niegrzecznemamuski.blogspot.com

czwartek, 9 grudnia 2010

Poród w Polsce, czy może wyglądać tak jak w Holandii - wyzwanie dla nowo wybranego prezydenta

Siedząc w domu z racji urlopu macierzyńskiego, mam możliwość oglądania bardziej lub mniej mądrych programów telewizyjnych. Ostatnio np. podejmowany był temat porodu w dwóch programach na TVN i TVN Style mianowicie w „Rozmowach w toku” i w „Między nami rodzicami”.
Doznałam szoku, jak usłyszałam że kobiety w Polsce biorą kredyty na poród, aby móc urodzić w prywatnej klinice „po ludzku”. Inne natomiast mają po porodzie w państwowym szpitalu tak traumatyczne przeżycia, że posiadanie kolejnego dziecka uzależniają jedynie od adopcji. Przytoczę tu przykład kobiety, która kilka godzin leżała na sali operacyjnej kompletnie goła w oczekiwaniu na anestezjologa, który zrobi znieczulenie do cięcia cesarskiego. Inna kobieta wypowiadała się na temat bzdurnych procedur typu golenie krocza do cesarki czy też niepochlebnych komentarzy położnych na temat obecności męża podczas porodu lub nadużywania dzwonka przywołującego położną w razie trudności. Można by wymieniać i wymieniać, lecz ja pozwolę sobie na opis mojego porodu za który nie zapłaciłam ani centa. Nie robię tego po to aby się chwalić, jak to miałam dobrze… po prostu znalazłam się na odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Jednak chciała bym aby przy porodzie mojego drugiego dziecka za kilka lat takie same warunki i opieka była również w Polsce.

12.04.2010 godz 7.30 – szpital akademicki Maastricht / Holandia.
- dzień dobry, ja do porodu…(poród wywoływany tydz po terminie)
- dzień dobry, czekamy właśnie na panią proszę za mną, oto pani pokój, proszę się rozgościć, ma pani może ochotę na kawę lub herbatę, za jakieś 30 min przyjdzie do pani lekarz. Wszystko odbywało się w języku angielskim i nikomu nie przeszkadzało że nie znam holenderskiego.
Pokój około 40m2, na środku łóżko do porodu, z boku tapczanik dla męża jak by chciał się zdrzemnąć, z drugiego boku biurko z komputerem i dostępem do internetu, naprzeciwko mojego łóżka pod sufitem telewizor, pilot na szafce koło łóżka. Stoliczek na obiad przystawiany do łóżka, łazienka z prysznicem w pokoju oraz całe oporządzenie do obsłużenia maleństwa po wyjęcia z brzucha typu, waga, wanienka, pampersy, czapeczki śpioszki, ręczniki itp…
godz 8.00
przychodzi lekarz, bada, aplikuje prostagladyne, omawia co się będzie ze mną działo, … i tak KTG i mierzenie ciśnienia co 2 godz. Hormon nie działa aż do 16.00, więc oglądam TV, śpię i przyjmuję odwiedziny koleżanki, która była w okolicy
godz.9.30 – przychodzi salowa z menu, żebym sobie wybrała co chcę jeść na śniadanie obiad i kolację następnego dnia…. (szok był tak ogromny że stwierdziłam – ah… hmmm – wszystko jedno, zaznaczyłam krzyżykiem raz dwa, a potem piłam kurcze kawę bez mleka nawet na kolację )
godz.15.00 – przychodzi położna porozmawiać o tym jak się czuję, jakie mam oczekiwania wobec porodu itp… składa mi kondolencje z powodu katastrofy smoleńskiej, ponieważ dowiedziała się że jestem z Polski.
godz. 16.00 – hormon zaczyna działać, czuję lekkie bóle, jak podczas miesiączki, położna proponuje wziąć prysznic i pospacerować
godz.19.00 – przychodzi lekarka wyjąc tampon z hormonem, mówi że mogę zrobić to sama w toalecie, jeśli obawiam się że będzie bolało… poszłam, zrobiłam sama…spoko luz…
bóle są już tak bolesne, że proponują mi coś na ich uśmierzenie, niestety na razie tylko paracetamol, ponieważ na znieczulenie jest za wcześnie…
godz. 22.00 bóle nie do wytrzymania, położna radzi jak oddychać i obiecuje że zaraz przyjdzie anestezjolog i da mi znieczulenie
godz. 23.00 położna przeprasza za opóźnienie, ale anestezjolog ma akurat ważną niespodziewaną operację
godz.1.00 przychodzi anestezjolog – po znieczuleniu na kilka godzin zasypiam, mój zmęczony od masowania mi pleców i przykładania termofora z gorącą wodą mąż również.
godz. 7.00 przychodzi lekarz, bada rozwarcie – hurra 10 cm… tylko główka za daleko, podłączają oksytocyne i odłączają znieczulenie.
godz. 11.00 znów czuje okropne bóle, w między czasie przychodzi nowy lekarz, pyta czy zgadzam się na obecność studenta, po nim położna z inna studentką, też się zgadzam… zaczyna się, położne dopingują jak na meczu piłkarskim, proszą o jeszcze jeden skurcz, mówią – Yes, you can
do it, you are doing graet, one again, !!!
godz.12.36 nasz SKARB przychodzi na świat

Wiktoria dostała czapeczkę szpitalną i wylądowała u mnie na piersi gdzie spędziła pierwszą godzinę życia. Położne gratulowały, zaraz przyniosły mi kanapki na wzmocnienie. Pomogły mi doczłapać się pod prysznic po około 2 godzinach. Podczas gdy mąż robił zdjęcia naszej córeczce, ja zmęczona zasnęłam na kilka godz. w przekonaniu, że po tej drzemce na noc już będę musiała wrócić do domu. (W Holandii jeśli wszystko jest w porządku opuszcza się szpital kilka godz po porodzie).
godz 18.00 – przychodzi położna i mówi że zostaję na noc, bo chcą poobserwować jeszcze moje ciśnienie.
Nasz skarb śpi pięknie w szklanym łóżeczku koło mnie więc i ja zasypiam, położna mówi, żebym się nie martwiła, obudzi mnie za 3 godz na kolejne karmienie. Mówi że w razie czego mam dzwonić to zaraz przyjdą i pomogą…
Rano nawet wyspana pakuję się z mężem do domu, położna przychodzi jeszcze pouczyć mnie o antykoncepcji. Dostaję numer tel, na jaki mogę zadzwonić jak tylko coś się będzie z maleństwem działo.
W godzinę po przybyciu do domu przychodzi pielęgniarka/położna, która będzie ze mną 6 dni po 8 godzin, pomaga w domu, sprząta, radzi jak przystawiać dziecko do piersi, kąpać, przewijać nosić, odpowiada na wszelkie pytania, sprawdza codziennie jak się rana po nacięciu krocza goi, sprawdza mi temp. i ciśnienie, ogromna pomoc w pierwszych dniach. (Jedynie za ta usługę zapłaciłam 41 Euro)

