niegrzecznemamuski.blogspot.com

środa, 6 lipca 2011

No to chcesz rodzić dziecko w Polsce - Chris z bloga "Kiełbasa Stories"

Chris z rewelacyjnego bloga "Kiełbasa Stories" zgodziła się umiescić tutaj swoją historię (oryginalny post tu, a jego angielski odpowiednik tu). Jesli jeszcze nie znacie Kiełbasianych Opowiesci, musicie tam zajrzeć. Krysia powinna dostać subwencje od rządu, że wytrzymuje w polskiej rzeczywistosci.

No to chcesz rodzić dziecko w Polsce.

Powinnaś zacząć od wyboru szpitala.

Jak już wybierzesz szpital, powinnaś wybrać ginekologa/położnika związanego z tym szpitalem. Twój ginekolog wykona zestaw badań, da ci trochę witaminek i będzie życzyć dużo szczęścia w zajściu w ciążę. Twój ginekolog nie przyjdzie jednak do szpitala kiedy rodzisz, ale przynajmniej możesz się łudzić, że tysiące złotych, które zapłaciłaś spowodują, że on poczuje się moralnie odpowiedzialny w pewien sposób.

Właściwie nie mam racji. Nie powinnaś zaczynać od szpitala lub ginekologa. Powinnaś bowiem zacząć od sprawdzenia, czy masz na koncie wystarczające środki.

Przypuszczam, że to dobry pomysł wszędzie, nie tylko w Polsce.

W moim przypadku (środki zapewnione), wybrałam porodówkę w szpitalu, w którym niestety spędziłam trochę czasu na strasznej internie parę lat wstecz. Wydawało się, że jedynym słusznym wyborem będzie ordynator (brzmi nieźle – jak Terminator) jako mój prywatny lekarz. Wykonałam przedciążową wizytę no i się zaczęło.

Zaczęliśmy jednakże falstartem, co sprawiło, że wylądowałam w szpitalu. Wiedziałam, że sytuacja nie wygląda dobrze, ale mimo to byłam w szoku, kiedy lekarz od USG poinformował mnie „Nie jest już pani w ciąży.” Szkoda, że taka wiadomość została mi podana, kiedy to następna pacjentka wchodziła do pokoju pytając „Można?” Szybko zakryłam zakrwawione nogi zawstydzona. Nie miałam nawet czasu dla siebie, żeby pomyśleć o tym, co mi powiedziano. Musiałam się pośpieszyć, bo kolejka rosła. Ubrałam się tak szybko jak rozebrałam, cała we krwi, przed dwoma ultrasonogramowcami podczas gdy pacjentki już zaglądały do pokoju, żeby sprawdzić czy to ich kolej. Jest kampania RODZIĆ PO LUDZKU, może powinno być też RONIĆ PO LUDZKU.

Zostałam przyjęta, następnego dnia wykonano standardowy zabieg i wysłano mnie do domu na trzeci dzień, co akurat jest ważne bo NFZ nie płaci szpitalowi za pobyt poniżej 3 dni. Lepsze jest 5 dni.

Umieszczono mnie w sali z 5 innymi kobietami, z których to 4 były po zabiegu usunięcia macicy, a ostatnia na ten zabieg czekała. Jeśli nie byliście nigdy w szpitalu w Polsce, powinniście wiedzieć , że pacjenci uwielbiają rozmawiać o swoich chorobach i operacjach – im bardziej makabrycznie tym lepiej. Panie w sali były trochę poirytowane, że ja nie chciałam podtrzymywać rozmowy, a po 2 godzinach pobytu w sali poszłam do pielęgniarek i poprosiłam o przeniesienie do innego pokoju.

Lekarz zgodził się od razu (korzyść z tego, że chodziłam do niego prywatnie). Nie chciał umieścić mnie w pobliżu noworodków i pomyślał pewnie, że nic nie będę rozumieć z tego trajkotania bab. Umieszczono mnie zatem w sali dwuosobowej razem ze studentką uniwersytetu, która czekała na usuniecie cysty na nodze (a jakże, pokazała mi swoją cystę). Mało ginekologiczne moim zdaniem, ale ona była bardzo szczęśliwa po tym jak już trzeci raz przekładano jej zabieg. Nie mogła uczestniczyć w sesji egzaminacyjnej na uniwerku. I chyba o to chodziło. Co za mierny sposób, żeby wykręcić się od egzaminów.

