niegrzecznemamuski.blogspot.com

piątek, 28 stycznia 2011

Macierzyństwo bez lukru - temat z maila

0 komentarze
Witajcie Niegrzeczne Mamuśki,
Wczoraj przeczytałam o akcji pomocy dla małego Mikołaja, chorego na SMA I (rdzeniowy zanik mięśni). W projekt zaangażowały się najpopularniejsze polskie blogerki pod egida nieocenionej Doroty Smolen (Chuda z od-rana.do-wieczora.blog.pl), tworząc antologie pięknych opowiadań o macierzyństwie "Macierzyństwo bez lukru" (szczegóły poniżej).
Całkowity dochód ze sprzedażny zbioru przeznaczony jest dla chorego maluszka.
Pomyślałam, że możne również na blogu Niegrzecznych Mamuś znalazłoby się miejsce na informacje o tej inicjatywie, a możne nawet na umieszczenie baneru akcji. Jestem pewna, że znalazłoby się wiele Mam chętnych wspomóc Mikołaja i jego rodziców, zwłaszcza w świetle ostatniej dyskusji o mamach chorych dzieci.
Proszę pomóżcie!
Serdecznie pozdrawiam,
aga

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Rzeczywistość czyha za rogiem - temat z maila

10 komentarze
Drogie Niegrzeczne Mamuśki :)
Stoję właśnie na myślowym rozdrożu...mianowicie jak już tu nie raz pisano macierzyński się skończył, urlopy również i zaczął się wychowawczy. Plan był taki, że zostanę w domu aż synek skończy 1,5 roku- i chciałam zostać, chcę wciąż, bo lubię po prostu być w domu, ale życie napisało swój plan i muszę wrócić do pracy. Nie chciałabym wracać tam gdzie pracowałam, ale na szczęście mam gdzie wrócić, więc nie narzekam! Nie o to chodzi, tzn. nie do końca. Raz myślę sobie, że dobrze, że będę wśród ludzi, że wrócę do normalnego trybu życia, do rzeczywistości, ale zaraz nachodzi mnie myśl, że coś stracę, że umknie mi coś ważnego z życia tego małego człowieka, który codziennie jest inny...nie zrozumcie mnie źle, nie jestem idealną, nawet nie wiedziałam, że takie mity krążą SERIO ;) Nie czuję się głupsza, czy gorsza dlatego, że wolałabym zostać w domu, ale po prostu mnie na to nie stać. I czasem myślę, że fajnie, że wracam, a czasem aż mi się płakać chce, że muszę...nie wiem, może to też dlatego, że mały będzie u teściowej co też mi się nie uśmiecha, ale muszę być wdzięczna za pomoc, bo gdyby nie ona z kolei, to na opiekunkę bym nawet nie zarobiła. I tak naprawdę to nie wiem co czuję. Może to też brak miesiączki powoduje taki brak równowagi hehe ;)
Czy jestem odosobniona?? Czy Wy, młode mamy, mające gdzie wracać, też macie takie rozterki?? I co ważniejsze jak sobie z nimi radzicie, bo ja sobie nie radze :/
Pozdrawiam
Ela

wtorek, 18 stycznia 2011

Mamy chorych dzieci - jesteście wielkie! - temat z maila

15 komentarze
Dziewczyny narzekamy czasem, że brak nam tego, czy tamtego. Czasu dla siebie, odpoczynku, znajomych itp.
Czasem nie doceniamy tego co mamy, tak naprawdę mając w domu zdrowe dziecko - nawet marudzące czy jęczące ale jednak zdrowe.
Szalenie podziwiam kobiety, które mają chore dzieci. Choroby wrodzone, zespoły downa i inne...
Ile to się trzeba najeździć z dzieckiem po lekarzach, rehabilitacjach. Ile trzeba mieć cierpliwości, żeby dziecko wychować i uczyć mozolnie czegoś, co innym przychodzi bez trudu. W końcu, ile trzeba mieć siły w sobie żeby patrzeć na cierpienie dziecka.
Mój synek zachorował na salmonelle. Ciężko to znosimy oboje.
Przez ok tydzień był jak mały diabełek, tylko na ręce zero zabawy ciągły płacz, biegunki i wymioty. Ciągle musiałam go nosić, przebierać i słuchać płaczu.
Na chwilę się polepszyło i trach. Znowu to samo.
Wiem, że to minie, to nic. Nie jedna mama chciałaby żeby jej dziecko tylko tak chorowało. A jednak...ciężko na to patrzeć. Ciężko przetrwać noc, nosić cały czas.
Dzieci uczą cierpliwości. Teraz już to wiem ale chore dzieci uczą czegoś więcej. Uczą miłości nieskończonej, wbrew wszystkiemu i pomimo wszystko. Wbrew nieprzespanym nocom, bólu głowy oczu. Nie dają dużo radości, czasem nawet trudno im się uśmiechnąć a jednak kochamy je jeszcze bardziej.
Tu chciałam wyrazić mój ogromny szacunek dla mam dzieci chorych, sprawiających trudności.
Jesteście wielkie, choć czasem może macie chwilę zwątpienia to i tak staracie się dawać z siebie wszystko.
I tak sobie myślę...trudno, że nie mam czasu na spotkania z koleżankami, czasem nie dosypiam i zastanawiam się jaki mamy dzień czy miesiąc.
Jeśli moje dziecko będzie znowu zdrowe i pogodne na nic już nie będę narzekać.
Będę najszczęśliwszą mamą na świecie.


--
Ania

niedziela, 9 stycznia 2011

Mam w pampersie parytety - temat z maila

15 komentarze

Witam.

Do napisania tego maila skłoniły mnie ostatnie wydarzenia na polskiej scenie politycznej... Kampania wyborcza niezbyt mnie interesowała, bardziej zajmuje mnie trzymiesięczny Antoś, ale jedna rzecz rzuciła mi się na uszy... Jedno z częściej zadawanych pytań kandydatom był czy są za parytetem? No i tutaj mnie kobiecie i matce (chyba niestety Polce) ciśnie się przekleństwo na usta!

Po co nam te parytety???? Ja kobieta żyjąca, pracująca i wychowująca dzieci w nosie mam ile bab zasiada w naszym rządzie, skoro i tak to niczego nie zmieni.

Od 1 kwietnia żyję w strachu i frustracji... tego dnia urodził się mój trzeci synek. Kocham go nad życie ale stoi przed moją rodziną wielkie wyzwanie... Dwóch starszych chłopców chodzi do szkoły podstawowej, mąż i ja pracujemy i podjęliśmy decyzję o własnych czterech kątach. Moje pobory idą w całości na ratę kredytu. Teraz kończy mi się macierzyński....nie mamy blisko babci ani cioci, najbliższy żłobek jest o 100km. Zatrudnimy więc nianię, której trzeba będzie zapłacić niemałe pieniądze...

Lista trosk młodej mamy czyli moich to:

1. Nie stać mnie na niańkę.

2. W moim mieście nie ma żłobka.

3. Chciałabym zostać z małym w domu do skończenia roku, ale wtedy nie będzie mnie stać na nic.

4. Rzeczy dla dzieci są bardzo drogie włącznie z lekarstwami!!!!.

5. Mam bardziej odpowiedzialną pracę od męża (inna firma) a zarabiam mniej niż połowę tego co on.

6. I wiele innych zmartwień które zapewne i wy mamy macie i o nich wiecie.

Więc wracając do tematu... Co się zmieni w moim życiu jeśli w rządzie będzie więcej kobiet? Czy te panie z rządowymi pensjami przejmą się raptem faktem że nie mam na nianię? Czy te panie zazwyczaj już dojrzałe i z odhodowanymi dziećmi przypomną sobie jak jest trudno o przedszkole czy żłobek? Czy te panie robiące karierę w rządzie wpadną na pomysł że mi jest dobrze z małym i serce mi pęka kiedy muszę zostawić pięciomiesięczne niemowlę, które jeszcze nawet dobrze nie umie siedzieć i iść do pracy? Nie wydaje mi się... a posiadać w rządzie kobiety tylko po to żeby były... to bez sensu. zresztą kobiety są mądre i inteligentne i jeżeli zechcą zrobić karierę polityczną to zapewne nie trzeba będzie robić dla nich specjalnych miejsc...