Po całym doświadczeniu porodu i tego co mnie po nim spotkało, nie mam obaw co do ponownego zajścia w ciąże. Oczywiście chcę to trochę odłożyć w czasie. Ból był oczywiście nie do zniesienie, jednak cała ta otoczka i miłe słowa osób koło mnie sprawiły, że nie ból pozostał w mojej pamięci, a przyjaźni i mili ludzie oraz atmosfera i nad wyraz ludzkie warunki.

Bardzo bym chciała, żeby każda kobieta miała tak samo miłe wspomnienia z porodu. Aby żadna z nas nie doświadczyła ironicznych uwag ze strony położnych typu „drzyj się drzyj, to i tak nic nie pomoże”, albo „jak dawałaś to nie bolało, a teraz ile musisz cierpieć co …” już nie wspominając o takich, które są złe bo je wzywamy podczas oglądania 15896 odcinka „Szansy na sukces”…. Jeśli któraś z was ma podobne doświadczenia z porodu w Polsce, to proszę o podzielenie się opinia, może z podaniem miasta, będzie to zapewne wielka reklama dla danego szpitala. W głębi duszy ufam, że gdzieś tak jest i że również nie trzeba za to nic zapłacić.

Chylę głowy tym, którzy czytając te moje wypociny dotrwali do końca…

Pozdrawiam

Aischa

28 komentarzy:

