąca, pracująca i wychowująca dzieci w nosie mam ile bab zasiada w naszym rządzie, skoro i tak to niczego nie zmieni.
Od 1 kwietnia żyję w strachu i frustracji... tego dnia urodził się mój trzeci synek. Kocham go nad życie ale stoi przed moją rodziną wielkie wyzwanie... Dwóch starszych chłopców chodzi do szkoły podstawowej, mąż i ja pracujemy i podjęliśmy decyzję o własnych czterech kątach. Moje pobory idą w całości na ratę kredytu. Teraz kończy mi się macierzyński....nie mamy blisko babci ani cioci, najbliższy żłobek jest o 100km. Zatrudnimy więc nianię, której trzeba będzie zapłacić niemałe pieniądze...
Lista trosk młodej mamy czyli moich to:
1. Nie stać mnie na niańkę.
2. W moim mieście nie ma żłobka.
3. Chciałabym zostać z małym w domu do skończenia roku, ale wtedy nie będzie mnie stać na nic.
4. Rzeczy dla dzieci są bardzo drogie włącznie z lekarstwami!!!!.
5. Mam bardziej odpowiedzialną pracę od męża (inna firma) a zarabiam mniej niż połowę tego co on.
6. I wiele innych zmartwień które zapewne i wy mamy macie i o nich wiecie.
Więc wracając do tematu... Co się zmieni w moim życiu jeśli w rządzie będzie więcej kobiet? Czy te panie z rządowymi pensjami przejmą się raptem faktem że nie mam na nianię? Czy te panie zazwyczaj już dojrzałe i z odhodowanymi dziećmi przypomną sobie jak jest trudno o przedszkole czy żłobek? Czy te panie robiące karierę w rządzie wpadną na pomysł że mi jest dobrze z małym i serce mi pęka kiedy muszę zostawić pięciomiesięczne niemowlę, które jeszcze nawet dobrze nie umie siedzieć i iść do pracy? Nie wydaje mi się... a posiadać w rządzie kobiety tylko po to żeby były... to bez sensu. zresztą kobiety są mądre i inteligentne i jeżeli zechcą zrobić karierę polityczną to zapewne nie trzeba będzie robić dla nich specjalnych miejsc...
I modlę się po cichu wieczorami żeby w końcu się ktoś obudził i stworzył w Polsce prawdziwą politykę prorodzinną. I nie chcę żadnych datków z opieki, nie chcę niani za darmo... Chcę zarabiać tyle bym mogła dać pracę przy opiece nad moim dzieckiem innej osobie, chcę dostępu do żłobka i przedszkola za które też chętnie zapłacę, aby tylko było. Chcę godnie żyć i wychowywać swoje dzieci i fajnie by było gdyby rząd zastanowił się nad tym czego potrzebujemy a nie ile nas do parlamentu wpuścić...
Iwa
środa, 5 stycznia 2011
Minął miesiąc... - temat z maila
Miesiąc jak mnie nie ma. Jak całe moje jestestwo przeobraziło się w dziecia.
Miesiąc, jak nie miałam ani jednego dnia bez trwania na posterunku. Dnia....godziny nawet jednej! Literalnych 60 minut.
W mojej głowie kołacze się skojarzenie z więźniem skreślającym na ścianie kolejne dni odsiadki. Ile jeszcze takich miesięcy?! Śśśśśkrrrrob...dzisiaj minął pierwszy.
Cholera! A wsparcia i zrozumienia znikąd. Totalne tylko poczucie winy. Egoistka. Egocentryczka. Jedynaczka. Dziecko ma dziecko. Aż wstyd to głośno nazwać.
I zewsząd tylko te „powinnasie” i „niepowinnasie”...
POWINNAŚ być szczęśliwa, POWINNAŚ jej założyć skarpetki, NIE POWINNAŚ jej przegrzewać, POWINNAŚ się cieszyć, NIE POWINNAŚ narzekać, POWINNAŚ „rozbujać laktację”, POWINNAŚ znaleźć sobie zajęcie (sic!!!), NIE POWINNAŚ tracić cierpliwości, POWINNAŚ posprzątać, NIE POWINNAŚ karmić butelką, NIE POWINNAŚ się garbić, POWINNAŚ dokarmiać, POWINNAŚ karmić wyłącznie piersią...
A własnie! Terror laktacyjny – kolejna radość macierzyństwa. Po kolejnym potępieńczym spojrzeniu na butelkę która zamiast piersi ląduje w pyszczku małej mam ochotę wyć i bić. Wara wam od moich cycków! Dość mam też laktacyjnych porad „na wagę złota” oraz własnego okraszonego sztucznie wyszczerzonym uśmiechem tłumaczenia dlaczego muszę dokarmiać i dlaczego wolę odciągać swój pokarm niż „podać pierś”. Czy to aby nie jest moja sprawa??!! Przecież w tej butli nie ma arszeniku żebym musiała się czuć jak jakaś ułomna matka...dlaczego więc wciąż się tak czuję???