W każdym razie, nie wolno mi było ani jeść ani pić przed zabiegiem – ale o akurat nie był problem, biorąc pod uwagę jak okropne jest szpitalne jedzenie. Następnego dnia bardzo miła lekarka zaprowadziła mnie do gabinetu zabiegowego – później była ona lekarzem podczas mojego pierwszego porodu. Zaskoczyło mnie to, że w gabinecie było oprócz mnie jeszcze 5 osób. Za dużo według mnie jak na zabieg, który miał być rutynowy. Anestezjolog zaczął wypełniać formularze. Nazwisko, adres, data urodzenia, PESEL ... Wszystko dobrze, aż do pytania: „Czy pani jest na czczo?”

Nigdy przedtem nie słyszałam zwrotu NA CZCZO i nawet nie mogłam spytać lekarza co to znaczy. Powiedziałam mu więc, że nie rozumiem i poprosiłam, żeby spytał w inny sposób. On zapytał: „Czy pani jest na czczo?” No cóż, nie wydało mi się, żeby spytał w inny sposób – było chyba tak samo jak wcześniej. Powtórzyłam, że nie zrozumiałam i czy mógłby spytać w inny sposób czyli INACZEJ. Spytał głośniej. Potem spytał wolniej. Potem spytał głośniej i wolniej. A ja ciągle, że nie rozumiem. Odwrócił się do drugiego lekarza i spytał czy się nie uderzyłam w głowę (naprawdę). To akurat zrozumiałam i powiedziałam mu, że nie jestem Polką. Przecież wpisał moje bardzo nie-polskie nazwisko w formularzu. W każdym razie, ta druga lekarka Dr. Miła spytała czy coś jadłam i piłam (czyli czy byłam na czczo) przed zabiegiem, na co odpowiedziałam, że nie. No i potoczyło się dalej.

Wskoczyłam na stół, a jakiś mężczyzna usiadł przede mną i bez żadnego powitania (przepraszam) rozłożył mi nogi. Natychmiast usiadłam i spytałam, kim on jest i co robi. (Też pomyślał, że uderzyłam się w głowę). Ciągle patrzył się na mnie bez żadnych wyjaśnień, kiedy to spytałam tak przy okazji kim jest te 5 osób w gabinecie i do czego są potrzebni. Ciężko westchnął i wyjaśnił, że Dr. Na Czczo będzie anestezjologiem, Dr. Miła będzie asystentką tak jak i dwie pielęgniarki, które otwierały sterylny zestaw instrumentów, który zawierał – o zgrozo- piłę (nie żartuję). Skinęłam głową i spytałam: „ A pan?”, na co on odparł poirytowany: „Ja jestem lekarzem!”. Wyciągnęłam dłoń tak jak do przedstawienia się i powiedziałam: „Ja jestem pacjentką, najważniejszą w tym pokoju.” Nie zrobiło to na nim wrażenia.

Wtedy to Dr. Zblazowany poprosił mnie, żebym się położyła a Dr. Na Czczo zaczął znieczulać. Po założeniu maski Dr. Na Czczo (którego inteligencja już była pod znakiem zapytania) zapytał (jak znieczula) kto był pierwszym królem Polski. Odpowiedziałam, że „jakiś Bolesław ale że pierwszym prezydentem był Waszyngton”. Następnie poprosił, żebym policzyła wstecz od 50. Powiedziałam, że mogę policzyć wstecz od 10, 5 razy, a on, żebym zaczynała. Zasnęłam zanim doszłam do 4. Przypuszczam, że odetchnęli z ulgą.

Obudziłam się jakiś czas później w mojej sali. Dr. Miła powiedziała „smacznie pani spała” i że mogę iść do domu następnego dnia. Poszłam pod prysznic, żeby się umyć. Pod prysznicem kolejna kobieta intensywnie mnie obserwowała (co tak przy okazji nie jest fajne w jakiejkolwiek sytuacji spotkania obcej osoby pod prysznicem, a zwłaszcza nie jest fajne w szpitalu).

“No” – powiedziała, kiedy ja z trudem próbowałam zachować prywatność – „a pani tu z czym?”

“Byłam w ciąży”- odparłam.