  1. :) hmm pozazdrościć. Może ja opisze jak było w moim przypadku. Jestem mamą bliźniaków od kiedy dowiedzieliśmy się z mężem, że będziemy mieli podwójne szczęścia moja gin utwierdzała mnie w przekonaniu, że ciąża bliźniacza to ciąża z ryzykiem powikłań np przy porodzie więc będę miała cesarskie cięcie. Może, którąś z was to zdziwi ale byłam zadowolona z takiego rozwiązania. Jakoś obawiałam się porodu naturalnego może z powodu siostry, która do końca uczęszczała na zajęcia do szkoły rodzenia i miała rodzić naturalnie ale z powodu skoków ciśnienia miała cc i okazało się, że Kuba był owinięty pępowiną więc przy naturalnym porodzie mogło by być różnie. Ciąża mijała spokojnie, miałam świetne wyniki i ciągle w głowie ukute przekonanie że będzie to cc. W 37 tygodniu pojechałam na tzw "doleżenie" do 38 i zabieg, W szpitalu podczas USG pani ordynator potwierdziła, że będzie cesarka ze względu na ciśnienie i opuchliznę. Jakiż było moje zdziwienie kiedy pielęgniarka w piątek (cc zaplanowane na poniedziałek)zapytała o tzw "ogolenie" na co ja, że nie sądziłam, że przy cc trzeba ogolić itp. Ona zrobiła wielkie oczy ze zdziwienia po czym udzieliła mi informacji o tym, że mam w karcie wpis o porodzie naturalnym. Przed oczami stanęły mi wszystkie artykułu, informacje i przypadki niedotlenień, porażeń podduszeń itp wydarzeń przy porodzie naturalnym. Był weekend więc w strachu doczekałam do poniedziałku i moje obawy się potwierdziły. Nie będę wspominała o strachu, panice i właściwie rozżaleniu, że zostałam w pewien sposób oszukana. Postawiłam sprawę jasno, że nie będę rodziła naturalnie byłam przygotowana na zmianę szpitala. No i był płacz, kolejne usg , dzieci ważyły po 2900 g i całe szczęście że moja lekarka z położną szczerze mówiąc "pomogły mi" bo moje dzieciaczki w końcu przyszły na świat przez cc ale stresu, żalu i ogromnego strachu jaki zafundowała mi pani ordynator zmieniając decyzje w ostatniej chwili nie zapomnę do końca życia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam o swoich doświadczeniach! Nie ma się co dziwić, ja też rodziłam w NL (zresztą blisko Ciebie - w nowym szpitalu w Sittard). Pisałam o tym między innymi w marcu tutaj w poście o rodzeniu po ludzku (http://niegrzecznemamuski.blogspot.com/2010/03/rodzic-po-ludzku-po-mojemu-ludzku-czy.html) Teraz jestem już w Polsce, a następne dziecko tylko w prywatnej klinice - niestety... Z ciekawości - mieszkasz w Maastricht na stałe czy tymczasowo? Pytam, bo uwielbiam to miejsce. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja rodziłam w Polsce, w zwykłym budżetowym szpitalu, w średnim mieście i też miałam poród marzenie.OK, może miałam szczęście - rodziłam w nocy,miałam swoją salę, mąż był cały czas ze mną,podobnie położna, która nie tylko asystowała przy medycznych "wyczynach", ale także masowała mi kręgosłup i łydki. Potem przyszła druga położna i ona ostatecznie pomogła młodej wyjść na świat.Przyznaję, fizjologicznie mój poród był bardzo "łatwy", właściwie bezbolesny.Przyjechałam na izbę przyjęć już z 8-cm rozwarciem, na samej sali porodowej byłam 3,5 godz.Kiedy położono mi Młodą na brzuchu byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie. Żadnych złośliwych komentarzy, żadnego traktowania z góry, wszystko z najwyższą kulturą, położna tłumaczyła ze spokojem mężowi i mi każdy kolejny etap. BYŁO CUDOWNIE. Każdej kobiecie życzę takiego porodu. Uważam, że w internecie (generalnie)jest za dużo traumatycznych przeżyć,a za mało pozytywnych doświadczeń z sal porodowych. Moje doświadczenie pokazuje,że nawet w zwykłym pańswtowym szpitalu można doświadczyć miłej i kulturalnej "obsługi". Tylko niestety nasza natura jest taka,że lubimy narzekać,a jak coś idzie po naszej myśli, to chowamy to głęboko do szuflady,uważając to za jakąś anomailę. A ja wręcz przeciwnie - dzielę się z kim moge moimi BARDZO POZYTYWNYMI wspomnieniami z sali porodowej. Dziewczyny - proponuję także więcej optymizmu!Nie taki poród straszny! www.countrygirl.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. a ja rodziłam w Międzylesiu i jestem bardzo zadowolona :) moja ciąża była bliźniacza, dziewczynki ważyły po 2950 i 2700, od początku byłam przekonana, że będzie cesarka i tak też było - nie miałam "ambicji" na dwa porody siłami natury przy dość dużych dzieciach. Poza tym ułożenie pod koniec ciąży na to nie pozwoliło. Na sali operacyjnej atmosfera była super! Panie anestezjolożki bardzo miłe, po podaniu znieczulenia poganiały chirurgów bo ja nie mogłam długo leżeć na plecach - ucisk na jakąś żyłę powodował omdlenia. Raz, dwa i dziewczynki na świecie, wielki krzyk i śmiech wszystkich na sali - zagłuszyły lekarzy :) Na sali pooperacyjnej bardzo miłe i delikatne panie położne, ciągle pytały czy nie boli za bardzo bo mogą dać coś na ból. Nie miały żadnych pretensji o ciągłe wołanie. Przekazywały wiadomości mężowi, który siedział pod drzwiami :) Generalnie nikt na tym oddziale nie miał złego humoru, jak tam leżałam od środy do niedzieli. Każdy doktor, salowa, położna, lekarka - a parę zmian było - wszyscy mili, spokojni, uśmiechnięci i chętni do pomocy. Mimo, że to cesarka i trochę bolało, choć po 24h już nie brałam nic na ból - to naprawdę wspominam to super! Sala 1-osobowa z łazienką i mężem, który mógł zostać przez 24h - to było bardzo dobre rozwiązanie! Panie z oddziału noworodków pokazały nam wszystko co trzeba przy dzieciach, powiedziały, że mam się nie martwić bo nawał pokarmu będzie w poniedziałek - i tak było :) Był to mój pierwszy i myślę, że ostatni poród, a wspominam go naprawdę bardzo miło! Mimo, że szpital nie wygląda jak nowoczesna klinika to liczą się ludzie, którzy tam pracują!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja chciałam się podzielić moimi doświadczeniami z porodu i pobytu w Wejherowie. Na wstępie dodam że szpital ma certyfikat przyjaznego dziecku i pani ordynator oddziału noenatologii bardzo o to dba.
    Nie będę opisywać całego przyjmowania do szpitala itd, powiem że było ok, mąż był ze mną, urodziłam o 1.33, było niesamowicie, choć padałam ze zmęczenia. Potem okazało się, że małemu przedłuża się żółtaczka, na szczęście nikt tego nie zlekceważył, wykonano różne badania dziecku oraz pobrano moją krew i wysłano nasze próbki do specjalistycznej analizy. Okazało się, że mamy konflikt w grupach głównych (nie serologiczny). Mały musiał być naświetlany, spędziliśmy w szpital dwa tygodnie, potem jeździliśmy na badania kontrolne. Wszystko dobrze się skończyło. Przez ten czas miałam okazję poznać rożne historie i przekonać się, że dzieci tam mają naprawdę dobrą opiekę. Były maluszki w inkubatorach pod respiratorami karmione sondą, bo urodziły się dużo za wcześnie. Generalnie chodzi mi o to, że planując poród warto także myśleć o opiece medycznej nad dzieckiem, bo tfu tfu wszystko może się zdarzyć.
    A lekarze i pielęgniarki w szpitalach są różni jak wszędzie. Jedna zachowywała się jak zimna suka (inaczej nie da się tego określić), druga jak z poprzedniej epoki, a reszta była ok. Z tymi dwoma trzeba było postępować bardzo asertywnie i się nie przejmować. Ja uważam, że jak ktoś się zachowuje nieprofesjonalnie to należy mu zwrócić uwagę (np nie życzę sobie pani komentarzy), a ostatecznie napisać skargę, bo czasem przełożeni o pewnych sprawach nie wiedzą. W końcu są prawa pacjenta i należy je respektować.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja tez musze powiedziec ze bylam szczsciara podobnie jak ty. Moj synek urodzil sie w USA waruniki bardzo dobre duzy ladny pokoj, usmiechnete , gotowe do pomocy polozne na kazde zawolanie, same zaoferowwaly mi epidural gdy bardzo zaczelo juz bolec, opieka pierwsza klasa, po urodzeniu dostalam mojego synka od razu do piersi, jedynie co to pozniej przy karmieniu nie maialm wielkiej pomocy ale i tak wszystko bylo super:),(gdyby nie te hemoroidy ale to inna kwestia). Teraz wracamy do Polski i planuje drugie dziecko juz w Polsce i musze przyznac ze sie obawiam i chyba bede zdecydowanie za prywatna kilnika. Z tego co czytam od internautek to strch mnie oblewa przed "polskim porodem po ludzku"

    OdpowiedzUsuń
  7. Pozazdroscic:) Ja rodzilam w Szczecinie i milo wspominam poród, mimo ze mialam cc. Ale trafilam na naprawde milego lekarza ktory po zbadaniu miednicy zauwazyl ze malutki sie p prostu nie zmiescil i w minute zdecydowal o cc. a wspomne ze wczesniej lezalam 4 godz na wywolaniu..nie iwem co by bylo gdyby nie przyszedl wlasnie ten lekarz...Bo synek mial 57 cm i wazyl 4200.

    OdpowiedzUsuń
  8. miałam świetny, rodzinny poród, mimo że w państwowym szpitalu i nie zapłaciłam za niego ani grosza (zapomniałam - przy odbieraniu papierów można było kupić dobrowolnie cegiełkę na budowę szpitala).

    proszę, nie lećmy stereotypami, ze skoro polski i państwowy to syf i chamstwo, a prawdziwy komfort można znaleźć tylko za granicą.

    ps. moje koleżanki również nie doświadczyły traumy w "polskich państwowych", więc to nie tylko moja opinia...