Ale kogo to tak naprawdę obchodzi – co ja czuję i czy ja w ogóle cokolwiek czuję...
„Ciąża – najpiękniejszy okres w życiu kobiety”... wolne żarty, jakiś banał wymyślony zapewne przez faceta i to w dodatku bezdzietnego. Choć z drugiej strony jak popatrzy się na ciążę jako na ostatni okres w życiu kobiety, kiedy to ONA gra pierwsze skrzypce, to faktycznie coś w tym jest.
Ja tęsknię za tym okresem w moim życiu. Mimo fizycznych dolegliwości różnej maści, zakazów i nakazów wszelakich, notorycznych wizyt u lekarza...było pięknie! BYŁAM WOLNA. To JA decydowałam o tym kiedy sikam, kiedy jem i kiedy idę pod prysznic. JA decydowałam do której śpię i jak spędzam weekendy. MI nie wolno się było denerwować, więc małż był do rany przyłóż (poza nielicznymi wyjątkami) przez bite 9 miesięcy, itp., itd...axis mundi z Bożej łaski.
Potem „radość” porodu. Kompletna trauma. Szkoda słów. W „nagrodę” jakiś chabaź od małża. Ot i tyle.
No i oczywiście mała. Piękna, rozczulająca, całkowicie bezbronna i zależna od nas. Patrze na nią słodko śpiącą na naszym łóżku (po trzech godzinach usypiania na rękach) i czuję... no właśnie – co ja czuję właściwie? Czy to miłość? Pewnie tak. Na pewno. W końcu to moje dziecko więc to MUSI być miłość...
Byłoby dużo prościej uczyć się jej w poczuciu otaczającego wsparcia. Jednak małż zbyt przyziemny. Głowa może boleć. Noga. Ale żeby myśli??!! Chciałabym żeby zrozumiał, przytulił, porozmawiał, rozgrzeszył. Zabrał na spacer, kolację... Nie ma czasu. Ciągle coś goni, a ja z małą kolejny dzień w domu, godzina po godzinie, kolejny tydzień...
I chyba kierunek studiów też sobie wybrałam niewłaściwy. Powinnam postawić na aktorstwo raczej niźli na antropologię. Ta bowiem nijak się w prawdziwym życiu nie sprawdza. A takie aktorstwo teraz byłoby jak znalazł...No ale niestety. Muszę więc czerpać z nieprofesjonalnych pokładów umiejętności udawania. Serwować wszem i wobec ten przylepiony uśmiech, niczym u kota z „Alicji w krainie czarów” - ja powoli znikam, uśmiech zostaje...Bo POWINNAM. Powinnam więc jestem, tak? Staram się jak mogę, ale brak mi oparcia na które tak bardzo liczyłam. Poród rodzinny a potem rodzinny rozwód.
Małż zakochany w małej. Cudowny ojciec. A ja? Zazdrosna?
„Egoistka. Egocentryczka. Jedynaczka...”
Kwiatki by przyniósł, przytulił, porozmawiał nie o kupach może...lub chociaż wysłuchał i nie patrzył potem z przerażenio-obrzydzeniem.
-„Czuję niesmak gdy masz do małej mniej cierpliwości niż ja”. To może teraz się zamienimy mój miły? Następny miesiąc Ty siedzisz z małą w domu a ja fruwam to tu, to tam??? Może wtedy łatwiej będzie nam rozmawiać o cierpliwości, o poczuciu szczęścia, o wolności...
Znów poczucie winy.
Właściwie nawet nie wiem po co jeszcze wstaję rano z łóżka. Ubieram się, myję, czeszę, maluję. Małej przecież wszystko jedno a małż już chyba nawet nie patrzy... Bo i na cóż tu patrzeć? Na obwisły brzuch z masą sino bordowych rozstępów? A może na Wielki Tyłek obficie okraszony cellulitem? Więc może na zgarbione plecy, bolące od ciągłego noszenia małej na rękach? Eeeech...lepiej chyba znaleźć inny obiekt...Tyle teraz tego. Lato w końcu mamy.
Oj strasznie brak otuchy, zrozumienia, wsparcia...Szukam więc w sieci. Bo zaczynam czuć się podle z moimi myślami. Znajduję Was :) W wielu postach widzę siebie, czytam siebie. Ulga...więc nie jestem do końca nienormalna. A nawet jeśli to nie jedyna.