I modlę się po cichu wieczorami żeby w końcu się ktoś obudził i stworzył w Polsce prawdziwą politykę prorodzinną. I nie chcę żadnych datków z opieki, nie chcę niani za darmo... Chcę zarabiać tyle bym mogła dać pracę przy opiece nad moim dzieckiem innej osobie, chcę dostępu do żłobka i przedszkola za które też chętnie zapłacę, aby tylko było. Chcę godnie żyć i wychowywać swoje dzieci i fajnie by było gdyby rząd zastanowił się nad tym czego potrzebujemy a nie ile nas do parlamentu wpuścić...

Iwa

środa, 5 stycznia 2011

Minął miesiąc... - temat z maila

24 komentarze
Dzisiaj minął miesiąc.
Miesiąc jak mnie nie ma. Jak całe moje jestestwo przeobraziło się w dziecia.
Miesiąc, jak nie miałam ani jednego dnia bez trwania na posterunku. Dnia....godziny nawet jednej! Literalnych 60 minut.
W mojej głowie kołacze się skojarzenie z więźniem skreślającym na ścianie kolejne dni odsiadki. Ile jeszcze takich miesięcy?! Śśśśśkrrrrob...dzisiaj minął pierwszy.

Cholera! A wsparcia i zrozumienia znikąd. Totalne tylko poczucie winy. Egoistka. Egocentryczka. Jedynaczka. Dziecko ma dziecko. Aż wstyd to głośno nazwać.

I zewsząd tylko te „powinnasie” i „niepowinnasie”...
POWINNAŚ być szczęśliwa, POWINNAŚ jej założyć skarpetki, NIE POWINNAŚ jej przegrzewać, POWINNAŚ się cieszyć, NIE POWINNAŚ narzekać, POWINNAŚ „rozbujać laktację”, POWINNAŚ znaleźć sobie zajęcie (sic!!!), NIE POWINNAŚ tracić cierpliwości, POWINNAŚ posprzątać, NIE POWINNAŚ karmić butelką, NIE POWINNAŚ się garbić, POWINNAŚ dokarmiać, POWINNAŚ karmić wyłącznie piersią...

A własnie! Terror laktacyjny – kolejna radość macierzyństwa. Po kolejnym potępieńczym spojrzeniu na butelkę która zamiast piersi ląduje w pyszczku małej mam ochotę wyć i bić. Wara wam od moich cycków! Dość mam też laktacyjnych porad „na wagę złota” oraz własnego okraszonego sztucznie wyszczerzonym uśmiechem tłumaczenia dlaczego muszę dokarmiać i dlaczego wolę odciągać swój pokarm niż „podać pierś”. Czy to aby nie jest moja sprawa??!! Przecież w tej butli nie ma arszeniku żebym musiała się czuć jak jakaś ułomna matka...dlaczego więc wciąż się tak czuję???

Ale kogo to tak naprawdę obchodzi – co ja czuję i czy ja w ogóle cokolwiek czuję...

„Ciąża – najpiękniejszy okres w życiu kobiety”... wolne żarty, jakiś banał wymyślony zapewne przez faceta i to w dodatku bezdzietnego. Choć z drugiej strony jak popatrzy się na ciążę jako na ostatni okres w życiu kobiety, kiedy to ONA gra pierwsze skrzypce, to faktycznie coś w tym jest.
Ja tęsknię za tym okresem w moim życiu. Mimo fizycznych dolegliwości różnej maści, zakazów i nakazów wszelakich, notorycznych wizyt u lekarza...było pięknie! BYŁAM WOLNA. To JA decydowałam o tym kiedy sikam, kiedy jem i kiedy idę pod prysznic. JA decydowałam do której śpię i jak spędzam weekendy. MI nie wolno się było denerwować, więc małż był do rany przyłóż (poza nielicznymi wyjątkami) przez bite 9 miesięcy, itp., itd...axis mundi z Bożej łaski.

Potem „radość” porodu. Kompletna trauma. Szkoda słów. W „nagrodę” jakiś chabaź od małża. Ot i tyle.

No i oczywiście mała. Piękna, rozczulająca, całkowicie bezbronna i zależna od nas. Patrze na nią słodko śpiącą na naszym łóżku (po trzech godzinach usypiania na rękach) i czuję... no właśnie – co ja czuję właściwie? Czy to miłość? Pewnie tak. Na pewno. W końcu to moje dziecko więc to MUSI być miłość...

Byłoby dużo prościej uczyć się jej w poczuciu otaczającego wsparcia. Jednak małż zbyt przyziemny. Głowa może boleć. Noga. Ale żeby myśli??!! Chciałabym żeby zrozumiał, przytulił, porozmawiał, rozgrzeszył. Zabrał na spacer, kolację... Nie ma czasu. Ciągle coś goni, a ja z małą kolejny dzień w domu, godzina po godzinie, kolejny tydzień...

I chyba kierunek studiów też sobie wybrałam niewłaściwy. Powinnam postawić na aktorstwo raczej niźli na antropologię. Ta bowiem nijak się w prawdziwym życiu nie sprawdza. A takie aktorstwo teraz byłoby jak znalazł...No ale niestety. Muszę więc czerpać z nieprofesjonalnych pokładów umiejętności udawania. Serwować wszem i wobec ten przylepiony uśmiech, niczym u kota z „Alicji w krainie czarów” - ja powoli znikam, uśmiech zostaje...Bo POWINNAM. Powinnam więc jestem, tak? Staram się jak mogę, ale brak mi oparcia na które tak bardzo liczyłam. Poród rodzinny a potem rodzinny rozwód.

Małż zakochany w małej. Cudowny ojciec. A ja? Zazdrosna?
„Egoistka. Egocentryczka. Jedynaczka...”
Kwiatki by przyniósł, przytulił, porozmawiał nie o kupach może...lub chociaż wysłuchał i nie patrzył potem z przerażenio-obrzydzeniem.
-„Czuję niesmak gdy masz do małej mniej cierpliwości niż ja”. To może teraz się zamienimy mój miły? Następny miesiąc Ty siedzisz z małą w domu a ja fruwam to tu, to tam??? Może wtedy łatwiej będzie nam rozmawiać o cierpliwości, o poczuciu szczęścia, o wolności...
Znów poczucie winy.

Właściwie nawet nie wiem po co jeszcze wstaję rano z łóżka. Ubieram się, myję, czeszę, maluję. Małej przecież wszystko jedno a małż już chyba nawet nie patrzy... Bo i na cóż tu patrzeć? Na obwisły brzuch z masą sino bordowych rozstępów? A może na Wielki Tyłek obficie okraszony cellulitem? Więc może na zgarbione plecy, bolące od ciągłego noszenia małej na rękach? Eeeech...lepiej chyba znaleźć inny obiekt...Tyle teraz tego. Lato w końcu mamy.