    OdpowiedzUsuń
  9. Gratuluję!
    Ja rodziłam przez cięcie cesarskie z powodu wagi mego synusia. Niektórzy uważają ze tak prosciej urodzic.. Urodzic? Moze i owszem prosciej,ale bol gdy znieczulenie przejdzie-niesamowity! Rodzilam w Stargardzie Szczecinskim. Ginekolog sympatyczny,chirurg opanowany,anestazjolog przemila,a reszta personelu pomocna! Skwapliwie opowiadali mi co teraz robia i co sie dzieje ze mna i moim aniolkiem. Na drugi dzien polozna pomagala mi wstac z lozka a wczweniej przyniosla srodki przeciwbolowe,poloznych tlum i kazda zainteresowana niesamowicie mna i moim szymkiewm! Nie chcialam karmic piersia i nikt mnie do tego nie zmuszal. Jestem wdzieczna calemu peronelowi! DZIEKUJEMY!!! I mysle,ze czasy mowienia do kobiety rodzacej :"jak dawałaś to nie bolało, a teraz ile musisz cierpieć co …” juz daaaawno minely!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. No cóż, to i ja w takim razie opisze swój poród, aby może aż tak strasznie nie pognębiać rodzimej służby zdrowia, bo nie taki znów wilk-poród straszny...;)
    14.VI.2010r.
    START 1.00 - pierwsze skurcze, zgodnie z poleceniem położnej prysznic, chodzenie i ile się da siedzenie w domu.
    6.00 - skurcze co 3-5 minut zatem stajemy u progu szpitala. Przyjęcie klasyczne raczej - badanie, wywiad, trochę może przydługa ankieta podczas KTG. Niestety rozwarcie tylko na opuszek...:/
    Dostajemy pokój do rodzenia. Oczywiście pojedynczy, rodzinny. W zasadzie tutaj poza jedną salą "podwójną" to są same takie, więc żadne to wyróżnienie ani rewelacja. W pokoju kanapa, fotel, worek sako, piłka, oczywiście prysznic, toaleta, klimatyzacja (jest połowa czerwca więc to dość istotny element) oraz cześć już do "właściwego" porodu, czyli łóżko wielopozycyjne i cały asortyment sprzętów dla maluszka. KTG oczywiście również w pokoju porodowym.
    8.00 dotąd na własnych skurczach, ale rozwarcie liche - ledwie 2cm. Skurcze za słabe więc oksytocyna. I się dopiero zaczęło... Na zmianę piłka i prysznic, gdzieś w międzyczasie lewatywa. Stała opieka dwóch położnych, co godzinę badanie na fotelu, KTG, co kwadrans słuchamy tętna. Pierwszy masaż szyjki. Położne bardzo się starają, bo ja zdecydowanie chcę urodzić naturalnie. Mąż oczywiście cały czas przy mnie. Dostaje wskazówki jak masować, jak pomóc. Pomaga :)
    11.00 Ja już coraz słabsza, w zasadzie brak mi nawet sił na powłóczenie nogami. Jedna z położnych stale przy mnie, lub w pokoju obok który ma przeszkloną szybę do naszej sali porodowej, więc cały czas czuję jej opiekę i obecność.
    Oj bardzo coś jestem oporna - rozwarcie na 6cm, ale położne nie poddają się. Oczywiście o wiele łatwiej zaordynować cesarkę, jednak zamiast tego na kolejnym badaniu na fotelu znowu masaż szyjki i czopki rozkurczowe. Stale też do łapki spływa oksytocyna. Położne pocieszają, rozmawiają, rozbawiają... autentycznie dzięki temu jakoś mi lepiej :)
    11.10 Ruszyło z kopyta - pierwsze parte! Akcja wyganiania maluszka zadziałała - rozwarcie 9cm!!!:) Położne, już we dwie, koordynują akcję już przy łóżku porodowym, próbujemy przeć na boku, na klęczkach, na wznak - pozycja dowolna - ja decyduję jak mi wygodniej. One podpowiadają co robić by było łatwiej, dopingują. Przy każdym skurczu słuchamy tętna maluszka, w razie co lekarz i instrumentariuszki są już w pogotowiu przygotowani do cesarskiego cięcia.
    Jednak mimo długo trwającej fazy partej, ja nie odpuszczam, niewiele już kojarzę z tego co się wokół mnie dzieje, ale robię co mogę aby się nie poddać na finiszu. W naszym pokoju porodowym oprócz moich położnych są już w tej chwili: ordynator, lekarz dyżurny, neonatolog, pielęgniarka noworodkowa, salowa nawet no i oczywiście mój mąż.

    C.D.N.

    OdpowiedzUsuń
  11. 12.35 Nareszcie META! Udało się! Nasza córeczka (bagatela 4500g - stąd problemy z wyparciem) zawitała na świecie.
    Po porodzie maleńka jest badana przez neonatologa, mierzona, warzona, i wszystko-co-trzeba-robiona, zakutana w kocyki i beciki trafia pod lampę grzać się. Ja natomiast zaliczam dwie godziny leżakowania i obserwacji. Mąż kursuje między mną a naszą córą, szczęśliwy do granic możliwości.
    Potem zawożą mnie do naszego pokoju - "jedynka" a na wyposażeniu: klimatyzacja, łazienka, monitoring, pilot do światła i dwa piloty do personelu - jeden do położonej a drugi do noworodkowej, stolik, krzesła, łóżeczko maleńkiej w którym już sobie smacznie śpi czekając na mnie (pod czujnym okiem tatusia), przewijak, wanienka, szafeczka z ciuszkami, przystawiana nakładka na łóżko do jedzenia dla mnie.
    Spędziłyśmy w tym pokoiku trzy dni podczas których faktycznie położna i p.noworodkowa były na każde moje zawołanie, niezależnie od pory. Od razu po naszym "zainstalowaniu się" przyszła pielęgniarka laktacyjna, pomóc mi w przystawieniu do piersi i udzielając rozmaitych rad i wskazówek. 2x dziennie przychodzili lekarze do małej jak i również do mnie i bynajmniej nie były to obchody "na odwal się", pielęgniarki noworodkowe co i rusz przychodziły przewijać maluszka i raz dziennie kąpać, dopóki sama nie opanowałam tych czynności. Odpowiadały na wszystkie moje głupie pytania i naprawdę pod tym względem wykazywały się świętą wręcz cierpliwością :)
    Jedzenia wprawdzie może nie można było wybierać z menu ale jak na moje wcześniejsze doświadczenia z innych szpitali to było naprawdę niczego sobie.
    No i teraz najlepsze - wszystko to w ramach NFZ. Kompletnie za darmo (można jedynie dobrowolnie kupić "cegiełkę").
    Tak, tak to się dzieje naprawdę! Dokładnie to to dzieje się w Polanicy Zdroju.
    Polecam serdecznie i tym samym absolutnie NIE podpisuję się pod hasłem że "państwowy poród" w Polsce to koszmar.