Daj Boże żeby to był tylko ten osławiony Baby Blues...
majamamajagi
wtorek, 28 grudnia 2010
"szczęśliwy" tatuś? - temat z maila
chciałabym byśmy porozmawiały o naszych mężach, chłopakach, partnerach, którzy jako ojcowie doprowadzają nas czasem do szału..Czym? Miganiem się. Wiadomo, kochają i nas i nasze wspólne pociechy, ale chyba nie tak bardzo jak samych siebie...;) Poświęcenie się jest chyba wpisane w kobiecą naturę, a szczególnie w macierzyństwo.
Myślę, że większość z nas zdaje sobie sprawę, że odkąd pojawiło się dziecko nasze potrzeby niestety schodzą na dalszy plan czy to nam się podoba czy nie. Wiadomo, że szuka się chociaż chwili w ciągu dnia na ulubioną rozrywkę i kiedy dzieciak śpi, ogląda bajkę albo sam się bawi można odetchnąć przed TV, książka czy kawie z koleżanką. Która z Was zaprzeczy że są to najprzyjemniejsze chwile w ciągu dna?? ;)
No ale wracając do naszych tatusiów. Mam wrażenie, że oni nie godzą się z faktem, że ich wolny czas jest nieco ograniczony, że ważniejsze jest to, że dziecko trzeba uśpić czy wykąpać niż to czy w telewizji jest mecz albo sensacyjny hit tego lata..:/
Kiedy odrywasz go od jego zajęć, którym się z namaszczeniem oddaje każdego popołudnia on szczerze zdziwiony, zaskoczony i zniesmaczony patrzy na Ciebie nie wierząc własnym uszom;) I wstaje, z miną męczennika, zły albo smutny (to zależy od cech charakteru) i z łaską wykonuje polecenie, na które sam niestety nie wpadnie.
A w Tobie się gotuje i zastanawiasz się czy aby na pewno on chce być ojcem? czy nie wolałby uciec z tego waszego rodzinnego gniazdka? czy jest szczęśliwy?
K.
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Depresja po odstawieniu dziecka od piersi?? - temat z maila
Kiedy byłam w ciąży nie czytałam zbyt dużo o karmieniu dziecka, bo założyłam, że będę karmić piersią. Czasem tylko wpadał mi w ręce jakiś poradnik i wtedy ze zdziwieniem odkrywałam "terror laktacyjny" i wszechobecne potępienie dla karmienia butelką. Myślałam wtedy, że gdybym była mamą zakładająca karmienie mm, to na pewno nabawiłabym się depresji
i współczułam kobietą, które muszą zmagać się tą nagonką:/
Moje karmienie odbyło się bez żadnych problemów i wiem, że jestem pod tym względem szczęściarą. Nie popękały mi brodawki, mała ładnie ssała, żadnych zastojów i zapaleń, jeden nawał przezwyciężony w ciągu jednego dnia, a dodatkowo córek mój przybierał tak, że śmiali się, że mam śmietanę w piersiach.
Wszystko pięknie, ale ja sobie założyłam, że karmię małą do 6 miesięcy i koniec. Nie będę tu wymyślać, że musiałam wrócić do pracy czy tym podobne - po prostu uznałam, że tyle wystarczy. Chciałam odzyskać swoje piersi i siebie, a wszystko co najlepsze jej dałam. Dodatkowo okazało się, że mała ma jakąś alergię i to nie wiadomo na co. Kazano mi odstawić nabiał, a ją ciągle wysypywało i nie można było określić od czego. A ja już przestawałam jeść cokolwiek ze strachu, a ona nadal miała czerwone suche place na ciele.
Nigdy nie traktowałam karmienia piersią jako sposobu na wytwarzanie więzi z dzieckiem (uważam, że jest wiele innych sposobów na to), piersi nie służyły do usypiania ani uspokajania, to było po prostu dawanie jej jedzenia i tyle.
I przyszedł czas na odstawienie, które też obyło się bez większych problemów dla małej. Zaakceptowała butelkę po 3 podaniu(obecnie aż trzęsie się na jej widok), ja eliminowałam kolejne karmienia dzienne i... tutaj pojawił się problem WE MNIE!! Zaczęło mi być smutno, byłam przygnębiona i rozdrażniona. Chciało mi się płakać i nie potrafiłam zrobić ostatniego kroku-skończyć karmić w nocy. Było mi przykro, że córka już mnie tak nie potrzebuje, że równie chętnie zasypia z tatą. Złapałam strasznego doła. Byłam w szoku, że pojawiły się we mnie takie emocje. Widziałam, że stan skóry córki jest rewelacyjny(pije preparat mlekozastępczy), że jest zadowolona, najedzona.
W końcu to mała podjęła za mnie tę decyzję i zaczęła przesypiać całe noce. Ja w końcu przy wsparciu męża wygrzebałam się z mojego stanu psychicznego, ale odkryłam ważną rzecz- TO BYŁO NASZE PIERWSZE ROZSTANIE i to mnie było trudno pożegnać córcię i pozwolić jej na pierwszy etap samodzielności. A rozstanie z bliską osobą nawet, kiedy jesteśmy o tym przekonani zawsze jest trudne i wiąże się z poczuciem straty.
