Od momentu kiedy po raz pierwszy przeczytałam Waszego bloga, jestem u Was systematycznie i uwielbiam czytać o Waszych przeżyciach i doświadczeniach.
Zawsze myślałam, że będę równie wyluzowaną Mamą co Wy, ale nic z tego. Wszystko zmieniło się 15 stycznia 2010 roku kiedy to w 28 tygodniu ciąży miałam poważny wypadek samochodowy z moim mężem.
Karetka, szpital, brak wystarczających badań, 3 godziny czekania w poczekalni na USG sprawdzić czy w ogóle mój syn jeszcze żyje. W pierwszej dobie wypisana na własne życzenie – całe szczęście! Po 5 dniach od wypadku szpital św. Zofii w Warszawie. Trafiłam tam z poważnym krwawieniem, zagrożeniem życia mojego (nie mówiąc już o życiu naszego ludzika). Cięcie cesarskie, dziecko żyje, waga 1 200 g, był tak mały że mieścił mi się na dłoni. Trzy miesiące hospitalizacji, codziennie nie wiedziałam czego się spodziewać jak wchodziłam do szpitala, nie wiedziałam czy będzie żył. Jak tylko widziałam go w inkubatorze byłam spokojna, mimo tysiąca rurek, respiratora, piszczących aparatur i całej masy lekarzy, którzy nie wiedząc co będzie jutro.
To wszystko co przeżyliśmy spowodowało moje przerażenie o narodzinach zamiast cudownych milutkich początkach. Jako jedyna w szpitalu nie miałam dziecka (w pierwszej dobie zabrali go do Instytutu Matki i Dziecka z zagrożeniem życia), a fotograf przychodził chyba codziennie robić zdjęcia ślicznym bobasom. Masakra!!!
Dzisiaj ma już 11 miesięcy, krzyczy, płacze, ząbkuj, raczku, siada… I wiem że wszystko co najgorsze za nami. Natomiast to wszystko nie zmienia faktu, że permanentnie jestem podenerwowana. Nie potrafię się wyluzować jak Wy. Może to przyjdzie z czasem, kiedy te
wszystkie złe rzeczy pójdą w niepamięć.
Chciałabym Wam tylko powiedzieć, że kiedy ktoś poznawał naszą historię od razu chciał się licytować, „ja miałam straszy poród”; „moja córeczka też urodziła się za szybko” – pytam jak
wcześnie: „35 tydzień, ważyła 3 kg”!!!; „mój syn podczas porodu tracił tętno”. Nasz tracił je średnio co 15 min!!!
Zacznijcie doceniać to jakie macie wspaniałe dzieciaki i to co napisała Mama w poprzednim artykule, nie porównujcie dzieci. One są tak różne. Każde dziecko ma na wszystko w
odpowiednim momencie czas. Pamiętajcie też, że nie każde dziecko miało tak łatwe początki jak Wasze i nie każda Mama ma w sobie tyle luzu, jeśli czuła oddech śmierci własnego dziecka przez wiele tygodni.
e.








O rety...strasznie współczuję...nawet w połowie nie jestem sobie w stanie wyobrazić co przeżywałaś i co nadal musisz przechodzić. Będąc na Twoim miejscu też bym nie umiała się wyluzować, ale mimo wszystko próbuj myśleć, że to co najgorsze już za Tobą, a teraz będzie tylko lepiej, choć domyślam się, że musi to być potwornie trudne. Trzymam kciuki i pozdrawiam dzielną mamę!
OdpowiedzUsuńWyluzuj. To ważne. Doświadczyłam tego na własnej skórze, byłam dzieckiem urodzonym po wielu komplikacjach i dwóch poronieniach mojej matki. I przez długie lata zmagałam się z jej nadopiekuńczością i mnóstwem zakazów, bo moją matkę prześladował lęk, że coś złego może mi się stać. Potem sama urodziłam wcześniaki... wyjątkowo zdrowe i ważące prawie 2 kg, ale ile dostało mi się od pediatrów, to inna bajka. W pewnym momencie zaczęłam obchodzić lekarzy szerokim łukiem, bo miałam dość kolejnych bezzasadnych skierowań na badania, czarnych scenariuszy i straszenia, że kłopoty wcześniactwa dopiero przede mną.
OdpowiedzUsuńDziecko potrzebuje radosnej i wyluzowanej mamy, wtedy ma fajne i radosne dzieciństwo.
A to licytowanie się, kto więcej przeżył przy porodzie to taki piaskownicowy etos matki - bohaterki. Poród musi być ciężki i z narażeniem życia. Cesarka to wstyd. Tak jakby to czyniło matkę lepszą matką.
Wszystkiego dobrego w Dniu Dziecka :-)
Mój syn urodził się z wadą serca i cały czas powtarzam sobie, że muszę zapewnić mu normalne dzieciństwo. Nie tylko chuchać i dmuchać. No i w efekcie mam niezłego łobuziaka ze zdartymi kolanami:)
OdpowiedzUsuńWiem, że łatwo mówić wyluzuj, trudniej zrobić. Wszystko przyjdzie z czasem, choć nigdy nie zapomnisz, to może przestaniesz tak bardzo przeżywać - czego ci życzę. Opiniami innych się nie przejmuj. Może nie każdy zasługuje na to by poznać waszą historię, z tymi "licytującymi się" nie warto rozmawiać.
Serdecznie Wam dziewczyny wspolczuje, zyczac duzo optymizmu i radosci z dzieci!ZDROWIA przede wszystkim!
OdpowiedzUsuńJa urodziłam swoją Ptyśkę w 27tc,kilogramowa kruszyna mieszcząca się w dłoni taty.Chuchaliśmy na nią,dawaliśmy wszystko,opiekowaliśmy się z większą troską,była ze mną 24/dobę..Dziś ma 16m-cy.Nadal mnie potrzebuje,nadal jestem dla niej najważniejsza a ona dla mnie super ważna.ale...Od miesiąca wychodzę na spacer sama,ktoś powie że co to,takie nic-dla mnie te 15 minut bez dziecka to jak cały dzień w SPA.jak mam dość daje jej kredki sadzam na podłodze a ona z lubością maluje panele,a ja mam 10min na zimną już kawę.jak całkowicie wysiadam psychicznie idę przed dom zapalić,wypłakać się i wykrzyczeć.
OdpowiedzUsuńNie napiszę wyluzuj się bo i na to przyjdzie czas.gratuluję Synka,musi być wspaniałym chłopczykiem!