    OdpowiedzUsuń
  12. No właśnie, nie demonizujmy. Głośno mówi się zazwyczaj o tych złych przypadkach. Ja rodziłam w miejskim szpitalu dwójke moich dzieciaczków. W obydwu przypadkach nie mam na co wielce narzekać. Oczywiście zawsze coś by się tam znalazło, ale ogólnie pogę polecić :)
    Drogie mamy, dużo zależy od naszego nastawienia.

    OdpowiedzUsuń
  13. Dziewczyny szczerze tylko Wam pozazdrościć szczęścia bo wydaje mi się że takowe miałyście bardzo duże(czy w Polsce czy za granicą), ja od swoich koleżanek nie słyszałam żadnej pozytywnej historii sama również takiej nie mam...podobnie jak Czarna Wiedźma miałam bardzo długi poród ale w przeciwieństwie do niej nie dostałam ani razu oksytocyny ani nic innego żadnej kroplówki nie mówiąc już o miłym słowie...wręcz przeciwnie pani lekarz na dyżurze była na mnie wręcz zła, a potem nawet obrażona że nie umiem przeć siedziała naburmuszona na krześle zamiast wesprzeć czy pomóc,podczas gdy ja mdlałam już z wycieńczenia i bólu i cucili mnie żeby mogła dalej przeć,bez komentarza to pozostawiam ani bez inwektyw w kierunku tej lekarki, które się same cisną na usta, opieka po porodzie dobra , ale niestety większość pań położnych nastawienie miała beznadziejne były też przemiłe ale te były rzadkością niestety, do czego zmierzam że czasy takich tekstów beznadziejnych wcale nie minęły i się bardzo często zdarzają nie mówię że każdy szpital i personel taki jest ale w większości wcale nie rodzi się po ludzku i to nie zależy wcale od naszego nastawienia bo udając się do szpitala nie miałam wcale negatywnego nastawienia...

    OdpowiedzUsuń
  14. dodam jeszcze tylko że bardzo się ciesze że nie wszyscy mają takie traumatyczne wspomnienia z porodu jak ja bo to tylko napawa oczywiście optymizmem i pozostaje mi tylko życzyć wszystkim kobietom takiego prawdziwego rodzenia po ludzku i brak złych wspomnień bo to też ma wpływ na decyzję o kolejnym dziecku niestety, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  15. A mnie jednak kreci sie lezka w oku, bo do tego co opisuje Aischa dalekkoooo nam jeszcze jak cholera.

    Mowie tu o placowkach publicznych.

    OdpowiedzUsuń
  16. Hej kobietki!
    W Polsce tez tak mozna rodzic, byc moze nawet za darmo. Mi przyszlo rodzic w prywatnym szpitalu (warszawskim medicover) i opis jak u kolezanki w Holandii badz lepiej. Zgadzam sie z tym, ze kazda kobieta powinna miec taki porod! Pierwsze dziecko rodzilam w panstwowym szpitalu, niby najlepszym, najwspanialszym, ale tak kolorowo nie bylo.

    OdpowiedzUsuń
  17. ja również rodziłam w Holandii w Szpitalu UMCG w Groningen,podobno najlepszym w Holandii.Mam tak samo miłe wspomnienia jak autorka listu :).Życzę wszystkim kobietom takiej opieki w szpitalu jaka jest w Holandii.Ja spędziłam w szpitalu tydzień bo mój synek urodził się o miesiąc za wcześnie.Codziennie miałam wizyty lekarza,położnych.W pokoju miałam wszystko zapewnione zarówno dla mnie jak i dla dziecka.Jeśli rodzić to tylko w Holandii.Polecam !

    OdpowiedzUsuń
  18. Hej dziewczyny rodzące w Holandii:)
    Cieszy mnie ten post, ponieważ mieszkam w Holandii :) I wybieram się zajść w ciążę.
    Jeśli nie byłby to dla Was problem, bardzo prosiłabym o kontakt ze mną. Mam kilka pytań.
    Dzięki z góry!!

    mój email:
    ela.chojecka(małpa)gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  19. Pierwsza ciążą i niewiadoma. Dookoła wszystkie koleżanki, kuzynki szukały "najlepszego" dla siebie i dziecka szpitala, oglądały sale porodowe,wynajmowały położne, planowały poród w wodzie....a ja jakoś o tym nie myślałam. Nie wiem. Byłam zdania, że GDZIEŚ w jakimś szpitalu muszę urodzić naszą córeczkę. W moim mieście ( Wrocław) są 4 szpitale położnicze i każdy ma inną opinię...jeden jest zachwalany, inny odradzany...Rodziłam w szpitalu, który ma chyba nijaką opinię, dla mnie najważniejsza była opinia, że pracują tam fachowe położne. Co do samego szpitala to według mnie nie jest to szpital tylko BUDYNEK. Do szpitala pojechałam o 6 rano, rejestracja do lekarza, który miał mnie zbadać zaczynała się o 7. Lekarz, który przyjmuje na izbie przyjęć przyjechał do pracy na 9. Na salę porodową trafiłam o g. 11!!! ( po komentarzu badającej mnie Pani doktor. "Nie wiem czy Pani rodzi, czy nie..proszę udać się na porodówkę")Jeżeli chodzi o samą opiekę podczas porodu to jestem bardzo z niej zadowolona, co godzinę przychodzili lekarze, pytali się jak się czuję, położna przynosiła piłki, pozwalała chodzić, brać prysznic a co najważniejsze nie byłam zmuszona do porodu w pozycji leżącej!! Poród trwał 5,5 godziny ( i dla mnie minęło to jak minuta). Mąż był obecny przy mnie, położne bardzo mi pomagały, dużo ze mną rozmawiały. Jeśli chodzi natomiast o opiekę po porodzie to w skali od 1 do 5 przyznaję 0. Nikt się nie interesuje kobietami, nikt nie pomaga młodym mamom w pierwszych próbach karmienia piersią, lekarz pojawia się tylko raz dziennie na 2 minuty. Warunki sanitarne tragiczne. Na 30 kobiet 2 prysznice,toalety sprzątane raz dziennie lub nawet raz na dwa dni. Niestety chyba w Polsce daleko jest jeszcze do stwierdzenia RODZIĆ PO LUDZKU.