Długość karmienia bywa różna-kilka dni, tygodni, miesięcy, lat-jestem ciekawa czy wygląda to tak samo??
I jeszcze jedno-dlaczego do cholery w żadnym poradniku nie wyczytałam, że odstawianie dziecka może być trudne dla MNIE??
Pozdrawiam Was!!
Agnieszka
niedziela, 12 grudnia 2010
YES WE CAN!!!
Nie wiem czy to kwestia wydzielania się jakiegoś hormonu, czy dodatkowego zwoju na mózgu, pojawiającego się po porodzie. Czy po prostu te małe Bąki tak na nas wpływają. W każdym razie tysiące rzeczy, które wcześniej były dla mnie nie do ogarnięcia, czy w ogóle niewykonalne, teraz robią się automatycznie, z rozpędu, jakby same z siebie. I okazuje się, że mogę i potrafię pamiętać o wszystkim i wszystkich, z samą sobą włącznie. I jak widzie dookoła co robią i jak radzą sobie inne mamy to na prawdę jestem pełna podziwu!!
Bo np.
- odkurzyć mieszkania z bojącym się odkurzacza dzieckiem, zawieszonym na chuście - yes we can!!
- wynieść dwa worki śmieci z dzieckiem na rękach, taszcząc przy tym w ręku sanki (bo jak na złość TYM RAZEM odśnieżyli chodnik) - yes we can!!
- umyć zęby przed 13:00 - yes we can!! :)
- wnieść na drugie piętro zakupy (ze zgrzewką wody włącznie), torebkę, torbę dziecka ze żłobka i dziecko (12kg) - yes we can!!!
- zaplanować bitwę pod Gettysburgiem - yes we can!!
- zapamiętać 30-sto punktową listę zakupów, bez spisywania jej na kartkę - yes we can!!
- pościerać i "zdezynfekować" właśnie obsikany przez kota kawałek podłogi, zanim dziecko do niego doraczkuje (a szybki jest!!) - yes we can!!
- i na wiele więcej - yes we can!!
Tak więc drogie Mamy jesteście niesamowite!! Wielki R-E-S-P-E-C-T!!
i wesołych świąt :)))
magda
czwartek, 9 grudnia 2010
Poród w Polsce, czy może wyglądać tak jak w Holandii - wyzwanie dla nowo wybranego prezydenta
Doznałam szoku, jak usłyszałam że kobiety w Polsce biorą kredyty na poród, aby móc urodzić w prywatnej klinice „po ludzku”. Inne natomiast mają po porodzie w państwowym szpitalu tak traumatyczne przeżycia, że posiadanie kolejnego dziecka uzależniają jedynie od adopcji. Przytoczę tu przykład kobiety, która kilka godzin leżała na sali operacyjnej kompletnie goła w oczekiwaniu na anestezjologa, który zrobi znieczulenie do cięcia cesarskiego. Inna kobieta wypowiadała się na temat bzdurnych procedur typu golenie krocza do cesarki czy też niepochlebnych komentarzy położnych na temat obecności męża podczas porodu lub nadużywania dzwonka przywołującego położną w razie trudności. Można by wymieniać i wymieniać, lecz ja pozwolę sobie na opis mojego porodu za który nie zapłaciłam ani centa. Nie robię tego po to aby się chwalić, jak to miałam dobrze… po prostu znalazłam się na odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Jednak chciała bym aby przy porodzie mojego drugiego dziecka za kilka lat takie same warunki i opieka była również w Polsce.
12.04.2010 godz 7.30 – szpital akademicki Maastricht / Holandia.
- dzień dobry, ja do porodu…(poród wywoływany tydz po terminie)
- dzień dobry, czekamy właśnie na panią proszę za mną, oto pani pokój, proszę się rozgościć, ma pani może ochotę na kawę lub herbatę, za jakieś 30 min przyjdzie do pani lekarz. Wszystko odbywało się w języku angielskim i nikomu nie przeszkadzało że nie znam holenderskiego.