Zachichotała – “No cóż, taka cała zakrwawiona, myślę, że już pani nie jest.”

Polskie szpitale, musisz je uwielbiać.

Wróciłam do pokoju, gdzie usadowiłam się, żeby oglądać seriale z moją współlokatorką i czekałam na następny dzień, żeby pójść do domu.

13 komentarzy:

  1. Dziś trafiłam na tego bloga. Stwierdzam bez dwóch zdań - JESTEM W DOMU :D
    A autorce powyższego współczuję... witamy w Polsce. :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę nie podoba mi się myślenie pani Chris i to generalizowanie „polskie szpitale”. Nie każdy polski szpital tak wygląda; śmiem twierdzić, że to jeden z rzadkich przypadków. I kolejna sprawa. Cytat z postu: „Pacjenci uwielbiają opowiadać o swoich chorobach i operacjach – im makabryczniej, tym lepiej”. Tymczasem – ten post niczym się nie różni od takich szpitalnych opowieści. Jest makabrycznie-jest fajnie. I niestety zacznie się zapewne kolejna licytacja kto gorzej, niemilej i ciężej przeżył pobyt w szpitalu i kto ma większą traumę. Wydaje mi się,że nie po to są Niegrzeczne Mamuśki, żeby się straszyć, ale żeby się wspierać. Chyba, że się mylę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Opowieści opowieściami, ale to, że przy byle okazji gapi się na Ciebie pół personelu piętra jest mocno irytujący.

    Poranne obchody. Mówienie o pacjencie jakby go nie było w sali, a jedynie byl eksponatem który się omawia. "To" ma temperaturę i ciśnienie w normie. Tak, to zdecydowanie irytuje. I to ciągłe mówienie per "my" w pytaniach. "Jak się dziś czujemy?", "Czy mamy mdłości?". Nie wiem jak Pan, nie wnikam, ale ze mną wszystko w porządku.

    I stażyści. Bez pytania. Przy porodzie. Nie masz wyboru, jesteś w szpitalu Państwowym i decyduje państwo. Więc nie ma problemu że ledwo żyjesz i gapi się na ciebie grupa młodych chłopaków przerażonych tym co widzą omawiając "to" co leży na leżance.

    Tak, mam podobne doświadczenie. Niestety. Chociaż przyznam, że nie uogólniam.

    Tak, wszyscy pacjenci chwalili się co tam nie gra. I co nie grało w przeszłości. A ta miała wycinane to a tamta tamto. Tyle że to kwestia pacjentów, nie lekarz, sami sobie to robimy.

    Personel też potrafi być fajny. A potrafi przeginać codziennie w drugą stronę. Pewien lekarz na przedporodowej codziennie do południa badał około 15 pacjentek (rozwarcie, itepe). Każda, zawsze, wychodziła z krwawieniem. ZAWSZE. I nie znosił dyskusji. Pacjenta nie było, był tylko on, pacjent był nieważny. Ważne że jemu wygodnie i szybko. Na uwagi o bolesnym badaniu odpowiadał, że rodzić się chciało to musi boleć. Więc zdarza się i taki bydlak że się wyrażę dosadnie.

    Ale nie ma co uogólniać. Zdarzają się ludzie do rany przyłóż.

    OdpowiedzUsuń
  4. NIe wiem smiac sie czy plakac, tragedia....

    OdpowiedzUsuń
  5. Trochę na wyrost ta opowieść. I faktycznie - nie można tak generalizować. Bywa tak źle, ale i rewelacyjnie także ( o ile w takiej sytuacji jak autorka można poczuć komfort :( ).

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja mam całkowicie inne doświadczenie ze szpitalem kiedy poroniłam. Jedyne podobieństwo zauważam w tym, że leżałam na sali z Panią po wycięciu mięśniaków, co uważam za duży plus dla szpitala, bo zadbali o to bym nie leżała z ciężarnymi i nie katowała się widokiem brzuszków ciążowych. Leżałam w szpitalu tylko pół dnia bo zabieg miałam w nocy, od razu jak stwierdzili poronienie. Ponad rok później w tym samym szpitalu na świat przyszedł mój syn i jeżeli będę rodzić jeszcze raz to tylko tam :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Niegrzeczne Mamuśki, thank you for allowing me a place on your blog.

    Nie uważam mojego postu w najmniejszym stopniu za makabryczny i zapewniam że nie przesadziłam. I gdzie miałabym przesadzić? To jest historia o poronieniu, kurde, nie możemy oczekiwać tęczy i słoneczka. Dla tych, którzy uważają inaczej, przykro mi was obrazić. Teraz po tych wszystkich latach, mając 2 piękne dzieci w domu (urodzone w Polsce), mogę nawet zobaczyć humor, choć czarny, w relacjach pomiędzy mną a pracownikami szpitala.

    Ten post opisuje jedno z tysięcy doświadczeń które miałam w życiu - dobre, złe, zaskakujące, frustrujące, a nawet makabryczne. To tylko mały kawałek mojego życia w Polsce. Mam nadzieję że nie chodzi o to że nie jestem Polką i w ogóle jak śmiem krytykować Polskę.

    Nie ekstrapoluję mojego doświadczenia podczas jednego pobytu w szpitalu żeby generalizować na temat wszystkich polskich szpitali. Miałam wielkie nieszczęście ciężko zachorować w 2000 roku i wielkie szczęście po 5 latach leczenia być uznana za zdrową znowu. Byłam w szpitalach w moim kraju, w Niemczech i w całej Polsce. Opisuję moje doświadczenia nie żeby narzekać lub zgrywać "kto ma gorzej". Zgadzam się, nie w każdym szpitalu wygląda to tak, ale nie jest to rzadki przypadek. Spośród moich licznych pobytów w polskich szpitalach, jeden szpital nie wyglądał tak. Jeden. Czuję że na tej podstawie uzyskałam prawo do używania określenia "polskie szpitale". A co do makabrycznych szczegółów... i tak nie umieściłam ich w tym poście... dla własnej prywatności.

    Moim zamiarem nie jest straszyć, ale jeśli czytelnicy są przerażeni, niech tak będzie. Ja tylko opisałam doświadczenie dotyczące mnie. Ten post jest o moim poronieniu a nie na temat narodzin moich dzieci. W tym poście nie ma miejsca żeby wspomnieć o fantastycznej lekarce przy moim pierwszym porodzie lub niesamowitej położnej przy drugim. Proszę przyjąć tę historię taką jaką jest, po prostu moją historię.

    OdpowiedzUsuń
  8. A mnie się twój post bardzo podoba. Wyważony, choć opowiadasz o strasznych przeżyciach. Właśnie bez epatowania dramatem, drastycznych szczegółów, dostrzegam nawet elementy czarnego (bardzo czarnego) ale humoru.

    OdpowiedzUsuń
  9. Swietny post. W Polsce sa "fajne" szpitale i te mniej "fajne". Ktora z nas na jaki trafi to chyba łud szczescia lub kwestia pieniedzy.Ja całe szczescie trafiłam na dobry personel i wspaniałą położną przy porodzie,rodziłam w Polsce.Współczuje autorce bo cóz innego mozna powiedziec...?

    OdpowiedzUsuń
  10. Thanks again to the Polish Bad Moms Club for your hospitality and allowing me to be a guest here on your blog. And thanks to those who have read my post.

    OdpowiedzUsuń
  11. Dziękuję Chris za ten post...dziś wiem że nie jestem sama. Dwa tygodnie temu przeszłam przez DOKŁADNIE ten sam koszmar. Różnica polega jedynie na tym że mnie położyli z kobietą w ciąży a w nocy przez ścianę słyszałam płacz noworodków z położniczego. Dzień wcześniej spędziłam 3h w przychodni (pełnej kobiet w ciąży i noworodków czekających do poradni) czekając do swojego lekarza po skierowanie do szpitala na zabieg... RODZIĆ PO LUDZKU... niezła farsa.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wszystko zależy od człowieka. Mój ginekolog to naprawdę taktowny pan, który nigdy nie pozwoliłby sobie na takie zachowanie. I nie zgodzę się, że aby rodzic po ludzku, należy mieć duże zaplecze finansowe. Rodziłam w toruńskim szpitalu gdzie personel naprawdę sprawdził się genialnie- panie wyrozumiałe, serdeczne. I mimo bardzo długiego porodu zakończonego ostatecznie cesarskim cięciem, wspominam go bardzo dobrze.

    OdpowiedzUsuń