    OdpowiedzUsuń
  20. A ja niestety bardzo źle wspominam poród w szpitalu im. Narutowicza w Krakowie. Kwestia położnej, lekarza (dla mnie niemili, męża traktowali jak intruza) i pielęgniarki, która nie chciała/nie umiała pomóc mi na sali poporodowej. Jakaś wyjątkowo niedobra zmiana mi się trafiła, bo na następny dzień uzyskałam pomoc innej pielęgniarki, pani ginekolog na obchodzie była super, no i bardzo dobrze wspominam spotkanie z doradczynią laktacyjną.

    OdpowiedzUsuń
  21. czesc, ja rodziłam na żelaznej w warszawie - położna przyjmująca poród - świetna, opieka po porodzie - taka sobie. Były też miłe osoby ale niestety zdarzyło mi się też usłyszeć, że nadużywam guzika przywołującego pielegniarkę (uzytego raz) i że sama powinnam znać odpowiedź na pytanie dotyczacego dziecka. Oczywiście, jak w wszystkich zawodach, są różni ludzie, jako naród chyba nie jestesmy zbyt zyczliwi ani przyjazni, stąd niestety też tacy ludzi nas otaczają. Ale to, co wydaje mi się najwazniejsze w kwestii poródów to to, że pojedynczą salę do porodu trzeba dodatkowo zapłacić. Jednak poród to sprawa niebywale intymna i rodzenie w stadzie to jednak jakas rzeczywistość sprzed dziesiątek lat w cywilizowanych, rozwiniętych krajach? Oraz - i to NAJKOSZMARNIEJSZE - płacić trzeba tez za znieczulenie podczas porodu!!!! To jest rzecz, która nas, jako kraj, jednak sytuje w trzecim świecie. To jest sprawa, którą trzeba absolutnie (chyba naciskiem opinii publicznej?) zmienić, bo to jednak jest skandal. Są kobiety, które nie chca mieć znieczulenia i ok, ale muszą mieć wybór. A zapłacenie kilkuset zł dla wielu osób myślę, że wcale nie jest takim małym wydatkiem. Pozdr anka

    OdpowiedzUsuń
  22. Ja rodziłam w "nowym" Szpitalu w Ostrołęce (nowy jest w "..." bo zaczęli budować go w latach 70-tych i do tej pory nie zakończyli). Nie zapłaciłam ani złotówki. Wiem, że w starym nie byłoby tak różowo.
    Salę porodową miałam pojedynczą, a w niej do dyspozycji łaziankę z prysznicem, piłę do skakania, wygodne łóżko, były tam wszystkie te rzeczy do umycia i zważenia noworodka i jeszcze wiele innych na które nie zwróciłam uwagi.
    Sale poporodowe były max 3 osobowe i prawie w każdej sali była łazienka dla pacjentek, jeśli nie to na 2 sale przypadała jedna łazienka. W salach ponadto były przestronne szafy, kącik do pielęgnacji i kąpania noworodków oraz kącik śniadaniowy ze stołem i krzesełkami. Warunki rewelacyjne. Co do personelu to źle wspominam czas spędzony w szpitalu od 22 do 7 rano następnego dnia. Potem personel był świetny. Mimo iż chciałam sama urodzić nic z tego nie wyszło - były komplikacje i po 26 godzinach odkąd trafiłam do Szpitala poród zakończył się poprzez cc. Na położniczym personel poza jedną położną super - bardzo życzliwy, pomocny i cierpliwy.

    Także w Polsce też można rodzić w miarę w niezłych warunkach. Ale wiem, że nie zawsze jest tam gdzie ja rodziłam tak różowo. Zdarzają się ciężkie przypadki jeśli chodzi o personel i od niejednej rodzącej słyszałam przykre doświadczenia.
    Myślę, że dużo po prostu zależy od szczęścia. No chyba, że idziemy rodzić do prywatnej kliniki i płacimy - choć też wiem, że bywa wtedy różnie.