Pokój około 40m2, na środku łóżko do porodu, z boku tapczanik dla męża jak by chciał się zdrzemnąć, z drugiego boku biurko z komputerem i dostępem do internetu, naprzeciwko mojego łóżka pod sufitem telewizor, pilot na szafce koło łóżka. Stoliczek na obiad przystawiany do łóżka, łazienka z prysznicem w pokoju oraz całe oporządzenie do obsłużenia maleństwa po wyjęcia z brzucha typu, waga, wanienka, pampersy, czapeczki śpioszki, ręczniki itp…
godz 8.00
przychodzi lekarz, bada, aplikuje prostagladyne, omawia co się będzie ze mną działo, … i tak KTG i mierzenie ciśnienia co 2 godz. Hormon nie działa aż do 16.00, więc oglądam TV, śpię i przyjmuję odwiedziny koleżanki, która była w okolicy
godz.9.30 – przychodzi salowa z menu, żebym sobie wybrała co chcę jeść na śniadanie obiad i kolację następnego dnia…. (szok był tak ogromny że stwierdziłam – ah… hmmm – wszystko jedno, zaznaczyłam krzyżykiem raz dwa, a potem piłam kurcze kawę bez mleka nawet na kolację )
godz.15.00 – przychodzi położna porozmawiać o tym jak się czuję, jakie mam oczekiwania wobec porodu itp… składa mi kondolencje z powodu katastrofy smoleńskiej, ponieważ dowiedziała się że jestem z Polski.
godz. 16.00 – hormon zaczyna działać, czuję lekkie bóle, jak podczas miesiączki, położna proponuje wziąć prysznic i pospacerować
godz.19.00 – przychodzi lekarka wyjąc tampon z hormonem, mówi że mogę zrobić to sama w toalecie, jeśli obawiam się że będzie bolało… poszłam, zrobiłam sama…spoko luz…
bóle są już tak bolesne, że proponują mi coś na ich uśmierzenie, niestety na razie tylko paracetamol, ponieważ na znieczulenie jest za wcześnie…
godz. 22.00 bóle nie do wytrzymania, położna radzi jak oddychać i obiecuje że zaraz przyjdzie anestezjolog i da mi znieczulenie
godz. 23.00 położna przeprasza za opóźnienie, ale anestezjolog ma akurat ważną niespodziewaną operację
godz.1.00 przychodzi anestezjolog – po znieczuleniu na kilka godzin zasypiam, mój zmęczony od masowania mi pleców i przykładania termofora z gorącą wodą mąż również.
godz. 7.00 przychodzi lekarz, bada rozwarcie – hurra 10 cm… tylko główka za daleko, podłączają oksytocyne i odłączają znieczulenie.
godz. 11.00 znów czuje okropne bóle, w między czasie przychodzi nowy lekarz, pyta czy zgadzam się na obecność studenta, po nim położna z inna studentką, też się zgadzam… zaczyna się, położne dopingują jak na meczu piłkarskim, proszą o jeszcze jeden skurcz, mówią – Yes, you can
do it, you are doing graet, one again, !!!
godz.12.36 nasz SKARB przychodzi na świat
Wiktoria dostała czapeczkę szpitalną i wylądowała u mnie na piersi gdzie spędziła pierwszą godzinę życia. Położne gratulowały, zaraz przyniosły mi kanapki na wzmocnienie. Pomogły mi doczłapać się pod prysznic po około 2 godzinach. Podczas gdy mąż robił zdjęcia naszej córeczce, ja zmęczona zasnęłam na kilka godz. w przekonaniu, że po tej drzemce na noc już będę musiała wrócić do domu. (W Holandii jeśli wszystko jest w porządku opuszcza się szpital kilka godz po porodzie).
godz 18.00 – przychodzi położna i mówi że zostaję na noc, bo chcą poobserwować jeszcze moje ciśnienie.
Nasz skarb śpi pięknie w szklanym łóżeczku koło mnie więc i ja zasypiam, położna mówi, żebym się nie martwiła, obudzi mnie za 3 godz na kolejne karmienie. Mówi że w razie czego mam dzwonić to zaraz przyjdą i pomogą…
Rano nawet wyspana pakuję się z mężem do domu, położna przychodzi jeszcze pouczyć mnie o antykoncepcji. Dostaję numer tel, na jaki mogę zadzwonić jak tylko coś się będzie z maleństwem działo.
W godzinę po przybyciu do domu przychodzi pielęgniarka/położna, która będzie ze mną 6 dni po 8 godzin, pomaga w domu, sprząta, radzi jak przystawiać dziecko do piersi, kąpać, przewijać nosić, odpowiada na wszelkie pytania, sprawdza codziennie jak się rana po nacięciu krocza goi, sprawdza mi temp. i ciśnienie, ogromna pomoc w pierwszych dniach. (Jedynie za ta usługę zapłaciłam 41 Euro)
Po całym doświadczeniu porodu i tego co mnie po nim spotkało, nie mam obaw co do ponownego zajścia w ciąże. Oczywiście chcę to trochę odłożyć w czasie. Ból był oczywiście nie do zniesienie, jednak cała ta otoczka i miłe słowa osób koło mnie sprawiły, że nie ból pozostał w mojej pamięci, a przyjaźni i mili ludzie oraz atmosfera i nad wyraz ludzkie warunki.