Oj strasznie brak otuchy, zrozumienia, wsparcia...Szukam więc w sieci. Bo zaczynam czuć się podle z moimi myślami. Znajduję Was :) W wielu postach widzę siebie, czytam siebie. Ulga...więc nie jestem do końca nienormalna. A nawet jeśli to nie jedyna.

Daj Boże żeby to był tylko ten osławiony Baby Blues...


majamamajagi

wtorek, 28 grudnia 2010

"szczęśliwy" tatuś? - temat z maila

25 komentarze
Witam Was,
chciałabym byśmy porozmawiały o naszych mężach, chłopakach, partnerach, którzy jako ojcowie doprowadzają nas czasem do szału..Czym? Miganiem się. Wiadomo, kochają i nas i nasze wspólne pociechy, ale chyba nie tak bardzo jak samych siebie...;) Poświęcenie się jest chyba wpisane w kobiecą naturę, a szczególnie w macierzyństwo.
Myślę, że większość z nas zdaje sobie sprawę, że odkąd pojawiło się dziecko nasze potrzeby niestety schodzą na dalszy plan czy to nam się podoba czy nie. Wiadomo, że szuka się chociaż chwili w ciągu dnia na ulubioną rozrywkę i kiedy dzieciak śpi, ogląda bajkę albo sam się bawi można odetchnąć przed TV, książka czy kawie z koleżanką. Która z Was zaprzeczy że są to najprzyjemniejsze chwile w ciągu dna?? ;)
No ale wracając do naszych tatusiów. Mam wrażenie, że oni nie godzą się z faktem, że ich wolny czas jest nieco ograniczony, że ważniejsze jest to, że dziecko trzeba uśpić czy wykąpać niż to czy w telewizji jest mecz albo sensacyjny hit tego lata..:/
Kiedy odrywasz go od jego zajęć, którym się z namaszczeniem oddaje każdego popołudnia on szczerze zdziwiony, zaskoczony i zniesmaczony patrzy na Ciebie nie wierząc własnym uszom;) I wstaje, z miną męczennika, zły albo smutny (to zależy od cech charakteru) i z łaską wykonuje polecenie, na które sam niestety nie wpadnie.
A w Tobie się gotuje i zastanawiasz się czy aby na pewno on chce być ojcem? czy nie wolałby uciec z tego waszego rodzinnego gniazdka? czy jest szczęśliwy?

K.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Depresja po odstawieniu dziecka od piersi?? - temat z maila

12 komentarze
Witajcie wszystkie Niegrzeczne Mamuśki. Czytam tego bloga codziennie zawsze z zapartym tchem i mogę z dumą powiedzieć, że też do Was należę. No właśnie..

Kiedy byłam w ciąży nie czytałam zbyt dużo o karmieniu dziecka, bo założyłam, że będę karmić piersią. Czasem tylko wpadał mi w ręce jakiś poradnik i wtedy ze zdziwieniem odkrywałam "terror laktacyjny" i wszechobecne potępienie dla karmienia butelką. Myślałam wtedy, że gdybym była mamą zakładająca karmienie mm, to na pewno nabawiłabym się depresji
i współczułam kobietą, które muszą zmagać się tą nagonką:/
Moje karmienie odbyło się bez żadnych problemów i wiem, że jestem pod tym względem szczęściarą. Nie popękały mi brodawki, mała ładnie ssała, żadnych zastojów i zapaleń, jeden nawał przezwyciężony w ciągu jednego dnia, a dodatkowo córek mój przybierał tak, że śmiali się, że mam śmietanę w piersiach.
Wszystko pięknie, ale ja sobie założyłam, że karmię małą do 6 miesięcy i koniec. Nie będę tu wymyślać, że musiałam wrócić do pracy czy tym podobne - po prostu uznałam, że tyle wystarczy. Chciałam odzyskać swoje piersi i siebie, a wszystko co najlepsze jej dałam. Dodatkowo okazało się, że mała ma jakąś alergię i to nie wiadomo na co. Kazano mi odstawić nabiał, a ją ciągle wysypywało i nie można było określić od czego. A ja już przestawałam jeść cokolwiek ze strachu, a ona nadal miała czerwone suche place na ciele.
Nigdy nie traktowałam karmienia piersią jako sposobu na wytwarzanie więzi z dzieckiem (uważam, że jest wiele innych sposobów na to), piersi nie służyły do usypiania ani uspokajania, to było po prostu dawanie jej jedzenia i tyle.
I przyszedł czas na odstawienie, które też obyło się bez większych problemów dla małej. Zaakceptowała butelkę po 3 podaniu(obecnie aż trzęsie się na jej widok), ja eliminowałam kolejne karmienia dzienne i... tutaj pojawił się problem WE MNIE!! Zaczęło mi być smutno, byłam przygnębiona i rozdrażniona. Chciało mi się płakać i nie potrafiłam zrobić ostatniego kroku-skończyć karmić w nocy. Było mi przykro, że córka już mnie tak nie potrzebuje, że równie chętnie zasypia z tatą. Złapałam strasznego doła. Byłam w szoku, że pojawiły się we mnie takie emocje. Widziałam, że stan skóry córki jest rewelacyjny(pije preparat mlekozastępczy), że jest zadowolona, najedzona.
W końcu to mała podjęła za mnie tę decyzję i zaczęła przesypiać całe noce. Ja w końcu przy wsparciu męża wygrzebałam się z mojego stanu psychicznego, ale odkryłam ważną rzecz- TO BYŁO NASZE PIERWSZE ROZSTANIE i to mnie było trudno pożegnać córcię i pozwolić jej na pierwszy etap samodzielności. A rozstanie z bliską osobą nawet, kiedy jesteśmy o tym przekonani zawsze jest trudne i wiąże się z poczuciem straty.
Długość karmienia bywa różna-kilka dni, tygodni, miesięcy, lat-jestem ciekawa czy wygląda to tak samo??
I jeszcze jedno-dlaczego do cholery w żadnym poradniku nie wyczytałam, że odstawianie dziecka może być trudne dla MNIE??

Pozdrawiam Was!!
Agnieszka

niedziela, 12 grudnia 2010

YES WE CAN!!!

30 komentarze
Matki są niesamowite!!
Nie wiem czy to kwestia wydzielania się jakiegoś hormonu, czy dodatkowego zwoju na mózgu, pojawiającego się po porodzie. Czy po prostu te małe Bąki tak na nas wpływają. W każdym razie tysiące rzeczy, które wcześniej były dla mnie nie do ogarnięcia, czy w ogóle niewykonalne, teraz robią się automatycznie, z rozpędu, jakby same z siebie. I okazuje się, że mogę i potrafię pamiętać o wszystkim i wszystkich, z samą sobą włącznie. I jak widzie dookoła co robią i jak radzą sobie inne mamy to na prawdę jestem pełna podziwu!!
Bo np.
  • odkurzyć mieszkania z bojącym się odkurzacza dzieckiem, zawieszonym na chuście - yes we can!!
  • wynieść dwa worki śmieci z dzieckiem na rękach, taszcząc przy tym w ręku sanki (bo jak na złość TYM RAZEM odśnieżyli chodnik) - yes we can!!
  • umyć zęby przed 13:00 - yes we can!! :)
  • wnieść na drugie piętro zakupy (ze zgrzewką wody włącznie), torebkę, torbę dziecka ze żłobka i dziecko (12kg) - yes we can!!!
  • zaplanować bitwę pod Gettysburgiem - yes we can!!
  • zapamiętać 30-sto punktową listę zakupów, bez spisywania jej na kartkę - yes we can!!
  • pościerać i "zdezynfekować" właśnie obsikany przez kota kawałek podłogi, zanim dziecko do niego doraczkuje (a szybki jest!!) - yes we can!!
  • i na wiele więcej - yes we can!!