    OdpowiedzUsuń
  23. Dziewczyny!
    Będąc w ciąży nastwiłam sięna poród siłami natury, w szpitalu, który poleciło mi kilka znajomych. Z góry założyłam, że nikomu za nic nie będę płacić, nie chciałam położnej, nie chodziłam do szkoły rodzenia. Oczywiście nie potępiam tych, które korzystają z w/w ewentualności. Ja i mój mąż stwierdziliśmy, że nie zapłacimy za to, co się należy każdej kobiecie. W 5 m.c. pojechałam do wybranego szpitala. Porozmawiałam z położną. Powiedziała mi czego się mogę spodziewać - zarówno w trakcie porodu jak i po porodzie. Słowem, taka miła rozmowa przy kawie. Nie proponowała mi swoich usług, a wiem z innych źródeł, że jej obecność przy porodzie jest równoważna z 600zł. Po kolejnych 4 miesiącach nadszedł 2 maja br. Obudziłam się o 5 rano i odeszły mi wody. Obudziłam mężą, zrobił nam śniadanie i pojechaliśmy do szpitala. W izbie przyjęć była dość oschła, ale bardzo konkretna kobietka. Przepytała mnie z danych itp. Jak się później okazało - kobieta była miła i sympatyczne. Pytała czy chcę lewatywę i czy może mnie ogolić. Później przyszedł lekarz i stwierdził, że wody są lekko zielone, więc trzeba mnie podłączyć do ktg. Poszliśmy z mężem na salę porodową. Pokoik był przytulny, co chwilkę przychodziły pielęgniarki i położna. Pielęgniarki super miłe, powiedziały gdzie jest łazienka, że mogą przynieść piłkę itd. Lekarka opowiedziała co będzie się działo dalej. Podłączyli mnie do ktg i okazało się, że dziecko nie jest za aktywne. Przyszedł drugi lekarz - odczytał wyniki i po kilku minutach okazało się, że będę miała cesarkę. Dla mnie szok, dla męża chyba jeszcze większy... Założyli mi cewnik, zeszłam na salę operacyjną. Personel już czekał. Anestezjolog robiąc mi zastrzyk, opowiadał dowcipy, a pielęgniarka trzymając mnie za ręce, głaskała delikatnie i uspokajała miłym głosem. Na moje życzenie wszystko mi opowiadali. Okazało się, że dzidzialek zawinął nózki w pępowinę i dlatego nie wierzgał w brzuchu. Dodam, że od momentu jak odeszły mi wody, do momentu c.c. mineły 4 godz, a do szpitala miałam 50 km :) Nie miałam żadnego skurczu, nie było bóli, a dzięki szybkiej decyzji lekarzy, moje Największe Szczęscie przyszło na świat całe i zdrowe! Po operacji przewieziono mnie na salę pooperacyjną i nadal opieka była bardzo profesjonalna! Od momentu przyjęcia, do mementu wypisania ze szpitala, byłam traktowana z powagą i pełnym zrozumieniem.
    Wszystko to dotyczy szpitala państwowego, w dużym mieście jakim jest Poznań!
    Na zakończenie powiem, że będąc w kolejnej ciąży, życzyłabym sobie równie miłego porodu. Przyszłe Mamy bądźcie dobrej myśli, bo to co czytamy o porodach za granicą, może mieć miejsce również u nas i to bez płacenia ogromnych pieniędzy :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Dziewczyny!
    Będąc w ciąży nastwiłam sięna poród siłami natury, w szpitalu, który poleciło mi kilka znajomych. Z góry założyłam, że nikomu za nic nie będę płacić, nie chciałam położnej, nie chodziłam do szkoły rodzenia. Oczywiście nie potępiam tych, które korzystają z w/w ewentualności. Ja i mój mąż stwierdziliśmy, że nie zapłacimy za to, co się należy każdej kobiecie. W 5 m.c. pojechałam do wybranego szpitala. Porozmawiałam z położną. Powiedziała mi czego się mogę spodziewać - zarówno w trakcie porodu jak i po porodzie. Słowem, taka miła rozmowa przy kawie. Nie proponowała mi swoich usług, a wiem z innych źródeł, że jej obecność przy porodzie jest równoważna z 600zł. Po kolejnych 4 miesiącach nadszedł 2 maja br. Obudziłam się o 5 rano i odeszły mi wody. Obudziłam mężą, zrobił nam śniadanie i pojechaliśmy do szpitala. W izbie przyjęć była dość oschła, ale bardzo konkretna kobietka. Przepytała mnie z danych itp. Jak się później okazało - kobieta była miła i sympatyczne. Pytała czy chcę lewatywę i czy może mnie ogolić. Później przyszedł lekarz i stwierdził, że wody są lekko zielone, więc trzeba mnie podłączyć do ktg. Poszliśmy z mężem na salę porodową. Pokoik był przytulny, co chwilkę przychodziły pielęgniarki i położna. Pielęgniarki super miłe, powiedziały gdzie jest łazienka, że mogą przynieść piłkę itd. Lekarka opowiedziała co będzie się działo dalej. Podłączyli mnie do ktg i okazało się, że dziecko nie jest za aktywne. Przyszedł drugi lekarz - odczytał wyniki i po kilku minutach okazało się, że będę miała cesarkę. Dla mnie szok, dla męża chyba jeszcze większy... Założyli mi cewnik, zeszłam na salę operacyjną. Personel już czekał. Anestezjolog robiąc mi zastrzyk, opowiadał dowcipy, a pielęgniarka trzymając mnie za ręce, głaskała delikatnie i uspokajała miłym głosem. Na moje życzenie wszystko mi opowiadali. Okazało się, że dzidzialek zawinął nózki w pępowinę i dlatego nie wierzgał w brzuchu. Dodam, że od momentu jak odeszły mi wody, do momentu c.c. mineły 4 godz, a do szpitala miałam 50 km :) Nie miałam żadnego skurczu, nie było bóli, a dzięki szybkiej decyzji lekarzy, moje Największe Szczęscie przyszło na świat całe i zdrowe! Po operacji przewieziono mnie na salę pooperacyjną i nadal opieka była bardzo profesjonalna! Od momentu przyjęcia, do mementu wypisania ze szpitala, byłam traktowana z powagą i pełnym zrozumieniem.
    Wszystko to dotyczy szpitala państwowego, w dużym mieście jakim jest Poznań!
    Na zakończenie powiem, że będąc w kolejnej ciąży, życzyłabym sobie równie miłego porodu. Przyszłe Mamy bądźcie dobrej myśli, bo to co czytamy o porodach za granicą, może mieć miejsce również u nas i to bez płacenia ogromnych pieniędzy :)

    OdpowiedzUsuń
  25. jak przeczytałam ten list to się popłakałam. w zasadzie nie wiem czemu...chyba z żalu:( od mojego porodu minął już rok, ale jakoś trudno zapomnieć. nie mam żadnej traumy, ale wolałabym nie mieć takich doświadczeń planując kolejną ciążę. najpierw stres czy mnie przyjmą na porodówkę ( w w-wie akurat jak miałam rodzić porodówki oblegane). miałam wizję, że jeżdżę od szpitala do szpitala. całe szczęście nie było tak źle- załapałam się na ostatnią wolną salę -,,jedynkę". poród trwał 12 godz. niestety nie zdecydowaliśmy się z mężem na obecność prywatnej położnej- najzwyczajniej nie było nas stać na wydatek 700 PLN. w efekcie widziałam położna raz na 3 godz. nikt mi nie mówił jakie leki mam podawane, co się ze mną dzieje i czego mam się spodziewać. przykro mi, że tylko dlatego, że mam mniej zasobny portfel musiałam przejść przez to wszystko. zamiast rodzić kilka godzin rodziłam prawie dobę, przy małym dziecku okropnie rozerwane krocze i uszkodzone tkanki. gdyby była ze mną położna prawdopodobnie było by dużo łatwiej. nie mówiąc o tym, że przez cały poród odmawiałam sobie znieczulenia, bo to kosztuje...
    oczywiście, że zaszły u nas wielkie zmiany i nie muszę wybierać z menu obiadu ( choć fajnie by było gdybym miała go na czym zjeść, kiedy ledwo siedzę na tyłku),ale dlaczego jedne kobiety mogą rodzić bardziej po ludzku od drugich???