Bardzo bym chciała, żeby każda kobieta miała tak samo miłe wspomnienia z porodu. Aby żadna z nas nie doświadczyła ironicznych uwag ze strony położnych typu „drzyj się drzyj, to i tak nic nie pomoże”, albo „jak dawałaś to nie bolało, a teraz ile musisz cierpieć co …” już nie wspominając o takich, które są złe bo je wzywamy podczas oglądania 15896 odcinka „Szansy na sukces”…. Jeśli któraś z was ma podobne doświadczenia z porodu w Polsce, to proszę o podzielenie się opinia, może z podaniem miasta, będzie to zapewne wielka reklama dla danego szpitala. W głębi duszy ufam, że gdzieś tak jest i że również nie trzeba za to nic zapłacić.
Chylę głowy tym, którzy czytając te moje wypociny dotrwali do końca…
Pozdrawiam
Aischa
środa, 1 grudnia 2010
Mężczyźni, a ich wychowanie - temat z maila
Osoby które doprowadzają nas nie kiedy do prawdziwej furii, do których trzeba mówić prostym, zrozumiałym językiem, bo inaczej nigdy nie domyślą się o co Nam kobietka chodzi :) Tak na nich nie kiedy narzekamy, a jednak nie możemy bez nich żyć :) Pomijając to, że oni bez nas bardziej :) Ale do czego zmierzam... prawda jest taka, że "Czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci", a wiec moje drogie Panie, Nasi mężowie,partnerzy, z którymi decydujemy się związać, już z domu przynoszą pewne nawyki. Prawda jest taka, że jeśli w domu dziecko napatrzy się jak to jest miedzy rodzicami, tak mniej więcej będzie funkcjonować w przyszłości.
Powiedzmy, że przykładowa mama gotuje, sprząta, pierze, prasuje, goni za mężem z obiadkiem, papuciami itd. Podobnie postępuje wobec swojego syna, bo na przykład uważa, że tak trzeba. Pokazuje mu jakie są priorytety, a on też będzie oczekiwał od swojej żony tego samego! Będzie myślał, że tak to jest poukładane w życiu. Najlepiej, gdy owa partnerka, z która właśnie się zwiąże uświadomi go, że tak nie jest... Ale czasem popełniamy ten błąd, że chcemy pokazać jakie jesteśmy dobre, uczynne i robimy wszystko, by się sprawdzić jako kochająca i przykładna żona.
Niestety pewnie wiele z was wie, że później jest gorzej, bo partner przyzwyczaja się do takiego stylu życia i jest mu najwygodniej. A my? Biedne zostajemy ze wszystkimi obowiązkami, a na dokładkę mamy problem jak zagonić męża do pomocy?!
świecie. Wie, że trzeba odnieść buty, czy posprzątać zabawki (czasem to trwa nawet 1,5 godziny co jest meczące, ale wiem ze się opłaci)!
Wiecie dlaczego to pisze? Bo jadąc autobusem natknęłam się na taka sytuacje: Mama z synem (wiek ok 9-10 lat) wysiadają z autobusu (mama obładowana siatkami i plecakiem chłopca), a on jak gdyby nigdy nic bawi się telefonem. Przerażające!
Poza tym mam szerokie grono znajomych, którzy maja już nastoletnie dzieci (głównie chodzi o chłopców), którzy w domu nie potrafią nic zrobić. Mama jest od dosłownie wszystkiego! Ja postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby tak nie było. Nie mogę przewidzieć przyszłości, ale będę wiedzieć, że próbowałam!
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego jak dużą wartość ma wpajanie już od malutkiego pewnych norm i zasad, chociażby przy głupich sytuacjach, jak np mój syn coś zjadał i dawał mi papierek, a ja nie zwracając na to uwagi.Tup tup tup do kosza, a on sobie siedział na łóżeczku i zajadał! Zmieniłam to (chociaż łatwo nie było). Teraz to on, jak skończy, to wie gdzie trzeba iść, jak zapomni to mu po prostu przypominam.
Ciekawi mnie bardzo Wasz pogląd i opinia na ten temat!
Pozdrawiam Mysza
środa, 24 listopada 2010
Wracam do pracy, czyli jak odstawić 6-miesięczne dziecko od piersi - temat z maila
Za miesiąc wracam do pracy i od miesiąca próbuję odstawić synka od piersi. Nie daję rady. Od miesiąca przeglądam fora, czytam artykuły, rozmawiałam z pediatrą. Wszyscy zgodnie twierdzą że jak wprowadzam inne pokarmy to dziecko samo powinno się powoli odstawiać, ale nie mój syn. Dostaje 2 zupki dziennie, kaszkę na bananach, wszystko ok ale bez cyca nie uśnie. Spokojnie nie uśnie, będzie się darł przez godzinę, a mnie serce pęknie. Żadnego silikonu czy gumy w buzi.NIC NIC NIC.
Jak się urodził nie miałam żadnych problemów z przystawieniem do piersi, z pokarmem, odciągałam też pokarm, ale z butelki ze smoczkiem nie chciał i nie chce pić, kupowałam kilka różnych butelek, smoczków, silikony, uspokajacze, zwykłe gumowe - NIC. Próbowałam też różne mleka bo myślałam, że nie smakuje, ale nawet mojego przez smoka nie wypije. Próbowały też inne osoby go karmić bo ode mnie czuje mleko więc może nie chce sztucznego skoro ma obok cyca. NIC.
Kocham swojego Malca najbardziej na świecie, ale mam już dość siedzenia w domu, braku możliwości wyjścia z mężem na imprezę, ciągłego uzależnienia. A wszyscy pytają - czy naprawdę muszę odstawiać dziecko, bo powinno się karmić min. rok a nawet trzy, co ze mnie za matka, a po co wracam do pracy, powinnam siedzieć z Małym w domu bo on tego potrzebuje Ja wiem, że potrzebuje, ale ja potrzebuję żyć!!! Z babcią krzywda mu się nie stanie, będzie w dobrych rękach a ja od 16-17 codziennie też z nim będę i będę nadrabiać czas! PRZECIEŻ DOBRA MATKA TO SZCZĘŚLIWA MATKA! A to poczucie że on bez cyca nie uśnie, że mnie potrzebuje, wpędza mnie w taki stres że nie wiem co zrobić. A ja już nie chcę karmić piersią, tego jestem pewna. Wygoda wygodą, mogę robić 100 posiłków dziennie, ale nie chcę już dawać cyca. No nic, mam jeszcze miesiąc by zrobić to delikatnie i łagodnie, próbujemy odstawianie dalej :-((((
Rozżalona
niedziela, 14 listopada 2010
Poświęcenie... - temat z maila
To nie jest wstawanie po 15 razy w nocy do głodnego niemowlaka.
To nie są nocne akcje wzywania pogotowia do gorączkującego malucha.
Nie jest to także rezygnacja z imprez, bo nie ma z kim dziecka zostawić, czy rezygnacja z wypicia z mężem butelki wina do kolacji, bo nie daj Boże coś się stanie i telewizja nagłośni, że "dziecko pozostawiono bez opieki, a pijani rodzice urządzili libację" (bo tak właśnie często media rozdmuchują sytuację).
Poświęceniem nie jest nawet rezygnacja z ukochanej pracy zawodowej.
To wszystko to jest nic w porównaniu z ... kinder-balami!
Jezu, ludzie! Każde dziecko jest inne! Czy rodzice nie mają innych tematów niż tylko dzieci? Czy spotkania tego typu mają służyć porównywaniu dzieci? Czy nie lepiej zostawić dzieci same sobie - niech się wspólnie bawią i wzajemnie uczą zachowań współżycia społecznego, aniżeli siedzieć obok i strofować: "nie ubrudź się" (bo oczywiście do piaskownicy dziecko założyło białe rajstopki, sandałki i elegancją sukienusię), "nie jedz chipsów" (ustawiwszy chipsy na stole wysokości 45 cm).
czwartek, 11 listopada 2010
Synek i córeczka - temat z maila
Chciałabym podzielić się z innymi: Jak to jest z dwójką dzieci?
Otóż mam czteroletniego synka i sześciomiesięczną córkę. Synek od początku był (i jest) naszym oczkiem e głowie, a także pierwszym wnuczkiem, siostrzeńcem, bratankiem w rodzinie. Wszyscy go uwielbiają. Więc, kiedy postanowiliśmy z mężem, iż już nadszedł czas na drugie dziecko, nasz synek miał mieszane uczucia: jak to będzie?, czy będzie miał siostrę czy brata?, jak takie dziecko wygląda?
W listopadzie urodziłam śliczną córeczkę (wcześniej dużo z synem o tym rozmawialiśmy) mój synek , z mężem przyjechali do szpitala i było to ich pierwsze spotkanie. Synuś miał mieszane uczucia. Zwłaszcza, że po powrocie do domu mąż wyjechał po dwóch tygodniach w delegację, a ja miałam depresję.
Ciężko było, zwłaszcza synkowi ze mną wytrzymać i przyzwyczaić się do nowej sytuacji.
Ale po trzech miesiącach dzieci nie mogły bez siebie wytrzymać. Kiedy synuś rano wstaje, natychmiast biegnie do siostry, żeby się z nią przywitać, a ona jak go widzi, to głośno krzyczy i uśmiecha się.
Na początku myślałam, że jestem "wyrodną matką", że nie potrafię poradzić sobie z tą sytuacją, ale mój wspaniały synek okazał się nadzwyczaj "dorosły" i rozumiał to, co mu tłumaczyłam, że mamie jest ciężko bez tatusia, że siostra ma kolki i strasznie płacze, a mama już nie ma pomysłów na to jak jej pomóc itp.
W obecnej chwili mąż nadal wyjeżdża w delegacje, ale już dobrze sobie radzimy i nie wyobrażam sobie siebie i naszego domu bez naszych kochanych "robaczków".
Myślimy jeszcze z mężem nad trzecim dzieckiem, ale za kilka lat, jak nasza "dwójka" będzie już chodziła do szkoły. Zobaczymy...............
aga
niedziela, 7 listopada 2010
Miejsca przyjazne rodzinie - temat z maila
piątek, 29 października 2010
... i nie opuści cię aż do śmierci...
czwartek, 28 października 2010
"Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko" - czy aby napewno?? - temat z maila
Chciałam podzielić się z Wami moją refleksją na temat tego, jakże często wykorzystywanego powiedzonka. Kwestia ta zastanawiała mnie jeszcze na długo przed tym jak sama zostałam mamą (mam siedmiomiesięcznego Synka). Od bardzo dawna odnoszę nieodparte wrażenie, że stwierdzenie to bardzo często wykorzystywane jest przez matki do usprawiedliwienia swojego
chronicznego braku czasu dla dziecka lub chęci zajęcia się swoją Latoroślą. Teraz pewnie wiele z Was się obruszy, więc już spieszę z wyjaśnieniami.
Zgadzam się w 100%, że kobieta zaniedbana i sfrustrowana przenosi swój zły nastrój na dziecko. Nie obdarza Go również taką uwagą jak powinna. Ja też muszę/chcę od czasu do czasu naładować akumulatory. Zostawiam wtedy moje Słonko z jego tatą (nawet na parę godzin), a sama idę np. do kosmetyczki, koleżanki czy rzucam się w wir zakupów. I nie ma w tym nic złego - wręcz przeciwnie - uważam, że nie należy za bardzo uzależniać ani siebie od dziecka ani Szkraba od nas. Nie widzę też nic złego w powrocie do pracy (sama zostanę w domu jeszcze tylko przez 3 miesiące). Mam na myśli zupełnie o coś innego - traktowanie dziecka jak przeszkody. Najlepiej będzie jak pokażę to na przykładach z mojego otoczenia.
1. 3-letni Synek mojej koleżanki ma grypę. Zbiegło się to w czasie z naszym wspólnym wyjazdem na kilkudniową zagraniczną delegację. Cóż, sprawa zaplanowana dosyć dawno, dziecko zostaje pod opieką swojego ojca, więc jedziemy. Gdy lądujemy z powrotem w Polsce, ja nie marzę o niczym innym jak tylko o powrocie do domu, do męża (w drodze z lotniska nie było korków, więc jesteśmy w domu wcześniej niż zakładałyśmy - zrobię mu niespodziankę). A co robi moja koleżanka?? Zamiast do domu, do dziecka jedzie do pracy, żeby zobaczyć co słychać i zostaje tam do...19!!!!!
2. W kilkuosobowym zespole opracowujemy ważny projekt. To zadanie wymaga od nas wielkiego zaangażowania i przedłużonych godzin pracy. Udział w zespole jest proponowany przez kierownictwo. Nasz przełożony to osoba bardzo wyrozumiała, więc z oczywistych względów nie proponuje tej pracy dziewczynie mającej ośmiomiesięczne dziecko. Ta jest oburzona i zgłasza
się do projektu na ochotnika... Zaznaczam, że takich "akcji" już troszkę było i dziewczyna miała już szansę się wykazać.
3. Mamy zaplanowane serie szkoleń z zakresu naszej pracy prowadzone przez firmę zewnętrzną. Osoby z tej firmy mogą nas szkolić tylko w czwartki (w godzinach naszej pracy) bądź w soboty. Oczywiście prawie wszyscy jesteśmy za czwartkami. Wyjątek stanowią 2 osoby, które chcą się
spotykać w soboty. Jedną z nich jest matka małej dziewczynki...
Przykłady mogłabym mnożyć. Wszystkie te dziewczyny twierdzą, że "nie liczy się ilość, ale jakość czasu spędzona z dzieckiem". I oczywiście poniekąd jest to racja. Ale tylko poniekąd. Ja nie potrafię zrozumieć przejawów "nadgorliwości". Pomimo, iż sama jestem osobą ambitną, mam za
sobą kilka awansów, to teraz dziecko jest bardzo ważne! I na pewno nie będzie mnie tam gdzie nie będę niezbędna, na delegację nie zgodzę się jeszcze przez jakiś czas, gdy dziecko będzie chore to będę robić swoje i w te pędy wracać do niego. Wcale nie trzeba popadać w skrajności. W
macierzyństwie, jak w całym życiu, potrzebny jest zdrowy rozsądek i równowaga.
pozdrawiam wszystkie Mamy,
mama Robaka