Tak więc drogie Mamy jesteście niesamowite!! Wielki R-E-S-P-E-C-T!!

i wesołych świąt :)))

magda

czwartek, 9 grudnia 2010

Poród w Polsce, czy może wyglądać tak jak w Holandii - wyzwanie dla nowo wybranego prezydenta

28 komentarze
Siedząc w domu z racji urlopu macierzyńskiego, mam możliwość oglądania bardziej lub mniej mądrych programów telewizyjnych. Ostatnio np. podejmowany był temat porodu w dwóch programach na TVN i TVN Style mianowicie w „Rozmowach w toku” i w „Między nami rodzicami”.
Doznałam szoku, jak usłyszałam że kobiety w Polsce biorą kredyty na poród, aby móc urodzić w prywatnej klinice „po ludzku”. Inne natomiast mają po porodzie w państwowym szpitalu tak traumatyczne przeżycia, że posiadanie kolejnego dziecka uzależniają jedynie od adopcji. Przytoczę tu przykład kobiety, która kilka godzin leżała na sali operacyjnej kompletnie goła w oczekiwaniu na anestezjologa, który zrobi znieczulenie do cięcia cesarskiego. Inna kobieta wypowiadała się na temat bzdurnych procedur typu golenie krocza do cesarki czy też niepochlebnych komentarzy położnych na temat obecności męża podczas porodu lub nadużywania dzwonka przywołującego położną w razie trudności. Można by wymieniać i wymieniać, lecz ja pozwolę sobie na opis mojego porodu za który nie zapłaciłam ani centa. Nie robię tego po to aby się chwalić, jak to miałam dobrze… po prostu znalazłam się na odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Jednak chciała bym aby przy porodzie mojego drugiego dziecka za kilka lat takie same warunki i opieka była również w Polsce.

12.04.2010 godz 7.30 – szpital akademicki Maastricht / Holandia.
- dzień dobry, ja do porodu…(poród wywoływany tydz po terminie)
- dzień dobry, czekamy właśnie na panią proszę za mną, oto pani pokój, proszę się rozgościć, ma pani może ochotę na kawę lub herbatę, za jakieś 30 min przyjdzie do pani lekarz. Wszystko odbywało się w języku angielskim i nikomu nie przeszkadzało że nie znam holenderskiego.
Pokój około 40m2, na środku łóżko do porodu, z boku tapczanik dla męża jak by chciał się zdrzemnąć, z drugiego boku biurko z komputerem i dostępem do internetu, naprzeciwko mojego łóżka pod sufitem telewizor, pilot na szafce koło łóżka. Stoliczek na obiad przystawiany do łóżka, łazienka z prysznicem w pokoju oraz całe oporządzenie do obsłużenia maleństwa po wyjęcia z brzucha typu, waga, wanienka, pampersy, czapeczki śpioszki, ręczniki itp…
godz 8.00
przychodzi lekarz, bada, aplikuje prostagladyne, omawia co się będzie ze mną działo, … i tak KTG i mierzenie ciśnienia co 2 godz. Hormon nie działa aż do 16.00, więc oglądam TV, śpię i przyjmuję odwiedziny koleżanki, która była w okolicy
godz.9.30 – przychodzi salowa z menu, żebym sobie wybrała co chcę jeść na śniadanie obiad i kolację następnego dnia…. (szok był tak ogromny że stwierdziłam – ah… hmmm – wszystko jedno, zaznaczyłam krzyżykiem raz dwa, a potem piłam kurcze kawę bez mleka nawet na kolację )
godz.15.00 – przychodzi położna porozmawiać o tym jak się czuję, jakie mam oczekiwania wobec porodu itp… składa mi kondolencje z powodu katastrofy smoleńskiej, ponieważ dowiedziała się że jestem z Polski.
godz. 16.00 – hormon zaczyna działać, czuję lekkie bóle, jak podczas miesiączki, położna proponuje wziąć prysznic i pospacerować
godz.19.00 – przychodzi lekarka wyjąc tampon z hormonem, mówi że mogę zrobić to sama w toalecie, jeśli obawiam się że będzie bolało… poszłam, zrobiłam sama…spoko luz…
bóle są już tak bolesne, że proponują mi coś na ich uśmierzenie, niestety na razie tylko paracetamol, ponieważ na znieczulenie jest za wcześnie…
godz. 22.00 bóle nie do wytrzymania, położna radzi jak oddychać i obiecuje że zaraz przyjdzie anestezjolog i da mi znieczulenie
godz. 23.00 położna przeprasza za opóźnienie, ale anestezjolog ma akurat ważną niespodziewaną operację
godz.1.00 przychodzi anestezjolog – po znieczuleniu na kilka godzin zasypiam, mój zmęczony od masowania mi pleców i przykładania termofora z gorącą wodą mąż również.
godz. 7.00 przychodzi lekarz, bada rozwarcie – hurra 10 cm… tylko główka za daleko, podłączają oksytocyne i odłączają znieczulenie.
godz. 11.00 znów czuje okropne bóle, w między czasie przychodzi nowy lekarz, pyta czy zgadzam się na obecność studenta, po nim położna z inna studentką, też się zgadzam… zaczyna się, położne dopingują jak na meczu piłkarskim, proszą o jeszcze jeden skurcz, mówią – Yes, you can
do it, you are doing graet, one again, !!!
godz.12.36 nasz SKARB przychodzi na świat

Wiktoria dostała czapeczkę szpitalną i wylądowała u mnie na piersi gdzie spędziła pierwszą godzinę życia. Położne gratulowały, zaraz przyniosły mi kanapki na wzmocnienie. Pomogły mi doczłapać się pod prysznic po około 2 godzinach. Podczas gdy mąż robił zdjęcia naszej córeczce, ja zmęczona zasnęłam na kilka godz. w przekonaniu, że po tej drzemce na noc już będę musiała wrócić do domu. (W Holandii jeśli wszystko jest w porządku opuszcza się szpital kilka godz po porodzie).
godz 18.00 – przychodzi położna i mówi że zostaję na noc, bo chcą poobserwować jeszcze moje ciśnienie.
Nasz skarb śpi pięknie w szklanym łóżeczku koło mnie więc i ja zasypiam, położna mówi, żebym się nie martwiła, obudzi mnie za 3 godz na kolejne karmienie. Mówi że w razie czego mam dzwonić to zaraz przyjdą i pomogą…
Rano nawet wyspana pakuję się z mężem do domu, położna przychodzi jeszcze pouczyć mnie o antykoncepcji. Dostaję numer tel, na jaki mogę zadzwonić jak tylko coś się będzie z maleństwem działo.
W godzinę po przybyciu do domu przychodzi pielęgniarka/położna, która będzie ze mną 6 dni po 8 godzin, pomaga w domu, sprząta, radzi jak przystawiać dziecko do piersi, kąpać, przewijać nosić, odpowiada na wszelkie pytania, sprawdza codziennie jak się rana po nacięciu krocza goi, sprawdza mi temp. i ciśnienie, ogromna pomoc w pierwszych dniach. (Jedynie za ta usługę zapłaciłam 41 Euro)

Po całym doświadczeniu porodu i tego co mnie po nim spotkało, nie mam obaw co do ponownego zajścia w ciąże. Oczywiście chcę to trochę odłożyć w czasie. Ból był oczywiście nie do zniesienie, jednak cała ta otoczka i miłe słowa osób koło mnie sprawiły, że nie ból pozostał w mojej pamięci, a przyjaźni i mili ludzie oraz atmosfera i nad wyraz ludzkie warunki.

Bardzo bym chciała, żeby każda kobieta miała tak samo miłe wspomnienia z porodu. Aby żadna z nas nie doświadczyła ironicznych uwag ze strony położnych typu „drzyj się drzyj, to i tak nic nie pomoże”, albo „jak dawałaś to nie bolało, a teraz ile musisz cierpieć co …” już nie wspominając o takich, które są złe bo je wzywamy podczas oglądania 15896 odcinka „Szansy na sukces”…. Jeśli któraś z was ma podobne doświadczenia z porodu w Polsce, to proszę o podzielenie się opinia, może z podaniem miasta, będzie to zapewne wielka reklama dla danego szpitala. W głębi duszy ufam, że gdzieś tak jest i że również nie trzeba za to nic zapłacić.

Chylę głowy tym, którzy czytając te moje wypociny dotrwali do końca…

Pozdrawiam

Aischa

środa, 1 grudnia 2010

Mężczyźni, a ich wychowanie - temat z maila

16 komentarze
Myślę, że temat który chce poruszyć jest bardzo ciekawy i zmusza do refleksji, a wiec MĘŻCZYŹNI ;)
Osoby które doprowadzają nas nie kiedy do prawdziwej furii, do których trzeba mówić prostym, zrozumiałym językiem, bo inaczej nigdy nie domyślą się o co Nam kobietka chodzi :) Tak na nich nie kiedy narzekamy, a jednak nie możemy bez nich żyć :) Pomijając to, że oni bez nas bardziej :) Ale do czego zmierzam... prawda jest taka, że "Czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci", a wiec moje drogie Panie, Nasi mężowie,partnerzy, z którymi decydujemy się związać, już z domu przynoszą pewne nawyki. Prawda jest taka, że jeśli w domu dziecko napatrzy się jak to jest miedzy rodzicami, tak mniej więcej będzie funkcjonować w przyszłości.
Powiedzmy, że przykładowa mama gotuje, sprząta, pierze, prasuje, goni za mężem z obiadkiem, papuciami itd. Podobnie postępuje wobec swojego syna, bo na przykład uważa, że tak trzeba. Pokazuje mu jakie są priorytety, a on też będzie oczekiwał od swojej żony tego samego! Będzie myślał, że tak to jest poukładane w życiu. Najlepiej, gdy owa partnerka, z która właśnie się zwiąże uświadomi go, że tak nie jest... Ale czasem popełniamy ten błąd, że chcemy pokazać jakie jesteśmy dobre, uczynne i robimy wszystko, by się sprawdzić jako kochająca i przykładna żona.
Niestety pewnie wiele z was wie, że później jest gorzej, bo partner przyzwyczaja się do takiego stylu życia i jest mu najwygodniej. A my? Biedne zostajemy ze wszystkimi obowiązkami, a na dokładkę mamy problem jak zagonić męża do pomocy?!
Ja mam dwóch synów i chce, żeby wyrośli na porządnych facetów (pewnie tak jak każda mama), ale pstanowiłam ze oprócz miłości i czułości jaka ich obdarzam, chce żeby umieli docenić moja prace, a w szczególności przyszłą żonę! Są na razie na tyle mali, że nic wielkiego nie zdziałam, ale przynajmniej starszego synka(2,5l) mogę uczyć samodzielności w tym co robi, w jego malutkim
świecie. Wie, że trzeba odnieść buty, czy posprzątać zabawki (czasem to trwa nawet 1,5 godziny co jest meczące, ale wiem ze się opłaci)!
Wiecie dlaczego to pisze? Bo jadąc autobusem natknęłam się na taka sytuacje: Mama z synem (wiek ok 9-10 lat) wysiadają z autobusu (mama obładowana siatkami i plecakiem chłopca), a on jak gdyby nigdy nic bawi się telefonem. Przerażające!
Poza tym mam szerokie grono znajomych, którzy maja już nastoletnie dzieci (głównie chodzi o chłopców), którzy w domu nie potrafią nic zrobić. Mama jest od dosłownie wszystkiego! Ja postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby tak nie było. Nie mogę przewidzieć przyszłości, ale będę wiedzieć, że próbowałam!
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego jak dużą wartość ma wpajanie już od malutkiego pewnych norm i zasad, chociażby przy głupich sytuacjach, jak np mój syn coś zjadał i dawał mi papierek, a ja nie zwracając na to uwagi.Tup tup tup do kosza, a on sobie siedział na łóżeczku i zajadał! Zmieniłam to (chociaż łatwo nie było). Teraz to on, jak skończy, to wie gdzie trzeba iść, jak zapomni to mu po prostu przypominam.
Ciekawi mnie bardzo Wasz pogląd i opinia na ten temat!

Pozdrawiam Mysza

środa, 24 listopada 2010

Wracam do pracy, czyli jak odstawić 6-miesięczne dziecko od piersi - temat z maila

18 komentarze
Witam Mamuśki,

Za miesiąc wracam do pracy i od miesiąca próbuję odstawić synka od piersi. Nie daję rady. Od miesiąca przeglądam fora, czytam artykuły, rozmawiałam z pediatrą. Wszyscy zgodnie twierdzą że jak wprowadzam inne pokarmy to dziecko samo powinno się powoli odstawiać, ale nie mój syn. Dostaje 2 zupki dziennie, kaszkę na bananach, wszystko ok ale bez cyca nie uśnie. Spokojnie nie uśnie, będzie się darł przez godzinę, a mnie serce pęknie. Żadnego silikonu czy gumy w buzi.NIC NIC NIC.

Jak się urodził nie miałam żadnych problemów z przystawieniem do piersi, z pokarmem, odciągałam też pokarm, ale z butelki ze smoczkiem nie chciał i nie chce pić, kupowałam kilka różnych butelek, smoczków, silikony, uspokajacze, zwykłe gumowe - NIC. Próbowałam też różne mleka bo myślałam, że nie smakuje, ale nawet mojego przez smoka nie wypije. Próbowały też inne osoby go karmić bo ode mnie czuje mleko więc może nie chce sztucznego skoro ma obok cyca. NIC.
Kocham swojego Malca najbardziej na świecie, ale mam już dość siedzenia w domu, braku możliwości wyjścia z mężem na imprezę, ciągłego uzależnienia. A wszyscy pytają - czy naprawdę muszę odstawiać dziecko, bo powinno się karmić min. rok a nawet trzy, co ze mnie za matka, a po co wracam do pracy, powinnam siedzieć z Małym w domu bo on tego potrzebuje Ja wiem, że potrzebuje, ale ja potrzebuję żyć!!! Z babcią krzywda mu się nie stanie, będzie w dobrych rękach a ja od 16-17 codziennie też z nim będę i będę nadrabiać czas! PRZECIEŻ DOBRA MATKA TO SZCZĘŚLIWA MATKA! A to poczucie że on bez cyca nie uśnie, że mnie potrzebuje, wpędza mnie w taki stres że nie wiem co zrobić. A ja już nie chcę karmić piersią, tego jestem pewna. Wygoda wygodą, mogę robić 100 posiłków dziennie, ale nie chcę już dawać cyca. No nic, mam jeszcze miesiąc by zrobić to delikatnie i łagodnie, próbujemy odstawianie dalej :-((((

Rozżalona

niedziela, 14 listopada 2010

Poświęcenie... - temat z maila

26 komentarze
Wczoraj uzmysłowiłam sobie (po trzech latach!) czym tak naprawdę jest poświęcenie.
To nie jest wstawanie po 15 razy w nocy do głodnego niemowlaka.
To nie są nocne akcje wzywania pogotowia do gorączkującego malucha.
Nie jest to także rezygnacja z imprez, bo nie ma z kim dziecka zostawić, czy rezygnacja z wypicia z mężem butelki wina do kolacji, bo nie daj Boże coś się stanie i telewizja nagłośni, że "dziecko pozostawiono bez opieki, a pijani rodzice urządzili libację" (bo tak właśnie często media rozdmuchują sytuację).
Poświęceniem nie jest nawet rezygnacja z ukochanej pracy zawodowej.
To wszystko to jest nic w porównaniu z ... kinder-balami!
Przyjęcia organizowane przez rodziców - dla dzieci??? Nie jestem tego pewna, po wczorajszym takim właśnie przyjęciu. Piętnastka dzieci i trzydziestu rozgadanych, przechwalających się rodziców. "Moja w tym wieku,to to...", "a moja to tamto", "a ile teraz waży?", "a Twój jeszcze w pieluchach chodzi? Bo mój to już od dawna nie".

Jezu, ludzie! Każde dziecko jest inne! Czy rodzice nie mają innych tematów niż tylko dzieci? Czy spotkania tego typu mają służyć porównywaniu dzieci? Czy nie lepiej zostawić dzieci same sobie - niech się wspólnie bawią i wzajemnie uczą zachowań współżycia społecznego, aniżeli siedzieć obok i strofować: "nie ubrudź się" (bo oczywiście do piaskownicy dziecko założyło białe rajstopki, sandałki i elegancją sukienusię), "nie jedz chipsów" (ustawiwszy chipsy na stole wysokości 45 cm).
Spędzenie 3 godzin wśród roztrajkotanych matek i ojców uzmysłowiło mi, że mogę jednak pretendować do tytułu "Matka Roku" za cierpliwość, miłość i wyrozumiałość, bo tylko z miłości do mojej córki i dla jej radości siedziałam tam, nudząc się i wkurzając na zmianę.

Oliwka

czwartek, 11 listopada 2010

Synek i córeczka - temat z maila

10 komentarze
Witam!

Chciałabym podzielić się z innymi: Jak to jest z dwójką dzieci?
Otóż mam czteroletniego synka i sześciomiesięczną córkę. Synek od początku był (i jest) naszym oczkiem e głowie, a także pierwszym wnuczkiem, siostrzeńcem, bratankiem w rodzinie. Wszyscy go uwielbiają. Więc, kiedy postanowiliśmy z mężem, iż już nadszedł czas na drugie dziecko, nasz synek miał mieszane uczucia: jak to będzie?, czy będzie miał siostrę czy brata?, jak takie dziecko wygląda?

W listopadzie urodziłam śliczną córeczkę (wcześniej dużo z synem o tym rozmawialiśmy) mój synek , z mężem przyjechali do szpitala i było to ich pierwsze spotkanie. Synuś miał mieszane uczucia. Zwłaszcza, że po powrocie do domu mąż wyjechał po dwóch tygodniach w delegację, a ja miałam depresję.

Ciężko było, zwłaszcza synkowi ze mną wytrzymać i przyzwyczaić się do nowej sytuacji.
Ale po trzech miesiącach dzieci nie mogły bez siebie wytrzymać. Kiedy synuś rano wstaje, natychmiast biegnie do siostry, żeby się z nią przywitać, a ona jak go widzi, to głośno krzyczy i uśmiecha się.

Na początku myślałam, że jestem "wyrodną matką", że nie potrafię poradzić sobie z tą sytuacją, ale mój wspaniały synek okazał się nadzwyczaj "dorosły" i rozumiał to, co mu tłumaczyłam, że mamie jest ciężko bez tatusia, że siostra ma kolki i strasznie płacze, a mama już nie ma pomysłów na to jak jej pomóc itp.

W obecnej chwili mąż nadal wyjeżdża w delegacje, ale już dobrze sobie radzimy i nie wyobrażam sobie siebie i naszego domu bez naszych kochanych "robaczków".
Myślimy jeszcze z mężem nad trzecim dzieckiem, ale za kilka lat, jak nasza "dwójka" będzie już chodziła do szkoły. Zobaczymy...............

aga

niedziela, 7 listopada 2010

Miejsca przyjazne rodzinie - temat z maila

6 komentarze
Zaglądam do Was codziennie i nasunęła mi się taka myśl, żeby spytać, czy w miastach, w których mieszkacie są miejsca przeznaczone na towarzyskie spotkania matek z dziećmi, czy całych rodzin z dziećmi ?

Jestem fanką bolga Lilki i nie mogę się nadziwić ile we Wrocławiu i okolicach takich miejsc.
Ja jestem z Poznania i szczerze powiem - nie znam takich miejsc, do których spokojnie można pójść całą rodziną i nie martwić się o to, że dziecko po 10 minutach będzie znudzone i trzeba wychodzić. Nie mówię tutaj o placach zabaw otwartych lub zamkniętych, ale o kawiarenkach, knajpkach itp. Przeglądałam poznańskie fora i stwierdzam, że zapotrzebowanie jest, pytanie więc dlaczego u nas tego nie ma, albo jeśli jest, to czemu tak słabo nagłośnione, że nikt o tym nie wie?

Zastanawiam się co o tym myślicie, bo trochę żal, że słyszy się o tym, że takie miejsca w innych miastach pojawiają się jak grzyby po deszczu, a u nas na przykład nie. Jak jest w Waszych miastach? I jeszcze jedno - w Poznaniu jest nowe zoo, do którego wybieram się dzieckiem, ale myśl, o tym, że po pół godziny przyjdzie mi ją nosić na rękach strasznie mnie zniechęca. Moja córka ma 4,5 roku, w wózku już nie jeździ, a długich dystansów na pieszo jeszcze nie pokonuje. Poznańskie zoo jest przeogromne. Widząc wrocławskie rozwiązanie z drewnianymi wózeczkami, w których mieści się dwójka dzieci zastanawiam się czemu u nas tego nie można wprowadzić, w końcu do zoo chodzi się głównie z dziećmi i póki korzysta się z wózka jest fajnie, ale jak już ma się kilkulatka nie wiadomo co zrobić, bo przecież nieść przez cały czas się nie da. Są miasta, w których więcej jest miejsc przyjaznych matce i dziecku, rodzinie, ale są też takie, w których jest ich zdecydowanie za mało. Jeśli znacie takie, które warto odwiedzić, polecić bo można tam fajnie spędzić czas z dzieckiem i na przykład koleżanką, ja chętnie poczytam, bo my się też chcemy spotykać i udzielać towarzysko, a jak się nie ma w pobliżu nikogo komu można by na ten czas powierzyć dziecko to przecież spokojnie można zabrać je ze sobą, pytanie tylko dokąd?
Gosia

piątek, 29 października 2010

... i nie opuści cię aż do śmierci...

16 komentarze
- Jestem w ciąży! - usłyszałam w słuchawce i z radości aż pisnęłam - Boję się o tym mówić. Boję się, że coś się stanie.

- Aaa! To normalne. Od teraz zawsze będzie ci towarzyszyć to uczucie. - walnęłam jak ostatni głupek, trochę zbyt niedelikatnie.

Ale przecież lęk o dziecko jest zupełnie naturalny. Boimy się, czy poród przebiegnie bez komplikacji. Czy przypadkiem nie straciło oddechu podczas snu. Że się zakrztusi, przeziębi, przewróci niefortunnie i nabije sobie wielką śliwę, albo co gorsze, złamie nogę. 

Później przyjdzie czas na lęki z serii - czy ma przyjaciół, czy nie czuje się odrzucony, czy zaliczy semestr, czy nie wpadnie w tarapaty, czy wybierze właściwy zawód, który da mu satysfakcję i zadowolenie z wykonywanej pracy. Czy nie wejdzie w trudny związek, a może z nikim się nie zwiąże i będzie samotny. 

W międzyczasie boimy się, czy nasze lęki nie zatrują życia dziecku, czy nie zamkniemy go w złotej klatce przywiązując kryształową kulę do nogi. 

I można tak w kółko. Tylko czy macierzyństwo bez lęku byłoby czymkolwiek więcej niż zwykłą relacją międzyludzką?

czwartek, 28 października 2010

"Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko" - czy aby napewno?? - temat z maila

17 komentarze
Witam,

Chciałam podzielić się z Wami moją refleksją na temat tego, jakże często wykorzystywanego powiedzonka. Kwestia ta zastanawiała mnie jeszcze na długo przed tym jak sama zostałam mamą (mam siedmiomiesięcznego Synka). Od bardzo dawna odnoszę nieodparte wrażenie, że stwierdzenie to bardzo często wykorzystywane jest przez matki do usprawiedliwienia swojego
chronicznego braku czasu dla dziecka lub chęci zajęcia się swoją Latoroślą. Teraz pewnie wiele z Was się obruszy, więc już spieszę z wyjaśnieniami.

Zgadzam się w 100%, że kobieta zaniedbana i sfrustrowana przenosi swój zły nastrój na dziecko. Nie obdarza Go również taką uwagą jak powinna. Ja też muszę/chcę od czasu do czasu naładować akumulatory. Zostawiam wtedy moje Słonko z jego tatą (nawet na parę godzin), a sama idę np. do kosmetyczki, koleżanki czy rzucam się w wir zakupów. I nie ma w tym nic złego - wręcz przeciwnie - uważam, że nie należy za bardzo uzależniać ani siebie od dziecka ani Szkraba od nas. Nie widzę też nic złego w powrocie do pracy (sama zostanę w domu jeszcze tylko przez 3 miesiące). Mam na myśli zupełnie o coś innego - traktowanie dziecka jak przeszkody. Najlepiej będzie jak pokażę to na przykładach z mojego otoczenia.

1. 3-letni Synek mojej koleżanki ma grypę. Zbiegło się to w czasie z naszym wspólnym wyjazdem na kilkudniową zagraniczną delegację. Cóż, sprawa zaplanowana dosyć dawno, dziecko zostaje pod opieką swojego ojca, więc jedziemy. Gdy lądujemy z powrotem w Polsce, ja nie marzę o niczym innym jak tylko o powrocie do domu, do męża (w drodze z lotniska nie było korków, więc jesteśmy w domu wcześniej niż zakładałyśmy - zrobię mu niespodziankę). A co robi moja koleżanka?? Zamiast do domu, do dziecka jedzie do pracy, żeby zobaczyć co słychać i zostaje tam do...19!!!!!

2. W kilkuosobowym zespole opracowujemy ważny projekt. To zadanie wymaga od nas wielkiego zaangażowania i przedłużonych godzin pracy. Udział w zespole jest proponowany przez kierownictwo. Nasz przełożony to osoba bardzo wyrozumiała, więc z oczywistych względów nie proponuje tej pracy dziewczynie mającej ośmiomiesięczne dziecko. Ta jest oburzona i zgłasza
się do projektu na ochotnika... Zaznaczam, że takich "akcji" już troszkę było i dziewczyna miała już szansę się wykazać.

3. Mamy zaplanowane serie szkoleń z zakresu naszej pracy prowadzone przez firmę zewnętrzną. Osoby z tej firmy mogą nas szkolić tylko w czwartki (w godzinach naszej pracy) bądź w soboty. Oczywiście prawie wszyscy jesteśmy za czwartkami. Wyjątek stanowią 2 osoby, które chcą się
spotykać w soboty. Jedną z nich jest matka małej dziewczynki...

Przykłady mogłabym mnożyć. Wszystkie te dziewczyny twierdzą, że "nie liczy się ilość, ale jakość czasu spędzona z dzieckiem". I oczywiście poniekąd jest to racja. Ale tylko poniekąd. Ja nie potrafię zrozumieć przejawów "nadgorliwości". Pomimo, iż sama jestem osobą ambitną, mam za
sobą kilka awansów, to teraz dziecko jest bardzo ważne! I na pewno nie będzie mnie tam gdzie nie będę niezbędna, na delegację nie zgodzę się jeszcze przez jakiś czas, gdy dziecko będzie chore to będę robić swoje i w te pędy wracać do niego. Wcale nie trzeba popadać w skrajności. W
macierzyństwie, jak w całym życiu, potrzebny jest zdrowy rozsądek i równowaga.

pozdrawiam wszystkie Mamy,

mama Robaka

niedziela, 24 października 2010

Adopcyjna niegrzeczna mamuśka ;) - temat z maila

12 komentarze
Od kilku tygodni wiem o Waszym istnieniu i bardzo chętnie zaglądam na stronkę.

Jestem mama dwóch skarbów. Dzieci nie urodziłam sama, ale są moje, moje i tylko moje (no i męża ;)) Wyczekane, wymarzone, kochane, najpiękniejsze, najsłodsze, naj... Ale mam to samo co Wy... (choć w mniemaniu niektórych ludzi nie powinnam tak mieć, bo przecież decyzja o dziecku była tak przemyślana, że bardziej się nie da) ;))
Nawet nie wiecie jak zrobiło mi się lżej na sercu, jak poczytałam Wasze wypowiedzi, że macie czasem dość, że jesteście zmęczone, że nie macie czasu na swoje przyjemności itp, itd... Ale chodzi mi o to, że mnie nigdy nie wypadało narzekać, bo przecież - jak kiedyś usłyszałam po jakimś tam moim marudzeniu, że jestem zmęczona - że ..."po co brałam dzieci, jak teraz narzekam".
Ale teraz już wiem, że mam prawo czasem mieć wszystkiego dosyć (łącznie z dziećmi ).

A tak chwaląc się już moimi skarbami to mają teraz 7 i 3 latka, ale każde z nich trafiło do nas gdy mieli kilka tygodni i czasem leżąc wieczorem i myśląc o życiu muszę sobie przypominać, że są adoptowane, bo na co dzień są po prostu NASZE ( choć wiedzą, że nie ja ich urodziłam )

Pozdrawiam wszystkie mamy ;)

aiw11

piątek, 22 października 2010

(NIE)kazda matka wykarmi - temat z maila

17 komentarze

Kochane niegrzeczne mamuśki

Z całego serca dziękuje wam za posty o terrorze laktacyjnym I historie, ze nie każda matka wykarmi swoje dziecko. Poryczałam się jak bóbr. Mój synal ma już ponad rok, oczywiście jak większość byłam zdecydowana na karmienie piersią, butelkę miałam jakaś tam na wszelki wypadek.

Pierwsze przystawienie do piersi tuz po prawie 24godzinnym porodzie i szok!!! To boli! To jest nieprzyjemne, czuje dreszcze na całym ciele i mam gęsia skorka. Dziecko nie ma zębów, ale dziąsła twarde jakby było ich co najmniej po sześć z każdej strony.

Teoretycznie położna pokazuje i jak przystawiać, teoretycznie wszystko gra i jest w porządku i przystawiamy się super, mleka jest dużo (?), a synal super ciągnie. Co z tego jeśli mnie boli dalej, piersi mam poharatane, krwawiące, a przy każdym karmieniu dreszcze z bólu i dreszcze na sama myśl o kolejnym karmieniu za dwie trzy godziny. Czuje się chora, płacze z bólu, frustracji i bezsilności. Dziecko pluje krwią po karmieniu.

Mój mąż nie wytrzymuje, pewnej nocy o godz 24 jedzie do Tesco po butelki, mleko modyfikowane i kapturki na piersi.

Kapturki nieco pomagają, już tak nie boli, piersi się goja.

"I co z tego" powtarza się po raz kolejny. Dziecko jest karmione przez ok 45 minut za każdym razem, co około 3 godziny. "To niemożliwe żeby tyle ciągnął, dziecko najada się w 10 minut" wyrokuje moja przyjaciółka. Ja oglądam po kolei cala serie Twin Peaks, Przystanek Alaska, Ally McBeal itd...... pól dnia schodzi mi na karmienie, a z każdą wizytą i ważeniem synal jest na coraz niższym centylu.

W końcu jak w 8 tygodniu z centyla 50 w dniu urodzenia dobijamy do 3, buntuje się i mowie ze coś jest nie tak i co to tu kurde chodzi?! Mam dokarmiać sztucznie. Po każdym jedzeniu dostaje butle, wypija dodatkowo około 120ml (!!!!!). w końcu nie płacze w każdej minucie w jakiej nie śpi, zaczyna przybierać na wadze, w rekordowym tygodniu 440g!!! W kilka tygodni wracamy na centyl 50 - 75 i tak jest do dzisiaj. Dziecko szybko odmawia cyca, butelka się wreszcie najada.

Ja rzygam teoriami na temat jakie to „niezbędne, absolutnie konieczne do rozwoju i szczęśliwego dzieciństwa” jest karmienie piersią i, że „każda matka swoje dziecko wykarmi”. To najgłupsze frazesy jakie słyszałam.

Długo miałam wyrzuty sumienia, ze nie dałam rady, ze nie będzie tej bliskości, ze na pewno będzie alergikiem, astmatykiem i chorował co 5 minut.

Dziś ma 14 miesięcy, raz było zapalenie oskrzeli w wieku 13 miesięcy i 4 dni antybiotyku – moim zdaniem ze zbagatelizowanego i niedoleczonego kataru (usłyszeliśmy ze to wirus i sam przejdzie) .

Dziękuję wam za te posty, bo wciąż jeszcze potrzeba mi wsparcia, ze jestem normalna matka a mojemu dziecku nie wyrządziłam nieodwracalnej krzywdy, bo nie karmiłam piersią.

Ciesze się ze nie doszło do sytuacji, o jakiej piszecie w swoim poście „każda matka wykarmi swoje dziecko”, ciesze się, ze zaprotestowałam wcześniej.

Pozdrawiam

Iza

wtorek, 19 października 2010

Złamane serce matki - temat z maila

17 komentarze

Koszmarny tydzień zaczął się ohydnym poniedziałkiem , trwał fatalnym wtorkiem, żeby osiągnąć apogeum jako odrażająca środa, która jest odrażająca z założenia, jako że nastąpi jutro. Dlaczego ? Nie mam gdzie posłać dziecka . Wypowiedziano mi umowę w przedszkolu z natychmiastową klauzulą wykonalności . Kazano zabierać swoje rzeczy (kapcie, dziecko, skarpetki, rzeczy na zmianę). Kazano się wynosić, cyt. ''proszę się wynosić z mojego terenu i zabierać swojego dzieciaka'', (mojemu synkowi i mi) podczas, gdy on stał z boku i słuchał, a jest poniekąd dość wrażliwym czteroletnim chłopczykiem.

Pani Agnieszka, dyrektorka przedszkola, 1,50 cm urosła zapewne w swoich oczach takim zachowaniem . Tak się kończą rozmowy rodziców z nauczycielami. Cierpią dzieci.

Wrotek jest dość kreatywnym dzieciakiem, umówmy się - trudnym, ponad przeciętnie inteligentnym bachorem. Praca wychowawcza nad nim jest trudna, gdyż azali moje dziecię jest bytem dominującym. Najbardziej smuci go fakt, że nie ma władzy nad światem, panią w przedszkolu, mamą w domu, panią na ''kulkach ''. Jest dobrym negocjatorem i zjada przedszkolanki na śniadanie . Klasycznie współczuje słabszym, ma w sobie wysokogatunkowy zalążek kultury osobistej.

I teraz ja się pytam, jak u diabła babiszon ''peda-gog '' może deprymować moje dziecko tylko dlatego, że nienawidzi jego matki od pierwszego wejrzenia. I to z nią ma zatarg, nie z dzieckiem. Jak może obniżać poczucie własnej wartości małego chłopca, który po całej sytuacji płacze przez tydzień i nie rozumie, że nie pójdzie do (fikcyjna nazwa ''ślimaczków'') jak co dzień się bawić. Wrotek budzi się w kilka razy w nocy i pyta dlaczego kazali mu wyjść, skoro najpierw pozwolili mu się bawić zabawkami, a potem nagle w atmosferze totalnej psychozy wywalili. No nie pyta ''tak'', ale taki jest sens ogólny. A ja całuję jego idealne bose stopy, śmierdzące od dreptania i nie wiem co mu odpowiedzieć.

Swoją droga nie wiecie czy anty reklama tej pożal się Boże placówki przedszkolnej jest legalna? Czy uważacie że trzeba ostrzegać inne kobiety przed konkretnym przedszkolem? Czy siedzieć cicho, nie jątrzyć i przełknąć gorzką pigułkę?


Złamane serce matki .


Ps. zaznaczam, że chodzi o małe przedszkole prywatne i kwintesencją konfliktu jest to, że rozmawiałam z mamą innego dziecka, która poinformowała mnie, że jej córa wracała do domu z przedszkola poobijana. I istniało ryzyko, że przedszkolanki nie pilnują dzieci, więc grzecznie poszłam to wyjaśnić z Panią A., której odwaliło w wyżej wymieniony sposób i uznała to jako obrazę godności przedszkola i jego dobrego wizerunku. Pomówiła mnie i mamę tej dziewczynki o spisek mający na celu zniszczenie reputacji przedszkola. Opisana sytuacja miała miejsce o 7:15 rano, tuż przed moim wyjściem do pracy.

czwartek, 14 października 2010

O tym co każdy rodzic wiedzieć powinien

11 komentarze
Wczoraj na swoim blogu pisałam o tym, że mój synek zadławił się kawałkiem nektarynki. Niestety, nie był to pierwszy raz, co napawa mnie obawą, że nie ostatni. :/

Mam szansę świętować drugie, trzecie i kolejne urodziny mojego dziecka, bo już przed jego przyjściem na świat przeczytałam dokładnie w książce o rozwoju rozdział o pierwszej pomocy niemowlętom i dzieciom w nagłych wypadkach.

Jeśli nie omawiałyście tego z położną w szkole rodzenia, nie byłyście na kursie pierwszej pomocy ani nie znacie schematu postępowania w przypadku zakrztuszenia, zajrzyjcie tu:
Pierwsza pomoc przy zakrztuszeniu - niemowlę
Pierwsza pomoc przy zakrztuszeniu - dziecko powyżej pierwszego roku życia

Nikomu nie życzę, żeby musiał z tej wiedzy korzystać, ale te informacje mogą uratować życie Waszego dziecka albo jakiegokolwiek innego, które w Waszej obecności będzie potrzebować pomocy.

I nie łudźcie się, że możecie ustrzec swoje dziecko przed każdym wypadkiem. Mój synek zadławił się kawałkiem jedzenia, które dostał z mojej ręki, kiedy ja byłam nie dalej niż trzydzieści centymetrów od niego.