    OdpowiedzUsuń
  26. Ja bardzo dobrze wspominam poród naszego Synka. Ma teraz 8 miesięcy, rodziłam w Łodzi, w szpitalu im. Rydygiera. Oczywiście ból był prawie nie do zniesienia, ale wszystkie położne i lekarz byli w porządku. Nikt na mnie nie krzyczał, nie ubliżał, nie lekceważył. Urodziłam bardzo szybko, w niecałe sześć godzin, ale po oksytocynie, bo przyjechałam do szpitala po odejściu wód płodowych, ale beż czynności skurczowej. Położne zachęcały mnie do chodzenia, kiedy już zwijałam się z bólu, rzeczywiście trochę łatwiej było to znosić. Były miłe dla mojego Męża, pokazały mu na sali porodowej gdzie może umyć ręce, jeśli chciał odcinać pępowinę, trochę żartowały, żeby rozładować napięcie (był blady jak ściana :)). Podchodziły do mnie na każde zawołanie, sprawdzały rozwarcie i pocieszały, że już niedługo, że jeszcze trochę muszę wytrzymać. Lekarz także przyszedł na moją prośbę i choć na znieczulenie było już za późno, to podtrzymywał mnie, kiedy podczas skurczu uwiesiłam mu się na szyi.
    Po porodzie dostałam zaraz słodką herbatę, Mąż bez problemów mógł z nami posiedzieć, nakarmić mnie i zrobić zdjęcia Maleństwu.
    Na sali poporodowej też trafiłam na fajne pielęgniarki, pokazały mi jak przewijać Małego i jak przystawiać do piersi. A z tym był akurat duży kłopot, bo nie miał odruchu ssania. Ale nie spotkałam się z przykrymi uwagami, co najmniej cztery pielęgniarki próbowały go ze mną przystawiać na różne sposoby plus pani z poradni laktacyjnej, żadna mnie nie krytykowała ani nie okazywała zniecierpliwienia.
    To samo dotyczyło wyjmowania Maluszka z inkubatora, w którym spędził cztery dni z powodu żółtaczki. Kiedy prosiłam o wyjęcie dziecka w celu przewinięcia lub przytulenia, żadna nie narzekała, że wciąż je wołam, choć na sali stało kilka inkubatorów i non stop któraś z nas chciała wyjąć dziecko.
    Nie wiem, czy trafiłam akurat na fajną zmianę lekarzy i położnych, czy tam po prostu większość ma takie zdrowe podejście do rodzących. Cieszę się bardzo,że mój poród odbył się w taki sposób i z takimi ludźmi, bo choć bolało jak cholera, to i tak go dobrze wspominam.

    OdpowiedzUsuń
  27. Zdecydowanie zgadzam się z dziewczynami, które twierdzą, że poród w Polsce to porażka! Mój poród to mega trauma i przez absolutnie nie myślę o drugim dziecku :(
    rodziłam ponad 2 lata temu, dokładnie 8.10.2008 w szpitalu na Karowej w Warszawie!!! zdecydowanie odradzam ten szpital, choć sugerowałam się tylko dobrem i dziecka i ponoć doskonałym oddziałem neonatologicznym. Szpital jeśli chodzi o same warunki ok, choć sale poporodowe przeludnione i duszne, łazienka na korytarzu, ale obsługa przefatalna!!!
    Poród miałam indukowany w 35 tygodniu ciąży, bez żadnej akcji porodowej, tzw. cewnikiem Foleya. Generalnie kilkanaście godzin traumy, w sali w której nie mogło być przy mnie mojego męża! zero efektu, zero rozwarcia! w końcu przenoszą mnie na salę porodową, gdzie łaskawie może wejść mąż, ale gdzie muszę leżeć przypięta do KTG, nie wolno mi chodzić, siadać, ani skakać na piłce! Generalnie do decyzji o cesarce minęło 17 godzin niewyobrażalnych męczarni i bólu, podczas których dwa razy odmówiono mi znieczulenia, tłumacząc to moją chorobą przewlekłą!!! dodam tu tylko, że lekarz prowadzący, również z tego szpitala, nic mi o tym nie wspomniał, a ponadto wiedział, że właśnie z uwagi na moją chorobę powinnam mieć cesarkę - te zalecenia mojego lekarza reumatologa, oczywiście zbagatelizowano! Kiedy w końcu dziecko traciło już tętno, zawieźli mnie na salę operacyjną, gdzie musieli mnie znieczulić ogólnie i gdzie mój mąż nie mógł już wejść. Rozebrali mnie do naga, trzęsłam się z bólu i zimna, kazali położyć się na zimnym metalowym stole, przytrzymując mi nogi, wkłuli mi środek ze znieczuleniem i leżałam tak dłuższą chwilę, zanim przyszedł lekarz pediatra!
    Znieczulenie ogólne niestety mój źle przyjął i leżałam dwa dni nieprzytomna w sali pooperacyjnej nie widząc dziecka :(
    nie chce mi sie już pisać co się działo potem i jakie są tam pielęgniarki i położne, bo cisną się tu na usta tylko same inwektywy!
    niech mi tylko ktoś powie, że to się nazywa "rodzić po ludzku"!!!

    OdpowiedzUsuń
  28. hej

    ja rodzilam w Polsce ale w prywatnej klinice w Gdansku swissmed wszystko jak opisujesz tyle ze placiłam za to ale nie żałuje tej wydanej kasy bo teraz jeśli będę w ciązy to tez tam tylko będę rodzić pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń